niedziela, 22 marca 2026

Zimowy Ultramaraton Karkonoski

Zimowy Ultramaraton Karkonoski
Zimowy Ultramaroton Karkonoski - wspaniała i wyjątkowa impreza biegowa, u której podstaw legła potrzeba upamiętnienia człowieka, który za realizację swojego marzenia zapłacił najwyższą cenę. Tomek Kowalski - bo to o nim mowa - na zawsze pozostał w Himalajach po zimowym zdobyciu szczytu Broad Peak.
Znaleźć się na listach startowych ZUK nie jest łatwo. Pierwsza selekcja, to udokumentowanie ukończenia w przeciągu dwóch ostatnich lat co najmniej dwóch biegów górskich na dystansie przynajmniej maratonu, w limicie czasu. Dopiero spełnienie tego warunku uprawnia do przystąpienia do losowania - bo zawsze chętnych jest więcej niż dostępnych miejsc.

Wydaje mi się, że do losowania przystępowałam dwa razy. Piszę "wydaje mi się" - bo znalazłam ślady tylko po losowaniu z 2024 roku. Być może starsze maile po prostu usunęłam. W 2024 roku szczęście mi nie dopisało. Nie znalazłam się nawet na liście rezerwowej. Tym razem los się odwrócił - albo dostaliśmy wilczy bilet, jeśli faktycznie moja pamięć nie płata mi figli i to było nasze trzecie podejście. Tak czy inaczej, oboje z mężem znaleźliśmy się na listach startowych.

Trasa Ultramaratonu zaczyna się w Szklarskiej Porębie przy Wodospadzie Kamieńczyk. Następnie prowadzi pod górę na Halę Szrenicką i grzbietem Karkonoszy: Śnieżne Kotły - Przełęcz Karkonoska - Schronisko Odrodzenie - Schronisko Dom Śląski. Tu następuje główny punkt programu - czyli podejście na Śnieżkę- i zbieg czerwonym szlakiem na trasie Czarny Grzbiet - Jelenka - Sowia Przełęcz - Kowarski Grzbiet do Przełęczy Okraj. Potem szlakiem zielonym i żółtym przez Jedlickie Kaskady, Jedlinki, Budniki, Szeroki Most, Wilczą Porębę, stok narciarski “Kolorowa”. Meta jest na Deptaku w Karpaczu.

Suma przewyższeń może nie jest jakaś dramatyczna (około 2000 m), ale to nie ona stanowi największe wyzwanie.  Prawdziwym przeciwnikiem na ZUK-u jest pogoda. Na szlaku graniowym najczęściej mocno wieje, często jest kiepsko z widocznością, a temperatura potrafi pokazać, czym są prawdziwe, zimowe Karkonosze. O ich kapryśności świadczy chociażby to, że w zalecanym wyposażeniu znajdują się gogle narciarskie, a w obowiązkowym: raczki lub buty z kolcami oraz ogrzewacze do rąk.
W 2019 roku panowały tak ekstremalne warunki, że trasę skrócono do 21 kilometrów i rywalizację zakończono już przy schronisko Odrodzenie.
Jednym słowem: ZUK jest nieprzewidywalny.

Szykując się więc do startu - oprócz, oczywiście treningów- sporo czasu poświęciłam  na rozważaniach jak się ubrać. Moje jedyne doświadczenie ze startu w naprawdę niskich temperaturach pochodziło z Zimowego Janosika, na którym było -16 stopni. Pamiętam, że miałam wtedy na sobie dwie pary getrów i dwie pary rękawiczek. Ustnik z flaska zmarzł mi już po pierwszym łyku, więc przez resztę biegu nawadniałam się tylko płynami z punktów odżywczych.

