wtorek, 20 sierpnia 2019

Stranda część1

Stranda część1
Klęska urodzaju, normalnie! W przeciągu jednego tygodnia wydarzyło się sporo, a w głowie mam obrazy warte milion dolców co najmniej.
Zacznę jednak chronologicznie, od Norwegii.

Nie pamiętam jak dotarłam do filmiku reklamującego bieg górski w norweskiej Strandzie. W każdym razie wyświetliłam go i zobaczyłam ludzi biegnących w fantastycznych okolicznościach przyrody: góry, fiordy, no, typowa norweska bajka. To było w zeszłym roku, w kwietniu. Film pokazałam Tiborowi. Ten odpalił tryb "planowanie" i w październiku byliśmy już na liście startowej :)

I wszystko byłoby proste i nie wzbudzało jakichkolwiek emocji, gdyby nie fakt, że zamarzył mi się Bieg Ultra Granią Tatr. Będzie o tym biegu oczywiście osobny wpis, teraz tylko napomknę - że marzenie o tej imprezie to jedno, a wystartowanie w nim to drugie.
Szansa raz na dwa lata - bo w takim cyklu jest rozgrywany. Żeby przystąpić w ogóle do losowania, trzeba wykazać się punktami kwalifikacyjnymi z innych biegów. A potem jeszcze mieć szczęście w samym losowaniu...
I rok 2019 jest właśnie rokiem, gdy BUGT się odbywa. I miałam punkty kwalifikacyjne... Tylko, że  odbywał się równo tydzień po Strandzie...
Pocieszyłam się, że martwić będę się później. Przecież może się okazać, że losowanie nie będzie łaskawe, a żal nie spróbować. A ja wiem co będzie za dwa lata? Wolałam powiedzieć, że próbowałam, ale zabrakło szczęścia w losowaniu, niż, że w ogóle nie próbowałam.

Do losowania przystąpiliśmy oboje. Małżonek znalazł się na liście szczęśliwców, ja na 22 miejscu listy rezerwowej. Biegowi znajomi mówili mi, że na bank zdążę wskoczyć na listę główną, więc zaczęło robić się ciekawie :)
Ale na razie był luty, przed nami był jeszcze start w Innsbrucku, kurs spadochronowy...

O, tak...Spadochrony mocno namieszały :) Weekendy zaczęliśmy spędzać na lotnisku. Sobotni rower, który miałam wpisany w Plan szybko odpuściłam. Walkę stoczyłam o niedzielny trening: wybieganie połączone z podbiegami na Moczydle. I o ile miałam zadawane 12-15 km, to wieczorem jeszcze udawało mi się te treningi robić. Ale jak objętość zaczęła się zwiększać - musiałam odpuścić. Wracając z lotniska o 21, mając jeszcze do ogarnięcia dzieci, nie byłam w stanie zrobić 25 czy 27 km z podbiegami.
Mąż miał w innym rytmie rozpisane treningi i wszystkie kluczowe udawało mu się zrobić. Mnie musiało wystarczyć bieganie w tygodniu plus kettle. Życie to sztuka wyboru - a ja ze skoków nie chciałam rezygnować.

Plan na Norwegię był taki: przylot w czwartek wieczorem, nocowanie w namiocie na łące na końcu pasa startowego, w piątek przejazd do Ålesund, zwiedzanie, przejazd do Strandy, odbiór pakietów. Sobota 10 sierpnia start, nocowanie na campie, a potem wbijamy w góry i turystycznie drepczemy do górskiego schroniska. Tam odpoczywamy, we wtorek wieczorem wracamy do Polski.
Potem okazało się, że pogoda i stan naszych nóg po biegu trochę nas utemperował i tego łażenia po górach było niewiele. Ale myślę, że bardzo dobrze, że tak wyszło.

Pakiety zostały odebrane, rano zostaliśmy zawiezieni autokarami na miejsce startu poza miastem.
O ósmej rano 129 osób, z czego 22 kobiety (na krótszym, 25 km dystansie, który startował godzinę po nas, kobiałek była już ponad setka), ruszyło na rundę po górach z widokiem na Storfjorden i Sunnylvsfjorden. Dwadzieścia procent z nich nie ukończyło biegu - ale to już opowieść na drugą część :)

Pierwszy nocleg nad brzegiem fiordu. Pięknie, tylko, że pierwszy samolot startował 6.50 :))





Ålesund




A to widok z portu w Strandzie

to też, tylko z trochę innego miejsca i w ciągu dnia


I nasz namiocik na campingu


czwartek, 1 sierpnia 2019

Wieści z frontu :)

Wieści z frontu :)
Właśnie się zorientowałam, że sierpień powiedział "dzień dobry, państwu", a ja blogaska zostawiłam z czerwcowym wpisem. Wpisem, w którym informuję, że cholernie boję się wyskakiwać ze sprawnego lecącego samolotu (co jakby jest zrozumiałe), ale mam zamiar robić to nadal (co pewnie jest już zrozumiałe mniej).

Od tamtego czasu poziom stresu i strachu zdecydowanie mi się obniżył. 
Już nie dostaję migotania przedsionków po usłyszeniu charakterystycznego sygnału, po którym można otworzyć roletę w samolocie. 
Nie potrzebuję reanimacji jak widzę kolejnych skoczków zabieranych przez powietrze (a to też wiąże się z jedynym swoim rodzaju dźwiękiem, takim szumem). 
Widok chmur pode mną zaczyna wydawać mi się całkiem naturalny, a na huk i hałas na zewnątrz przestałam zwracać uwagę. 
Jestem o wiele bardziej świadoma swojego ciała w przestrzeni i umiem lepiej nad nim panować. 
Ale w dalszym ciągu jestem żółtodziobem, który uczy się i poznaje ten spadochronowy świat.

fot. Olga Wiewiórka Żaglewska


fot. Przemysław Bocianek Lech


Oczywiście biegam jeszcze :) Choć nie jestem już tak pilną wykonawczynią Planu ;) No, nie da się po prostu. 
Z jednej strony wychodzi mi, że tragicznie nie jest, bo pomimo omijania prawie wszystkich treningów weekendowych, lipiec zakończyłam z 180 kilometrami na liczniku, ale z drugiej strony....

