Pokazywanie postów oznaczonych etykietą maraton. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą maraton. Pokaż wszystkie posty

piątek, 6 czerwca 2025

Rimi Riga Marathon

Rimi Riga Marathon

Relacja z Półmaratonu Warszawskiego już okrzepła, czas się wziąć za napisanie tego, co się działo w Rydze.

Podobnie jak przy półmaratonie, totalnie nie wiedziałam na co się nastawiać. Pamiętam końcówkę w Warszawie, gdy bez sił wbiegałam na metę i smętnie myślałam , że w Rydze to będzie dopiero półmetek...

Bałam się. Maraton to dystans, który nie bierze jeńców. Wielokrotnie czytałam relacje osób teoretycznie wyśmienicie przygotowanych, które królewski dystans poskładał. Żeby dobrze przebiec 42 kilometry i 195 metrów, trzeba naprawdę trafić z formą, odpowiednim tempem, piciem, odżywianiem, pogodą. A każde niedociągnięcie może się srogo zemścić.

Ponieważ z szybkich wyliczeń wyszło mi, że na Łotwie pobiegłam maraton po raz dziesiąty, zrobiłam mały przegląd tych, które już za mną.

1. 2013 Warszawa. Mój debiut. Bardzo miło go wspominam. Dobrze rozłożyłam siły. Drugą połowę przebiegłam nawet ciut szybciej niż pierwszą. Czas 3:50:43.

2. 2013 Amsterdam. To było czyste szaleństwo, bo pobiegłam tam dwa tygodnie po Warszawie! Teraz bym się na takie coś nie zdecydowała. Czas prawie identyczny jak warszawski: 3:50:21.

3. 2014 Praga. Maraton, z którego połowy nie pamiętam. Powodem była słynna maratońska ściana, którą sobie zafundowałam na własne życzenie. Miałam wtedy przerwę od biegania w najbardziej newralgicznym, z punktu widzenia treningowego, czasie. Podczas truchtania po lesie, wbiłam sobie w okolice ścięgna Achillesa patyk. Niestety, dwóch chirurgów sprawę zbagatelizowało i nie zauważyło, że jego fragment został w nodze. Dopiero trzeci lekarz ranę rozkroił, wyciągnął co trzeba i oczyścił. Efekt był taki, że na maraton pojechałam średnio przygotowana, ale ruszyłam jakbym była w życiowej formie. Na efekty nie trzeba było długo czekać, bo poskładało mnie już w okolicach 25 kilometra. Czas: 3:56:39

4. 2014 Budapeszt. Piękna pogoda i walka z upałem. Chyba nikt się nie spodziewał, że w październiku termometry będą wskazywać 28 stopni. Czas: 3:54:14

5. 2015 Paryż. Nie pamiętam co się działo treningowo, ale tu zaliczyłam spory przeskok, jeśli chodzi o czas na mecie. Chyba wtedy przygotowywałam się do Biegu Rzeźnika - może to zaowocowało? Pierwszy raz brałam udział w tak wielkiej imprezie, ponad 50 tysięcy ludzi. Czas: 3:37:53

6. 2015 Berlin. To było naprawdę COŚ. Jeden z sześciu majors marathons - czyli najbardziej prestiżowych maratonów na świecie. Meta usytuowana tuż za Bramą Brandenburską, przez którą się przebiegało. Ciary! Czas też niczego sobie: 3:32:11. To chyba po tym maratonie zaczęłam nieśmiało dopuszczać do siebie myśl, że złamanie 3:30 jest w moim zasięgu.

7. 2017 Frankfurt. Po przerwie spowodowanej ciążą i urodzeniem Matyldy, wróciłam na maratońskie ścieżki. Start z przygodami, bo zapomniałam chipa (nie był zintegrowany z numerem startowym, tylko trzeba było go przypiąć do buta). Bieg po ten cholerny chip, z jednoczesnym panicznym dzwonieniem do męża i sprint z powrotem, pamiętam do tej pory. Szczególnie to dziwne uczucie, gdy dobiegasz, szukasz bramki, przez którą możesz z powrotem ustawić się w strefie i widzisz biegnący już maraton :). Udało się. Nie wiem jakim cudem, po ciąży, mając na pokładzie roczne dziecko, nabiegałam 3:35:14

8. 2018 Kopenhaga. Tu po raz pierwszy, świadomie podjęłam rękawicę i spróbowałam łamać 3:30. Pogoda, niestety, nie sprzyjała życiówkom. Było bardzo gorąco, nie wystarczyło mi sił na końcówce. Niewiele zabrakło: 3:30:26

9. 2018 Warszawa. Powrót na własne podwórko. Bieg w którym zgrało się wszystko. Po prostu to był dla mnie dzień konia. Zero ścian, kryzysów, cały czas równe tempo. Złamane 3:30 ze sporym zapasem: 3:21:44. To był mój ostatni maraton.

Potem wciągnęliśmy się z mężem w skoki spadochronowe i bieganie zaczęło siadać. Gwoździem do trumny była pandemia, po której wszystko się rozlazło. Teraz próbuję, próbujemy, znów wrócić do bardziej ambitnego biegania, czy też raczej, biegania z celami na horyzoncie.

Niby miałam maraton pobiec już po raz dziesiąty, ale po takiej przerwie wiedziałam, że trzeba ten bieg potraktować jakby był debiutem - co wcale nie było łatwe. 

***

Do stolicy Łotwy przyjechaliśmy w piątek wieczorem, z częścią rodziny. Towarzyszyła nam moja teściowa oraz dzieci nr 2, 3 i 4. Najstarszy, jako pełnoletni młodzieniec, został w domu na gospodarstwie. Sobotę spędziliśmy na zwiedzaniu miasta i odebraniu pakietów startowych. Miałam na ten dzień zaplanowane 4 km truchtu przedstartowego. Czy zamiast tego, zrobiliśmy zwiedzając, 15 kilometrowy spacer? Być może :P





Napawaliśmy się również słońcem - bo to, według wszelkich prognoz pogody, już za chwilę miało być tylko wspomnieniem. Nad tą częścią Europy przewalał się niż, przynosząc, niestety, już w sobotę wieczorem opady deszczu. Wszystko wskazywało na to, że i w dniu naszego biegu, praktycznie przez cały dzień będzie padać. 

Mój mąż wertował wszelkie mapki pogodowe, szukając jakiś pozytywnych wieści i jedyną pocieszającą konkluzją było to, że w trakcie maratonu ten deszcz miał być ciutkę mniejszy. Po godzinie 11 miało rozpadać się na dobre.
To była bardzo dobra godzina na deadline. Start był o siódmej rano, o jedenastej mijały akurat cztery godziny. Dla mnie to była absolutna granica przyzwoitości. W jakim czasie dobiegnę, jakim tempem- nie wiedziałam. Ale na pewno miał to być czas poniżej 4 godzin.

Niedzielna pobudka była wcześnie rano. Dla nas bardzo rano, bo na Łotwie jest jedna godzina różnicy. W okolice startu podjechaliśmy tramwajem, smętnie wpatrując się w zalane deszczem ulice. Bo, oczywiście padało.
Podreptaliśmy do namiotów, gdzie można było zostawić depozyt i odwlekaliśmy jak mogliśmy chwilę, w której trzeba było rozebrać się z wierzchnich ciuchów. Skuleni pod jednym z kawiarnianych parasoli, obserwowaliśmy z zaciekawieniem innych biegaczy.
Były osoby, tak jak my, czekające do ostatniej chwili na zdjęcie ciuchów. Byli biegacze, którzy tego dnia postawili na długi rękaw i zakryte nogi. Byli wreszcie i tacy, którzy w pompce mieli temperaturę i deszcz: krótkie spodenki, koszulki bez rękawków, od razu zwarci i gotowi. Ja prezentowałam formę pośrednią: od dołu na krótko, w spódniczce biegowej, od góry długi rękaw - bo jednak deszcz wychładza, a dodatkowo sam dzień miał być dość chłodny.

Wreszcie ruszyliśmy na start.
Maraton w Rydze nie jest największą imprezą świata. Daleko jej do takiego Berlina, czy Paryża, gdzie startuje kilkadziesiąt tysięcy osób. Tu na liście startowej było trzy tysiące biegaczy z kawałkiem. Widziałam pacemakareów prowadzących na konkretne czasy - ale w interesującym nas zakresie byli tylko na 3:45, a potem na 4 godziny. Te trzy tysiące osób tak się skompresowało przed startem, że nagle i nieoczekiwanie znalazłam się za "zającami" prowadzącymi na 4 godziny.
Nie spodobało mi się to - bo wokół prowadzących na takie kluczowe czasy, zawsze jest tłum biegaczy i na początku ciężko się biegnie. No i jednak zamierzałam pobiec ciutkę szybciej.

Ruszyliśmy i moje przewidywania się sprawdziły. Ciężko się biegło, więc starałam się od samego początku wyprzedzić ten tłumek wokół "zajęcy". Utrudniały to mocno warunki trasy. Padający cały czas deszcz spowodował, że każde najmniejsze zagłębienie w asfalcie, każda koleina, każda nierówność, była wypełniona wodą. 

