poniedziałek, 29 września 2014

Logistyka weekendowa i co z tego wyszło

Logistyka weekendowa i co z tego wyszło
Weekend, weekend. Może i z górami nic nie wyszło, ale to nie znaczy, że mieliśmy zamiar siedzieć w domu. Pomysłów było milion. Trzeba tylko uwzględnić nas, babcię, trójkę dzieci - tak, żeby każdy był zadowolony. Taa...
Ranek minął mnie i mężowi na poszukiwaniach po sklepach butów na jesień. Prawie się udało - do domu wróciliśmy z miseczkami do musli i getrami do biegania dla mnie :)
To teraz trzeba wymyślić plan dnia, tak, żebyśmy spędzili czas z dzieciakami, żeby moja teściowa mogła wyjść na trening nordic walking i żebym ja mogła iść pobiegać (ostatnia szansa na dłuższe wybieganie przed szybko zbliżającym się maratonem w Budapeszcie).
To może tak: pakujemy się wszyscy w samochód z rowerami, jedziemy do Kampinosu a ja wracam potem do domu biegiem. Świetnie - tylko aż tak dużego samochodu nie mamy - nie zmieścimy się wszyscy z rowerami. 
No to teściowa idzie niezależnie od nas, my nie jedziemy do Kampinosu, tylko robimy kółko po okolicznym lesie. A potem idę biegać.
Jak ustalili - tak zrobili. Dzieciaki przejechały 17 km (najmłodszy siedział w foteliku rowerowym). Tylko reszta planu zaczęła nam się sypać, bo doszedł nowy element: basen. 
Super - basen z dziećmi może być - tylko kiedy ja mam biegać??
To może tak: dziś rowery z dziećmi, potem basen, a w niedzielę idę biegać, a potem dołączam do znajomej i kibicuję maratończykom.
Tu mąż z lekka się skrzywił - bo wstępnie był planowany rower we dwójkę po Kampinosie.
No ale jak rower w niedzielę - to kiedy ja mam biegać?? Przecież nie dygnę 20 km z buta, a potem kilkudziesięciu kilometrów na rowerze. Nie planowałam IronMana;)
Plan numer kolejny: sobotni basen przekładamy na niedzielę na wieczór. Idę biegać po rowerze z dzieciakami, a w niedzielę zostaje nasze rowerowanie, maratończykom nie pokibicuję.
Uff. Chyba się udało zaplanować te dwa dni.
Zmodyfikowałam z lekka mój zamysł biegowy - postanowiłam dystans skrócić, żeby następnego dnia mieć więcej siły. A rower potraktować jako coś w rodzaju wybiegania.
Przebiegłam 12 km, przy okazji wypróbowując nowe buty. Fajne są! I tak się w nich rozpędziłam tak, że aż się zdziwiłam, że umiem tak szybko  i nie umieram.

A dziś wjechaliśmy w las. Plany były pierwotnie ambitne, bo mojemu mężowi marzyła się setka. Znaczy 100 kilometrów. Szczęśliwie plan nie został zrealizowany, bo chyba trzeba by mnie było zeskrobywać z roweru.





Dojechaliśmy sobie do Roztoki, która jest w samym środku KPN, a potem ruszyliśmy dalej. Dla mnie to była trochę terra incognita, bo jednak zazwyczaj kręcimy się po Parku bliżej domu.
Ten fragment trasy był bardzo wymagający. Górka, dołek, górka, dołek. I piach. Dużo piachu. Starałam się jak mogłam nie dać się tym podjazdom - ale niestety zaczęły mnie pokonywać.
A to spowodowało nieoczekiwanie narastanie we mnie, w środku dzikiego wkurwu. Cooo? Jak to nie podjechałam? A właśnie, że wsiądę na rower - tak, teraz pod tą górkę. Nieważne, że to nie ma sensu. Wsiądę i  podjadę ten kawałek. 
No i biedny mój mąż musiał znieść mój chwilowy amok. Kazałam mu odjechać, nie patrzeć się - więc bidny usiadł sobie za drzewkiem i czekał aż żonie rozum wróci.
Nie wpięłąm się dobrze w spd.
Koło mi zabuksowało na piachu.
I znów się zakopałam w piach.
Znów nie trafiłam w pedał.
Nie zdążyłam w porę skręcić.
Walnęłam się boleśnie w kolano pedałem.
Nie wykręciłam w porę i wjechałam w drzewo.
Znów piach.
Znów spd.
Litościwie nie powiem co mamrotałam pod nosem i ciut głośniej
Wreszcie udało się, podjechałam. Mąż westchnąwszy ciężko wsiadł na rower i pojechaliśmy dalej.
A mnie każda następna górka doprowadzała do coraz większej furii. Czemu tu tyle piaaachu?? I czemu tak stromo?? W końcu przed kolejnym piaszczystym podjazdem, zsiadłam z roweru i wrzasnęłam, że mam tych podjazdów i piachu dosyć. Mąż od razu stwierdził: "ok, to zjeżdżamy na asfalt".
A ja? A ja oparłam się o rower i zaczęłam myśleć co u licha się ze mną dzieje i czy rzeczywiście chcę jechać drogą. Nie - to nie może się tak skończyć. Tak po prostu odpuszczę, bo mnie wkurza, że chwilami muszę pchać rower? Bez sensu. 
I w tej chwili ciśnienie ze mnie zeszło (uff. bo to było cholernie męczące). Wepchnęłam rower na wzniesienie i zaczęłam się rozglądać za mężem. Nie było go. Małżonek od razu zrobił to co powiedział - czyli zjechał na pobliski asfalt. 
Przez następne pięć minut pokrzykiwaliśmy do siebie: ja go namawiałam, żeby wrócił na szlak, mąż namawiał mnie, żebym zjechała do niego, bo nie chce mu się wracać.
Normalnie cyrk na kółkach :)
Krzyczenie do siebie było bez sensu, bo połowy tego co mówiliśmy nie słyszeliśmy - komórki poszły w ruch i doszliśmy do konsensusu. Pojechaliśmy dalej górą, przez las.
Szczęśliwie, później nie było aż takiego nagromadzenia podjazdów.




