wtorek, 28 lipca 2015

NO RISK NO FUN część 2.

NO RISK NO FUN część 2.
Początek trasy rowerowej to asfalt, dość ruchliwa droga. Wykorzystaliśmy ten fragment, żeby zjeść banany, napić się. Potem Tibor zaordynował skręt, też w asfaltową drogę, ale bardzo boczną, pustą. Od razu zrobiło się pod górkę - ale dzielnie zrzucałam przełożenia i kręciłam dalej.
Z każdym zakrętem mina rzedła mi coraz bardziej - bo za każdym widziałam drogę non stop wspinającą się do góry. Mocno do góry. Nie było żadnego znaku informującego o nachyleniu - ale parę podjazdów w górach widziałam i jestem pewna, że ten odcinek miał chwilami powyżej 10%. Wreszcie dałam za wygraną - z roweru zeszłam i zaczęłam go pchać pod niekończącą się górę. To wszystko w pełnym słońcu. Dziesięć kroków pchania- odpoczynek i picie. Dziesięć kroków...i tak dalej.
Wreszcie trochę się wypłaszczyło. Tibor coś tam zamruczał nad mapą i skręciliśmy w las. Podobno powinniśmy przeciąć żółty szlak i tym szlakiem dotrzeć od punktu kontrolnego. Droga w lesie nie była rewelacyjna - chwilami oboje pchaliśmy nasze jednoślady. A szlaku ni hu hu.
Wreszcie przedarliśmy się i wypadliśmy z lasu na otwartą przestrzeń. Widać oznaczenia szlaku, choć z dalszego mruczenia tiborowego wywnioskowałam, że na ten szlak powinniśmy wypaść w trochę innym miejscu. Znaczy coś po drodze pokręciliśmy. Grunt, że się odnaleźliśmy!




Docieramy do punktu. I widzimy, że dojechaliśmy do niego z zupełnie innej strony niż inne zespoły. Trudno - teraz trzeba myśleć o jak dalej jechać. Pomni jednak naszego pierwszego starcia z lasem, postanawiamy trzymać większych dróg, szutrów, nawet jeśli teoretycznie droga będzie dłuższa niż jakiś skrót przez las. Pchanie rowerów wcale nie jest szybkie.
Jak się potem okazało złamaliśmy to postanowienie i na dobre to nam nie wyszło :)

Chyba na tym etapie rejestruję dwa zespoły miksowe przed nami. Pewności nie mam - ale oznacza to, że prawdopodobnie jesteśmy w śród nich trzeci. Cóż - wariant lasem kosztował trochę czasu.
Musimy dotrzeć na przełęcz Przysłop. Ta część jest w sumie fajna - trochę asfaltu, trochę szutrów, polnych dróg. Nabraliśmy już wysokości, więc dookoła fajne widoczki. Tylko ten upał....Praktycznie non stop jadę przypięta do ustnika. Pot się leje z nas strumieniami. Cały czas chce mi się pić. Na plecach mam 3 litry wody, ale zastanawiam się czy wystarczy tego wszystkiego do następnego przepaku.

Jedziemy sobie przez jakieś wsie i dogoniliśmy jeden z zespołów mieszanych. Pani, która widać było, że wymordowana jest upałem potwornie, na widok wyprzedzającej jej - nazwijmy to po imieniu - rywalki- nagle dostaje przypływu sił witalnych i przyspiesza. Wyprzedza mnie. Za jakiś czas znów tą samą parę wyprzedzamy. A potem spada mi łańcuch, Tibor musi zmienić mapę i znów jesteśmy doganiającymi :)
A potem znów coś pieprzymy w nawigacji i znajdujemy się w trochę innym miejscu niż powinniśmy :)) Udaje nam się na szczęście szybko ogarnąć i trafiamy na właściwą drogę. I na pierwszy, mocno techniczny zjazd po wielkich kamieniach.
W tym momencie bardzo cieszyłam się, że mam taki a nie inny rower, że amortyzacja przód i tył, że terenowe opony. Właściwy rower na właściwym miejscu, wybaczający błędy i strach. Tak, strach - bo chwilami śmierć w oczach miałam. Choć powiem, że jednocześnie to wynajdowanie drogi wśród dziur i kamieni sprawiało mi sporo satysfakcji.