No właśnie: już za tydzień z kawałkiem czeka mnie i męża bieganie w Norwegii w ramach Stranda Fjord Trail Race. Niby jak na ultra, dystans raczej krótki, bo 48 km. Należy jednak pamiętać, że skandynawskie biegi są mocno techniczne. A jak jeszcze swoje grosze dołoży pogoda, to może być ciekawie.
Stranda to jednak mały pikuś ;)

Jak pamiętacie (a jak nie pamiętacie, albo gucio to Was obchodziło - to właśnie informuję), że w tym roku zamarzył mi się start w Biegu Ultra Granią Tatr. Punkty kwalifikacyjne, które umożliwiały mi spróbowanie szczęścia w losowaniu miałam. No i cóż. Mój mąż dostał się na upragnioną listę, a ja znalazłam się na 22 miejscu listy rezerwowej. Postanowiłam jednak traktować się jako startującą.
Na miesiąc przed biegiem trochę zwątpiłam, bo pomimo, że przesunęłam się w górę, to dalej okupowałam listę rezerwową. Aż tu parę dni temu dostałam upragniony telefon od organizatorów!
Tak więc Stranda to mały pikuś, bo tydzień później stanę na starcie jednego z trudniejszych biegów w Polsce. Będę miała 17,5 godziny na pokonanie 71 km po tatrzańskich szlakach  z 5 tys. metrów przewyższeń. I powiem szczerze, że rurka mi lekko mięknie i przed oczami mam wszystkie treningi, których nie zrobiłam ;)



Cóż, pozostaje mi liczyć, że baza zrobiona zimą i w ubiegłych sezonach, treningi uzupełniające (czyli kettle) plus to, że schudłam, wystarczą, żeby nie umrzeć, dobrze się bawić i zmieścić w limicie czasu. Bo szczerze mówiąc, nie oddałabym żadnego ze skoków, które zrobiłam zamiast biegania;)

wtorek, 11 czerwca 2019

Dlaczego ptaki śpiewają

Dlaczego ptaki śpiewają
Nie byłam pewna czy powstanie ten wpis. Czułam, że jeśli się zdecyduję, to będzie to najbardziej osobisty wpis ever. Nie byłam pewna czy chcę się aż tak bardzo uzewnętrzniać publicznie. Czułam, że może być trudno ubrać w słowa wszystkie emocje tłoczące się w głowie. Dalej nie jestem pewna czy będę wstanie przekazać to wszystko co mi się tam kłębi i opakować w literki obrazy pojawiające się przed oczami.
O czym mówię? O skokach spadochronowych.


Po moim pierwszym skoku w tandemie nikt by nie powiedział, że jeszcze wrócę na lotnisko. Sama bym tego nie powiedziała! Nie spodziewałam się, że skok to taka jazda bez trzymanki, nie mogłam zebrać myśli, było mi niedobrze. Daleko było mi do entuzjazmu - i w trakcie skoku i zaraz po nim.  Mój kamerzysta (jak mi się później przyznał) po cichu stwierdził, że w moim przypadku to były wyrzucone pieniądze w błoto ;) To wyjaśniało czemu wywalił oczy w słup, gdy miesiąc później znów zobaczył mnie w Chrcynnie ;)

A ja wszystko przetrawiłam w głowie i uznałam, że... chcę jeszcze raz. Przyznam się, że już wtedy zalęgła mi się szalona myśl, że chciałabym to wszystko zrobić sama. Nie przypięta do tandem-pilota jak worek ziemniaków, tylko sama, ze spadochronem na plecach. Z drugiej strony miałam wrażenie, że mózg zrobił mi jakiś głupi numer. To było zupełnie nielogiczne.
Drugi skok w tandemie miał mi dać odpowiedź. Będzie znów strasznie czy nie? Czy ta myśl wiercąca mi mózg ma jakąkolwiek rację bytu?
Nie było strasznie. Odważyłam się powiedzieć to głośno: chcę zrobić kurs AFF.  Z mężem, który wtedy też skoczył swój tandem i powiedział, ok, podoba mi się, zróbmy to :)

W marcu rozpoczęliśmy szkolenie teoretyczne, na początku maja zajęcia w tunelu aerodynamicznym (to o tym pisałam, że po Innsbrucku musiałam szybko ogarnąć się mięśniowo), w połowie maja zaczęliśmy praktykę.






I jeśli myślicie, że potem wszyscy żyli długo i szczęśliwie, Agnieszka po prostu zrobiła kurs i sobie skacze - to się mylicie.  Moja głowa po raz kolejny okazała się twardym przeciwnikiem.

Spadochroniarstwo rozbierze cię ze wszystkich masek, które przybrałeś. Nawet z tych, a może przede wszystkim z tych, które przybrałeś dla samego siebie. Bezlitośnie obnaży twoje słabe strony. Bezpardonowo pokaże ci, że nic nie wiedziałeś o wychodzeniu po za strefę komfortu. Chcesz skakać? Sprawdzam!

Ciężkie dla głowy były pierwsze kursowe skoki. Stres przy wyjściu z samolotu wpływał na to co działo się potem. Bo uwierzcie mi, stanięcie na progu lecącego samolotu, w tym huku, napieprzającym wietrze, gdy pod sobą masz cztery kilometry lufy, podnosi ciśnienie, oj podnosi.

Łatwo komuś opowiedzieć o radości, szczęściu, o czymś czysto przyjemnym, pozytywnym. Łatwo być wtedy empatycznym, wczuć się w te emocje. Ze strachem jest trochę gorzej. Nikt nie chce wczuć się w czyjś strach. Tak naprawdę wczuć, wyobrazić go sobie. A ten jest. Pierwotny, krzyczący ci w głowie: nie rób tego! To wariactwo! Uciekaj!
Pierwsze sekundy po wyskoczeniu wcale nie były lepsze - bo nieprzyzwyczajony organizm reagował paniką na uczucie spadania. Nogi i ręce zupełnie bez sensu szukały jakiegoś podparcia, zamiast poddać się powietrzu, strugom i przyjąć odpowiednią pozycję.


fot. Artur "Bravos" Ceran


Po pierwszym weekendzie i trzech skokach, byłam cała rozedrgana wewnętrznie. Nie umiałam sobie znaleźć miejsca w domu, nie mogłam na niczym się skupić. Sprawy nie ułatwiał mój mąż, który te emocje i stres znosił nieporównywalnie lepiej ode mnie i tryskał endorfinami na prawo i lewo. Miałam czasem ochotę pizgnąć go w ucho, żeby przestał ;)
On się nie mógł doczekać następnego weekendu, ja ze zdziwieniem stwierdziłam, że już jest piątek, rano w sobotę jedziemy na lotnisko, a ja jeszcze mentalnie nie czuję się absolutnie gotowa.