Korzystając z zimowych temperatur, które w okolicach Warszawy potrafiły tej zimy spadać nawet do dwucyfrowych wartości na minusie, podczas treningów testowałam różne zestawy ubrań. Sprawdzałam w czym czuję się komfortowo i co najlepiej chroni przed mrozem.
Któż mógł przypuszczać, że tuż przed biegiem zima zacznie odpuszczać, a w przeddzień startu, w Karpaczu termometr pokaże plus piętnaście stopni? W górach było chłodniej - ale to również były temperatury powyżej zera. 
Oczywiście nic nie mogło być proste. Komunikaty organizatorów mówiły o trudnych warunkach śniegowych - głównie przez naprzemienne odmarzanie i zamarzanie podłoża oraz wiatr na grani, który miał obniżać odczuwalną temperaturę - na Śnieżce nawet do –8 stopni. I jak tu wybrać optymalne ciuchy? Ostatecznie zdecydowałam się na krótki rękaw, na to bluzę z długim i kamizelkę. Na dół - wymagane przez organizatora długie getry. 

Na start dowiozły nas autokary. Tam zaczęliśmy z mężem kolejną rozkminkę: czy raczki zakładać od razu, czy dopiero gdzieś na trasie? Na starcie było właściwie zielono. Krótki rekonesans początku trasy ujawnił co prawda lód - ale był pokryty igliwiem, więc w sumie nie tak śliski. Dało się też ominąć go bokiem. Nasze głośne zastanawiania usłyszała jedna ze startujących i poradziła, żeby zakładać raczki od razu. Mówiła, że pobiegła ciut wyżej i tam zaczyna się czysty żywy lód.

Pierwsza fotka ze startu. Tuż przed siódmą rano.

I kolejna ponad 20 minut później. Za 7 minut start.



To była bardzo dobra decyzja. O ile na początku biegło się po kamieniach, to zaraz po skręcie na szlak zaczął się rzeczywiście lód. Taki, że momentami nawet  raczki nie zapewniały pełnej przyczepności.
Mój mąż poleciał do przodu. Przez jakiś czas widziałam go jeszcze przed sobą, ale potem zajęłam się sobą i swoim tempem.
Na Halę Szrenicką podchodziłam w cieniu. W ciuchach, które miałam na sobie było mi w sam raz. Podłoże nie było łatwe. Zmrożony śnieg przeplatany lodem wymagał skupienia się.

Wdrapywanko na Halę Szrenicką. 


Po wdrapaniu się na Halę Szrenicką zaczęła się bajka, której nie spodziewałam się na ZUK: piękne, błękitne niebo, słońce i coraz bardziej ciepło. Czasem jednak zawiał chłodny wiaterek, więc nie rozbierałam się jeszcze, ale wszystko co mogłam porozpinałam. . Pozbyłam się również rękawiczek.
Biegło się raczej dobrze - choć trzeba było być cały czas czujnym. Zdarzało się, że zmrożona skorupa pękała pod ciężarem człowieka powodując zapadanie się. 
Odrodzenie i Dom Śląski, gdzie były usytuowane punkty minęłam bez zatrzymywania się.


Na horyzoncie majaczą Śnieżne Kotły

Jej wysokość Śnieżka. Jeszcze trochę tutpania mnie czeka

Za moment minę dom Śląski i rozpocznę najtrudniejszy fragment ZUK-a



Podejście na Śnieżkę, zgodnie z przewidywaniami było ciężkie. Słońce coraz mocniej dawało się we znaki, ale trudno też było ze względu na ludzi. Piękna pogoda przyciągnęła licznych turystów,