Następny fragment naszej trasy to znów mozolna wspinaczka szutrową drogą. Szuter straszny - nie taki ubity, składający się z drobnych kamyczków. Kamyki są większe, całe podłoże jest dość miękkie i jedzie się po tym niewygodnie i powoli. Powoli po raz kolejny doganiamy znany już nam zespół mikstowy. Doganiamy i przeganiamy ich na zjeździe.
I gdy tak upajam się prędkością i tym, że nogi ciut odetchną od mozolnego kręcenia, mijamy jeszcze jedną parę, ewidentnie szukającą drogi.
Tibor zerka na mapę. Rzeczywiście gdzieś tu powinno być odbicie drogi w bok. Zatrzymujemy się. Dołącza do nas przegoniona parę minut temu para. Stoimy w trzy zespoły - trzy pierwsze zespoły miksowe i  razem deliberujemy czy droga, która idzie dość ostro w górę jest rzeczywiście tą, w którą powinniśmy skręcić. Zgadza się z mapą polanka naprzeciwko drogi. Wszyscy zaczynamy wpychanie rowerów pod górę, bo jechać po tym się nie da. W moim zmęczonym umyśle miga myśl, że przecież na odprawie słyszałam, że podczas rozkładania punktów dla zawodników, Jakub, organizator,  ani razu nie zsiadł z roweru. Pod to na bank by nie podjechał, choćby nie wiem jak był wysportowany. Ale nie dzielę się swoimi wątpliwościami z Tiborem. Zmęczony i przypalony słońcem umysł działa zbyt wolno. A szkoda - bo to był jedyny moment, gdy mieliśmy realną szansę wbić się na drugie, a kto wie czy i nie na pierwsze miejsce.
Jeden z zespołów zrezygnował - wracają z powrotem do szutrówki i zjeżdżają dalej w dół. Jak się potem okazało to była słuszna decyzja, która pozwoliła im wyjść na prowadzenie.
My kontynuujemy podchodzenie za dotychczasowym pierwszym zespołem. Idzie im to trochę szybciej, tracimy ich z oczu wśród drzew.
Dokąd nas zaprowadziło to podejście? Do zielonego szlaku turystycznego - ale takiego, że do tej pory jęczę na samo wspomnienie. Wąziutka ścieżynka idąca wzdłuż zbocza, taka, że ledwo jedna osoba się mieści. Najeżona kamieniami, korzeniami, pieńkami, gałęziami, krzakami. A my tam szliśmy ciągnąc jeszcze rowery....Nie muszę mówić jakie tempo mieliśmy. I nie będę mówić ile flug i "panienek"  tam poleciało wśród drzew. Bo najgorsze było to, że zainwestowaliśmy już tyle czasu, że nie warto było wracać z powrotem. Trzeba było iść do przodu w nadziei, że szlak w miarę szybko doprowadzi nas do normalnej drogi. Straciliśmy tam z dobre 30-35 minut.
Szlak w końcu rzeczywiście doprowadził do drogi. I na szczęście do właściwej, choć w tamtym momencie nie byliśmy tego tacy pewni. Dopiero, gdy w totalnych chaszczach nad strumyczkiem zlokalizowaliśmy następny punkt kontrolny, zyskaliśmy pewność, że wiemy gdzie jesteśmy :)
Gdybyśmy nie wpakowali się w to pchanie rowerów i zjechali wtedy szutrem jeszcze kawałek w dół - dotarlibyśmy do właściwej drogi bez tego cholernego szarpania się po zielonym szlaku. Cóż - następne doświadczenie zebrane. No risk- no fun :)

chwila przerwy po wydostaniu się z zarośniętego zielonego szlaku turystycznego
Później już się nie gubiliśmy. Znaleźliśmy ostatnie dwa punkty - a ostatnie kilometry trasy rowerowej to był niekończący się zjazd w dół przez łąki. Niesamowite uczucie. Palce z hamulców i na pełnym gazie w dół, w dół, w dół. Ihaaa!
Potem jeszcze fragment szosą do Jaworek, pod wyciąg narciarski, gdzie był drugi przepak.

Najfajniejsza część etapu rowerowego. 
Jak widać po powyższym zdjęciu, zmieniała się pogoda. Absurdalna temperatura przez cały dzień, musiała zaowocować burzą. Chmurzyska krążyły dookoła i niepokojąco zaczynało grzmieć.
Na przepaku usłyszeliśmy, że rzeczywiście jesteśmy trzecim zespołem mieszanym i że nie mamy dużej straty do drugiego zespołu - ale już nikogo, ani mikstów, ani męskich zespołów nie spotkaliśmy po drodze. Może to i dobrze, bo końcówkę wspominamy z mężem rewelacyjnie i fajnie, mogliśmy w spokoju upajać się widokami, bez presji uciekania czy gonienia kogokolwiek.
Ale po kolej.
Dwa następne punkty trochę nam adrenaliny zafundowały. Dookoła krąży burza, grzmi, zaczyna padać. A punkty na mapie mamy oznaczone tak: " Bereśnik, drzewo kilka metrów od niższego wierzchołka" i "Repowa, szczyt". Super. Tylko tego nam trzeba w trakcie burzy. Szczytów i samotnych drzew ...
Na pierwszy PK dochodzimy czając się w wzdłuż linii lasu, potem szybki przeskok do drzewa, błyskawiczne podbicie karty i spier...my w dół. Lepiej nie kusić losu. W lesie czuliśmy się bezpieczniej. Trochę kropiło, trochę dalej grzmiało, ale burza tak jakby zakręciła w inną stronę. Uff.

Niespodziewane spotkanie


Następny punkt też odnaleźliśmy bez problemu, choć po dotarciu do szczytu przez jakieś totalne leśne chaszcze, odkryliśmy, że kawałek dalej mega wycinkę zrobili drwale i można było w to samo miejsce dostać się o wiele wygodniej :)
Przed nami została, jak nam się wydawało, najfajniejsza część pieszego etapu: wydostanie się na grań i podążanie wzdłuż granicy państwowej.
Nie myliliśmy się. Burza skręciła gdzieś w bok, zza chmur wyszło wieczorne słońce, dające niesamowite ciepłe światło. Przed nami i za nami daleko nie było widać nikogo, więc nie czuliśmy już żadnej presji. Podejrzewałam, że nic już się nie zmieni i na metę dotrzemy jako trzeci zespół mieszany. Trochę maszerowaliśmy, tam gdzie się dało biegliśmy. I chłonęliśmy niesamowity spektakl natury



Tak, to widać Tatry







Ostatni punkt kontrolny do odhaczenia był jakieś 3 kilometry od mety. A ja wtedy poczułam jak kończą mi się baterie i trochę odcina mi prąd. Cóż - byliśmy już 11 godzin w drodze. Wiosłowaliśmy, podjeżdżaliśmy na rowerze w mega upale, wdrapywaliśmy się na zniesienia, zbiegaliśmy. Pomimo, że już minuty dzieliły nas do końca, musiałam wspomóc się na koniec żelem.
Wreszcie! Cała karta podbita. Teraz jeszcze tylko zbieg do mety.
W lesie już było ciemnawo i trzeba było bardzo uważać pod nogi. Wreszcie Szczawnica. Jeszcze tylko kawałek deptakiem wzdłuż rzeki.