Najpierw myślałam, że ze stresem i strachem poradzę sobie jakoś sama, tak po cichutku ogarnę temat. Ale w końcu zrozumiałam, że to się nie uda, że nie tędy droga. Musiałam o tym zacząć mówić na głos, nawet jeśli w oczach mojego męża czy koleżanki z kursu widziałam brak zrozumienia. A przede wszystkim musiałam zacząć o tych emocjach mówić mojemu instruktorowi. Musiał wiedzieć, że ma studentkę bardziej spękaną od reszty. Rozmowy z nim, jego spokojny uśmiech pod tytułem "będzie dobrze", który mi puszczał w samolocie, bardzo pomogły. Ale, żeby się zebrać do kupy, musiałam mentalnie odbić się od jakiegoś dna. A był nim skok numer sześć.

Zamiotło mnie w nim, skotłowało po wyjściu, wpadłam w niekontrolowane obroty, nie wykonałam zadań, które miałam zrobić. Pierwszy raz po wylądowaniu szłam do układalni bez uśmiechu na ustach. Byłam wkurwiona. Byłam zniechęcona. Było mi źle. Zaczęłam zastanawiać się czy ja się do tego nadaję. Nie tak miało przecież być. Tyle miesięcy czekania. Miało być fajnie. W sumie było - ale te fajne momenty przykrywała o wiele grubsza warstwa stresu i strachu.
Musiałam dojść do ładu i składu ze swoją głową. Instruktor powiedział, że nie idzie mi źle. Idę z kursem w takim tempie, jakie założył. Pytanie czy udźwignę psychicznie skoki.

Spadochroniarstwo uczy wiary we własne siły, w siebie. Wierzył we mnie instruktor - musiałam uwierzyć jeszcze ja. Musiałam jakoś ogarnąć swój strach.



Po biegu w Innsbrucku napisałam na Facebooku o bólu, który towarzyszy ultrasowi:

"To nieodłączny towarzysz ultrasa. Najwierniejszy. Pojawi się na pewno. Dołączy do ciebie już w trakcie biegu. Będzie sprawdzał i testował jak bardzo może przejąć nad tobą kontrolę. Otuli swymi ramionami za linią mety. Będziesz chodzić jak kaczka, stękać w nocy przewracając się z boku na bok. Widok toalety, na której trzeba usiąść, będzie wywoływać nerwowy chichot. Bolą ramiona od plecaka, bolą ręce od odpychania się kijkami, bolą kolana od stromych biegów, bolą palce u stóp obijane niezliczona ilością kamieni i korzeni.
Będziesz myślał "nigdy w życiu żadnego ultra".
A potem zapisujesz się na kolejne... 


Przy skokach takim towarzyszem jest strach. Spytałam się znajomej, doświadczonego skoczka, kiedy przestanę się bać. Odpowiedziała mi: "nigdy". Musiałam więc przestać bać się bania. Musiałam przyjąć do wiadomości, że strach będzie, musiałam oswoić go.
Czy udało się? Jeszcze nie do końca:) Dalej się tego uczę Ale myślę, że uświadomienie sobie tego faktu było pomocne. 

Następny skok mi wyszedł. A jeszcze następny okazał się moim egzaminacyjnym, kończącym szkolenie podstawowe. 
Ten egzaminacyjny skok był niesamowity. Bo przez cały proces szkolenia mój świat kończył się na instruktorze latającym koło mnie i wysokościomierzu. Naprawdę, ledwo jarzyłam z tego co się działo dookoła. A nagle poczułam się, jakbym wybiegła z mgły na otwartą przestrzeń, jakbym znalazła się w centrum wielkiego wybuchu. Bach! Zobaczyłam, wreszcie zobaczyłam tą cała przestrzeń, w której byliśmy zanurzeni. Ten bezmiar powietrza, chmury dookoła, świat, gdzieś pod nami. Aż mnie zatkało z wrażenia. Przeszłam na jasną stronę mocy.


Następny skok był też wyjątkowy. Pierwszy po kursie. Bez instruktora. Musiałam ogarnąć się sama.
Czy się bałam? Strasznie :) Ale wiedziałam, że muszę skoczyć, nie mogę tego odkładać, bo będzie coraz trudniej. To był też pierwszy raz, gdy dotarła do mnie prawdziwość hasła, które wpadło mi gdzieś w oczy podczas przeglądania netu.
Strach zostaje w samolocie.

Ten jeden, króciutki moment, gdy dupa marszczy się ze strachu. Malutki, najtrudniejszy kroczek. W sumie czymże on jest wobec biegów ultra, gdy człowiek nieraz przez kilka, kilkanaście godzin leci w totalnym dyskomforcie, gdy jest źle, zimno, wszystko boli, oczy zamykają się ze zmęczenia.

Jeśli zrobisz ten krok, lądujesz w innym świecie i zaczyna się MAGIA.





Gdy niebo jest zupełnie czyste, masz wrażenie zawieszenia w przestrzeni jak w innym wymiarze. Gdy są chmury, jest punkt odniesienia i czujesz te pięćdziesiąt metrów na sekundę zapieprzania w dół. Charakterystyczny trzask otwieranej czaszy i spokój, który nagle zapada. Szybowanie i obserwowanie jak cień twojego spadochronu przesuwa się w dole po łąkach i polach.


Spadochroniarstwo jest zaborcze. Funduje takie emocje, taką huśtawkę, że ciężko potem odnaleźć się na ziemi i myśleć o czymś innym.
Ale nie, nie zamieniam nazwy bloga na "matka skacze" ;) Nie da się jednak  ukryć, że będę musiała na nowo poukładać swój świat z nową pasją.


A na koniec zostawię was z cytatem, autorstwa Szczytografii. Tekst, który oryginalnie dotyczy wspinania, ale pozwoliłam sobie na jego uogólnienie - bo do skoków pasuje jak ulał.
(https://www.facebook.com/szczytografia/videos/294724871179934/ - oryginał)



Potrzebujemy czasem zerknąć na drugą stronę, tam gdzie wszyscy zmierzamy. W obecnym świecie brakuje nam tych naprawdę wielkich wyzwań i potrzeby rozwoju, którego doświadczał nasz przodek, dla którego każde wyjście z jaskini rzeczywiście mogło okazać się tym ostatnim.
Nie chodzi tutaj o brawurę czy ryzykanctwo, pójście na całość i może "jakoś to będzie". Bardziej o świadome wystawienie dużego palca u stopy za próg komfortu; dotarcie do swojej granicy poczucia bezpieczeństwa i przesunięcie jej odrobinę do przodu.
Robimy to dla tej krótkiej chwili, w której musisz spojrzeć w głąb siebie bardziej niż kiedykolwiek, obawiając się znaleźć tam słabość lub zawahanie. Ale jeśli sprawdzian wypadnie pomyślnie, jeśli pokonasz ograniczenia własnego ciała, obaw i wątpliwości, nagroda jest wielka.