Kilometry mijały, na liczniku było już ponad 50. A ja poczułam, że zaczynam być naprawdę zmęczona. Oj,ciężki będzie powrót. Spytałam się jeszcze ostrożnie męża czy koniecznie musimy przejechać te sto kilometrów. Małżonek mnie pocieszył: " och, nie, nie wyjdzie nam z tego setka. Najwyżej 90 kilometrów"
Och, dziękuję. Normalnie wzruszyłam się. Co za ulga: nie sto, tylko dziewięćdziesiąt :)
Tyłek bolał coraz mocniej, uda paliły coraz bardziej - ale trzeba było kręcić i się streszczać. Nie wzięliśmy ze sobą czołówek, a dzień miał się wyraźnie ku końcowi. Trzeba było przynajmniej w porę wyjechać z lasu.
Udało się. Po osiemnastej zameldowaliśmy się w domu. Ostatecznie przejechaliśmy 84 km z groszami. 

Oprócz mojego krótkiego nie-wiadomo-czego (ale te baby są głupie)- to była bardzo fajna wycieczka.




PS. Basen przełożyliśmy na inny dzień. Ja od siodełka prawie tyłka nie czuję, a T. coś sobie naciągnął w nodze i lekko kuleje.

piątek, 26 września 2014

Wpis dupomaryniowy :)

Właśnie do mnie zaczęło docierać, że coraz większymi krokami zbliża się maraton w Budapeszcie. Maraton, na który jestem zapisana.
Oczywiście pierwotnie plany były taaaakie. Rzeczywistość je mocno zweryfikowała. Tak więc w Budapeszcie nie nastawiam się na bicie życiówki, ale raczej, żeby cały dystans pokonać biegiem. Bardzo bym nie chciała powtórki z Pragi, gdzie miałam wątpliwą przyjemność poznać się ze słynną maratońską ścianą.
Nie będzie tu opisów nie wiadomo jakich treningów. Starałam się biegać tak często jak się dało. A z tym "dało się" bywało różnie, bardzo różnie ;)

Ostatnio zebrałam się do kupy i zarządziłam prawdziwe wybieganie. Wyszło 24 kilometry - więc dystans całkiem spory. Na siedemnastym kilometrze miałam kryzys, a potem...a potem to mogłabym tak biec i biec jeszcze trochę. Zawróciłam do domu, bo po pierwsze zrobiłam się głodna (wyszłam rano na czczo spakowawszy żele energetyczne do saszetki), a po drugie trzeba było się ogarnąć przed dżamprezą rodzinną: moje dzieci nr 2 i 3 świętowały urodziny-odpowiednio szóste i czwarte).
Moje nogi jednak odczuły dystans- dzień przerwy, a we wtorek wieczorem, zostawiwszy męża w trakcie wieczornego ogarniania dzieciarni, wyszłam na 10 km. O mamusiu, jak mi się świetnie biegło! Aż na FB się pochwaliłam. Nogi nie bolały, biegło mi się lekko, łatwo, ach!
A potem dostałam ataku śmiechu: po powrocie do domu zastałam męża śpiącego w łóżku średniaka, a dzieci zamiast spać, napadły mnie od progu prosząc o szarlotkę (szarlotkę wyjęłam z pieca tuż przed wyjściem z domu).

Środa - jak tylko nic mi nie wypadnie pędzę na Boot Camp. Cóż.. nie sądziłam, że tym razem poznam tak uroczy oksymoron jak "leżenie w burpeesach" oraz, że będę odpoczywać w planku. Ba! Nie będę mogła doczekać się tego odpoczynku... Jednym słowem: zostałam przeczołgana koncertowo, o czym w dalszym ciągu przypominają mi zakwasy w rożnych dziwnych miejscach.

Wczoraj żadne bieganie nie wyszło, bo postanowił zaatakować jakiś wirus pokarmowy. Wirus był na tyle łaskawy, że nie musiałam mieć dylematów czy najpierw siadać czy nachylać się - wystarczyło same siadanie ;) Był na tyle łaskawy, że otumaniwszy go z lekka nifuroksazydem,  zwlokłam się do miasta pozałatwiać różne sprawy oraz zakupić motywujące buty maratońskie.
No i mam teraz takie leciuchne żółto- różowe cuda, które mam zamiar jutro wypróbować (mam nadzieję, że żołądek już mi pozwoli).
Jeszcze głupia ja polazłam na obiad z mężem, który nieświadomy moich kłopotów zamówił mi curry. Nawet to curry doniosłam w sobie do domu, ale chwilę potem potrawa wybrała wolność.
Nie róbcie tego nigdy - nie jedzcie ostrych potraw w przypadku takich kłopotów. Bez wnikania w szczegóły: doznania są jedyne w swoim rodzaju :P

W ten weekend wstępnie planowaliśmy wypad w dwójkę w góry. Powiem szczerze: po całym tygodniu wstawania o szóstej rano, po ostatnich ekscesach żołądka, na samą myśl, że mam wstać o drugiej w nocy, żeby na ósmą rano dojechać na miejsce, robiło mi się słabo. Szczęśliwie w drodze do sklepu na przedwyjazdowe zakupy, mój mąż oświadczył, że jemu też się nie chce :))


Przez Flying Shoes zostałam zaproszona do zabawy polegającej na przedstawieniu siedmiu faktów o sobie. Oczywiście powinnam nominować następne osoby.
Czasem biorę udział w takich zabawach - ale generalnie nie puszczam ich dalej (wyjątek zrobiłam dla krążącego ostatnio po FB wynajdywaniu trzech pozytywów. Uznałam, że Polacy to tak marudzący naród, że fajnie będzie jak siebie i parę osób wokół zmuszę do szukania radości).

To zaczynam:

1. Choć od paru ładnych lat mieszkam w stolicy to "z miasta Łodzi się pochodzi". Dlatego znam tak tajemnicze określenia jak "trambambula" czy "żulik".