Po jedenastu godzinach i czterdziestu jeden minutach, po pokonaniu 87 kilometrów, wpadamy na podwórze knajpy, z którego ruszyliśmy rano.
Drugi zespół ukończył 20 minut przed nami, pierwszy 40 minut wcześniej. Byliśmy ostatnim zespołem, któremu udało się zrobić cała trasę przed zapadnięciem zmroku. (Limit czasu wynosił 24 godziny) Ludzie spływali na metę przez cała noc. Część rezygnowała z ostatniej części. Jeden zespół został w nocy złapany na grani przez burzę i ratował się ucieczką do schroniska.

Jak mogę całość podsumować? Super fajna impreza. Organizacyjnie wszystko sprawnie rozwiązane. Jedyne czego trochę mi brakuje to jakiejś namacalnej pamiątki - już nie mówię o medalach czy statuetkach, ale fajnie byłoby mieć choćby wypisany dyplom.

Oczywiście jesteśmy mega dumni, że w debiucie wskoczyliśmy na pudło :) Wśród wszystkich zespołów również nie byliśmy na szarym końcu, bo zajęliśmy ósme miejsce.

Nowością dla nas była wielodyscyplinarność. Dla naszych ciał również, bo dwa dni po imprezie miałam zakwasy WSZĘDZIE. Zaczynając od szyi, a na kostkach kończąc :) Na biegach, nawet tych górskich, w dupę dostają głownie nogi. Tu łupnia dostaliśmy po całości.

Druga rzecz, która odróżnia takie rajdy przygodowe od biegów z wyznaczoną trasą: tu od Ciebie zależy którędy pójdziesz/pobiegniesz/pojedziesz. Ale błąd w nawigowaniu może dużo kosztować. Tu nie tylko liczy się szybkość i moc. Liczy się obycie z mapą, umiejętność jej czytania i porównywanie z tym co widzisz przed oczami. Dobrze mieć też tzw. nosa. Bo nie zawsze do końca to co na mapie może się jota w jotę zgadzać z tym co przed nami. Możesz być teoretycznie wolniejszy a na mecie będziesz pierwszy - bo szybciej znalazłeś punkty kontrolne i nie dałeś się wpuścić w maliny.
Podoba mi się to.
Podoba mi się, że  biorąc udział w szeroko rozumianych imprezach górskich można zobaczyć rzeczy, których w życiu bym nie zobaczyła, gdybym tylko biegała po mieście, albo chodziła po górach jako zwykła turystka. Normalnie nie zobaczy się w sercu Bieszczad (patrz Bieg Rzeźnika) w środku lasu  wschodzącego słońca, bo normalni turyści o czwartej rano jeszcze śpią. Grań, którą szliśmy w promieniach zachodzącego słońca była pusta, bo o takiej porze grzeczni turyści są już w dolinach, a nie biegają po szczytach, albo schodzą w dół w towarzystwie 600 owiec spędzanych z hal  na noc:)

- A ile ma pan tych owiec?
- A sześćset!


 Myślę, że mojemu mężowi również się podobało. I że od czasu do czasu będziemy w tego typu imprezach brać udział.



Wróciwszy w niedzielę wieczorem do domu, wpakowaliśmy się do windy zmęczeni, obolali, z torbami mokrych, śmierdzących ciuchów. Mój mąż głęboko westchnął i stwierdził:
- Znów trzeba będzie stać się dorosłym
;)

poniedziałek, 27 lipca 2015

NO RISK NO FUN część 1.

NO RISK NO FUN część 1.
No risk- no fun. Pod taką nazwą zgłosiliśmy nasz team na Mountain Touch Challenge, rajd przygodowy po Szczawnicy i okolicach. Bieg na orientację, kajak, MTB i trek na koniec. W sumie 70 km do pokonania.

Skąd nazwa? Cóż...wpływ na nasz wybór miał tekst wygrawerowany na naszych obrączkach  ślubnych :)



Adventure Race, rajdy przygodowe to dla nas totalna terra incognita. Biegać-  biegamy. Rower też nam nieobcy. No, owszem wiosło kajakowe z kilka razy w życiu dzierżyłam w dłoni. Ale co wyjdzie z połączenia wszystkiego w całość? Co wyjdzie, gdy trzeba jeszcze dołączyć nawigację, gdy od ciebie zależy wybór trasy?
Przyznam się, że czułam się jak goryl we mgle. Już samo pakowanie skrzyń na przepaki (były dwa przy zmianie kajaku na rower i przy zmianie roweru na etap trekingowy) było sporym wyzwaniem. Co spakować? Co się przyda? W jakim stroju rozpocząć bieg, wiedząc, że następny etap to kajaki? Jak ogarnąć jedzenie - bo byliśmy zdani tylko na siebie w tej kwestii. Wreszcie mapy, które dostaliśmy na odprawie wieczorem w przeddzień startu. Jak dotrzeć do punktów w sposób najbardziej optymalny? Plus jeszcze ostatnią mapę dla pierwszego etapu BnO (biegu na orientację) po Szczawnicy mieliśmy dostać dopiero w chwili startu. Uh, sporo tego było.
Nawigacją miał się zająć Tibor - istniała większa szansa, że dotrzemy tam gdzie chcemy, niż gdybym mapę dzierżyła ja :)

Start był o 9 rano przed Karczmą u Polowacy. Mogliśmy tu zostawić plecaki i kaski na etap kajakowy(ze względu na wiele wystających kamieni z nurtu Dunajca, organizator wprowadził obowiązek posiadania kasku). Po zakończeniu rundy po Szczawnicy musieliśmy się tu znów pojawić, bo tu był umiejscowiony jeden z punktów. Potem rura, kilometr dalej do kajaków.