Jest nią radość życia.







Ps. Mówi się, że spadochroniarze wiedzą dlaczego ptaki śpiewają.



wtorek, 14 maja 2019

Dookoła Innsbrucku

Dookoła Innsbrucku
Skąd pomysł na bieg w Alpach? Bo nigdy tam nie biegałam :)
Ale w cale nie Innsbruck był moim, naszym, pierwotnym celem. Pierwotnie wymyśliliśmy sobie z mężem Eiger Ultra Trail, wersję 51 km bieganą w parach. Cóż...chętnych było jednak tylu, że pakiety rozeszły się, nie wiem czy w minutę. Nie zdołałam nawet zobaczyć strony logowania. Tiborowi odpaliła, ale po wpisaniu danych już nie było miejsc. Podobno od przyszłego roku organizator na wszystkie trasy będzie wybierał szczęśliwców drogą losowania.
Cóż...Zaczęliśmy szukać innego alpejskiego biegu. I tak napatoczył nam się Innsbruck. Może mniej spektakularny jeśli chodzi o wysokości na jakich się biega, ale w sumie jak na pierwsze spotkanie na biegowo z Alpami, to może i lepiej? A bliżej terminu organizator dostarczył nam i tak garści emocji, informując o zniszczeniach części trasy przez lawiny i burze, wpisując raczki do obowiązkowego wyposażenia, a ostatecznie modyfikując trasę ze względu na zagrożenie lawinowe i wydłużając ją o jakieś dwa kilometry.

Nasz wyjazd obejmował ciut więcej niż udział w biegu. W planach było wspinanie, trekking. Małżonek na tą okoliczność zakupił mapy i przewodniki okolic Innsbrucku, z których jasno wynikało, że gdyby ograniczyć się tylko do tego obszaru, mielibyśmy co robić przez ładnych parę lat :) Niestety nie dane nam było poznać nawet pobieżnie okolic, bo pogoda miała swoje zdanie na ten temat. Powiem tylko tyle, że jadąc w kierunku Innsbrucku, powyżej 1000 metrów mieliśmy regularną zimę, z padającym śniegiem, jeżdżącymi pługami. I w tym wszystkim my, na letnich oponach... Ach, gdzież moja wizja ukwieconych alpejskich łąk?
W poszukiwaniu słońca i ciepła pojechaliśmy więc dwieście kilometrów dalej, do włoskiego Arco. Tam też biegając, wspinając, zajadając się pizzą (po tym wyjeździe carboloading to mam zapewniony tak do września spokojnie ;)), ładowaliśmy nasze akumulatory przed zawodami. I z pewnym niepokojem oglądaliśmy mapki pogodowe dla Innsbrucku... Te nieodmiennie zapowiadały, że będzie trochę padać, trochę więcej padać, padać, słabo padać, o, śnieg!... Właściwie dopiero na dzień przed zawiało lekkim optymizmem. Prognozy twierdziły, że do 17-tej powinno być spoko, a nawet ma wyjrzeć jakieś słońce. I tym samym w głowę wbił mi się cel: zdążyć na metę przed załamaniem pogody. Cel ten w sumie pi razy drzwi zgadzał się z tym co wstępnie wydumałam jakiś czas temu: czyli jaki jest moim zdaniem realny czas, w którym jestem wstanie pokonać ten dystans. Osiemdziesiąt pięć kilometrów, 3400 metrów przewyższeń. Uznałam, że dwanaście godzin, pewnie z jakimś haczykiem, to czas, który powinnam ogarnąć.

Odbiór pakietu połączony był ze sprawdzaniem całego sprzętu obowiązkowego. Druga linia sprawdzania, wyrywkowa, była w dniu startu przy wchodzeniu do strefy startowej.
O ile stojąc koło mojego męża, Ewy, mojej rzeźnickiej partnerki, wśród innych ludzi, czułam już tylko pozytywną ekscytację, to ostatniej nocki byłam kłębkiem nerwów. Nie wiem czy bardziej zawiniły teksty pt: "o, masz szansę na podium" (to mój mąż), czy zawirowania z pogodą. Efekt był taki, że chłop koło mnie dawno już chrapał, a ja przewracałam się z boku na bok, z sercem chcącym wyrwać się z piersi z jakiegoś dziwnego stresu. Szczęśliwie zdołałam wytłumaczyć swojej głowie, żeby nie odwalała kichy. To tylko bieg, w fantastycznych okolicznościach przyrody, a ja mam po prostu dobrze się bawić. Pomogło. Zasnęłam.


Tradycyjnie nie jestem w stanie opowiedzieć całej trasy kilometr po kilometrze. Nie jestem moim mężem ("bo ja po przebiegnięciu jeszcze raz sobie w głowie odtwarzam trasę, dopasowuję kawałki i dzięki temu pamiętam potem całą" - zastrzelił mnie ostatnio. To ja tak nie umiem).

Pierwsza część trasy kojarzy mi się ze stromymi podejściami i stromymi zbiegami wśród drzew, najeżonymi kamieniami i korzeniami. Z irytacją, że tuż za plecami mam biegacza, a jego czołówka o wiele silniejsza od mojej powodowała, że mój cień przeszkadzał w zbieganiu. Kojarzy mi się ze świtem, który przyszedł niepostrzeżenie, bez słonecznych fajerwerków. Po prostu po cichutku ciemność zamieniła się w szarość.
Ten etap kojarzy mi się z mgłą tak dużą, że ledwo widać było las przez który biegliśmy. Ze śniegiem, który coraz większymi płatami zaczął się wokół nas pojawiać, aż w końcu trasa zaczęła prowadzić po nim (obstawiam, że to dla tego fragmentu wymagano raczków - ale spokojnie wystarczały buty z solidnym bieżnikiem - kocham moje mudclawy!)