2. Bardzo lubię niebieski kolor

3. W wolnych chwilach szydełkuję. Prowadzę drugiego bloga, na którego wrzucam moje dziergadełka

4. Jestem niedoszłym prawnikiem. Zabrakło mi pracy magisterskiej. Czy żałuję? Staram się nie żałować w życiu niczego. Nie wiem jak by się potoczyło moje życie, gdybym skończyła studia. Może nie miałabym moich dzieci? A tych nie zamieniłabym w życiu za żaden tytuł mgr.

5. Chciałabym kiedyś zobaczyć nad głową Krzyż Południa

6. Lubię robić zdjęcia.

7. Dałabym się pokroić za śliwki w czekoladzie ;)


Dziękuję za uwagę :)

poniedziałek, 15 września 2014

Maków Mazowiecki czyli duathlon, o którym zapomniałam:)

Maków Mazowiecki czyli duathlon, o którym zapomniałam:)
Wiem jak to brzmi - ale ja naprawdę zapomniałam o tych zawodach :)
Dawno, dawno temu, mam wrażenie, że jakoś późną wiosną, mój małżonek wynalazł te zawody i spytał się mnie a może? Stwierdziłam, że ok, tym bardziej, że z tego co wiedziałam szykowała się wstępnie na tę imprezę również Ava .

Po czym informację o terminie i tym, że jestem tam zapisana wyrzuciłam totalnie z pamięci.

Zawody zostały przywołane jakoś na tydzień przed terminem przez mojego męża - ale też jakoś tak mimochodem: "co prawda byłaś zapisana na duathlon, ale może byśmy pojechali z dziećmi w góry w ten weekend". Przyjęłam informację do wiadomości, ale skoro i tak mieliśmy być gdzie indziej...
Pogoda jednak się odkręciła - byłą duża szansa, że wycieczka z dziećmi wyglądałaby tak: "dzieci - a tam byłoby widać góry, gdyby nie te chmurzyska". O nie - na wycieczkę z dziećmi w Tatry potrzebowaliśmy pogody jak drut.
Temat duathlonu wrócił na tapetę. Co robić, co robić? Nastawienie miałam średnie. W zeszłym roku przed duathlonem w Rawie Mazowieckiej chociaż raz wyszłam pojeździć, przy okazji sprawdzając czy się na szosówce nie zabiję. Teraz tego nie zrobiłam, choć powinnam. Mąż w międzyczasie zmienił sprzęt, kupując sobie super- duper wypasioną szosówę. Aż dziw, że tak po prostu chciał mi ją na zawody, bez żadnego przygotowania, testu,  pożyczyć. Chyba musi mnie bardzo kochać :)

Wpisowe nie było zaporowe - 30 złotych można było przeboleć, ale jakoś czułam wewnętrzny opór, żeby tak po prostu zrezygnować ze startu, bo mi się nie chce. No bo co to za powód?

Tak więc w niedzielę władowaliśmy się całą piątką do samochodu i ruszyliśmy w kierunku Makowa.
Oprócz mężowskiego roweru jechały z nami mężowskie buty spd. Piękne, bielusieńkie, dedykowane do triathlonu, super łatwo zapinające się. Mam z T. podobny rozmiar stopy - więc mąż sam z siebie (pisałam już, że musi mnie kochać?) z pogardą prychnął na moje buty do MTB i wyciągnął te swoje cuda. Próbował też wcisnąć mnie w swój trisuit , ale tu już zaprotestowałam i oświadczyłam, że będę biegać we własnych portkach i koszulce.

Po drodze opracowaliśmy Plan. Musiałam, go napisać z wielkiej litery, bo był bardzo poważny:) Otóż postanowiliśmy zrobić użytek z tych lipcowych testów wydolnościowych. Taktyka była taka: na biegu nr 1 (5 km) staram się nie przekraczać tętna 167. Czemu akurat takiego? Bo z testów wyszło, że na tym poziomie przebiega mój próg anerobowy. Jednym słowem, powyżej tych cyferek mój organizm zaczyna wchodzić w spalanie beztlenowe, nie będzie w stanie usuwać kwasu mlekowego. Jeśli pobiegnę za szybko, na maksa,  na rowerze (20 km) i drugim biegu (2,5 km) umrę po prostu.

Biuro zawodów znajdowało się...przy stacji benzynowej:) Wyglądało to dziwnie, z drugiej strony nie dziwię się organizatorom. Obok stacji był parking, bar, w którym wydawano posiłek regeneracyjny po zawodach, było miejsce na zmieszczenie ponad setki ludzi.
Odebrałam numer i pakiet startowy (w pakiecie żadnych niepotrzebnych ulotek i śmieci: bidon i pasek do numeru startowego) i przyszedł czas na obwąchanie się z rowerem: obniżenie siodełka, poluzowanie śrubek w pedałach, bo mąż miał tak mocno ustawione, że miałam kłopoty zarówno we wpięciem jak i wypięciem. Pedały sprawiały mi dodatkowe kłopoty: małżonek do swojej super wycieniowanej szosówy zamontował spd jednostronne, do których nie byłam zupełnie przyzwyczajona i węszyłam kłopoty.
Odstawiliśmy rower do strefy (stojaki na rowery były bardzo sprytnie zmontowane z rusztowań:))
Na rękę dostałam mężowskiego Garmina, bo mój zegarek nie ma trybu multisport. Starałam sobie wbić do głowy, gdzie są które przyciski, bo na moim są trochę inaczej umieszczone - ale i tak się później tak zamotałam, że T. długo miał ze mnie polewkę :)