Ludzie robili najróżniejsze wygibasy, żeby te kałuże omijać. Zmieniali nagle tor biegu, zmieniali tempo. W jednym miejscu, pod wiaduktem, wody zebrało się tyle, że ludzie po prostu stanęli. Biegło się fatalnie, bieg był szarpany. I pewnie dlatego starając się wydostać z tego największego kotła, zaczęłam biec za szybko. Znaczy - biegło mi się dobrze. Ale wiedziałam, czułam to, że tempo rzędu 5:15/km to nie jest moje maratońskie tempo. Zaczęłam zwalniać, ale za ten slalom, hamowanie, omijanie, a potem biegnięcie za szybko, zapłaciłam pod koniec. Pierwsze osiem kilometrów, zemściło się na ostatnich ośmiu :)

Pogoda była cały czas constans. Padał deszcz i było zimno. Długi rękaw był dla mnie zdecydowanie dobrym wyborem. Temperaturę dobitnie odczułam podczas wyciągania z kieszeni żelu, a potem próby otworzenia go. Zgrabiałe ręce odmawiały posłuszeństwa. 

Ludzie zdążyli się rozciągnąć i nie było nikogo koło mnie. Ze skrajności w skrajność: najpierw za dużo ludzi, teraz za mało. Zawsze dobrze schować się za kimś, czy biec koło osoby, która trzyma podobne tempo. A ja akurat biegłam w takie dziurze, samotnie. Nawet jak przez chwilę miałam towarzystwo, to okazywało się się, że tempo nie moje - albo byłam wyprzedzana, albo sama wyprzedzałam. Nie miałam jeszcze żadnego kryzysu, ale już czułam, że nogi nie niosą mnie lekko. Dopiero po 33. czy 34. kilometrze nasza trasa łączyła się z trasą półmaratońską i zrobiło się bardziej tłoczno - ale wtedy było mi już wszystko jedno.

Nie pamiętam, na którym dokładnie kilometrze mijaliśmy się z czołówką. To był taki fragment, na którym biegło się długo w jedną stronę, robiło kółko w parku koło Ogrodu Zoologicznego i wracało tą samą drogą. Po mapce widzę, że to musiało być coś koło 20. kilometra, a dla czołówki to był kilometr trzydziesty. Szkoda mi ich było. O ile jeszcze pierwsi panowie biegli w zwartej grupie, to pierwsze trzy kobiety biegły zupełnie same i widać było, że również nie jest im za dobrze w tych warunkach. 

Fragment przez park to były niby tylko 4 kilometry, a dłużyły mi się strasznie. Nie wiem o co chodziło - czy było zbyt monotonnie: długa, prosta asfaltowa ścieżka i drzewa, czy już powoli, powoli doganiała mnie karma. Brakowało mi już lekkości.

Przez moment, jedyny raz, zyskałam dwie towarzyszki i około dwóch kilometrów biegłyśmy obok siebie, ewidentnie jedna drugiej nadając tempo. Ale potem wbiegłyśmy z powrotem do miasta i nieformalny team się rozpadł. Jedną dziewczynę zgubiłam przy punkcie z wodą, druga chyba pobiegła szybciej. Ja z kolei zwolniłam, gdy moje nogi zaprotestowały przy przebieganiu przez torowisko, którego środek był wyłożony nierównym brukiem. 

Nie mogłam doczekać się 30. kilometra. Miałam wrażenie, że jak tam dobiegnę, to już wszystko będzie dobrze. Do mety zostanie przecież już tylko dwanaście kilometrów. A przecież dwanaście to niewiele, skoro dałam radę przebiec trzydzieści, nie?

No....nie. NIE.

Dla mnie maraton zaczął się właśnie gdzieś koło trzydziestego kilometra. Czyli klasyka maratońska. Zaczęłam zwalniać coraz mocniej. I niespecjalnie z tym walczyłam. Znaczy, trochę protestowałam w duchu, widząc jak moje średnie tempo z kolejnych kilometrów idzie w górę. Ale w miarę narastania zmęczenia, moja tolerancja co do tego tempa rosła.
Żeby pomóc swojej głowie, weszłam w etap dzielenia pozostałego dystansu na kawałki. Trzydzieści dwa. Jeszcze tylko dziesięć. Trzy kilometry do trzydziestu pięciu. Trzydzieści pięć. Jeszcze dwa i do mety będzie tylko pięć. Trzydzieści siedem... Jeszcze trzy kilometry i już tylko zostanie dwa...

Na czterdziestym kilometrze wbiegliśmy (po raz drugi, zresztą) na Plac Wolności, z charakterystycznym Pomnikiem Wolności. 

Przy tym miejscu zatrzymam się na chwilę, bo to co Łotysze zrobili, to było mistrzostwo świata. Wzdłuż całego placu były ustawione podwyższenia, a na nich stali ludzie w strojach ludowych. Część tylko stała, machała do biegaczy. Ale były tam również chóry, który śpiewały na żywo, z nagłośnieniem. Pierwszy raz biegliśmy przez ten plac na 17 kilometrze, drugi, właśnie na samym końcu. 

Generalnie i w jedną i drugą stronę, miałam łzy w oczach ze wzruszenia i ciary przechodzące po plecach. Pierwszy raz mi się zdarzyło, że wyciągnęłam z kieszeni telefon i próbowałam nagrać to co widzę i słyszę - bo robiło to piorunujące wrażenie. Byłam tak zmęczona, że nie pamiętam za bardzo ostatnich siedmiu kilometrów - ale ten fragment przez Plac - tak. 


Rimi Riga Marathon

Rimi Riga Marathon

Rimi Riga Marathon

A to już z mojego telefonu


Z wielką ulgą powitałam ostatnią prostą i z jeszcze większą ulgą minęłam bramę mety. Czas 3:52:18. Odebrałam medal, zaczęłam ze zmęczenia kasłać. Uspokoiłam miłą panią z obsługi, że nic mi nie jest. Zlokalizowałam małżonka, który przybiegł trzy minuty przede mną. Z krótkiej wymiany zdań wyszło, że drugiej części maratonu również nie wspomina miło. 

Chwila bez deszczu na końcówce biegu i tuż za metą, szybciutko się skończyła. W kolejce po nasze depozyty znów staliśmy moknąc. 



Podsumowanie?

Nigdy nie biegłam maratonu w takich warunkach. Dwa razy na maratonach walczyłam z upałem. W Pradze, z tego co pamiętam (a pamiętam niewiele) padał jakiś przelotny deszcz, ale żeby opad towarzyszył przez prawie cały dystans - to dla mnie nowość. 

Za szybko zaczęłam, za późno zaczęłam zwalniać. Nie miałam takiej typowej ściany, nie musiałam przechodzić do marszu (choć taki jeden wiadukt pod koniec mocno dał popalić i mocno kusiło). Ale mocno zwolniłam. Z pierwszych pięciu kilometrów mam średnie tempo 5:19 min/km, z ostatnich pięciu 5:49 min/km.
Mogłam zabrać więcej rzeczy do jedzenia (miałam ze sobą jeden żel i cztery galaretki z kofeiną). Więcej błędów nie pamiętam :)


Co teraz? Teraz szykujemy się w Dolomity. Lavaredo czeka.







 







czwartek, 4 października 2018

40. Maraton Warszawski

40. Maraton Warszawski
Pozwolicie, że na początek zacytuję samą siebie?
"Już kiedyś pisałam: do życiówki trzeba mieć dzień konia, musi się zgrać wszystko. Treningi, forma, zdrowie, pogoda, jedzenie, strategia.
Dziś mialam dzień konia. "

Tak pisałam na FB po dotarciu na metę. To teraz to rozwinę :)

Pogoda była prawie idealna. Może gdyby ciut mniej wiało wzdłuż Wybrzeża Gdyńskiego, napisałabym, że była idealna ;) Było słońce, ale nie przeszkadzało, bo temperatura około 12 stopni skutecznie równoważyła ciepełko. Przed startem, szczególnie w cieniu, było na pewno jeszcze chłodniej. Rozgrzewkę robiłam w kurtce puchowej i rękawiczkach :)



Nic nie popsuło mi przygotowań. Nie chorowałam, nie złapałam żadnej kontuzji. Owszem, czasem życie weryfikowało Plan i czasem musiałam pożonglować treningami czy coś tam odpuścić - ale większość tego co miałam rozpisane przez Piotra Tartanusa - zrealizowałam. Biegałam te wszystkie podprogowe tysiącdwusetki, tysiącsześćsetki, trzykilometrówki, robiłam wybiegania, szlifowałam tempo maratońskie. I za cholerę nie wiedziałam na co to się przełoży jak przyjdzie co do czego. I chyba do końca nie chciałam wiedzieć - ale o tym jeszcze wspomnę dalej.

Oprócz biegania muszę wspomnieć o treningach uzupełniających, które na stałe zawitały w moim życiu. Najpierw były to zajęcia ze sztangami, potem przerzuciłam się na trx, a od września postawiłam na kettle. Wierzę, że to też miało wpływ na moją formę.