Druga część trasy to stokówki, wąziutkie singletracki trawersujące zbocza, na których człowiek biegł z bananem na twarzy. To zwalone, przez burze albo lawiny, drzewa, przez które trzeba było przechodzić albo obchodzić. To te wymarzone alpejskie łąki pełne żółtych mleczy, rozgadane, brzęczące, buczące, to wreszcie ośnieżone szczyty - bo pogoda zaczęła się poprawiać.
Pamiętam jak po raz pierwszy wbiegłam na taką łąkę, kolorową, z Alpami w tle. To był ten moment, że chciało mi się krzyczeć z radości, tylko, że nie mogłam, bo w gardle miałam gulę.

były jeszcze inne singletracki: takie bardzo pod górę



to nie ta łąka od guli w gardle, ale też ładnie ;)


Z trzeciej części najbardziej utkwiła mi w głowie końcówka, ostatnie 7-8 kilometrów. Spojrzałam się na czas i stwierdziłam w duchu: "wooow ! Babo, jak ściśniesz poślady, to masz szansę na złamanie dwunastu godzin". Ha, ha, ha. Niby wiedziałam, że na koniec będą jeszcze jakieś podejścia. Ale na siedem kilometrów do mety, to już nie może być trudno, prawda? Przecież już widać przede mną majaczący Innsbruck, a droga, którą aktualnie truchtałam była taka przyjemna...


Tak, to tu myślałam, że to co najtrudniejsze to już za mną :)


Ha! To na ostatnich kilometrach czarno na białym wychodziło ile jeszcze zostało ci sił i jak mocną masz głowę. Z niedowierzaniem patrzyłam się na kolejne podejścia, zaciskałam zęby, gdy kolana i czwórki błagały na litość na kolejnych stromych jak pierun zbiegach. Mój zapas czasu szybciutko topniał i walka o złamanie dwunastu godzin zamieniła się w walkę, żeby po tej dwunastce była jak najmniejsza liczba.
Trzy kilometry do mety, to już na pewno jest ostatni zbieg, przecież między drzewami, w dole, prześwituje miasto. No, nie był...

Wreszcie doczekałam się finalnego zbiegu do miasta. Ostatnie metry - to ciary wszędzie. Rząd kibiców walących rytmicznie rękoma w reklamowe bandy. Meta. Czas 12:24, siódma kobieta.







Piętnaście minut po mnie wpadł na metę mój mąż. W normalnych warunkach powinniśmy powlec się do pokoju/motelu i zająć się pometowym umieraniem. Nie mogliśmy tak zrobić z dwóch względów. Po pierwsze spaliśmy w aucie ;) Po drugie - trzeba było ruszyć choć kawałek w kierunku Polski, żeby o rozsądnej porze następnego dnia odebrać dzieciaki od dziadków.
Już nie mówiąc o tym, że musiałam jakoś ogarnąć się fizycznie do wtorku wieczorem - bo tego dnia czekało mnie coś, co wymagało w miarę sprawnie działających mięśni. Ale to już zupełnie inna historia, o której pewnie wkrótce opowiem :)




A to jeszcze taki widoczek z trasy na zakończenie

środa, 3 kwietnia 2019

14. Półmaraton Warszawski

14. Półmaraton Warszawski
To, że wystartuję w tym roku w Półmaratonie Warszawskim wcale nie było takie oczywiste. Pierwotnie planowany był rajd przygodowy, Krajna AR, impreza odbywająca się w ten sam weekend w Wielkopolsce. Może i rok temu miałam na niej potężny kryzys, ale jak to z nimi bywa, w miarę upływu czasu "ja się chyba do tego nie nadaję", zmieniło się we"wróćmy tam i pokażmy na co nas stać". Nie da się ukryć, że duży wpływ na moje postrzeganie czym jest kryzys i trudne warunki, wpłynął późniejszy start w Adventure Trophy ;) (Jak ktoś chce - może sobie poczytać o naszych zeszłorocznych AR: KLIK i KLIK).
Plany planami, a życie życiem. Ostatecznie ze względów logistycznych, czasowych i finansowych z Krajny zrezygnowaliśmy. Nie chcieliśmy znów rozwozić dzieciaków po babciach, tym bardziej, że za 4 tygodnie czeka nas wyjazd bez nich.

To może zamiast tego pobiegnę półmaraton w Warszawie? Ładnie by się wpisał w schemat, że starty w tej imprezie wychodzą mi co drugi rok. Bieg na własnych śmieciach, nawet rodziny nie trzeba będzie ciągnąć na start. Przy okazji powalczę o nową życiówkę, bo moja dotychczasowa pokryła się już prawie czteroletnim kurzem.
Ogólna wizja została przedstawiona trenerowi, znaczy, że chcę złamać 1:40 i pod to zostały ułożone treningi. Jak bardzo chcę tą godzinę czterdzieści łamać postanowiłam zdecydować po pierwszym treningu, po sprawdzeniu jak mi się biega i na jakie tempa jestem w stanie wejść. Wcześniej przygotowywałam się przecież do biegu górskiego, Janosika - więc to co robiłam miało trochę inny charakter.

Pierwsze bieganie tempem półmaratońskim wprowadziło mnie w euforię. Dwa czterokilometrowe odcinki pobiegłam tempem 4:32 - 4:33 min/kilometr. Wooow! To jak tak się zaczyna na początku lutego, to ja pod koniec marca zrobię TAKI wynik! Jeśli tylko  nie będzie żadnych zawirowań, chorób i niespodzianek, będzie super bieg, rozwalę system, skopię tyłek tej czwórce, z takim przytupem, że sama zakryję się nogami, o!

Następny trening tempem półmaratońskim zrobiłam 27 dni później...


Weszły jeszcze dwa biegi regeneracyjne, jedno wybieganie, dwa razy poszłam na kettle i ścięło mnie zapalenie zatok. Przez dziewięć dni nie robiłam nic, grzecznie się kurowałam, łykałam antybiotyk i nawet niespecjalnie ciągnęło mnie do biegania, bo po prostu czułam się źle.
Oczywiście, że po takim chorowaniu nie wyszłam i nie sieknęłam sobie na dzień dobry jakichś hardcorowych treningów. Znów weszło jedno wybieganie, dwa krótkie biegi regeneracyjne, dwa razy zajęcia z kettlami i... wyjechaliśmy do Norwegii.
Gdyby pogoda dopisała, najeździlibyśmy się na skiturach po kokardę i oprócz dobrej zabawy, byłby z tego niezły trening wydolnościowy. No ale aura była jaka była.