Rozgrzewka, krótka odprawa dla startujących i ...zaczęło się! Ruszyłam oczywiście za szybko, bo średnia z pierwszego kilometra wyszła mi 4,20 min/km. Zwolniłam, cały czas zezując na to nieszczęsne tętno. 160. 162. 165. Oj, zbliżam się do wartości granicznej. Wyprzedziła mnie jedna pani. Ambicja każe mi biec za nią, rozum stopuje: spokojnie, to dopiero pierwsza dyscyplina. Droga biegnie przez las i pod górkę. Tętno rośnie do 170. Za wysoko ciut. Dobra, babo - ale tego 170 to już nie przekraczasz. Mija mnie druga kobieta. Znów mam wachnięcie - ale znów rozsądek trzyma mnie w ryzach. Powoli zbliżam się do nawrotki, z przeciwka biegną ludzie, którzy są już po niej. Wypatruję kobiet. Widzę dwie. Plus dwie panie, które mnie wyprzedziły. Wychodzi mi, że jestem piąta. Nawrót. Tętno 175. Kurde, za wysokie! Ale na razie nie czuję zmęczenia. Biegnę dalej, starając się nie przyspieszać i pilnować, żeby już tętno wyżej nie skoczyło, ale generalnie Plan jakby lekko legł w gruzach :)

Koło drogi na łące pasły się krowy. Zainteresowane widokiem biegaczy wszystkie stanęły w rządku przypatrując się widowisku. Nagle słyszę: muuuuu! Muuuuu! Muuuuu! Muuuuu!. No proszę, jaki mam doping:)

Już widzę zakręt, za nim będzie już widać rowery. Na zakręcie stoi mąż z dziećmi. "Jesteś piąta!", słyszę. Czyli jednak dobrze policzyłam panie przede mną.
Lecę do roweru, zmiana butów, kask, rower i biegnę. Już jest linia, za którą można wsiąść na rower. Wskakuję i... te cholerne jednostronne pedały! Nogi mi się ześlizgują, tracę równowagę. Nie przewracam się na szczęście, próbuję po raz drugi, jakoś ruszam.

I tu daję pierwszy raz ciała z zegarkiem. Musiałam wcisnąć guzik "lap"przy wbieganiu do strefy i drugi raz przy wybieganiu, żeby przestał rejestrować czas w strefie a zaczął liczyć rower. Zemściła się nieznajomość zegarka i wyświetlacza. Zerknęłam i zobaczyłam strzałkę i kolarza. W moim zmęczonym umyśle zrodziła się myśl, że to oznacza, że niedokładnie wcisnęłam guzik i że jeszcze Garmin liczy mi czas strefy. Wcisnęłam lap jeszcze raz i...okazało się, że teraz  zaczyna mi liczyć strefę. Tą drugą, w której powinnam się znaleźć po zakończeniu jazdy na rowerze. Aaaaaaaa! Przez chwilę zastanawiam się czy da się to jakoś naprawić, ale macham ręką. W końcu przyjechałam tu, żeby się ścigać, a nie bawić zegarkiem. Niech rejestruje jazdę na rowerze jako przebieranie się, może uda się odkręcić to potem w endomondo.

W trakcie dochodzę do ładu i składu z przerzutkami. Na poprzedniej kolarce motylki do wrzucania/zrzucania biegów miałam na ramie - upierdliwe to było strasznie, bo trzeba było jedną rękę zdjąć z kierownicy. Tu manetki są zintegrowane z hamulcami - żyć, nie umierać.
Urywany oddech po bieganiu trochę się uspokaja. Zaczynam cieszyć się jazdą - bo nie da  się ukryć, że jazda na mężowskim rowerze to czysta przyjemność. Trochę psuje mi ją obcieranie pasków od butów - może i rozmiarowo nie odbiegały od mojej stopy, ale to jednak model męski. Po zaciągnięciu paska, ten wystawał za bardzo za but i tą wystającą częścią zawadzałam w trakcie kręcenia z jednej strony o ramę, a z drugiej o łańcuch...(pamiętacie kolor butów?)
Raz. Mijam jedną z pań. Ciekawe jak daleko przede mną są następne. Jedzie mi się dalej bardzo dobrze, choć pojęcia zielonego nie mam z jaką prędkością. Dookoła ładne tereny, z okolicznych domów wyszli ludzie. Obserwują i dopingują. Mijają mnie od czasu do czasu panowie, ale i ja wyprzedzam sporo przedstawicieli płci męskiej.
Swoją drogą mężczyźni są zabawni :) W większości przypadków gdy facet orientował się, że własnie wyprzedziła go kobieta, nagle dostawał przypływu sił witalnych, doganiał mnie i wyprzedzał. Po to, żeby znów zacząć umierać. Ja wtedy znów wyprzedzałam i jechałam dalej, ale z jednym panem bawiłam się tak chyba ze cztery razy:)
Dwa. Dogoniłam następną z pań. Wyprzedziła mnie dość szybko na biegu, ale jedzie na zwykłym góralu.
Trzecią panią doganiam jakoś niedługo później. Jedzie co prawda na szosówce, ale bez spd.
Wiem co to oznacza: jestem druga!!
Przede mną jeszcze ostatnia, długa prosta, już widać Maków, za moment będzie zakręt do strefy.
Na zakręcie znów stoi mąż z dzieciakami i potwierdza moje wyliczenia.