I tu muszę poruszyć wątek braku wyobraźni niektórych z nich. Wiosenne temperatury w Karpaczu i Szklarskiej Porębie dały wielu osobom mylne wrażenie co do warunków panujących w górach. A przecież żyjemy w czasach, gdy wyszukanie informacji o warunkach panujących wyżej, to nie jest jakiś rocket science. Z dołu zresztą bardzo dokładnie widać, że cały grzbiet Karkonoszy jest ośnieżony. 
Na podejściu na Śnieżkę mijałam ludzi mających… jedną parę raczków na dwie osoby (schodzili, mając założony po jednym raczku), osoby kurczowo trzymające się łańcuchów, zjeżdżające na butach o charakterze absolutnie miejskim, włącznie z koturnami. Pamiętam chłopaka siedzącego na środku podejścia, wczepionego w kamień, usiłującego złapać jakąkolwiek przyczepność, w butach typu adidas, z podeszwą bez jakiegokolwiek bieżnika. Przepraszam za dosadność - ale podeszwa jego butów była równie płaska jak jego zwoje mózgowe.
Wróćmy może jednak do samych zawodów.

Podejście na Śnieżkę było dla mnie zdecydowanie najtrudniejszym fragmentem ZUK-a. Z ulgą powitałam zabudowania obserwatorium na szczycie. Tam, tuż przy trasie, zobaczyłam postać w odblaskowej kamizelce, przybijającą piątki i przytulającą się z biegaczami. Tata Tomka Kowalskiego. To był bardzo wzruszający moment. 

Mistrzyni drugiego planu ;)
Śnieżka. Na pierwszym planie pan Marek Kowalski.



Zbieg ze Śnieżki również wymagał skupienia ze względu na mocno niestabilne podłoże. Słońce operowało już tak intenswynie, że to co jeszcze niedawno było zmrożone, teraz zmieniło swój charakter. Pod nogami miałam miękką, zapadającą się krupę. Miałam wrażenie jakbym zbiegała po piargu, tylko takim śnieżnym. 


Ostatnie chwile ubrana na zimowo. 
Tu już się ciutkę gotowałam w ciuchach, ale żal mi było zatrzymywać się na zbiegu.



Po tej stronie gór wiatr przestał być odczuwalny, więc przy pierwszym wypłaszczeniu terenu zeszłam na bok i rozebrałam się ze wszystkiego co mogłam. Dalej biegłam już w krótkim rękawku, a chwilami żałowałam, że nie mogłam długich getrów zamienić na coś krótszego. 
To było z lekka absurdalne odczucie: dookoła śnieg, a ja z gołymi rękami :) Szczególnie surrealistycznie zrobiło się, gdy biegłam wzdłuż czynnego wyciągu narciarskiego na Okraju. Obok mnie ludzie w pełnym rynsztunku narciarskim, a ja w krótkim rękawku.


Zbieg wzdłuż działającego wyciągu narciarskiego


Pomimo pięknej pogody i zbiegania coraz niżej, cały czas trzeba było uważać na podłoże. W miejscach zacienionych zalegał lód, a tam gdzie słońce - wszystko uciekało spod nóg. Gdy biegło się wśród drzew, kontrast pomiędzy cieniami, a śniegiem był tak duży, że chwilami moje oczy nie nadążały z adaptacją i średnio widziałam po czym biegnę. A można było trafić na przykład na bryły lodu z lekka rozbite przez ratrak.

Pierwszym punktem odżywczym, na którym zrobiłam przystanek, był ten na przełęczy Okraj. Czyli ostatni :) Napiłam się coli i uzupełniłam flaska. Teoretycznie można już było pokusić się o zdjęcie raczków, ale jak ma mój gust śniegu i lodu było w dalszym ciągu na tyle dużo, że nie zdecydowałam się na ten ruch. 
Zbieg z Przełęczy Okraj był chyba najbardziej technicznym fragmentem całej trasy. Biegło się dnem strumienia - więc było tam wszystko: lód, błoto, kamienie, śnieg i oczywiście woda.
W pewnym momencie poczułam, że coś dziwnego dzieje się z moim prawym butem. Zerknęłam w dół i zobaczyłam majtającą tylną część raczka. Zatrzymałam się. Okazało się, że coś w nim puściło. Na szybko nie byłam w stanie ocenić czy pękło jedno z ogniwek, czy puściła cała linka. W każdym razie miałam aktualnie do dyspozycji półtora raczka - bo pod pietą w jednym bucie nie miałam już nic. Wpłynęło to na pewno na moją pewność przy zbiegu.