Tak więc, gdy ostatniego dnia lutego udało mi się znów wbić w trening stricte półmaratoński, mogłam tylko pomarzyć o szybkości i lekkości, z początku miesiąca.
Z planów łamania 1:40 nie zrezygnowałam, ale oswoiłam się z myślą, że może być po prostu różnie. Na treningach robiłam tyle ile byłam w stanie. Co z tego wyjdzie - to wyjdzie, stwierdziłam.

wspólna focia przed startem z Pąpkinsami
fot. Smashing Pąpkins



Na na linii startu ustawiłam się gdzieś pośrodku pomiędzy zającami na 1:35 a 1:40. Zegarek przestawiłam tak, żeby nie było widać czasu i tętna. Jednym słowem pobiegłam podobnie jak pół roku wcześniej maraton: trochę zezując na średnie tempo, a trochę na czuja. Tempo znów dawało mi tylko ogólny pogląd, bo tradycyjnie wskazania zegarka rozjechały się z oznaczeniami kilometrów (na koniec różnica wynosiła 200 metrów). Tętna dobrze, że nie widziałam - bo na metę wparowałam z pikawą pracującą powyżej mojego HR max :)

Co mogę napisać o samym biegu? To był mój czwarty półmaraton warszawski (2013, 2015, 2017). Każdy z nich miał inną trasę, ale ta jest chyba najfajniejsza. W miarę płaska, bez zbędnych zakrętów, bez agrafek. Jedyne co było trochę niefortunne, to umiejscowienie pierwszego punktu nawadniania: tuż przed zakrętem i podbiegiem na Most Gdański. Człowiek łapał kubek w locie, próbował pić - więc już tętno skakało- po czym od razu wpadał na ślimak wyprowadzający na most, wypluwając płuca do tego kubeczka :)
Dawał też popalić ostatni podbieg, po wybiegnięciu z tunelu na Wisłostradzie. To był dwudziesty kilometr, więc bieganie było już na oparach.




Biegłam cały czas w miarę równo (choć nie przypuszczałam, że aż TAK równo jak pokazały oficjalne międzyczasy). Nie miałam żadnego typowego kryzysu, choć były momenty, gdy biegło mi się gorzej. Ciężko wspominam fragment Mostem Świętokrzyskim, który był idealnie pod wiatr. Ostatnia prosta, gdy z zakrętu wybiegliśmy na Czerniakowską, to był prawdziwy test głowy. Nogi już ciężkie, zaczęły się pierwsze skurcze w łydkach, przeszkadzały podmuchy bocznego wiatru. To była  walka, żeby utrzymać tempo. Do mety zostały cztery kilometry.
O, doceniłam wtedy wszystkie treningi półmaratońskie (oczywiście te, które udało mi się zrealizować :), wszystkie moje zmagania z wiatrem, wszystkie pętle wokół Fortów, gdy w głowie po kilka razy stwierdzałam, że odpuszczam, nie dam rady, ale nogom kazałam biec dalej.
Teraz też kazałam, choć ostatni kilometr dłużył mi się jak dziewiąty miesiąc ciąży ;)


W co się wpatruję? Oczywiście w zegar nad linią mety :)


1:36:51. 82 kobieta na 3406 startujących. Podoba mi się. Tak, po prostu. Bez żadnego jęczenia, że, gdyby wszystko poszło zgodnie z planem, to nie wiadomo co by było. Ale nie poszło. Rzadko kiedy u nas idzie wszystko zgodnie z planem ;)







Co teraz? Teraz przeproszę się z Moczydłem, pagórkami na Forcie Bema i generalnie terenem. Czas wrócić w góry, za miesiąc bieg w Innsbrucku.


sobota, 16 marca 2019

Norwegia - prezent urodzinowy

Norwegia - prezent urodzinowy
Zimowy wyjazd do Norwegii na skitury był moim gwiazdkowym prezentem na urodziny od męża. Jak otworzyłam kopertę i zobaczyłam, że lot jest zarezerwowany do Narwiku, dreszcz podniecenia przeleciał mi po plecach. Kawał za kołem podbiegunowym. Przy odrobinie szczęścia będzie kupa śniegu i zorza polarna, moje wielkie, na razie niepełnione marzenie. Wybraliśmy sobie dwa potencjalne cele: albo po wylądowaniu w Narwiku wsiadamy w autobus i kierujemy się w kierunku Lofotów i prawie u samej ich nasady wbijamy się w park narodowy Moysalen. Albo  w Narwiku wsiadamy w pociąg, wysiadamy na stacyjce Katterat i tam wchodzimy w górską dolinę.
Ostateczną decyzję mieliśmy podjąć jak już będą znane dokładne prognozy pogody i po prostu uderzyć tam, gdzie warunki będą lepsze.

Wyjazd był planowany na 21 lutego, na tydzień. Dwa tygodnie wcześniej chcieliśmy na weekend wyjechać na skitury, żeby się dotrzeć ze sprzętem.
Wszystko zaplanowane, a potem...zaczęły się schody.
Trzy tygodnie przed wyjazdem z niedowierzaniem wpatrywaliśmy się w urywki lokalnych wiadomości wyświetlanych przez norweski portal meteo o ogromnych opadach śniegu i o tym, że w wielu miejscach nastąpiła ewakuacja ludności.
Potem kwestia pogody przestała mnie interesować, albowiem przeziębienie, z którego ledwo się wygrzebałam powróciło z mocą zapalenia zatok. I to takiego, że zamiast docierać narty w górach, umierałam z 39 stopniami gorączki. Tydzień przed wyjazdem, też się nie udało wyjechać, nawet na jeden dzień - bo wtedy umierał mój mąż. Ot, koniec zimy, spadek odporności i kaszlące dzieci, które parę bakterii i wirusów podarowany rodzicom.
A w tak zwanym międzyczasie pogoda w Norwegii odwróciła się o 180 stopni i wszystkie serwisy zapowiadały wzrost temperatury, opady deszczu i zagrożenie lawinowe w porywach do 4. Supcio.

Obiektywnie rzecz biorąc powinniśmy przeboleć te bilety lotnicze i pojechać w jakieś polskie góry, bo pogoda była o niebo lepsza. No ale moim prezentem urodzinowym nie był wypad w polskie góry. To miała być Norwegia. Za kołem podbiegunowym. Góry, dzikość, surowa północ. Zwyciężyło serce, wbrew prognozom. Miałam cichą nadzieję, że gdzieś tam w Japonii jakiś motylek machnie skrzydełkami i pogoda nie będzie tak tragiczna.

Do Narwiku (właściwie to do Evenes) przylecieliśmy późnym wieczorem, co oznaczało nockę na lotnisku.
Rano mieliśmy autobus do miasta, do Narwiku, albo drugi, trochę później, w kierunku Moysalen. Do ostatniej chwili dyskutowaliśmy, którą opcję w końcu wybrać: kierunek Lofoty czy pociąg do Katterat?
Ostatecznie wybraliśmy drugą opcję, ze względu na obecność stacji kolejowej. Jakby coś szło nie tak - po odwrocie mieliśmy gdzie się schronić. Gdybyśmy wbili się w park narodowy, po zrobieniu w tył zwrot, lądowaliśmy na szosie, pośrodku niczego, z autobusem jeżdżącym dwa razy dziennie.