No i jeszcze jedna rzecz, której nie planowałam jakoś specjalnie, samo wyszło. Waga :)
Gdy rozpoczynałam treningi pod Transgrancanarię rok temu, po cichu liczyłam, że to całe bieganie pomoże mi pozbyć się ostatnich pociążowych kilogramów. Nic takiego się jednak nie stało. Owszem, przyczyna mogła tkwić w jakiś moich błędach żywieniowych, mogła  tkwić w tym, że karmiłam jeszcze piersią Matyldę - ale na wszelki wypadek przebadałam się wtedy, włącznie z tarczycą. Byłam zdrowa jak rydz :) Podjęłam więc jedyną słuszną decyzję. Obraziłam się na wagę ;)) i temat olałam. Olałam, ale w którymś momencie dotarło do mnie, że od jakiegoś czasu praktycznie wszystkie spodnie i spódnice lecą mi z tyłka. No i okazało się, że nie wiem jak, nie wiem kiedy, zgubiłam jakieś 4 kg. Może jednak musiał minąć dłuższy czas od ciąży i karmienia i organizm poluzował cugle? Nie wiem. W każdym razie spadek wagi na pewno przełożył się na mój VO2max i moją szybkość.

Na trasie skorzystałam ze wszystkich punktów z piciem, przez wszystkie przelatując prawie bez zwalniania. Po pierwsze biegłam w tej części stawki, gdzie jeszcze nie jest gęsto od ludzi, a po drugie na biegach Fundacji Maraton Warszawski są długie strefy i dość komfortowo się z nich korzysta. 
O, jakże inaczej było w Kopenhadze, gdzie cenne sekundy traciłam wpadając na ludzi, zwalniając, żeby na nikogo nie wpaść, zatrzymując się, żeby w ogóle dopchać się do kubka, czy po prostu dlatego, że wtem okazywało się, że strefa już się skończyła.
Do tej pory na maratony zabierałam ze sobą trzy żele. W Kopenhadze miałam cztery plus dwie tabletki dextrozy. Jedną wtedy zgubiłam i do mety naprawdę doleciałam na oparach. Teraz miałam podobny zapas, ale tym razem nic nie pogubiłam :)


Tu muszę znów wrócić do maja, do Kopenhagi. To tam ostrzyłam sobie zęby na łamanie trzy trzydzieści. Ba, ostrzyłam sobie po cichu zęby na konkretne cyferki. Uważałam, że jak wszystko dobrze pójdzie - to jestem w stanie pobiec w granicach 3:25 -3:26. W tym dniu jednak pogoda rozdawała karty. Nie tylko nie wykręciłam wyniku marzeń, ale i tych 3:30 nie udało się złamać.
Byłam zła na siebie. Nie, nie o to, że pobiegłam wolniej. Byłam zła na siebie, że za bardzo zafiksowałam się na cyferkach. I przez to radość z życiówki popsuło mi trochę rozczarowanie. 
Tak więc teraz miałam ciężki orzech do zgryzienia. Z jednej strony treningi szły mi dobrze, robiłam je z zapasem. A z drugiej strony bardzo, bardzo, sama przed sobą, nie mówiąc już o innych, unikałam deklaracji jaki czas tym razem mi się marzy. Chciałam złamać 3:30. A jednocześnie chciałam pobiec z luzem, który towarzyszył mi poprzednim startom maratońskim, gdzie potrafiłam dopiero w trakcie biegu zastanawiać się jakim ja właściwie tempem mam biec?
Forma teraz była, czułam to. Ale, heloł. To maraton. Przez 42 kilometry może dużo się zadziać.

Jak ostatecznie poradziłam sobie z presją? Ustawiłam sobie ekran zegarka tak, żeby nie widzieć czasu :) Na ekranie wyświetlał mi się dystans, średnie tempo i tempo chwilowe. Dwie ostatnie pozycje dawały mi dość ogólne pojęcie jak szybko biegnę - bo przecież zawsze wskazania zegarka rozmijają się z oznaczeniem na trasie. Miało mi to tylko dać pojęcie czy nie zwalniam za bardzo. 
Tak więc biegnąc nie znałam swoich międzyczasów na matach pomiarowych, nie wiedziałam jakie mam tętno. Czasem, jak akurat usłyszałam pikanie zegarka udawało mi się zerknąć na tempo z ostatniego kilometra. Ale generalnie cały dystans przebiegłam bardziej na czuja i  na samopoczucie niż kierując się wskazaniami zegarka.

Na starcie musiałam jednak podjąć decyzję gdzie się ustawić. I ostatecznie ustawiłam się za zającami na 3:25. Uznałam, że jak dobrze pójdzie - to dobiegnę w tym czasie, który marzył mi się w Kopenhadze, a jak nie - to będę miała pewien zapas nad tym nieszczęsnym 3:30.
Na początku trzymałam się za zającem. Ale dość szybko dotarło do mnie, że zaczynam hamować, próbując trzymać jego tempo. Dodatkowo trasa szła lekko z górki i nogi same rwały się do przodu. Najpierw więc znalazłam się między zającami (bo biegło dwóch, jeden bardziej z przodu), a przez zoo, na ósmym kilometrze, biegłam już z przodu zupełnie. Co wtedy myślałam? "Oddychaj Aga, oddychaj. Właśnie wyprzedziłaś zające na 3:25. Albo będzie piękny wynik, albo piękna katastrofa" ;). 
Nie jestem w stanie w czasie umiejscowić kibicującego Tibora, który za trzecim razem o mały włos mnie nie przegapił, bo spodziewał się, że przebiegnę koło niego później :)

Tu jeszcze lecę schowana za zającem :)


No więc biegłam sobie na tego czuja, ciesząc się, że jest dobrze, że biegnie mi się lekko, kilometry się nie dłużą. Co wcale nie było takie oczywiste, bo w maju dłużyło mi się okropnie. Nawet mówiłam Tiborowi, że jak dla mnie to mogłabym zmęczyć się w jakiś inny sposób i od razu niech mnie ktoś wstawi na trzydziesty kilometr, bo wtedy zaczyna się najciekawsze :) A teraz nie dosyć, że nic mi się nie dłużyło - to jeszcze zdarzało mi się dziwić, że cooo? Chorągiewka z 27 kilometrem? Myślałam, że to dopiero 25...
Trudniejsze fragmenty? Podbieg na Belwederskiej na 16 kilometrze. Niewdzięczny, twardy. Jako dość męczące pamiętam też podbiegi na Most Gdański. Długa prosta wzdłuż Wybrzeża Gdyńskiego też nie była najprzyjemniejsza - bo niestety było pod wiatr. Szczęśliwie znalazłam  trzech panów biegnących w podobnym tempie i większość tego fragmentu przebiegłam chowając się za ich plecami.

Most Gdański po raz drugi, czyli jakiś 33 kilometr

Takie prawdziwe zmęczenie poczułam po 35 kilometrze. Żeli już nie miałam, więc tu poszła już w ruch dextroza i szukanie następnych panów, którzy pomogliby mi w utrzymaniu tempa. No i gadanie po cichu ze swoją głową. "Trzydziesty piąty kilometr. Jeszcze dwa i będzie tylko piątka do mety. Trzydziesty siódmy, za trzy kilometry będzie czterdziestka. Tu jest z górki, pamiętaj tu jest z górki."

I wtedy, na tym trzydziestym piątym kilometrze, zobaczyłam spacerującego dużego, białego penisa...
Nie, nie miałam halucynacji ze zmęczenia :))) Z boku trasy spacerował facet  ubrany w dmuchany organ męski i w ten sposób zachęcał do badania prostaty. Nie wiem czy którykolwiek z uczestników zapamiętał coś z tego przekazu, ale widok był tak absurdalny, że dostałam ataku śmiechu i na moment zapomniałam o zmęczeniu.


Proszę, nawet mam dowód na obecność penisa na trasie :) Lewy górny róg :)


Na tym etapie wzbudzałam wśród widzów żywiołową reakcję.  Bo pań dookoła mnie prawie nie było :) Na metę dobiegłam jako trzydziesta trzecia kobiałka - więc większość otaczających mnie biegaczy było płci męskiej. Miało to swoje dobre strony: rzucałam się w oczy - swoje pewnie też robiła różowa spódniczka (Polka Sport :) i warkoczyki - więc byłam żywiołowo dopingowana przez kibiców zgromadzonych wzdłuż trasy (wszystkim znajomym również dziękuję za doping!). Ale made my day pewna starsza pani, która na mój widok krzyknęła: "brawo, dziewczynko!" :))


Pod koniec wydawało mi się, że zwolniłam. Na pewno musiałam już wkładać w biegnięcie sporo wysiłku. Bolały mnie łydki, kłuło coś po pośladkiem i powoli nie mogłam doczekać się mety. Maraton, panie :) 
Musiałam być zmęczona, bo przegapiłam chorągiewkę z 41 km, a wybiegając z ostatniego zakrętu nie od razu zorientowałam się, że to już ostatnia prosta i przede mną widać metę :) 
Starałam się biec ładnie, przyspieszyć. W końcu to finisz. Jak zobaczyłam cyferki na bramie od mety - wiedziałam, że jest dobrze. Ale dopiero jak za linią mety przeklikałam się przez ekrany zegarka i wreszcie zobaczyłam to 3:21:44, to w ułamku sekundy rozkleiłam się :) Szłam przed siebie i łzy normalnie leciały mi po policzkach z emocji i ze wzruszenia. Bo nie spodziewałam się, serio się nie spodziewałam, że to wszystko skończy się aż takim czasem :)







Znaleźliśmy się z Tiborem, na świeżo wymieniałam wrażenia. Na moje stwierdzenie, że pod koniec to chyba zwolniłam, mąż spojrzał się na mnie dziwnie i powiedział, żebym sprawdziła międzyczasy w wynikach. To sprawdziłam. I zaliczyłam drugi opad szczęki :)

Tak trochę równo mi się biegło :) Drugą połówkę przebiegłam o 6 sekund szybciej niż pierwszą. W obu ocierając się o moją życiówkę półmaratońską, co dalej mocno mnie bawi :)


Co tu dużo mówić. Wyszło wszystko rewelacyjnie. Nie dosyć, że czas wykręciłam taki, że sama jestem w lekkim szoku, to jeszcze to wszystko zostało zrobione w dobrym stylu: bez kryzysów, umierania. Widocznie Warszawa tak na mnie działa - bo swój debiut sprzed pięciu lat wspominam równie miło :)







Chciałam podziękować wszystkim, którzy dołączyli się do akcji #biegamdobrze i wpłacili datki. To dzięki Wam udało mi się zebrać ponad 700 zł!