Zbieg z przełęczy Okraj.
fot. Daniel Koszela


Punkt na Przełęczy Okraj. Do mety zostało 16 km



Z wielką ulgą powitałam więc koniec tego fragmentu i koniec śniegu. Co prawda mijane po drodze osoby wspominały, że jeszcze mogą trafić się fragmenty, gdzie raczki będą się przydawać, ale ja swój sprzęt już zdjęłam i schowałam. Zepsute i tak by mi nie pomogły. Jakby co, postanowiłam liczyć na bieżnik w swoich butach.

Śnieg i lód na szczęście skończył się już na dobre. Kontrast był niesamowity: na górze pełna zima, a tu czuć było wiosnę. Pomimo tego mijałam turystów idących do góry, z przygotowanymi raczkami. Jak widać można było nie dać się zwieść wiosennej aurze i dobrze przygotować się do górskiej wycieczki.


Tak, to też jest ZUK :)




Z tego etapu ZUK-a zapamiętałam trzy rzeczy. Po pierwsze mój pęcherz :) 
Tak naprawdę chciało mi się siusiać już na starcie, ale kolejka do tojtojów skutecznie mnie zniechęciła.  Liczyłam, że może uda się skorzystać z toalet na którymś z punktów odżywczych. Ale żeby wejść do budynku schroniska, trzeba było zdjąć raczki. Nie chciało mi się tracić czasu - więc biegłam dalej. Poza tym przy wbieganiu na punkt miałam wrażenie, że już mi się odechciało. Ucisk na pęcherz oczywiście wracał chwilę później. Pomiędzy punktami nie miałam za bardzo jak zrobić "skoku w bok" ze względu na dużą ilość śniegu poza wydeptanym szlakiem. Niżej - długo nie było warunków, żeby schować się za jakiś krzaczek. Na szczęście w końcu udało mi się znaleźć odpowiedni moment i miejsce, żeby sobie ulżyć. Naprawdę, panowie pod tym względem mają troszkę prościej. Odwrócą się tyłem, nie muszą świecić gołym tyłkiem. 

Druga rzecz - to bardzo długie zbiegi. Naprawdę długie. W ogóle cały ZUK - przynajmniej przy tegorocznych warunkach- był mocno biegalny. Leciało się tymi leśnymi szutrówkami tak długo, że aż żołądek zaczynał mi się ciut buntować od wstrząsów. Na szczęście to był tylko lekki dyskomfort.

No i trzecia rzecz. Gdzieś w trakcie zbiegu, w okolicach w okolicach 40 kilometra, gdy zaczęło się ostatnie większe podejście... zgubiłam się. 
Sama jestem sobie winna. Na zmęczeniu przestałam uważać i po prostu włączyłam autopilota, podążając za biegaczem przede mną. On pomylił trasę, a ja poszłam za nim. Owszem, zdziwiło mnie trochę, że podchodzimy jakąś zrywką, w bardzo trudnym terenie, ale dzielnie szłam dalej. Dopiero po około dziesięciu minutach oboje zorientowaliśmy się, że coś tu nie gra — od dawna nie widzieliśmy żadnych taśm do znakowania trasy Rzut oka na zegarek (dlaczego dopiero teraz?!), w którym miałam wgranego tracka - i oczywiście widzę, że jesteśmy poza trasą. O, jaka była zła na siebie! Zegarek przecież pikał, tylko ja to pikanie kompletnie zignorowałam. Przez poprzednie kilometry też mi sygnalizował różne rzeczy,  informując, że gdzieś tam mam skręcić - ale skręcałam poprawnie bez jego pomocy, więc uodporniłam się na sygnały dźwiękowe. 

Widzicie ten ogonek? Za 40 kilometrem trasy przegapiłam odbicie na mostek przez rzekę i poszłam sobie za innym biegaczem w górę.