Ostatecznie zdecydowałam się zacząć w stroju rowerowym (spodenki i koszulka). Tibor stwierdził, że będzie zmieniał koszulkę po etapie kajakowym. Na nogach mieliśmy nasze stare, zajechane buty do biegania, po to, żeby nie było szkoda włazić w nich do wody.

Ruszyliśmy! Odszukiwanie punktów szło nam całkiem sprawnie. Małżonek słusznie przewidział, że jeden z punktów na pewno będzie zlokalizowany na okolicznym wzgórzu (pewnie ma swoją nazwę, ale jej nie znalazłam). Tibor wybrał najkrótszą drogę - co oznaczało przedzieranie się przez jakieś chaszcze, pokrzywy, błoto. Musieliśmy uważać, bo na nogach buty z idealnie gładką podeszwą. Reszta punktów była zlokalizowana w parku (w tym jeden w środku kawiarni) i w centrum miasta. Jeden z turystów się zdziwił, że widzi biegających zawodników, ale każdy biegnie w innym kierunku :) W locie wyjaśnialiśmy formułę zawodów.
Do karczmy wparowaliśmy jako pierwszy mix i chyba czwarty zespół w ogóle.

Punkt kontrolny w kawiarni. Fot. Piotr Dymus


Kaski na głowy, plecaki na plecy - i pędem do kajaków.
Gdy ruszyliśmy za nami nie było widać zbyt wiele zespołów, pod koniec to się zmieniło. Trzy zespoły nas wyprzedziły, a tuż za nami było kilka następnych.
 Niestety dzierżenie kiedyś tam wioseł to zdecydowanie za mało, żeby szybko i sprawnie przepłynąć jakby nie było górską rzekę.
Pokonywało nas w sumie wszystko. Kamienie, płytkie miejsca, których nie umieliśmy w porę przewidzieć. Często rozsynchronizywaliśmy się w wiosłowaniu i waliliśmy się w pióra od wioseł, co wybijało z rytmu. Dodatkowo ciężko nam szło ogarnięcie się z utrzymaniem kierunku. Chwilami miałam wrażenie, że zajmuję się głównie walką, żeby kajak nie skręcał za bardzo w lewo, albo z bardzo w prawo.



To są jedyne zdjęcia, które udało mi się zrobić w trakcie etapu kajakowego. Oba w tym samym miejscu. Tibor wraca po podbiciu karty z punktu kontrolnego, po drodze mocząc głowę: upał dawał się we znaki od samego rana. Było pieruńsko gorąco!


Były momenty spokojniejsze, ale było i tak, że woda wlewała nam się do kajaka (ach, cieszyłam się, że aparat fotograficzny jest wodoodporny, jednocześnie zastanawiając się czy do zawiniętego w folię telefonu na pewno nie dostanie się woda. Pod koniec cały plecak złożony w moich nogach pływał w wodzie), a reakcja spóźniona o sekundę powodowała, że waliliśmy w wystające kamienie. Oczywiście z kilkanaście razy ładowaliśmy się na mieliznę - parę razy Tibor musiał wyskakiwać i nas wypychać. Zajmowało to dużo cennego czasu.  Oj, emocji nie brakowało nam zdecydowanie!
Ponoć jeden z zespołów zdołał przewrócić kajak cztery razy, a na koniec go utopić - więc w sumie dobrze, że aż takich przygód nie mieliśmy.
Na koniec jeszcze musieliśmy kajak wyciągnąć z wody i wtarabanić go pod górkę - i to już robiliśmy równocześnie z drugim zespołem mieszanym.

Znaleźliśmy nasze rowery wśród kilkudziesięciu innych (zostały dostarczone na przepak przez organizatora), naszą skrzynkę. Szybko wytarłam mokre nogi, założyłam skarpetki, buty na rower. Tibor jeszcze ogarniał mapę na część rowerową. Wyciągnął ją z plecaka ociekającą wodą... No tak - i co z tego, że mapa na część kajakową została zalaminowana przez organizatora, skoro nie wpadliśmy na to, żeby ochronić przed wodą pozostałe :)) Nauczka na przyszłość. Na szczęście papier jest gruby, mapa wydrukowana laserowo, dało się z niej korzystać. Przy takiej temperaturze powietrza (sporo powyżej 30 stopni), wyschła raz, dwa.
Banany w dłoń do zjedzenia na trasie, wskoczyliśmy na rowery i ruszyliśmy dalej. Przed nami było ponad 40 kilometrów i pięć punktów kontrolnych do znalezienia, szósty w drugiej strefie zmian.

A jak nam szło na rowerach i ostatnim pieszym etapie, opowiem w drugiej części :)

czwartek, 23 lipca 2015

To przez Was, Dołęgowscy!

To przez Was, Dołęgowscy!
O tym, że książka małżeństwa Dołęgowskich pomogła w moich przygotowaniach do Biegu Rzeźnika, pisałam. Nie tyle fizycznie - choć z paru rad skorzystałam, ile naładowała pozytywną energią i psychicznym powerem.
Książkę pochłonął też mój mąż. I od razu wsiąkł w witrynę napieraj.pl, redagowaną m.in. przez Krzysztofa Dołęgowskiego.
Myślę,że nie minę się za bardzo z prawdą, jeśli napiszę, że portal został przez Tibora przeczytany od deski do deski :) A za lekturą poszły poszukiwania imprezy, niekoniecznie stricte biegowej,  w której  moglibyśmy wystartować w parze. I tak pojawiło się Mountain Touch Challenge.
Co to takiego? To rajd przygodowy organizowany w Szczawnicy. Połączenie biegu na orientację, roweru MTB, kajaków i niespodzianek przygotowanych przez organizatora. Jakich? Tego nie wiadomo, choć jedno ze zdjęć z poprzedniej edycji pokazujące gościa na tyrolce z przypiętym rowerem, daje pewne wskazówki...
Na początku do pomysłu męża, żeby wziąć udział w tej imprezie podchodziłam z pewną rezerwą. Po pierwsze byłam jednak bardzo wypluta po Rzeźniku. Start numer jeden tego sezonu był już za mną, adrenalina opadła i nie miałam za bardzo siły myśleć o następnych startach. Po drugie - wyjazd do Szczawnicy wymagał zmiany terminu urlopu i nie wiedziałam czy uda mi się załatwić tą kwestię.
Na szczęście w pracy wszystko zostało klepnięte, a ja powoli odzyskuję ochotę do jakiegoś sponiewierania się :)
Zupełnie nie wiemy czego się spodziewać. Nie mamy żadnego doświadczenia w biegach na orientację. Nie mamy pojęcia jak nam pójdzie spływ kajakami Dunajcem, jak ogarniemy strefy zmian i w ogóle co nam z tego wyjdzie.
Czuję lekki dreszczyk emocji, ale przede wszystkim szykuję się na zabawę.