Co teraz? Cóż, ostatnie długie wybieganie przed Łemkowyną za mną :))) Za 9 dni zmieniam klimaty na górskie. Na razie upajam się słodkim nicnierobieniem :).


wtorek, 15 maja 2018

Kopenhaga

Kopenhaga
Pod Gran Canarię mieliśmy wklepane tyle kilometrów, nabitą taką bazę, że aż żal było jej nie wykorzystać. Gdyby tak popracować nad szybkością - to mógłby z tego wyjść fajny maraton. Tak też zrobiliśmy :)
Czemu akurat Kopenhaga? Bo trzeba było wziąć pod uwagę regenerację. Baliśmy się, że zbyt wcześnie wprowadzony trening maratoński skończy się  kontuzją. Dodatkowo wydawało nam się, że w tym mieście nie będzie może zbyt gorąco, pomimo połowy maja. He, he, he. Dobre :))

Nie powiem - przeżyłam pewien szok, gdy zamiast komfortowego klepania kilometrów nagle w Planie pojawiły się treningi, które prawie zawsze oznaczały wyjście poza strefę komfortu.
I to nie był tylko żarcik, gdy na fejsbuku pisałam o wizytach w toalecie. Naprawdę zdarzało mi się patrzeć co tam Piotr wymyślił i... musiałam trochę opóźnić wyjście z domu.
Treningi przynosiły efekty, widziałam to. Wchodziłam na tempa, o których kiedyś mogłabym tylko pomarzyć. Łapały mnie czasem wątpliwości czy uda mi się to wszystko poskładać w 42 kilometry. Ale im bliżej było startu, tylko bardziej wierzyłam, że to ma szansę się udać.
Najbardziej obawiałam się wiatru. W końcu Kopenhaga to miasto portowe. O słońcu jakoś nie myślałam. A to ono, jak się okazało, rozdawało tego dnia karty.

Ja już pisałam, że żeby rzucać się na życiówki, na łamanie jakiś cyferek - trzeba mieć dzień konia. I ten dzień to nie tylko szczyt formy, dobre rozplanowanie żeli, odpowiednie nawodnienie, sprawne przebieganie przez punkty z wodą. To również pogoda. A ta może w bezlitosny sposób wystawić na ciężką próbę ciało i umysł maratończyka.

Niestety po zachmurzonym niebie, które wisiało nad miastem dzień wcześniej, w niedzielny poranek nie było ani śladu. Cieniutkie chmurki rozwiały się definitywnie na jakąś godzinę przed startem i na biegaczy czekało błękitne niebo. I słońce.
Z mężem startowaliśmy z różnych miejsc. Tibor poszedł do przodu, a ja stałam tuż przed pomarańczowymi balonami na 3:30. I....tuż za zającami na 3:20. Maraton kopenhaski nie dorównuje liczbą uczestników do takich tuzów jak Berlin czy Paryż (30-40 tysięcy biegaczy) i na starcie stawiło się niecałe 7900 ludzi. Stąd pewnie szybsze strefy były bardzo krótkie. To pewnie też spowodowało, że pierwsze kilometry, niesiona tempem innych biegaczy, przebiegłam o wiele szybciej niż zakładałam. Jak mi drugi i trzeci kilometr wpadły w 4:34 i 4:37, zaczęłam się w głowie stopować. Z takim tempem to się nie mogło udać. Zwolniłam i pilnowałam średniego tempa. Przez liczne zakręty na trasie wskazania zegarka i oficjalne oznaczenia kilometrów zaczęły się dość szybko rozjeżdżać. Wiedziałam więc, że moje "zegarkowe" średnie tempo musi być szybsze, muszę mieć zapas na te nadprogramowe metry, które do mety się uzbierają. Uznałam, że nie mogę biec wolniej niż 4.50 - 4.52 min/km. Na piętnastym kilometrze rozjazd był już ponad dwieście metrów. Starałam się te różnice zmniejszyć, wybierać najbardziej optymalny tor biegu. Patrzyłam w którą stronę skręcają biegacze, żeby w jak najlepszy sposób ścinać zakręty i jak najmniej dokładać metrów. Udawało się to do czasu, niestety. Pogoda była dalej stabilna: lampa po prostu i bardzo ciepło. O dziewiątej trzydzieści, gdy bieg ruszał, słońce było jeszcze na tyle nisko, że biegnąc pomiędzy budynkami biegacze mieli sporo cienia. Niestety wraz z upływem czasu i wędrówką słońca w górę - ten komfort się skończył. Powoli nie tor biegu, a cień, cień jak najdłużej stał się priorytetem.
Już kiedyś biegłam maraton w takich warunkach. W Budapeszcie w 2014 roku. W październiku było wtedy 27 stopni. Myślę, że teraz w słońcu warunki były podobne.

Coraz bardziej zdawałam sobie sprawę, że to będzie ciężka walka. I że cholera wie jaki czas do mety dowiozę. I obym do tej mety dotarła w jednym kawałku.

Siódmy kilometr. Jaka jest pogoda - widać.


Strefy z wodą i izotonikami były dość często, co jakieś trzy kilometry. Mój mąż przed biegiem trochę kręcił nosem, że po co tak często, czemu nie co pięć kilometrów. Że tyle punktów, to większa strata czasu przecież. Cóż, okazało się, że całe szczęście, że było ich tyle (w sumie dwanaście). Szkoda, że były dość krótkie. Przy takiej temperaturze powietrza, na wodę rzucali się praktycznie wszyscy. Kocioł przy kubkach robił się straszny i nawet jak człowiek nie wiem jak się starał - to nie dało rady przez strefy przebiec płynnie, łapiąc picie w locie. Cenne sekundy uciekały, ale ominięcie takiego punktu - to było proszenie się o kłopoty. Zresztą w miarę upływu czasu na piciu się nie kończyło. Zawsze przed wodą stała kurtyna wodna, z której również korzystałam. Potem polewałam się wodą, a potem dopiero piłam: wodę albo izo, w zależności od tego co udało mi się dorwać przed końcem strefy.
Starałam się jakoś odwrócić uwagę od tego gorąca. Odliczałam sobie w duchu kilometry, rozglądałam się dookoła (Duńczycy cała trasę przeprowadzili przez miasto, bez wyprowadzania biegaczy na jakieś opłotki, czy obwodnice. Dzięki temu było naprawdę dużo kibiców. Czasami aż za dużo ;), patrzyłam na stroje biegaczy przede mną, odczytywałam napisy na koszulkach. O, tu pani ma ładny tatuaż na łopatce. Z lewej strony biegnie Hiszpan. A tutaj maszerujący gość ma na plecach wypisane Tibor. Tibor? Tibor??? Mój Tibor???? No, mój...
I tak gdzieś między 17 a 22 kilometrem (oboje pamiętamy to różnie), minęłam mojego męża, który pożalił się, że zabetonowało mu łydki. Przesłałam mu pocieszającego całusa i pobiegłam dalej.
Było coraz ciężej. Zbliżało się południe i właściwie nie miało już znaczenia czy trasa prowadziła wąskimi czy szerszymi uliczkami, z drzewami czy bez. Słońce było wszędzie. I wybierało siły w tempie błyskawicznym. I to widać było po tempie. W okolicach 27-28 kilometra zaczęłam zwalniać. Dramatycznie wzrosła też liczba maszerujących ludzi. Dla mnie zaczęło się bieganie od punktu z wodą do punktu z wodą. Nie mogłam się ich doczekać. I odliczałam w głowie. Za moment trzydziestka. Zostanie tylko dwanaście. Zrobisz to. Trzydziesty drugi. Już tylko dyszka! Trzydziesty piąty, tylko siedem...


Czerwona spódniczka to ja. Jeszcze nie wiem, że pomarańczowe balony są tak blisko. Jeśli zdjęcie wydaje Wam się bardzo podobne do poprzedniego - to macie rację :) Część trasy pokonywało się dwukrotnie.