Mama jedzie na tatusia rowerze. Fotografował Wiktor, dziecko nr 1


Zsiadam z roweru. Zawodnicy, którzy już ukończyli klaszczą na mój widok - to bardzo miłe. Ktoś z obsługi zabiera ode mnie rower, nie muszę się męczyć z jego wstawianiem. Zmieniam buty, rzucam kask, czapeczkę na głowę olewam. To tylko 2,5 kilometra. Robię kilka kroków. Sznurówka się rozwiązuje. Trzęsącymi się rękoma poprawiam i znów ruszam. Wciskam ten nieszczęsny guzik lap, żeby Garmin zaczął mi rejestrować bieg. Nogi na początku jak z drewna, ale powoli się rozkręcam. Ciekawe gdzie jest pierwsza kobieta. Chwilę później widzą ją biegnącą już z powrotem. Wiem, że jest nie do dogonienia: ja jeszcze nie widzę nawrotki.
Wreszcie i ja zawracam. Teraz wypatruję kobitek za mną. Widzę panią w zielonej koszulce. Kurczę! Jest blisko! Niepokojąco blisko! To ona była drugą, która wyprzedziła mnie na pierwszym biegu, muszę dać z siebie wszystko!
I wtedy czuję jak druga sznurówka zaczyna mi się obijać o kostkę...Biegnę dalej i gorączkowo myślę. Zatrzymać się i ją zawiązać, czy olać i liczyć na to, że nie nadepnę na nią i nie wywinę orła.
Postanawiam zaryzykować i nie zatrzymuję się.
Las. Za lasem górka, z górki i będzie zakręt. A za zakrętem to już rzut beretem do mety. Sznurówka dalej wkurza. Już jest zakręt, widzę drące się dzieciaki (dziecko nr 3 tak wywijało taką łapką - klapką do klaskania, że aż ją popsuło). Już nie słyszę nic co się dookoła mnie dzieje (między innymi tego, że mąż za mną krzyczy, żebym poczekała na dzieci, które ruszyły za mną), widzę tylko metę przede mną, przyspieszam tak jak tylko się da i wpadam na nią. Udało się! Jestem druga!!
Dopadają mnie dzieciaki, pojawia się mąż. Wolontariuszka zawiesza medal na szyi i podaje wodę. Staram się zwalczyć pragnienie położenia się na chodniku. Z tego wszystkiego zapominam wyłączyć zegarka.


Fotografował Wiktor, dziecko nr 1. Widać moją powiewającą sznurówkę :)




Z kibicem nr 2, Jasiem






Zabieramy rower i wleczemy się w kierunku stacji benzynowej i baru - to tam ma odbyć się losowanie nagród wśród uczestników i dekoracja.
Dzieciaki kłócą się o to kto ma nieść medal. W końcu wyznaczam kolejność.

Śmieszna scena miała miejsce przy samochodzie. Pakujemy rower, ja się przebieram w cywilne ciuchy. Obok nas - miły skądinąd-  pan zagaduje moje dzieci:
- To jak chłopaki? Tata biegał?
No tak. Rodzina. Facet w koszulce z triathlonu w Malborku. I żona z trójką dzieci. Kto tu mógł brać udział w zawodach? :))
- Mama biegała - odpowiadam z uśmiechem
- Ooo, a która mama była?
- Druga - odpowiadam dalej z uśmiechem.
Mina gościa: bezcenna :))

Idziemy do baru zrealizować talon na posiłek regeneracyjny. Dostaję miskę pysznie wyglądającej zupy - z masą warzyw, mięsem (tak, wiem - weganie by kręcili nosem). Żołądek mam ściśnięty na supeł, w ogóle nie czuję głodu - więc porcję oddaję dzieciom. Musiała być dobra, bo nawet moje niejadki - dziecko nr 2 i 3 zjadają ją aż im się uszy trzęsą.
Potem losowanie nagród - jako sierotka robi moje dziecko nr 1 (wylosowało dla tatusia torbę na laptopa) i wreszcie dekoracje. Co ja będę ściemniać - fajnie jest stanąć na pudle:)

Wśród kobiet byłam druga, ale w kategorii wiekowej wskoczyłam na najwyższy stopień podium


Podsumowanie? Bardzo się cieszę, że nie dałam się leniowi i do Makowa pojechałam. tym bardziej, że wszystko skończyło się dla mnie tak fantastycznie:)
Nie do końca udało się pobiec na tempo - ale myślę, że narzucone ograniczenia pomogły utrzymać się w jako takich ryzach. Gdybym pobiegła za wyprzedzającymi mnie paniami - pewnie bym zdechła.
Rower... Z jednej strony jestem z tej części dumna - bo to dzięki niemu trafiłam na najwyższy stopień podium. Z drugiej strony średnia 29,5 km/godzinę na TAKIM rowerze - to nie jest żadna rewelacja. Z trzeciej strony jak się weźmie pod uwagę to, że w ogóle na nim jeździłam wcześniej...;)


Fajna, kameralna impreza i jak na swoją kameralność dość dobrze zorganizowana. Nie jestem pewna czy w przyszłym roku organizatorzy nie zdecydują się jednak na elektroniczny pomiar czasu - bo  ręczne łapanie czasów w poszczególnych konkurencjach przerosło sędziów (nie mam o to pretensji). Jeśli tak się stanie - wzrośnie też opłata startowa.
Generalnie kto wie, kto wie czy za rok znów się nie pojawię w Makowie. Chyba, że mój pech będzie mnie dalej prześladował i znów uniemożliwi wystartowania ponownie w tej samej imprezie.



PS. Zna ktoś sposób na usunięcie z białych butów smaru z łańcucha?

czwartek, 11 września 2014

Test wydolnościowy

Wszystko zaczęło się od tego, że na taki test zapisał się kolega mojego męża. Pokazał wyniki małżonkowi. I tak sobie mój T. siedział, dumał, cmokał, komentował to co wyszło kumplowi i z tego dumania i cmokania tyle wyszło, że oczywiście sam też się zapisał:)
Później było dumanie, cmokanie i komentowanie obustronne :)
 A potem T. zadał mi pytanie czy bym też nie chciała takich testów zrobić. Sama z siebie pewnie bym się nie zdecydowała - no ale jak wszyscy, to wszyscy :). Wtedy okazało się, że jestem już zapisana, a pytanie było czystą formalnością. Mam niecne podejrzenia, że entuzjazm mojego męża wynikał z chęci odkrycia czemu na dłuższych dystansach albo nie odbiegam szybkością od niego, albo wręcz jestem lepsza ;)

Wiedziałam mniej więcej jak to badanie będzie wyglądać: w masce niczym Top Gun będę biec na bieżni mechanicznej.
Bieżnia mechaniczna, taaaa... Raz miałam z nią do czynienia podczas wybierania Pierwszych Prawdziwych Butów do Biegania i całą obsługa sklepu miała ze mnie niezły ubaw. Mój mąż, który to widowisko  wówczas oglądał, zaproponował mi, żebym może przed tymi testami zapisała się do jakiegoś klubu fitness i trochę spróbowała na takiej bieżni poćwiczyć, żeby się nie zabić;) Nie ma to jak wiara w możliwości żony:)
I tak oto 24 lipca pojawiłam się u pana Szczepana Wiechy z firmy Sportslab.
Bez wcześniejszego treningu na bieżni ;). A bieżnia wyglądała...strasznie. Już widziałam oczami wyobraźni jak znów plączą mi się nogi aż w końcu z hukiem spadam z taśmy.
Miałam na tyle rozumu w głowie, że opowiedziałam panu o swoich wątpliwościach i przygodach. Zanim doszło do kluczowego testu, było kilka dobrych chwil na rozgrzewkę, która pozwoliła na oswojenie się z maszynerią. Doszliśmy do wniosku, że mam szansę przeżyć starcie z bieżnią.