Jedno jest pewne. Jak nam się spodoba, to przez Was, Dołęgowscy :P



poniedziałek, 13 lipca 2015

Kaszuby po raz kolejny

Kaszuby po raz kolejny
O tym rejonie już kiedyś wspominałam. Mamy tam znajomych i raz na jakiś czas zaglądamy w te strony. Jestem coraz bardziej zauroczona tym rejonem Polski i chętna do szerszego poznania.
Zrobiłam z mężem ponad 27 kilometrową wycieczkę biegową. Przez lasy i dzikie, pachnące łąki. Zarośniętymi ścieżynkami i zupełnie nieuczęszczanym szlakiem turystycznym i rowerowym. Przez wsie i dookoła jeziorek. W górę (pomimo, że do Bałtyku niedaleko, teren jest mocno pofałdowany) i w dół. Z przystankami (wieloma :P) na zdjęcia i na poziomkowy popas.
Dość słów. Niech zdjęcia przemówią :)























A na koniec trochę o przygodach:) Biegłam w spodenkach męża - bo moich udało mi się zapomnieć ;)
A powrót odbył się z gorączkującym dzieckiem nr 3 przyklejonym do miski (mamo, chyba będę rzygał). Na szczęście dziś obywatelowi ma się na życie.

wtorek, 30 czerwca 2015

Różowo mi!

Różowo mi!
Widzieliście kiedyś wielkie stado ubranych na różowo bab, które w tempie różnym pomykało dookoła Łazienek?
Jeśli nie widzieliście - to już nie zobaczycie, bo organizator Samsung Irena Women's Run za rok pewnie wymyśli inny kolor koszulek :) (w zeszłym roku były białe).
Wzięłam w tym biegu udział po raz drugi i pewnie za rok również się pojawię, bo to impreza będąca miłą odskocznią od tradycyjnych biegów ulicznych.  No dobra: formułę ma ciutkę schizofreniczną ;) Nie ważny jest czas, kobiety górą, piękno w każdym wymiarze. Ale oferujemy atestowaną trasę na 5 km. Nie ważne kto pierwszy a kto ostatni, liczy się zabawa. Ale oferujemy elektroniczny pomiar czasu i nagrody w kategoriach wiekowych. Ale przecież nie ściganie jest ważne, dlatego pomiar jest tylko wg czasu brutto. Tak więc, droga biegaczko, jeśli jednak zamarzy ci się trochę adrenaliny w kobiecym gronie na atestowanej trasie, a miałaś to nieszczęście pojawić się za późno i stoisz gdzieś na końcu dwutysięcznego tłumu innych pań, to zanim dotrzesz do linii startu parę ładnych minut doliczy Ci się do oficjalnego czasu ;)
Dobra - dość marudzenia.  Choć to co za chwilę napiszę zabrzmi zabawnie w zestawieniu z tym co napisałam wcześniej. Albowiem na bieg ledwo zdążyłam :) Ruszyliśmy na niego cała rodzinną brygadą i coś mi się we łbie pokiełbasiło i wsiedliśmy nie do tego autobusu. Szczęście, że autobus generalnie jechał w dobrą część Warszawy, ale po drodze musieliśmy się przesiadać.
Na stadion Agrykoli wpadliśmy na pół godziny przed startem, gdy ten już pustoszał, bo wszystkie uczestniczki ruszyły już w kierunku miejsca startu. Na szybko, szybko pod jakimś reklamowym balonem przebrałam się i pobiegłam za znikającym różowym tłumkiem.



Pamiętałam jak to wyglądało w zeszłym roku. Ponieważ nie jest to typowy bieg - więc nie ma żadnych stref czasowych, panie ustawiają się dowolnie. A ponieważ pierwszy kilometr biegnie jedną z alejek Parku Łazienkowskiego, w tłumie biegnie się mało komfortowo. Gdzieś tam poprzepychałam się trochę do przodu, aż nadziałam się na moją sąsiadkę z piętra (której sama zresztą powiedziałam o biegu), a niedaleko niej za barierkami stał mój małżonek z dzieciakami.

Piąteczka na szczęście

Wreszcie start. Boczkiem, boczkiem i slalomem skikałam sobie pomiędzy kobietkami. Skręt w ulicę Belwederską. Pamiętałam z zeszłego roku, że za chwilę zacznie się jedyny, za to solidny podbieg na trasie. W zeszłym roku dopingowałam inne panie, które przechodziły do marszu. Teraz było podobnie i sprawiało mi to dziką radochę - szczególnie, że panie po słowach zachęty i otuchy i zagrzewania do boju, zaczynały z powrotem truchtać. Usłyszałam i "dziękuję" i "tak jest, panie komendancie!" :)
No i biegłam sobie. Jak najszybciej potrafiłam. Robiło się coraz luźniej - więc było to łatwiejsze. Za to z nieba lał się żar i słonko wybierało siły. Gdzieś na trzecim kilometrze minęłam się z moją kibicującą rodziną. Tibor chcąc mi zrobić jak najlepsze zdjęcie, zaczął biec z boku, aż go jeden z pilnujących policjantów pogonił:)

Maaamaaaa!