Trzydziesty szósty...i widzę z boku pomarańczowe balony. Balony prowadzące ludzi na 3:30...
Gdy zobaczyłam grupkę bez problemu mnie mijającą na sześc kilometrów przed metą, najpierw chciałam machnąć ręką. A potem postanowiłam zawalczyć. Przecież tak niewiele brakuje...
Udało mi się utrzymywać tempo grupy, przy następnej strefie nawadniania nawet zostawiłam ich z tyłu. Ale czułam, że to już nie jest moje komfortowe tempo. Z niepokojem obserwowałam też swoje tętno. Przez większość czasu udawało mi się je utrzymywać w ryzach, tuż poniżej 160 uderzeń, albo nieznacznie je przekraczając. Teraz jednak niepokojąco zaczynało rosnąć, 164, 166, 167... Średnie tempo za to nieubłagalnie spadało... 4.51...4.52...4.53...Organizm zaczął dawać mi do zrozumienia, że ma dość. Obie łydki miałam zmasakrowane, na granicy skurczu. Zaczynało kręcić mi się w głowie. W dodatku z kieszeni wyleciała mi ostatnia deska ratunku, tabletka dextrozy. Musiałam do mety dolecieć bez żadnych wspomagaczy i żeli - bo już nic nie miałam.
Na trzydziestym dziewiątym kilometrze pomarańczowe baloniki wyprzedziły mnie po raz drugi. Przy tętnie 171 nie podjęłam wyzwania. Zaczęłam się bać, że skończę jak ta kenijka na maratonie warszawskim. Czułam, że stąpam po bardzo cienkiej linii. Na razie jestem tylko bardzo zmęczoną słońcem, odwodnioną biegaczką na końcówce maratonu. Biegnącą na oparach, ale dalej całkiem niezłym tempem. Jak rzucę się w pogoń - mogę szybko stać się biegaczką, która tej mety nie przekroczy o własnych siłach. To tylko bieg. Będą inne okazje, żeby zmierzyć się z wymarzonym czasem.
Ostatni punkt nawadniania był na 40,5 km. Stanęłam przed kubkami z wodą. Dwa wylałam sobie na głowę. Trzecim polałam kark i ramiona. Czwarty wypiłam. Potruchtałam parę kroków do izotoników i powoli idąc, starając się nie uronić ani kropelki, wypiłam następny kubek. I dopiero potem pobiegłam dalej. Na końcówce wykrzesałam z siebie nawet jakiś sensowny finisz. Metę przekroczyłam po trzech godzinach, trzydziestu minutach i dwudziestu sześciu sekundach. Z tętnem 174 (mój hrmax to 175).
Część w wody w butelce, którą dostaję za metą do łapy, wylewam na głowę. Resztę wypijam w kilka sekund.
Potem przyssaję się do kubeczków z wodą. Nie wiem ile wypijam. Cztery? Pięć? Poprawiam izotonikiem. Idę pod kurtynę wodną i bardzo długo pod nią stoję. Wraca mi zdolność logicznego myślenia, odkrywam, że w amoku niepotrzebnie wywaliłam butelkę po wodzie. Podnoszę sobie z ziemi czyjąś pustą i znów wracam do obsługi prosząc o dolewkę. Dopiero z takim zapasem wlokę się na umówione miejsce na trawce, żeby czekać na męża. Zastanawiam się czy jakoś odżył, czy może w ogóle zszedł z trasy. Ale po niecałych dwudziestu minutach dołącza do mnie. Pomimo mega zgonu maraton ukończył w 3:47:59. Nie wiadomo co się u niego stało. Bo źle zaczęło być już na ósmym kilometrze. Tibor ma różne teorie, ale podobnie skończył się u niego Budapeszt, odbywający się w podobnych warunkach pogodowych.

Czy jestem rozczarowana? Troszeczkę tak :) Uważam, że byłabym  w stanie pobiec szybciej. No ale pewnych rzeczy się nie przeskoczy. Pogoda była jaka była i trzeba było w takich warunkach wyrwać to co się dało. Nie udało mi się złamać 3:30 - ale mam nową życiówkę :)
Na razie liżę rany (dosłownie. Upał plus spocone i polewane wodą ciało równa się masakra od czujnika i stanika), upajam się nicnierobieniem. A z tematem maratońskim wrócę na jesień. Najprawdopodobniej w Warszawie :)






PS. Wiecie, że byłam setną kobietą na 2022 startujących i 10 w swojej kategorii wiekowej?
Ponad czterystu biegaczy z 7885, którzy wystartowali nie ukończyło biegu.

poniedziałek, 30 października 2017

Frankfurt Maraton

Frankfurt Maraton
Skąd wziął się start we Frankfurcie? 
Na  ten maraton byłam zapisana rok temu. Ale w terminie startu byłam miesiąc po porodzie. Organizator nie przewidywał zwrotu gotówki za rezygnację, ale po okazaniu zaświadczenia lekarskiego umożliwiał zapisanie się rok później z bardzo dużą zniżką. Trochę żal było nie skorzystać, choć w dniu zapisów przebiegnięcie dystansu maratonu było dla mnie totalną abstrakcją. 
W ciągu następnych miesięcy wróciłam do formy na tyle, że dystans przestał przerażać. Nie robiłam żadnych założeń czasowych. Chciałam po prostu pokonać ten dystans biegiem. Miło byłoby, gdyby to był czas poniżej 4 godzin.
A potem wymyśliłam sobie Transgrancanarię jako urodzinowy prezent i rozpoczęłam treningi pod okiem trenera. Co prawda głównym założeniem było i jest przygotowanie się do górskiego ultra, ale Piotr wziął też pod uwagę Frankfurt i w planie pojawiły się również treningi maratońskie.
Treningi wyszły na tyle dobrze, że zaczęłam myśleć trochę śmielej. A może tak nie ograniczać się do wersji minimum (byle poniżej 4 godzin), a pomyśleć też o jakimś maksimum? Na przykład o biegu w tempie okołożyciówkowym? Był nawet moment, że zaczęłam się zastanawiać czy jestem w stanie pobiec na złamanie 3:30 (moja życiówka to 3:32), ale te rozważania zostały brutalnie przerwane na 9 dni przed biegiem, gdy rozkojarzywszy się podczas truchtania, runęłam jak długa waląc dłońmi i kolanami w tłuczeń, którym była utwardzona droga, po której biegłam. Krew się polała, a skutki tego upadku odczuwam w dalszym ciągu. 
Wizja walki o życiówkę rozwiała się szybciutko. Zaczęło się zastanawianie, czy moje potłuczone i obolałe kolana wytrzymają 42 kilometry biegu, 42 kilometry jednostajnego ruchu po twardej nawierzchni.
Do Fankfurtu przylecieliśmy późnym wieczorem w piątek z dziećmi nr 3 i 4. Na szczęście mamy tu dobrą znajomą, która z radością nas ugościła. Na szczęście znajoma mieszka bardzo blisko startu (nie wiem jaka to odległość, ale nie więcej niż 1,5 km).
Pakiet odebrałam w sobotę. Niemcy zadbali o to, żeby zwiedzający odwiedzili całe expo. W jednym miejscu dostaje się do ręki numer startowy i czip, w drugim worek z ulotkami i gadżetami, w trzecim odbiera się koszulkę. Czip wrzuciłam do torby i ...zapomniałam o nim.

Na start dotarłam truchtem. Dobrze mieć miejscówę w okolicy . Porozgrzewałam się, weszłam do strefy startowej. Zostało 10 minut do startu. I wtedy mój wzrok padł na buty innego biegacza. I zamontowany w nich czip.
Czip...
Kurwa!