Jedziemy w kierunku miasta. A może nie będzie tak źle z pogodą, myślałam, oglądając przez okno autobusu wschód słońca


Pociąg w kierunku Katterat odchodził po godzinie 10 rano. Drugi był pięć godzin później. To były zresztą jedyne pociągi, które z Narwiku kursowały. Pogoda na razie nie była zła. Mieliśmy szansę zdążyć przed pogorszeniem się warunków i dotrzeć do chatki turystycznej, Hunddalshytta.

I wtedy odwołano nam pociąg.

Serio. Najpierw zaczęły pojawiać się komunikaty, że pociąg jeszcze nie jest gotowy i wyświetlały się kolejne opóźnienia: 5 minut, 10 minut, 15 minut... A potem oznajmiono, że lokomotywa się popsuła...
No, powiem szczerze, że z Tiborem zdębieliśmy. Nie dosyć, że uciekały nam ostatnie godziny sensownych warunków, to mijały nam cenne godziny dnia. Kolejny pociąg był po 15. Do chatki było 10 kilometrów.
Szybko zostały sprawdzone autobusy w kierunku Lofotów - ale time is over. Poranny już odjechał, następny odchodził wieczorem. No co zrobisz? No nic nie zrobisz. Siedzieliśmy w poczekalni i czekaliśmy.




Gdy wyszliśmy na peron w oczekiwaniu na drugi (i ostatni) pociąg i na tablicy wyświetliło się opóźnienie a z głośników poleciał znajomy komunikat- nie wiedziałam czy śmiać się czy płakać. Jakie jest prawdopodobieństwo, że Norwegom wysiądą obie lokomotywy?
Na szczęście w końcu, z dwudziestominutowym poślizgiem, pociąg podstawiono. Pół godziny później wysiedliśmy na naszej stacyjce, zaczęliśmy nerwowy przepak i szykowanie do startu.




Musieliśmy przyszykować narty, buty, a zawartość trzech plecaków przepakować do dwóch. Zajęło nam to więcej czasu niż myślałam. Gdy ruszyliśmy spod budynku, powoli zaczynało się ściemniać.
Przed nami ktoś szedł w kierunku chatki i szliśmy po założonym śladzie. Dawało nam to trochę otuchy, że jednak nie jest źle, skoro ktoś przed nami wybrał ten sam cel.
Minusem były nasze plecaki, szczególnie Tibora. Szło się z nimi ciężej i trzeba było częściej robić przystanki.
Po trzech kilometrach odpaliliśmy czołówki, bo zrobiło się ciemno. Zaczął padać śnieg - ale nie taki puszysty, tylko mokro - marznący. Cały czas szliśmy po śladach poprzedników.

Nie czułam się do końca komfortowo. Wiedziałam, że dla tego rejonu w związku z pogorszeniem pogody została ogłoszona "czwórka". Co prawda teren, którym szliśmy, to była szeroka dolina i do tej pory dookoła nas nie było żadnych zboczy, z których mogłoby coś wyjechać - ale teraz zrobiło się ciemno i nie widziałam co jest dookoła nas. Musiałam zaufać Tiborowi, który był w tym miejscu latem z dzieckiem nr 2.
Po przejściu 6 kilometrów natknęliśmy się na mocno wydeptany śnieg. Nasi poprzednicy zatrzymali się na odpoczynek. Nie mogliśmy jednak znaleźć żadnych śladów dalej. Ruszyliśmy jeszcze kawałek do przodu, trochę w lewo (za bardzo, dotarliśmy do strumienia), potem kawałek w prawo do góry. Dalej żadnych śladów, a torowanie w śniegu po ciemku nie było już takie fajne. Stanęliśmy. Ewidentnie nasi poprzednicy w tym miejscu zawrócili. Czemu? Czy zobaczyli coś, co zniechęciło ich do kontynuowania wędrówki? W tym miejscu dolina zwężała się i zbocza robiły się stromsze i były bliżej nas. Po ciemku mogliśmy władować się w miejsce, w którym przy takim zagrożeniu lawinowym nie powinno nas być. Decyzja mogła być tylko jedna: odwrót.




Stacja Katterat dawała nam luksus ciepłego miejsca do spania i namiastki cywilizacji, ale jednocześnie byliśmy odcięci od świata. Ta stacyjka u ujścia doliny, pomiędzy dwoma tunelami, powstała chyba tylko i wyłącznie na potrzeby turystyki. Domki widoczne na zdjęciach - to norweskie hytty - czyli takie chatki letniskowe, nie zamieszkałe na stałe. W to miejsce nie można dostać się inną drogą, bo po prostu jej nie ma.
Z taką prawdziwą cywilizacją, Narwikiem, łączył nas tylko pociąg kursujący dwa razy dziennie. O ile oczywiście lokomotywa się nie popsuje ;)
Od czasu do czasu ciszę przerywały przejeżdżające pociągi towarowe z rudą żelaza wydobywaną w szwedzkiej Kirunie. W Narwiku, porcie niezamarzającym przez cały rok, ruda była przeładowywana (i tu właściwie w jednym zdaniu streściłam przyczyny bitwy o Narwik w trakcie II Wojny Światowej). Więc ta cywilizacja była - ale tak nie do końca. Ruszyć się bez nart, czy rakiet śnieżnych poza obręb dworca też się nie dało. Moja próba następnego dnia rano zakończyła się zapadnięciem w śnieg po pachwinę. A chciałam tylko dojść do znaków z oznaczeniem szlaków turystycznych 20 metrów dalej :) Przestałam się dziwić Norwegowi, który przyjechał porannym pociągiem sprawdzić czy wszystko w porządku z jego hyttą stojącą 50 metrów od dworca i na ten krótki fragment wyciągnął rakiety śnieżne.

Udało się przedrzeć do znaków :)  Hunddalshytta 10 kilometrów...W zastanych przez nas warunkach nie do przejścia. Widoczne w tle domki są puste.