Nie pisałam nigdy, że umiem lewitować?

No i leciałam tak sobie płuca wypluwając. Dobrze, że już cały czas z górki było. Wreszcie ostatni zakręt i meta. Na którą wpadłam jak się potem okazało jako 38 kobieta. Chwila dla uspokojenia oddechu, medal i ...widzę przed sobą Agatę Matejczuk. Agata zajęła pierwsze miejsce w kategorii KK na Biegu Rzeźnika. Rano rozmawiałam z mężem, że jakoś tak się stało, że drugim dziewczynom pogratulowałyśmy, a pierwszemu zespołowi nie i że szkoda. Oczywiście, że takiej okazji nie przegapiłam- podeszłam, zagadałam, pogratulowałam.
Potem powoli ruszyłam w kierunku stadionu, rozglądając się za rodziną. Nie zauważyłam ich - więc znalazłam wolny leżak i zaległam w pobliżu wejścia czekając aż się pojawią. Czekałam i obserwowałam sobie wchodzące uczestniczki. Jedne mniej, drugie bardziej zmęczone. Ale wszystkie zadowolone. Niektóre same, piszące smsy jak poszło, inne dzielące się wrażeniami z koleżankami. Starsze, młodsze, chude i te grubsze. Fajnie!
Wreszcie pojawia się moja zgraja
Po dekoracjach, losowaniu nagród od sponsorów, spóźnionym rozciąganiu, przerwie na watę cukrową, ruszamy do domu. Tym razem właściwym autobusem :)


zostałam odnaleziona:)

znajdź dziecko nr 2 :)

relaksik z sąsiadką


PS. Tak, udało mi się zrobić życiówkę:)

sobota, 27 czerwca 2015

Jeszcze o tym biegu na literkę R

Jeszcze o tym biegu na literkę R
Jak już pisałam na FB, chwilowo byczę się. Więc w ramach byczenia powrócę jeszcze do Biegu Rzeźnika i opowiem trochę o stronie technicznej.

Początek moich przygotowań przypada na grudzień. Co prawda było wtedy jeszcze przed losowaniem, więc nie wiedziałam czy w ogóle z Ewą wystartujemy, ale plan B zakładał, że jak nie Rzeźnik to Maraton Gór Stołowych.
Podglądam sobie historię Endomondo i ewidentnie widać, że od grudnia wzięłam się do roboty:

Widać, że ilość kilometrów wzrosła. Pewnie część osób by mnie wyśmiało widząc te liczby - ale jak na mnie i biorąc pod uwagę ile do tej pory biegałam, to naprawdę był skok w górę.
Od 1 grudnia do 5 czerwca wyszłam 84 razy biegać. Większość tego biegania odbywała się w promieniu 5- 8  kilometrów od domu (w Warszawie mieszkam, tak dla ścisłości. Nie w Zakopanem ;). Wyjątek stanowiły zawody: półmaraton na Gran Canarii w lutym, maraton w Paryżu w kwietniu i na koniec wyjazd w Bieszczady na rekonesans trasy na trzy tygodnie przed biegiem.
Oprócz tego z bliższych startów był Bieg Chomiczówki w styczniu (ale on się kwalifikuje pod 5-8 kilometrów od domu), Półmaraton Warszawski w marcu i poznański Wings for Life w maju (ten ostatni bieg, pomimo, że też uliczny był ze względu na swoją formułę i warunki pogodowe dobrym treningiem głowy i buntującego się ciała)

Raz w tygodniu chadzałam na zajęcia Boot Camp, a od stycznia, gdy Piotrek z Magdą postanowili treningi prowadzić pod własnym szyldem - na Power Training. Tych zajęć odbyłam w sumie 13. Najbardziej sumiennie pojawiałam się w lutym i w marcu - potem zaczęło mi się to trochę rozłazić ze względu na zaplanowane starty - bo albo byłam tuż przed zawodami i nie chciałam się zmęczyć, albo byłam po zawodach i dochodziłam do siebie :) Ale to co pochodziłam to moje i mogę z czystym sercem powiedzieć, że ta godzina treningu w tygodniu dużo mi dała. Te wszystkie pompki, burpeesy, podskoki, wyskoki, wypady, planki, brzuszki były fajnym uzupełnieniem mojego biegania. Wzmocniły mi nogi, wzmocniły mi core. No i nie mogę zapomnieć o biegowej tabacie :) Miałam jej dosyć - ale widziałam efekty - życiówki na płaskich dystansach posypały mi się tej wiosny :).

Im bliżej było czerwca, tym bardziej skupiałam się na bieganiu pod górkę. Najpierw chodziłam sobie do parku Moczydło, by tam męczyć Kopiec Moczydłowski. Wyglądało to mniej więcej tak:

Potem przerzuciłam się na Forty Bema, które może i nie oferowały tak długiego podbiegu, ale są bardziej różnorodne. Górek, góreczek, podbiegów, zbiegów, piachu, korzeni, trawy jest tam trochę i pomimo, że kręci się tam człowiek jak smród po gaciach, to można się zmęczyć.


Pisałam coś o kręceniu się jak smród po gaciach? :))
Gdy zrobiło się cieplej, dzieciaki zaczęły dojeżdżać do szkoły i przedszkola na rowerach. Postanowiłam odprowadzanie ich wykorzystać z pożytkiem dla siebie - i po prostu biegłam za nimi. Do domu wracałam przez Fort Bema, kręcąc moje kółka. Potem prysznic - i do pracy.