W tempie ekspresowym wystrzeliłam ze strefy i pobiegłam w kierunku mieszkania znajomej, jednocześnie wyciągając telefon i próbując dodzwonić się do męża. Smaczku dodaje fakt, że nie do końca ogarniałam gdzie ona mieszka. Do mieszkania znajomej szłam dwa razy. Raz, po przylocie, w nocy i prowadził mój mąż, który znał drogę, bo był tu rok wcześniej biegnąc maraton. Drugi raz przy odbiorze pakietu - ale też uliczkami prowadził Tibor. Na start łatwo trafić, bo góruje nad nimcharakterystyczny wieżowiec. Ale powrót, nawet bliski, uliczkami, których się nie zna, w stresie? Dodatkowo Tibor nie dobierał komórki... Biegłam dalej próbując orientować się czy dobrze trzymam kierunek. Usiłuję znaleźć nr telefonu koleżanki - ale odkrywam, że nie mam go wbitego do telefonu. Znów próby połączenia z mężem. Chce mi się płakać. Czy ja nie mogę choć raz wystartować normalnie, bez przygód?? Ok. Załóżmy, że mąż telefonu nie odbierze. Nie znam numeru mieszkania! wiem, że piąte piętro. Nie pamiętam nazwiska koleżanki. Znaczy pamiętam, ale panieńskie. Kurde, nie wiem. Stanę przed oknami i będę się drzeć: Tiiiibooor!
Kolejna próba połączenia. Odbiera! Szybko tłumaczę gdzie jest czip, ustalamy gdzie ja jestem. Każe mi wracać w kierunku startu, dogoni mnie. 
Szybko wkładamy w sznurówki ten nieszczęsny czip i ruszam sprintem w kierunku startu. Jeszcze ostatni zakręt, słyszę jak konferansjer odlicza do startu. Wybiegam spomiędzy domów i widzę ruszających ludzi. Biegnę wzdłuż płotu oddzielającego biegaczy od kibiców szukając jakiegokolwiek wejścia do strefy. Tłum maratończyków truchta w jedną stronę, ja grzeję w drugą odprowadzana zdziwionymi spojrzeniami kibiców. Pal diabli miejsce, w którym stałam poprzednio. Nawet nie wiem gdzie ono teraz jest, bo ludzie się poruszają. Jest przerwa! Staję w strefie. Z tętnem 163. Oby to wszystko dłużej trwało. Oby dojście na linię startu było ma tyle długie, żeby tętno trochę opadło. Jedno jest pewne: jestem bardzo dobrze rozgrzana :)
Koło siebie zauważam balony na 3:29. Zachowuję na tyle rozsądku, że po przekroczeniu linii startu pozwalam im się oddalić. Nie, to nie jest dzień na walkę o życiówkę. Tętno trochę się uspokoiło. Ale czy na tyle, żebym ogarnęła właściwy bieg? Na razie biegnę starając się za bardzo nie ponieść tłumowi.
Dystans podzieliłam sobie w głowie na cztery dyszki. Zerkam na tętno (w górnej akceptowalnej granicy, ale nie rośnie), średnie tempo (ooo, niezłe. Jeśli zegarek nie rozjedzie mi się za bardzo z oznaczeniami trasy to nawet w okolicach życiówki). Początek biegu to runda przez city, pomiędzy wieżowcami. Niestety zegarek gubi zasięg gps, co powoduje, że jednak jego wskazania rozjeżdżają się oznaczeniami na trasie. Średnie tempo z zegarka teoretycznie w skazuje, że biegnę poniżej 5 min/km, ale już po Berlinie wiem, że trzeba mieć spory zapas, żeby ze wskazań zegarka wybiegać na mecie czas o jakim się marzy. Już pierwszy międzyczas na piątym kilometrze pokazuje, że oficjalnie biegnę wolniej. Każdy następny coraz bardziej oddala mnie od 3:30, ale nie przejmuję się tym. Do życiówki musi się dobrze ułożyć wszystko, totalnie wszystko. A ja już na dzień dobry miałam tyle przygód, że cud prawdziwy, że udaje mi się utrzymać takie tempo w jakim biegnę. Staram się je utrzymać, z niepokojem obserwując podmuchy wiatru. Niestety od 15 kilometra biegniemy pod wiatr. Wybiegamy na obrzeża miasta. Nie ma budynków, który by osłaniały od silnych podmuchów. Biegacze też już się rozciągnęli. Nie udaje mi się na dłużej trafić na plecy, za którymi mogłabym się schować. Walczę z wiatrem sama, nie mogąc się doczekać 28 kilometra. Tam trasa zawraca i wiatr będzie pomagał. Niestety ten fragment mocno nadweręża moje siły. Równo od 30 kilometra zaczynam zwalniać. Nie walczę z tym za bardzo. Wiem, że jeśli uprę się na próby utrzymania poprzedniego tempa na siłę, skończy się to po prostu jakąś mega ścianą. Skupiam się, żeby nawet tym wolniejszym tempem cały czas biec. Jestem już zmęczona. Prawe kolano zaczyna mocniej pobolewać. Czuję, że coś mnie ciągnie w pośladku. Czuję jakieś dziwne mięśnie u dołu pleców. Na szczęście znów zaczynamy wbiegać do centrum. A tam szaleństo kibiców. Chwilami biegnie się w takim szpalerze ludzi, przy takim dopingu, że ciary chodzą po plecach. Trzydziesty piąty kilometr. no, Aga. Jeszcze tylko piątka i dwa kiloski. Zrobisz to! Kilometry wloką się niemiłosiernie. Czuję, że ciągnę naprawdę ostatkiem sił. Jaka szkoda, że już nie mam żadnego żelu. Czemu wzięłam tylko trzy Humy?? Sytuację ratuje cola na ostatnich punktach. 
Trzydziesty ósmy, trzydziesty dziewiąty kilometr. Znów jakieś podmuchy wiatru nie w tą stronę dają popalić zmęczonym nogom. Pojawia się też fragment z kostką brukową. Czterdziesty kilometr. W 5.19. Najwolniej. Czas na zegarku 3:24 z jakimiś groszami. no, Aga. Ostatni wysiłek. Spróbuj dotrzeć na metę w 10 minut! Dasz radę! 
Staram się przyspieszyć, nie patrzę się już na zegarek. Jak zbawienia wypatruję ostatnich oznaczeń kilometrów. Wreszcie widzę z daleka bramę spod której startowałam. Skupiam się na biegu. Słyszę wołanie Tibora, który mnie wypatrzył. Ostatni zakręt i wbiegam do hali. Dywan. Chyba niebieski? Ciemno, niebieskie światła, jasno oświetlona brama mety. A dookoła tłum ludzi. Z bananem na twarzy wbiegam na metę. 3:35:14. Jak na rok po porodzie, jak na brak typowego treningu pod maraton, jak na te wszystkie przygody - wow!

A potem nie mogłam wydostać się z terenu hali. Droga dla biegaczy przez odbiór medali, picie, jedzenie wyprowadzała na drugą stronę budynku. Tibor czekał po przeciwnej. Nawet udało mi się wyjść na dobrą stronę. Niestety oddzielało nas dwumetrowe ogrodzenie oddzielające końcówkę trasy.
Nie wiem ile błąkałam się w budynku wśród tłumu starając się  na wszystkie możliwe spisoby, żeby znaleźć się i po dobrej stronie budynku i po właściwej strony trasy. W końcu udaje mi się.
Tibor się ze mnie śmiał. Ale przestał, gdy koleżanka wydała go, że rok temu miał podobnie i przełaził w poprzek trasy. Podobno płot był niższy :)



Reasumując. Bardzo fajny bieg, ładna trasa, raczej płaska, choć sporo zakrętów na początku i końcówce. Finisz - nie wiem czy nie najpiękniejszy z tych maratonów, które biegłam, naprawdę robiący duże wrażenie.
Czip. Pamiętajcie o czipach. Regułą raczej jest, że do pomiaru czasu wystarczy numer startowy (stąd ta moja wtopa). Tym łatwiej o nim zapomnieć, że dostaje się go do ręki luzem, bez żadnej koperty, bez torebki.
Nie wiem czy ktoś zwrócił  uwagę  na nietypowy czas na wspomnianych przeze mnie balonach zająca: 3:29. Wszystkie takie były. 3:44 a nie 3:45, na przykład. W sumie to logiczne. Ludzie raczej chcą złamać takie 3:30 niż pobiec na taki czas.


Teraz parę dni odpoczynku i wracam do roboty. Do Transgrancanarii zostało 16 tygodni...


wtorek, 6 października 2015

Berlin is yours! Część 3

Berlin is yours! Część 3


Było jaksię znalazłam w Berlinie, było o przygotowaniach - a raczej "przygotowaniach" - bo jak zwykle wyszła z tego jedna wielka prowizorka. To teraz trochę będzie o sprawach bardziej technicznych.
Na starcie berlińskiego maratonu można się pojawić - albo dzięki udziałowi w losowaniu, albo po skorzystaniu z pomocy biur lub organizacji charytatywnych. Pełna lista takich partnerów znajduje się na stronie organizatora. Trzeba wtedy szykować się na większy wydatek, niestety.
Jeśli ktoś będzie korzystał z tej opcji - dopytajcie się o koszulkę, jeśli komuś zależy. Generalnie w Berlinie za koszulkę finiszera trzeba osobno zapłacić. Przy wypełnianiu formularza na stronie organizatora opcję kupna koszulki można zaznaczyć. Ja swój start opłacałam przy pomocy pośrednika, o koszulce zapomniałam i na miejscu okazało się, że mi nie przysługuje. Niby nic straconego - obok było wielkie stoisko Adidasa, gdzie była wystawiona cała okolicznościowa kolekcja, ale akurat koszulki finiszerów zostały już tylko L. Na pocieszenie kupiłam różową, z logo maratonu (niby koszulek z rożnych biegów trochę się uzbierało. Ale rozumiecie: to był Berlin. Po prostu musiałam mieć koszulkę)

Sam odbiór pakietów odbywał się na terenie nieczynnego lotniska Tempelhof. Idealnie dobrane miejsce! Bez problemu, pomieściło biegaczy przybywających po odbiór numerów, W dawnych hangarach umieszczono stoiska targowe. I jeszcze człowiek ocierał się o historię przez duże H. To na to lotnisko, pamiętające lata 20 XX wieku,  w czasach zimnej wojny i blokady Berlina zachodniego, docierały mostem powietrznym dostawy dóbr wszelakich dla mieszkańców. Można zresztą było wyjść na płytę lotniska i z bliska obejrzeć jeden z takich samolotów transportowych.




Po odbiór pakietów zgłosiliśmy się w sobotę po południu, ale wszystko przebiegło szybko i sprawnie, bez żadnych kolejek. Jako ciekawostkę podam, że numery startowe były drukowane na miejscu, na poczekaniu. Punkty odbioru osobno dla kobiet, osobno dla mężczyzn (ten podział utrzymał się również przy depozytach, co akurat średnio mi się podobało. Ale pewnie dlatego, że musiałam się nachodzić, bo mój namiot z depozytami był sporo oddalony od namiotu Tibora).