Dzięki mojemu gapiostwu nadrobiłam jakiś kilometr i straciłam  około 15-16 minut. Ten czas bolał najbardziej.
Plus tej pomyłki był taki, że żadne podejście już mnie nie ruszało. Wszystko wydawało mi się już łatwe. Naprawdę wkopałam się w trudny teren.
Po tej wpadce starałam się już nie guzdrać, ale straconego czasu oczywiście nie dało się odrobić.


A jeszcze niedawno byłam tam, na górze


Na koniec biegłam już na granicy skurczy w łydkach. Czułam, że byle potknięcie może skończyć się źle.
I skończyło.
Na finiszu, w samym Karpaczu, gdy wbiega się się już na Deptak, przy którym usytuowana jest meta, na ostatnim zakręcie potknęłam się o krawężnik. Ponieważ zbiegałam z górki i byłam rozpędzona, poleciałam jak długa, fundując sobie nie tylko bolesne otarcia na kolanach i ręku, ale również takie skurcze w łydkach, że myślałam, że nie wstanę. Szczęśliwie pomógł mi wolontariusz, najpierw rozciągając mi mięśnie, a potem, wraz z zebranymi kibicami, pomagając mi wstać. 
Spytał się czy pomóc mi dobiec do mety - ale moja duma nie pozwoliła mi na to :)
Z największą godnością na jaką było mnie stać w tamtym momencie, dobiegłam samodzielnie, meldując się na mecie po 7 godzinach i 25 minutach.

Mąż, który od kilkunastu minut czekał na mnie, przegapił mnie, bo miał w głowie inny zestaw kolorystyczny moich ubrań. Nie przewidział, że będę wbiegać w białej koszulce z krótkim rękawem.
Na mecie spotkałam też kolegę Bartka, z którym tasowałam się kilkukrotnie na trasie. Zdziwił się, że dopiero teraz skończyłam. Cóż - za gapowe się płaci...

Nie mam normalnego zdjęcia z mety ;) chyba właśnie opowiadam o moim zgubieniu się i glebie kilkadziesiąt metrów wcześniej



Jestem przeszczęśliwa, że mogłam stać się częścią tej wspaniałej imprezy. Organizacja jest bardzo dobrze przemyślana, zapięta na ostatni guzik. Wolontariusze pomocni. Nawet Liczyrzepa w tym roku był bardzo łaskawy i załatwił idealne warunki, jeśli chodzi o pogodę, temperaturę i wiatr.
Żal mi trochę straconego czasu, bo była szansa na walkę o złamanie 7 godzin. Ale cóż. Takie są góry.























.

niedziela, 1 lutego 2026

Co robię jak nie biegam - czyli trochę o skydivingu

Co robię jak nie biegam - czyli trochę o skydivingu

Dzisiejszy post nie będzie o bieganiu, a o mojej drugiej pasji, skydivingu. 

W 2018 roku skoczyłam ze spadochronem w tandemie. Rok później zapisałam się z mężem na szkolenie spadochronowe i …wsiąkłam. Razem wsiąkliśmy. 

W ramach mojej drugiej pasji nie tylko wyskakuję ze sprawnego samolotu ;), ale również trenuję w tunelu aerodynamicznym. 

Tunel, zwany czasem prześmiewczo "słoikiem", jest tym dla skydiverów, czym dla wspinaczy sztuczna ścianka wspinaczkowa. Czasem to narzędzie treningowe służące do doskonalenia swoich umiejętności w kontrolowanych warunkach. A czasem jest celem samym w sobie. Wśród osób latających w tunelu są takie, które nigdy nie skakały ze spadochronem. 

W ramach skoków spadochronowych i latania w tunelu (indoor skydiving), można robić najróżniejsze rzeczy. Ale mnie i mojego męża najbardziej wciągnęła dyscyplina zwana FS-4 lub 4-way. 