Zostałam również zważona oraz zmierzono mi zawartość tłuszczu. Cóż... czarno na białym wyszło, że jest mnie trochę za dużo. Blisko 1/4 mojego ciała to tłuszcz. Z jednej strony mam bardzo dobre wytłumaczenie pod postacią trzech ciąż. (Pan Szczepan zrobił taaakie oczy, gdy powiedziałam, że mam trójkę dzieci :)) A jak jeszcze wezmę pod uwagę, że w każdej z tych ciąż tyłam zdrowo powyżej 20 kg, to moje 60 kilogramów z groszami przy wzroście 166 cm jest całkiem niezłym wynikiem. Subiektywnie.
Obiektywnie powinnam jakieś 5 kilo schuść. Nie jest to jakiś wydumany wynik, bo tyle ważyłam zanim zaczęłam dzieci rodzić.

A potem zaczął się test właściwy. Musiałam założyć maskę. Nie powiem, żeby mi się przez nią wygodnie oddychało - ale jakoś ten poziom tlenu i dwutlenku węgla trzeba mierzyć.
I ruszyła maszyna po szynach ospale... Najpierw powoli, tak, że właściwie po bieżni maszerowałam. Co dwie minuty prędkość była zwiększana. No i tak sobie tupałam, pamiętając, żeby się pod nogi nie patrzeć, bo to się może skończyć źle. Mózg nie przyswoi obrazu stania w miejscu i biegnięcia jednocześnie i rozmaślę się w końcu na  ścianie za mną (Tylko nie patrz w dół, tylko nie patrz w dół. Shreeek! Ja w dół patrzę!!!).
Szczęśliwie okazało się, że w miarę wzrostu prędkości drepcze mi się coraz płynniej. Jednym słowem - jak jest za wolno - na bieżni głupieję.
Przebierałam nogami, robiło się coraz ciężej. O ile na początku prowadzący głównie zerkał na komputer zainstalowany obok, na którym pojawiały się różne tajemnicze wykresy, tak pod koniec warował koło bieżni z ręką tuż przy guziku do wyłączania.
W którymś momencie zaczęło mi się kręcić w głowie. Myślę, że to było połączenie tej maski na twarzy plus zamkniętego okna w pokoju. Przestraszyłam się trochę, że zasłabnę. Pewnie jeszcze odrobinkę bym pociągnęła, ale rozsądek kazał mi podnieść rękę do góry, że dość. Trochę w sumie szkoda, że głowa mi się włączyła.
Skąd wiem, że jeszcze dałabym radę? Dociągnęłam do tętna 177. A to na pewno nie jest mój max - na zawodach dobijam do 180 z groszami.

Zejście z bieżni po takim teście jest zabawne, bo cały pokój pływa i człowiek łazi jak pijany królik.
Gdy doszłam do siebie, pan Szczepan pokrótce omówił co tam wyszło (w międzyczasie pojawił się też małżonek, który postanowił zrobić sobie jeszcze test na rowerze i był umówiony po mnie).
Z rzeczy interesujących mojego męża - czyli czemu na dystansach od maratonu w górę lepiej sobie radzę, wyszło, że jestem bardziej energooszczędna, najprościej rzecz ujmując. Mojego męża odcina klasycznie w okolicach 30 kilometra, a ja jestem w stanie jeszcze "pociągnąć ".
Podobno gdybym wzięła się za takie treningi very professional, powinnam 3:30 w maratonie złamać. Może kiedyś spróbuję. Na razie nie widzę siebie biegającej według planu, ale fajnie byłoby kiedyś sprawdzić, co byłabym w stanie zdziałać pod okiem trenera z prawdziwego zdarzenia.

Parę dni później na maila dostałam owe tajemnicze wykresiki, które wyświetlały się na komputerze i omówienie bardziej szczegółowe co z tego testu wynikło: jak moje tętno przekłada się na te wszystkie strefy tlenowe, beztlenowe, co z tego wynika, z jaką prędkością powinnam biegać w zależności od tego co chciałabym kształtować, jaki jest mój pułap tlenowy (dla ciekawskich wyszło 49,96 ml/kg/min, co podobno nie jest tragicznym wynikiem).
Wyszło na przykład, że w moim przypadku najwięcej tkanki tłuszczowej spalam przy tętnie poniżej 135. A to oznacza,że powinnam długie wybiegania robić między 6.00 a 7.00 min/km. Oczywiście moja pierwsza myśl była" rany, jak wolno!". I nawet raz spróbowałam tak pobiec zgodnie z zaleceniami. Cóż, okazało się, że wolne bieganie może być nie mniejszym wyzwaniem, niż bicie rekordów prędkości. Wystarczyło, że odpłynęłam gdzieś myślami, a już zegarek pokazywał średnie tempo z kilometra o wiele wyższe od założonego. Ale będę się starać :)