Teren Expo. Jeden z kilki hangarów oddany biegaczom


Na starcie stanęło blisko 40 tysięcy ludzi. Liczba ogromna.
Niemcy oczywiście przypisali ludzi do różnych stref startowych w zależności od czasu. Trzy pierwsze sektory były dość krótkie - bo i czasy przysługujące na znalezienie się w nich dość wyśrubowane. Ja z Tiborem staliśmy w sektorach F i G - chyba najbardziej popularnych. O ile w pierwszych sektorach widełki czasowe zmieniały się co 10 minut, tak w naszych już co 20. Oznaczało to naprawdę sporo ludzi, delikatnie mówiąc.

to zdjęcie ze strony organizatora już pokazywałam. Ale dobrze na nim widać tłumy ludzi
 Start odbywał się trzema falami. Najpierw elita z najszybszymi, potem nasze sektory i na koniec sektor najwolniejszy. Moim zdaniem to nie do końca się sprawdziło. IMHO sektorów powinno być więcej i więcej fal. Bo przez większość dystansu biegło się mało komfortowo. Ludzi było po prostu za dużo, a na trasie było parę przewężeń i zakrętów, na których trzeba było chwilami mocno zwalniać. Powiem szczerze, że po Niemcach i po maratonie należących do wielkiej szóstki, spodziewałam się jednak perfekcyjnej organizacji. A były momenty, że było zaledwie dobrze.
Punkty z wodą moim zdaniem też do lekkiej poprawy. Po pierwsze nie było tabliczek zapowiadających, że biegacze zbliżają się do wody i jedzenia. Informacja, na przykład, że za 300 metrów będzie wodopój bardzo by pomogła.
Gdy na trasie biegu są tego typu informacje, ludzie odpowiednio wcześniej zaczynają odpowiednio się ustawiać: Ci co będą korzystać zbiegają na odpowiednią stronę. Tu takie wędrówki zaczynały się w trakcie przebiegania przez strefy z wodą, często totalnie na skos, z jednej strony ulicy na drugą.
Punkty, jak na taką ilość ludzi, były zdecydowanie za krótkie. Pewnie gdybym startowała w którymś z szybszych sektorów, nie zauważyłabym takiego problemu, ale przy tej masie ludzi, która biegła dookoła mnie, ciężko było się dopchać do kubków z piciem. Zdarzyło mi się ze dwa razy, że nie zdążyłam przed końcem strefy napić się. Jedynym mega długi punktem był ten sponsorowany przez producenta żeli Power Bar. O tu można było się tarzać wręcz w ich produktach ;)

Ale żeby nie było, że tylko marudzę :) Trasa w Berlinie jest płaska, na życiówki zdecydowanie. Na trasie zarejestrowałam dwa podbiegi - ale nie były one jakieś wybitne. Nie było nielubianych przeze mnie agrafek, zakręty na trasie nie przekraczały 90 stopni, a jedyny na którym robiło się "zawrotkę", odbywał się po wielkim rondzie.
No i kibice. Berlin zdecydowanie rozwala system jeśli chodzi o doping na trasie. Praktycznie całe 42 kilometry biegnie się w szpalerze ludzi. Były i zorganizowane punkty kibicowania, z muzyką, zespołami, ale w wielu miejscach ludzie sami spontanicznie  coś organizowali. A już finisz po Unter den Linden i przebiegnięcie przez Bramę Brandenburską - to ciary na plecach i wzruszenie gwarantowane.

Czyli warto czy nie warto pchać się do Berlina?
Warto.
Ale maraton w Paryżu ładniejszy :)



środa, 30 września 2015

Berlin is yours! Część 2

Berlin is yours! Część 2
Stałam  w tłumie kilkudziesięciu tysięcy osób, w jednym z bardziej licznych sektorów oznaczonych literką F (czasy od 3:50 do 3:30). I marzłam. Poranek był dość chłodny. Podskakiwałam w tłumie i głowiłam się po cichu jak ja mam, kurczę biec. Z myślenia nic mi nie wyszło. Doszłam więc do wniosku, że zobaczę co będzie po pierwszym kilometrze.
Wreszcie wystrzał startera, widać żółte balony ulatujące w niebo - znak, że 42 maraton berliński właśnie się zaczął i...i nic. Zanim przekroczyłam linię startu minęło z dobre 15 minut. Biegacze są wypuszczani w trzech falach - ja ruszałam w drugiej. Starałam się biec w komfortowym tempie, ale było to dość trudne ze względu na ilość ludzi. Było strasznie tłoczno.
Pierwszy kilometr wyszedł mi w 5:08. Piąte przez dziewięćdziesiąte majaczyło mi się w głowie, że to tempo podobne do tego jak w Paryżu. Uznałam, że będę takie tempo trzymać.
I tak sobie biegłam, cały czas starając się lawirować wśród ludzi, unikać łokci i starać się trzymać niebieskiej linii atestacji.
Nagle zrobiło się zdecydowanie tłoczniej. Szybko zrozumiałam czemu: przede mną pojawiła się grupa biegnąca z zającami na 3:45. Szczęśliwie przed sobą zobaczyłam jaskrawą koszulkę z imieniem Szczepan. Szczepan, jak głosił napis na plecach, był dodatkowo strażakiem i bardzo zgrabnie wynajdywał luki pomiędzy ludźmi, przeciskając się do przodu. Złapałam się pleców krajana i za nim przeciskałam się przez tłumek. Nawet całkiem dobrze mi się biegło, choć miałam wrażenie, że chyba ciut szybciej niż moje wcześniejsze tempo. Garmin za moment potwierdził moje przypuszczenia i wybzyczał 4:56. Oj! Uznałam, że jak na czwarty kilometr, to jednak dla mnie ciut za szybko i z żalem pożegnałam pana strażaka (sprawdziłam sobie potem w wynikach - mój chwilowy zając ukończył bieg z czasem 3:29). Biegłam dalej, a kolejne międzyczasy zaczęły się zbliżać do granicy pięciu minut. Przestawiłam sobie zegarek tak, żeby pokazywał średnie tempo i uznałam, że postaram się biec tak, żeby średnia utrzymała się na 5 min/km. I dalej sobie biegłam, starając się trzymać  linii pokazującej przebieg trasy. Niestety, w dalszym ciągu ze względu na ilość ludzi i to, że większość z nich biegła wolniej ode mnie, musiałam wykonywać niekończące się slalomy. Myślę, że to głównie spowodowało, że wskazania zegarka z oznaczeniami kilometrów na trasie zaczęły się coraz bardziej rozjeżdżać (pod koniec różnica wynosiła aż 500 metrów).
W miarę upływu kilometrów zrobiło się ciutkę luźniej, a mnie kolejne kilometry zaczęły wchodzić poniżej tych magicznych pięciu minut. Ustawiłam więc sobie nowy cel: starać się trzymać takie tempo, żeby średnia z przebiegniętych kilometrów też taka była.  Nie miałam pojęcia czy mi się uda - ale na razie biegło mi się całkiem dobrze.
Tak, pałętało mi się po głowie. że teoretycznie z takim tempem powinnam złamać 3:30 - ale tak jak pisałam, oznaczenia dystansu ze wskazaniami zegarka coraz mniej się zgadzały. Na pełnych piątkach zerkałam na rzeczywisty czas i wiedziałam, że gdybym chciała na serio łamać te 3:30, musiałabym biec sporo szybciej.  W połowie dystansu - to już była strata prawie dwóch minut. Nie wyobrażałam sobie, żeby zacząć szarżować i to nadrabiać. Skupiłam się na utrzymaniu tempa. Tym bardziej, że biegłam maraton z szybkością, która do tej pory była dla mnie jakiś kosmosem.
Koło 25 kilometra dostałam lekkiego kryzysu. Trochę się przestraszyłam, bo jakoś spodziewałam się ewentualnych kłopotów później. Może jednak przesadziłam? Na szczęście to było chwilowe. Biegłam dalej odliczając sobie w głowie kilometry do trzydziestki. Potem do 32 kilometra (bo tylko dziesięć do mety), potem do 35 (bo równy dystans), potem do 37 (bo tylko pięć do mety). Mijając matę na czterdziestym kilometrze zzezowałam na zegarek. Pokazywał 3:21. Szybko przeliczyłam. Żeby dobiec w trzy i pół godziny, ostatnie dwa kilometry i sto dziewięćdziesiąt pięć metrów musiałabym przebyć w 9 minut. Tempo poniżej 4:30/km i to przy założeniu, że niczego nie dołożę przy wyprzedzaniu ludzi. Nierealne. Postanowiłam jednak tanio skóry nie sprzedać i zrobić wszystko, żeby cyferka po 3:3X była jak najniższa. Jednym słowem, rozpoczęłam finisz.
Na samym końcu było sporo zakrętów. Wiem to z mapki, bo ja zapamiętałam tylko ten ostatni. Wyleciałam zza niego i z moich ust wydobyło się... nie wiem w sumie co to było. Połączenie zachwytu, wzruszenia i ulgi.
 Przed oczami miałam długą prostą, na końcu której widać było Bramę Brandenburską. Nad ulicą co parę metrów stały niebieskie bramki. Dookoła, za barierkami dzikie tłumy kibiców (kibice to temat na następny wpis - zasłużyli an to). Wrażenie - nie z tej ziemi. Myślę, że dla takich chwil warto męczyć się przez  42 kilometry :)
Dostałam skrzydeł, biegłam sprintem w kierunku Bramy, starając się pamiętać, że meta jest jeszcze kawałek za nią. Obok mnie usiłował tempo trzymać jakiś chłopak. Zerknęliśmy na siebie i wyszczerzyliśmy w radości. Przeleciałam przez Bramę, jeszcze kawałek po niebieskim dywanie i już!