Im było bliżej czerwca tym bardziej skupiałam się na sile. Coraz mniej truchtałam po płaskim, po chodnikach, a coraz więcej było Fortów. Na koniec nawet jak robiłam sobie dłuższe biegi - to na koniec, na zmęczeniu i tak dożynałam się w parku. Nie mając pod ręką prawdziwych gór i nie mając za bardzo możliwości weekendowych wyjazdów, starałam w ten sposób przygotować organizm do tego, że będzie ciężko.

Pierwszy i jedyny wyjazd w góry miał miejsce na trzy tygodnie przed biegiem. Z moją partnerką, Krasusem, Bo, Pawłem i Bartkiem pojechaliśmy obwąchiwać trasę biegu. Dla mnie był to też sprawdzian: co to moje trenowanie na nizinach, głównie pod domem dało.
Okazało się, że nie jest źle. Że nie odstaję od towarzystwa, a są momenty, gdzie idzie mi całkiem, całkiem. Okazało się również, że kocham zbiegi :) Co prawda Rzeźnik trzy tygodnie później moją miłość wystawił na ciężką próbę - bo co innego zbiegać mając 15 kilometrów w nogach, a zupełnie co innego gdy ma się ich siedemdziesiąt - ale wtedy ten wyjazd mocno podbudował moje morale. Na tyle mocno, że kolejne podpytywanie mojej biegowej partnerki czy robimy jakieś założenia czasowe, nie zbyłam stwierdzeniem, że co będzie - to będzie, tylko rzuciłam cyframi.

Plan minimum nie wzbudził w Ewie emocji - obie byłyśmy zgodne co do 13 godzin. Ale plan maksimum - czyli próbować złamać czas zeszłorocznego trzeciego teamu kobiecego, który wynosił 12:21, spowodował już pewną nerwowość :)
Ewa przyjęła jednak plan na klatę i jako ta bardziej poukładana część Matek parę dni później wysłała mailem planowane międzyczasy na przepakach :) Nie mam pojęcia w którym momencie rozpiskę zaczęłyśmy wyprzedzać. W Cisnej byłyśmy bodajże 4 minuty później niż zakładałyśmy.
A potem Ewie wyładował się zegarek, a ja...a ja aż tak bardzo poukładana nie jestem :) Biegłam tak jak mi nogi pozwalały, tak, żebyśmy się nie pogubiły. Co z tego wyszło - to już wiecie :)

Jak mi się z Ewą biegło? Było dobrze. Miałam stresa przed startem. Niby życiówki na biegach ulicznych w półmaratonie i maratonie mamy mocno zbliżone. Ale to góry -więc jakby trochę inaczej. Przed zawodami biegłyśmy ze sobą chyba cztery razy. Raz wybieganie po lasach w okolicach Wawra, raz rundka po Warszawie przez kopce, raz przez część trasy Półmaratonu Warszawskiego i na koniec Bieszczady.
 I po tych Bieszczadach wróciłam z mętlikiem w głowie. Ewa pojechała tam z lekka umierająca po zatruciu pokarmowym, osłabiona i nie w pełni sił. Ja się mentalnie trochę miotałam: czy powinnam zostawać z Ewą, czy biec z grupą. Czy nie będzie miała za złe, jeśli gdzieś sobie polecę przodem? Generalnie te Bieszczady, które miały stanowić taką kropkę nad i jeśli chodzi o współpracę nas, jako teamu, przez chorobę Ewy - nic nie wyjaśnił:) Wiedziałam tylko, że najprawdopodobniej będę ciut mocniejsza na zbiegach i muszę się pilnować, żebyśmy się nie pogubiły. Ewa natomiast tłukła w trakcie przygotować o wiele więcej kilometrów - potrafiła nawet przekroczyć ich 300 w miesiącu, (liczba, do której ja się nigdy nie zbliżyłam) - więc byłam pewna, że jak tylko dojdzie do siebie po zatruciu - to moc będzie i obym jej dotrzymała kroku.

Ustaliłyśmy przed biegiem, że przy zbiegach stosujemy metodę wyczytaną u Dołęgowskich - bieganie po śladach prowadzącego. I to się sprawdziło.
Dogadałyśmy też co się z nami dzieje na dużym zmęczeniu. Ewa stwierdziła, że pewnie wyciągnie słuchawki i będzie w nich biegła (zapomniała o nich :). Ja ostrzegłam, że zmęczona nie gadam i nie lubię odpowiadać na pytania. Skupiam się w tedy na wysiłku i mam  trudności, żeby w ogóle ogarnąć co ktoś do mnie mówi.
Pod tym względem myślę, że się dograłyśmy. Biegłyśmy cały czas razem. co wcale nie jest takie łatwe. Nawet sobie nie wyobrażacie ilu mijałyśmy zawodników biegnących samych, bez partnerów.

Co nam wyszło? Noo - czas nam wyszedł z nawiązką :).
Sprawdził się też pomysł podpowiedziany przez Pawła, żeby pierwszą część dystansu pobiec bez plecaków, z pasem biodrowym z bidonem. Sprawdziły się kijki Black Diamonda. Na zmęczeniu, w biegu, dłużej mi szło ich składanie na odcinkach, gdzie ich nie potrzebowałam. Pewnie mogłabym sobie darować te kombinacje sprzętowe - ale bałam się, że komuś niechcący zrobię krzywdę (sama o mały włos bym nie zarobiła końcówką w oko, więc wolałam biec ze złożonymi).