Noc spędziliśmy w poczekalni. Dach nad głową był, ciepełko było, więc ciuchy elegancko schły (po ten nocnej eskapadzie okazało się, że byliśmy przemoczeni do samych majtek, za przeproszeniem), toaleta była. No, twardo było na ławkach, plus światło było upierdliwe, bo sprzężone z czujnikiem ruchu. Jak siedzieliśmy i czytaliśmy, światło oczywiście po pewnym czasie gasło. Nie pomagało machanie rękoma. Trzeba było się zwlec i przedreptać parę kroków, dopiero wtedy czujki działały. Ale oczywiście, gdy poszliśmy spać, wystarczyło, że człowiek zbyt energicznie przewrócił się z boku na bok - a czujnik tym razem działał bezbłędnie ;)

nasz Hilton :))


Ranek przywitał nas deszczem. Ale potem przejaśniło się i to tak mocno. Zaczęło mnie nosić i zaczęłam namawiać Tibora na wycieczkę. Chodźmy w kierunku tej chatki. Zostawmy plecaki, zróbmy po prostu wycieczkę. Padł jednak argument: a jak dojdziemy? To co zrobimy bez ubrań, jedzenia? Ostatecznie więc przyszykowaliśmy się ze wszystkimi bambetlami. I wyszliśmy.

Gdy pojawiliśmy się na stacji Katterat, peron, pomimo, że odśnieżony, był przysypany warstwą śniegu. Deszcz spowodował, że to wszystko zamieniło się w lód. Trzeba było mocno uważać wychodząc na zewnątrz i wyszukiwać miejsca, gdzie jeszcze uchowały się resztki śniegu.
I na ten lód, z nartami w reku i plecakiem na plecach dziarskim krokiem wszedł mój mąż... W ułamku sekundy wywinął takiego orła, że myślałam, że się połamał.
Razem z Norwegiem od hytty, porannym pociągiem przyjechała osoba odpowiedzialna za sprzątanie, więc z przerażeniem i przejęciem w oczach, sprzątający chłopak obsypał leżącego Tibora dookoła żwirkiem (Norwegowie nie używają soli ani piasku, chodniki i ulice posypują takim żwirkiem - kamyczkami). Gdy mąż, stękając i jęcząc w końcu wstał, teren wokół niego wyglądał jak scena zbrodni: białe miejsca, z obrysem plecaka i Tibora, dookoła czarne kamyczki :))

Ruszyliśmy znaną nam droga. Przynajmniej dokładnie mogłam obejrzeć, którędy szliśmy po nocy dzień wcześniej. Zanurzaliśmy się w totalne pustkowie. Za nami zostawała nitka torów, by po kolejnych zakrętach zniknąć nam z oczu. Mijaliśmy następne hytty, których w nocy nie miałam szans zobaczyć, były oczywiście puste.  Dookoła nas spod śniegu wystawały charakterystyczne dla północy chuderlawe, rachityczne pnie brzózek. Nad nami przewalały się chmury, ale było widać też fragmenty błękitnego nieba. Niestety warunki śniegowe były o wiele gorsze. Po opadach deszczu śnieg był pełen wody,ciężki i zapadał nam się pod nartami. Szliśmy jednak dalej.

Byłam ciekawa jak wygląda za dnia to miejsce, z którego zawróciliśmy. Czy to przewężenie da radę jakoś bezpiecznie obejść? (na ten dzień zmniejszono stopień zagrożenia lawinowego do 3, ale jednocześnie ostrzegano, że mokry śnieg może zjechać ze zbocza niezależnie od kąta nachylenia, niezależnie od wystawy i niezależnie od wysokości nad poziomem morza).





Nie dane nam jednak było tam dotrzeć. Na jakiś kilometr przed miejscem naszego nocnego odwrotu, po 5 kilometrach marszu, okno pogodowe się zamknęło. Spowiły nas niskie chmury, zerwał się wiatr i zaczął padać deszcz. Zrobiło się mocno niekomfortowo. Jeszcze przez chwilę postaliśmy zastanawiając się co robić, ale dotarło do nas, że to nie ma sensu. Zafiksowaliśmy się na tej chatce, ale przecież dotarcie do niej to połowa sukcesu. Dwa dni później będziemy musieli tą samą drogą wrócić - i wtedy nie będzie możliwości zrezygnowania. Pociąg, a potem samolot ustalał nam dead line. Nie wiedzieliśmy również co czeka nas dalej. Podobno chatka była położona w bezpiecznym miejscu. Ale z drugiej strony Norweg (ten od rakiet śnieżnych) mówił, że w dalszej części doliny na pewno zobaczymy ślady po lawinach i żebyśmy uważali.
Decyzja znów mogła być tylko jedna: w tył zwrot i powrót do poczekalni. I znów suszenie wszystkich ciuchów, które mieliśmy na sobie.



W takich warunkach zdecydowaliśmy o zawróceniu. Zła widoczność spowodowana jest deszczem.


Niżej widoczność była lepsza, ale dalej siąpił deszcz


Jak się przyjrzycie, zobaczycie nitkę linii kolejowej - naszym jedynym łącznikiem z cywilizacją


Zastanawialiśmy się czy popołudniowym pociągiem nie ruszyć od razu do Narwiku, ale jak jak usłyszałam ceny noclegu, uznałam, że nasza stacja jest bardzo milusia, ławki wcale nie są takie twarde, światło na fotokomórkę wcale tak bardzo nie wkurza w nocy i ja bardzo chętnie zostanę tu jeszcze jedną noc ;)

Odjazd z Katterat umilało (a może wkurzało?) słońce. Wiedzieliśmy jednak, że to okno pogodowe zamknie się za 2-3 godziny, a warunki w górach są jakie są.


Słonko na pożegnanie. 


Ostatnie dwa dni spędziliśmy w Narwiku, włócząc się po mieście i usiłując nie zabić bez raczków na oblodzonych chodnikach i ulicach (chwilami nawet tony żwirku nie pomagały na odwilż i wahania temperatury). Lokalsi oczywiście w ogóle się tym nie przejmowali. Zimowe opony z kolcami w samochodach i szesnaście rodzajów raczków na buty w sklepach załatwiały kwestię sprawnego poruszania się :)
Norwegia pożegnała nas wichurą i ulewnym deszczem.




Miasto najkorzystniej wyglądało od strony fiordu i przystani jachtowej

Polski akcent - czyli pomnik i tablica pamiątkowa ku czci załogi ORP Grom zatopionego podczas bitwy o Narwik



Cztery dni różnicy


Dwa dni po naszym powrocie do Polski pogoda się poprawiła.

No cóż... Obiektywnie rzecz biorąc można powiedzieć jaka piękna katastrofa. Ale mnie się naprawdę podobało. Ta dzikość, to wrażenie przebywania na końcu świata, te wszystkie góry, szczyty dookoła... Nawet Narwik, który szczerze mówiąc, nie jest najbardziej urokliwym norweskim miastem, to wszystko, nawet przy odwilży, były po prostu piękne.


Ps. Norweg od rakiet śnieżnych oznajmił nam, że najlepsze warunki na skitury są w maju :)
Copyright © 2016 Matkabiega , Blogger