Ostatnie metry. www.bmw-berlin-marathon.com


Wyłączyłam Garmina i zerknęłam na czas. 3:32:11. Dostałam banana na twarzy. Zrobiłam jeszcze kilka kroków, żeby nie przeszkadzać innym wbiegającym i zrobiłam pięć pĄpek. Pamiętałam! Pomimo, że właśnie pobiegłam najszybciej w moim życiu maraton, czułam się mniej zmęczona niż po poprzednich. Żadnych skurczy, dużych kryzysów. Żadnego znużenia dystansem. Nikt z obsługi nie podlatywał do mnie - tak jak w Paryżu - pytając się czy wszystko ok. Nogi miałam zmęczone, szłam wolno - ale czułam się naprawdę w porządku.

Opis całego zamieszania za linią mety, z odbieraniem medalu, owijaniem się folią, pozowaniem dla fotografów pominę. No może tylko wspomnę, że tak jak w Paryżu rzuciłam się na pomarańcze, tak tu wytrąbiłam chyba z pięć kubków obrzydliwie słodkiej herbaty cytrynowej. Piszę "obrzydliwie", bo ja na co dzień nie słodzę w ogóle ani kawy ani herbaty - a tu wchodziła mi jak najlepsza ambrozja :)
Po odnalezieniu się z mężem (startowaliśmy w ogóle z różnych sektorów), okazało się, że pobiegł równie dobrze. Różnica pomiędzy naszymi czasami to tylko 49 sekund. Coś mi się wydaje, że na następnym maratonie to ja będę oglądać jego plecy :)

Obydwoje w euforii dzieliliśmy się wrażeniami z trasy, komentowaliśmy organizację, to co nam się podobało a co nie. Zastanawialiśmy się jakim cudem nam to wszystko tak dobrze wyszło. Może rzeczywiście jest coś w tym, co zasugerowała koleżanka Hania. Że to co wypracowałam na Rzeźnika nie zniknęło (u Tibora były to przygotowania do Ironmana), a odpuszczenie treningów z powodu przeprowadzki tylko nam na zdrowie wyszło. Ja jeszcze dodatkowo trochę schudłam.
Oboje stwierdziliśmy, że czujemy się całkiem dobrze. Dziarsko zeszliśmy po schodach do metra, normalnie wstawaliśmy i siadaliśmy
Ten stan rzeczy zaczął się zmieniać wraz z upływem dnia i wieczorem już stękaliśmy równo :) Coś pobolewało mnie w kolanie, jakiś mięsień w prawej nodze odmówił posłuszeństwa i nie mogłam jej swobodnie podnieść: chodziłam niczym Herr Flick z "Allo, allo" :). Na drugi dzień na szczęście większość dziwnych dolegliwości zniknęła, pozostawiając tylko normalny, pomaratoński ból mięśni.

Co tu dużo mówić: wracaliśmy z Berlina w szampańskich nastrojach :) Jestem z siebie cholernie zadowolona. Udało mi się trzymać równe tempo, nie zwolniłam na koniec - drugą połowę pobiegłam nawet ciutkę szybciej (hi, hi, całe 18 sekund szybciej :).
Czy nie żal mi tej mitycznej granicy 3:30? Czy nie zastanawiam się co by było, gdybym dalej pociągnęła za Panem Strażakiem?
Ze względu na ilość ludzi, trzeba było sporo szybciej biec, żeby zneutralizować dodatkowe metry dokładane na wyprzedzaniu. Myślę, że mogłoby nie być tak różowo i szybszego tempa mogłabym już nie wytrzymać. A ja jestem cholernie zadowolona ze stylu w jakim ukończyłam ten maraton. Bez ściany, zatrzymywania się, zwalniania, mega kryzysów, mentalnej walki.
A to 3:30 kiedyś złamię :)

O samej organizacji maratonu i tym co nam się podobało a co nie - napiszę w części trzeciej :)



Część 1
Część 3

wtorek, 29 września 2015

Berlin is yours! Część 1

Berlin is yours! Część 1
Tytuł posta to hasło przewodnie Maratonu Berlińskiego. Nie da się ukryć, że Berlin był mój, choć im bardziej analizuję moją aktywność przed, tym mniej rozumiem jakim cudem udało mi się zasuwać przez ponad 42 kilometry takim tempem. Bo teoretycznie to nie miało prawa się udać, to nie powinno się udać.




Opowieść zacznę od tego jak znalazłam się na liście uczestników. Bo nie powinno mnie tam być. Oboje z mężem wzięliśmy udział w losowaniu (maraton w Berlinie należy do World Marathon Majors. Chętnych jest tylu, że organizatorzy wyłaniają większość uczestników w drodze losowania), ale tylko Tibor miał szczęście.
Moją pierwszą reakcją był oczywiście wielki zawód. Buuuu! Ale jakże to... Mam we wrześniu jechać do Berlina w charakterze kibica tylko? Patrzeć jak ludzie biegną i finiszują, w miejscu, w którym też chciałam pobiec? Ciężka sprawa - ale zaczęłam powoli oswajać się z tą myślą i mentalnie przygotowywać.
Nie zrezygnował jednak mój mąż i wynalazł agencję, przez którą można było wykupić miejsce. Było oczywiście jedno "ale": ta opcja była o wiele droższa, niż opłata startowa uiszczana w tradycyjny sposób. Miałam opory. Duże opory. Zastanawiałam się czy rzeczywiście warto, czy to nie robi się już zbyt ekstrawaganckie.
Dziurę w brzuchu wiercił mi mąż, twierdząc, że on sobie nie wyobraża samemu tam biec, że chce móc potem z kim gadać, przeżywać to wszystko.  Namówił mnie i drżącą ręką zrealizowałam przelew. Pomyślałam sobie tylko, że za taką kasę, to nie wypada dać tam ciała i muszę zrobić jakiś fajny wynik. Myślałam o czasie w okolicach 3:40- 3:45. Ale potem przyszedł kwiecień, maraton w Paryżu, gdzie nabiegałam 3:37 :). No i co teraz? Znajomi podpowiadali, pewnie trochę żartem, że może rzucić się na 3:30.  Podpowiedzi oczywiście wyśmiałam. Że co? Że ja mam zagiąć parol na 3:30?? Przecież to trzeba zasuwać poniżej 5 minut na kilometr przez ponad 42 kilometry. Wolne żarty!
A potem sobie pomyślałam - a w sumie czemu nie spróbować. Wezmę się tak jak przed Rzeźnikiem. Będę chodzić na Power Training, pykać tabaty, robić milion wybiegań, ćwiczyć szybkość. O, jakie to ja miałam plany!
Plany były, ale się zmyły.
Po Biegu Rzeźnika, który był numerem jeden tegorocznego sezonu, zapał mi jakoś opadł. Przygotowania pod bieszczadzki bieg i sam bieg kosztował mnie tyle, że po prostu mi się nie chciało. Bardzo ciężko było mi się zebrać do jakichś sensownych działań.
Jednocześnie działo się u nas prywatnie. Po paru latach poszukiwań i prób, udało nam się zmienić mieszkanie na większe. 30 lipca odebraliśmy klucze od poprzednich właścicieli i zaczęło się najpierw wielkie sprzątanie, potem wielkie malowanie i jednocześnie wielkie targanie pudeł z rzeczami. Bieganie i jakiekolwiek przygotowania zeszły na plan bardzo dalszy. Coś tam biegałam - ale z braku czasu, a czasem braku siły, nie były to jakieś wybitne dystanse. Ostatnim rzutem na taśmę zapisałam się pod koniec sierpnia na Półmaraton Praski - żeby mieć na koncie i jakiś dłuższy dystans przed tym Berlinem. Następne dłuższe bieganie miałam 5 września i było to 18 kilometrów. I to był koniec :) Do maratonu w Berlinie nie zrobiłam nic, co mogło zasłużyć na miano wybiegania. Truchtałam jednorazowo w okolicach 6-10 km. Tylko tyle, że starałam się to robić szybko. I starałam się, żeby z tego wychodziły biegi z narastającą prędkością. Po drodze wpadł jeszcze Duatlon w Makowie - no ale powiedzmy sobie szczerze: tam tego biegania było w sumie 7,5 kilometra.
Im bliżej było tego Berlina, tym mniej wiedziałam. Owszem, to co biegałam, wychodziło mi jak na mnie całkiem szybko. Ale czy można z pięciokilometrowego biegu dookoła osiedla wysnuć wnioski co do tempa przez 42 kilometry? No przecież to wszystko się kupy nie trzymało!
Do Berlina pojechałam bijąc szczyty przedmaratońskiego nieogarnięcia. Bez wybiegań. Bez jakiś sensownych biegów. Bez poczucia, że to co robiłam przez ostatnie dwa miesiące było przygotowaniami pod maraton. Zapomniałam wziąć plastrów, mających chronić mnie przed czujnikiem tętna - cichym przepiłowywaczem;) Za to wzięłam nowe buty, w których przetruchtałam zaledwie  35 kilometrów (o butach jeszcze będzie, w osobnym wpisie). Zapomniałam sprawdzić jak ja właściwie biegłam w Paryżu, żeby mieć jakiś punkt odniesienia.
Stojąc w tłumie ludzi na starcie, chuchając na zmarznięte ręce i wsłuchując się w odliczanie, w dalszym ciągu nie miałam jakiejkolwiek strategii!


www.bmw-berlin-marathon.com

Część 2
Część 3
Copyright © 2016 Matkabiega , Blogger