Buty, speedcrossy też dały radę. Pamiętam, że część osób na FB radziła mi wziąć sobie na jeden z przepaków zapasowe. Pod koniec stopy już mnie bolały, przy zbiegach czułam każdy kamień - ale myślę, że po tylu kilometrach w każdych butach tak bym się czuła. Zmasakrowany mam jeden paznokieć i dalej go obserwuję czy postanowi mnie opuścić czy zostanie na dłużej. Na razie jego niezbyt ładny kolor maskuję lakierem do paznokci :)

Pomimo, że dystans był zacny, nie założyłam getrów kompresyjnych. Czemu? Powód był prozaiczny: z prognoz wynikało,że będzie lampa. Ja jestem z osób, które bardzo szybko się opalają. Jak sobie wyobraziłam moje nogi opalone w wąski pasek nad i pod kolanem, którego za Chiny bym się nie pozbyła - to postanowiłam z kompresji zrezygnować.

Miałam ze sobą różne dostarczacze energii. Był baton Chia Charge, były żele Squeezy, były żele SIS. Okazało się, że dla mnie strzałem w dziesiątkę były właśnie SIS. Żele, których nie trzeba popijać wodą, łatwo je "wyciućkać" z opakowania, bo są rzadkie. I nie są za bardzo słodkie.
W sumie zjadłam cztery SIS-y i jeden żel pomidorowy Squeezy. Plus kawałek żółtego sera na punkcie w Smereku. Chia nie spróbowałam. W ogóle nie miałam ochoty nic gryźć stałego. Nawet ten plasterek sera stawał mi w gardle.
Myślę, że mogłam tych żeli zjeść więcej. Szczególnie jak usłyszałam ile ich pochłonęli zwycięzcy - czterdzieści cztery (sic!)

Co nam nie wyszło? Myślę, że duże pole do popisu dawała tzw. droga Mirka. Szuterek lecący lekko w dół, na którym można sporo nadrobić. O ile ma się siły po zbiegu z Fereczatej :) My tej siły nie miałyśmy - ten fragment trasy pokonałyśmy Gallowayem. maszerując i truchtając na zmianę.
Z drugiej strony myślę, że gdybyśmy  usiłowały to pobiec w ciągu - nie miałybyśmy siły na połoninach. Więc w sumie dobrze wyszło jak wyszło. Widocznie tak miało być.

Przepaki. Tu bez dwóch zdań mogłyśmy coś urwać. W Cisnej i w Smereku mogłyśmy zabawić krócej - wyszło nam po 6,5 minuty. Myślę, że jakbyśmy pilnowały czasu - i w ogóle wcześniej ustaliły ile czasu spędzamy na każdym z przepaków - spokojnie byśmy po 3 minuty były w stanie urwać. Sześć minut do przodu...
Jak ważne są czasy spędzone na punktach, niech uzmysłowi takie małe gdybanie: druga para kobieca wbiegła na metę osiem minut przed nami. Gdybyśmy zaoszczędziły te 6 minut - przewaga skurczyłaby się do dwóch minut...Ale tak jak pisałam - to czyste gdybanie i daleko idące spekulacje mające na celu lepsze uzmysłowienie że punkty i czas na nich spędzony jest bardzo ważny. Dużą sztuką jest spędzić na nich jak najmniej czasu. A wierzcie mi - że gdy człowiek mega zmęczony dociera w miejsce z izotonikami, colą, żarciem - bardzo ciężko jest się zmobilizować i szybko zwiać.

Generalnie dobrze wyszło jak wyszło. Co ja piszę: rewelacyjnie wyszło! Ale jeśli chodzi o biegi górskie, dalej jestem taka malutka. Ale będę się uczyć.
Na pewno jeszcze w tym roku powrócę z mężem w Bieszczady - zamierzamy wziąć udział w Ultramaratonie Bieszczadzkim. Plany przyszłoroczne są w fazie omawiania:)




środa, 17 czerwca 2015

Szczęśliwi biegają ultra

Szczęśliwi biegają ultra
Książka Magdaleny i Krzysztofa Dołęgowskich trafiła do mnie dzięki uprzejmości wydawnictwa Galaktyka. Trafiła w bardzo gorącym okresie, bo tuż przed Biegiem Rzeźnika.
Tak - widziałam, że wszyscy dookoła odmieniają tę książkę przez wszystkie możliwe przypadki, ale podeszłam do niej z lekką rezerwą. Mam na swoim koncie kilka przeczytanych pozycji o tematyce biegowej i żadna z nich jakoś masakrycznie mnie nie porwała.

Zaczęłam czytać...i wsiąkłam. Książkę przeczytałam w trzy dni, przekazując ją od razu mężowi.

Autorzy uchylają nam drzwi do świata biegów ultra.  Piszą o swoich początkach, startach, porażkach i zwycięstwach. Opowiadają o innych zawodnikach, opisują imprezy. Przekazują nam swoje spojrzenie na treningi, dietę, sprzęt. A przez to wszystko przebija się pasja i radość.
Człowiek ani się obejrzy, a dociera do końca książki. I chce więcej. Naprawdę, na żywo, pognać gdzieś przez góry.

Ta książka dała mi niezłego powera przed Rzeźnikiem (zresztą z Ewą skorzystałyśmy z jednej rady zawartej w książce). Przypomniała mi wszystkie fajne chwile podczas wspólnego startu z mężem na Maratonie Gór Stołowych, gdy na zmianę łapiąc kryzysy wspieraliśmy się wzajemnie.

Wiecie co jest jeszcze w niej fajne? Oni są tacy...normalni. Ciężko na przykład utożsamiać się z takim Kilianem Jornetem ("Biec albo umrzeć"), który w wieku siedmiu lat zdobywał z mamą czterotysięczniki. Można podziwiać i mówić WOW.
Z Magdą i Krzyśkiem jest inaczej. Czytasz i myślisz, że mają takie same problemy, słabości. W wielu sytuacjach odnajdujesz analogię do własnego życia. I czujesz, że też, na miarę własnych możliwości możesz odnaleźć w sobie pasję i robić to co lubisz.
Książka dla każdego - dla biegaczy i nie tylko.


Copyright © 2016 Matkabiega , Blogger