Przyznam się bez bicia, że od czasu tego testu nie miałam czasu, żeby uważniej się wgryźć w omówienie moich wyników i próby wplecenia w tą moją wolną amerykankę biegową sugestii pana Szczepana. Wakacje, wyjazdy, teraz urwanie głowy związane z początkiem roku szkolnego nie sprzyjały takim sprawom.
Ale spróbuję na miarę moich możliwości, chęci i czasu zastosować się do różnych wskazówek i zobaczyć jak to u mnie się sprawdza i czy daje efekty (nie powiem - wizja wagi przedciążowej jest kusząca :P).
Czy warto taki test zrobić? Osoby, które bieganie traktują poważnie - na pewno wyniosą z niego więcej. Dla mnie była to swego rodzaju ciekawostka, ale nie wykluczam, że jeszcze taki test powtórzę.


niedziela, 7 września 2014

Przez Alpy i Dolomity

Przez Alpy i Dolomity
Cóż najbardziej tematycznie byłoby, gdybym te Alpy i Dolomity przebiegła na własnych nogach w te i nazad, ale aż tak dobrze nie było;)
Góry zostały objechane i obfotografowane z wysokości siodełka motocyklowego (prowadził małżonek, ja robiłam jako plecak. I fotograf). Ale troszeczkę biegania też było - dlatego pozwolicie, że skrót naszego urlopu zamieszczę tu. (Tak naprawdę dla większości relacji zakładam nowego bloga, ale jakoś głupio mi zrobić tak w tym przypadku, zważywszy na fakt iż zeszłoroczna relacja z Norwegii dalej czeka na dokończenie. Ale ciiiii...)
Trasę ułożył mój nieoceniony mąż, który kawał czasu spędził nad mapą kombinując jakby tu w jak najbardziej optymalny sposób objechać to wszystko.
Motocykl motocyklem - ale bieganie też było w planach i dlatego pomimo dość dużych ograniczeń jeśli chodzi o bagaż,odpowiednie buty i strój również zabraliśmy.

Pierwotnie chcieliśmy potruchtać już pierwszego dnia. W planach było dojechanie w okolice Linzu - i któż by nie chciał pobiegać nad Dunajem? Niestety obsuwa w odjeździe spod domu spowodowała, że na camping dojechaliśmy już po ciemku.
Generalnie nie mam nic przeciwko bieganiu w nocy - ale wolę to robić na własnym podwórku, gdzie człowiek zna dokładnie wszystkie progi zwalniające, na których wywinie kozła ;). Przełożyliśmy truchting na rano. A rano...A rano padało. I znów: nie mam nic przeciwko bieganiu w deszczu - o ile potem mogę swoje rzeczy rozwiesić do suszenia. Będąc w drodze, sprawa się trochę komplikuje.
Małżonek pocieszył mnie, że odbijemy sobie wieczorem, gdy dojedziemy do Zell am See i...miał stuprocentową rację:)

Widok sprzed namiotu



Obiegliśmy jezioro dookoła, przy okazji nadziewając się co i rusz na oznaczenia Ironmana. Myśleliśmy, że zawody musiały odbyć się całkiem niedawno. Dopiero po powrocie T. sprawdził, że triathlon miał miejsce dwa dni po naszym odjeździe. Przyznacie, że miejsce naprawdę zacne i bardzo malownicze.
Nocleg w Zell am See oznaczał, że wjechaliśmy w góry pełną gębą i atrakcja zaczęła gonić atrakcję.

Przejazd Hochalpenstrasse powala na obie łopatki i pomimo, że wjazd jest płatny - wart jest każdego wydanego eurocenta





Poniżej widzicie wijący się u stóp Grossglocknera (3789 m n.p.m.) lodowiec Pasterze - najdłuższy w Alpach Wschodnich, ma 10 km długości. Poszukajcie ludzi na tym zdjęciu - wtedy dopiero widać jakie to ogromne jest.



Dolomity. Po wjechaniu na włoską stronę zmienił się charakter mijanych miasteczek. Pojawiły się, kojarzone przeze mnie do tej pory z bardziej południowych klimatów wąskie uliczki, malownicze kamienice. Zmieniło się również oznaczenie dróg. O ile Austriacy mają rewelacyjne oznaczenia, tak we Włoszech małżonek nieraz mielił różne "panienki" po raz kolejny gubiąc drogę.



Zaczęły się przełęcze. Przejeżdżając przez Pordoi (2239 m n.p.m.), skusiła nas kolejka wjeżdżająca na blisko 3 tysiące metrów. Skusiło nas również to, że z góry można było obejrzeć słynną Marmoladę, najwyższy szczyt Dolomitów.

Jak widać nie ma żadnych filarów podtrzymujących liny pomiędzy stacjami


Na górze powitał nas płaskowyż. Płasko, kamyczki, szeroki szlak. Mój mąż od razu zaczął: "ooo, jaka szkoda, że nie wzięliśmy z motocykla strojów do biegania!". Dość szybko zaczął zmieniać zdanie.
Jednak w ciągu paru minut zmieniliśmy wysokość o ponad 600 metrów. Może na poziomie morza nie miałoby to znaczenia, ale gwałtowne znalezienie się na blisko 3 tysiącach metrów (pięćdziesięciu metrów brakowało), dawało się odczuć.
Najpierw odkryliśmy, że idąc po tym płaskowyżu - wcale nie szybko - dość szybko zaczyna nam przyspieszać oddech. Po piętnastu minutach zaczęły pobolewać nas głowy. Po zjeździe na dół objawy zniknęły.

Widok z Sas de Pordoi

Oczywiście i tu, we Włoszech musieliśmy przybrudzić kurzem nasze biegowe buty. Początki były trudne, bo z zaplanowanego wieczorku biegowego nic nie wyszło. Powód był prosty: nikomu się nie chciało:) To był wyjątkowo długi dzień, dupy nas bolały od siedzenia, wino przyciągało, więc sami rozumiecie :)
Bieganie zostało przełożone na rano. A rano...Nie, nie padało. Była prześliczna pogoda, góry dookoła, tylko mojemu mężowi nie chciało się ruszyć z namiotu. Guzdrał się, jęczał, marudził. Ale w końcu dał się namówić.
I całe szczęście. Biegliśmy sobie boczną drogą biegnącą nieopodal ruchliwej szosy. Oddzielały nas od niej malownicze sady. W planach było dobiegnięcie do sąsiedniego miasteczka, ale nieoczekiwanie za jednym z zakrętów ukazały nam się górujące nad domostwami ruiny zamku. Wybór był prosty: wbiegamy tam.
Nie powiem - było stromo. Musiałam ze trzy postoje po drodze zrobić, ale uparłam się, że nie będę maszerować. Gdy moje płuca zaczynały wołać o litość, zatrzymywałam się. Ale gdy tylko oddech jako tako wracał do normy - zaczynałam biec. Super było tak się zmęczyć. Zbiegałam z powrotem w dół z wielkim bananem na twarzy.






To był bardzo dobry początek dnia - a ciąg dalszy wcale nie był gorszy. W planach mieliśmy przejazd przez cała masę przełęczy, w tym najwyższą przejezdną we włoskich Alpach wschodnich, Passo dello Stelvio (2757 m n.p.m.)
Podjazd jest bardzo wymagający i męczący. Nawet mnie, pasażera wymiędoliło ciągłe składanie się do zakrętów. A jest ich całe 48. Czterdzieści osiem górskich, ostrych i stromych serpentyn.
Sama przełęcz nas rozczarowała. Mnóstwo ludzi, budek, sklepików z pamiątkami. Jak na Krupówkach, normalnie. Na pewno pewien wpływ na nasze spostrzeganie okolicy miała też pogoda. Przełęcz przywitała nas deszczem i deszczem ze śniegiem - ale ogólnie stwierdzam, że główną atrakcją jest wysokość.

Oj, wypluły nas te zakręty

Nieopodal jest tylko ciutkę niższa sąsiadka, Gavia (2621 m n.p.m.). Kameralna, o wiele bardziej malownicza z piękną, naprawdę piękną drogą prowadzącą  i na nią i z niej.

zabudowania na przełęczy


Nie widać tego na zdjęciu, ale para przed nami jechała z...psem. Na baku w  koszyczku jechał biały pudelek
Właściwie tego dnia zaczęliśmy powolny odwrót i jazdę z powrotem ku Dunajowi. Górskich krajobrazów było jeszcze co niemiara, ale niespostrzeżenie góry dookoła nas robiły się niższe.
I wtedy zaliczyliśmy nasz jedyny nocleg nie pod namiotem. Zatrzymaliśmy się na przerwę i obiad w górskim schronisku. Niby było położone przy asfaltowej drodze, niby reklamowało się, że na parkingu zmieszczą się autokary, ale jednocześnie sprawiało wrażenie bardzo kameralnego i zagubionego w górach. Szczyty dookoła - takie nasze Taterki,  po 2200 m.
 T. z głupia frant spytał się o ceny noclegu - i okazało się, że są w cenie naszych dotychczasowych campingów, a jeszcze dodatkowo dostaniemy śniadanie. Decyzja była szybka :) Na jej poparcie zamówiliśmy sobie piwo.
Nocleg był klimatyczny, gdyż zainstalowano nas w pomieszczeniu nad oborą:). Pachniało krowami, sianem i ciepłym mlekiem.


Wiedzieliśmy, że to nasz ostatnie spanie w górskim terenie, więc napaliliśmy się oczywiście na bieganie. Wieczorem postanowiliśmy zrobić spacerek po okolicy, zapoznać się z mapą, żeby zobaczyć gdzie pobiec i z samego rana sobie potruchtać.
Ach, już widziałam się oczami wyobraźni: ranek, niebieskie niebo, słonko oświetlające szczyty, drogę i my truchtający ku pobliskim stawom, które zlokalizowaliśmy na mapie. Potem prysznic, przebieramy się i w drogę.
Ha!
Pierwszy zgrzyt nastąpił, gdy spytaliśmy się obsługę o prysznic, dusche. "Nicht dusche", usłyszeliśmy. Wskazano nam tylko malusienieńką umywaleczkę w toalecie, w której z trudnością można było umyć ręce w wodzie o temperaturze, hm... ujmę to tak: jakby z kranu poleciały kostki lodu, wcale bym się nie zdziwiła :)
Brak miejsca do mycia trochę komplikował sprawę. No ale przecież miało być bieganie w porannym słońcu, damy radę! Opłuczemy się z tym strumyczku co to spływa do korytka przed schroniskiem. Będzie klimatycznie na maksa.
Ranek zrewidował nasze plany, gdy okazało się, że wystawienie jakiejkolwiek części ciała poza obręb kołdry, powoduje gęsią skórkę i szczękanie zębów. Było zimno. Było pieruńsko zimno. Gdzie to słońce, w którym miałam biegać, ja się pytam??
A było, owszem. Tak gdzieś na wysokości dwóch tysięcy dwustu metrów. Wszystko poniżej szczytów tonęło w cieniu.
Trzeba było przyjąć do wiadomości, że raczej sobie nie pobiegamy :)
Słońce w okolicach schroniska pojawiło się dopiero, gdy zwarci i gotowi staliśmy przy motocyklu szykując się do dalszej drogi.
Znów małżonek pocieszał, że odbijemy sobie wieczorem. I znów miał rację :)
Nasz ostatni nocleg na tym wyjeździe wypadł w Austrii, w dolinie Wachau. Okolice były nam znane już wcześniej, gdyż dwa lata wcześniej przyjechaliśmy w to miejsce wspinać się.
Tym razem tylko sobie potruchtaliśmy po okolicy.
Co i rusz zatrzymywaliśmy się na robienie zdjęć. Dzikie i uprawne sady z jabłoniami, gruszami, śliwkami, uginające się od mnogości owoców, winnice, na których dojrzewały kiście winogron wszelkich możliwych szczepów, Dunaj i malownicze miasteczka. Było pięknie.






I to właściwie koniec mojej opowieści. Rano Austria pożegnała nas deszczem. Za nami zostały góry, lodowce, przełęcze. Przed nami ostatnie kilometry dzielące od domu.
Ostatecznie wyjazd zakończył się 3400 przejechanymi kilometrami.


Copyright © 2016 Matkabiega , Blogger