Co to takiego? FS to skrót od Formation Skydiving. Cyfra 4 - jak się pewnie domyśliliście - oznacza liczbę osób. Czyli FS-4 to akrobacja zespołowa wykonywana w cztery osoby.  

Jakie są zasady rywalizacji w ramach tej dyscypliny?

Sędziowie losują dziesięć rund (zazwyczaj dziesięć - ale organizator może określić inną ich liczbę). Każda runda to określony, wylosowany zestaw figur i sekwencji.  W każdej rundzie trzeba wykonać jak najwięcej powtórzeń tych figur w czasie 35 sekund. Figury muszą być wykonane w tej kolejności, w jakiej zostały wylosowane.

Figury to 16 randomów (randoms) oznaczonych literami od A do Q oraz 22  bloki (blocks) oznaczone cyframi od 1 do 22. Blok - to sekwencja, na którą składa się figura - przejście (inter) - i znów figura. Przejście to obroty. Po przejściu następuje zbudowanie figury kończącej blok. Czasem jest taka sama jak na początku, a czasem zupełnie inna. Przejście w bloku nie jest dowolne, tylko ściśle określone, często włącznie z kierunkiem obrotów.


Randomy


Przykłady bloków. 

Za każdy dobrze wykonany random otrzymuje się jeden punkt, a za blok - 2 punkty. Pomiędzy poszczególnymi figurami musi nastąpić separacja - wszyscy członkowie zespołu mają się puścić. Za błędy separacji, chwyty niepewne, chwyty powyżej ramienia czy powyżej biodra, błędy w przejściach w blokach (na przykład obrót nie w tą stronę) nie otrzymuje się punktów. Błędy nazywamy "bustami". Za pominięcie jakiejś figury - punkty się odejmuje.

Jak się buduje te wszystkie figury? Łapiemy się za ręce, albo nogi. W swoich kombinezonach przy rękach i nogach mamy takie "parówki" do chwytania - czyli gripy. Czasem trzymamy się za nadgarstki, czy pod kolano. 

Kombinezony do 4-waya mają  dużą powierzchnię nóg, tzw. bootsy. Czemu? Większość obrotów, zmian pozycji wykonujemy ruszając nogami, bo zazwyczaj ręce mamy zajęte chwytaniem, a bootsy pozwalają na większą dynamikę przy obrotach.

Większość "forłejowców" ma kombinezony w ciemnych kolorach i kontrastowe, najczęściej białe rękawiczki. Chodzi o to, żeby bardzo dobrze było widać, czy figury są prawidłowo zbudowane/złapane. To ułatwia sędziowanie.

Konkurencja FS-4 obejmuje różne klasy, podzielone według trudności: Rookie, A, AA i AAA. W zależności od klasy, rundy losuje się z uwzględnieniem stopnia trudności.

Klasa Rookie - losowanie rund następuje spośród 16 randomów. Runda może mieć maksymalnie 3 punkty. 

Klasa A- to co w klasie Rookie plus niektóre bloki (2,4,6,7,8,9,19,21). Runda może mieć 3-4 punkty. Losowanie nie może przekroczyć maksymalnej (przypisanej dla tej klasy) liczby punktów. Jeśli jako pierwszy wylosuje się random, a jako drugi blok - to przerywa się losowanie. Ponieważ random liczy się za 1 punkt, a blok - za 2 punkty, to gdyby jako kolejny zostałby wylosowany blok, liczba punktów przekroczyłaby maksymalną liczbę punktów dozwoloną dla tej klasy. Analogiczne zasady stosuje się w wyższych klasach.

Klasa AA - to co w klasie Rookie i klasie A plus kolejne bloki (1,11,13,14,15,18,20,22). Runda może mieć 4-5 punktów.

Klasa AAA - jak się domyślacie, tu lata się wszystko. To najwyższa klasa, mistrzowska. W tej klasie rozgrywane są Mistrzostwa Świata czy Europy. Trudność AAA polega nie tylko tylko na tym, że trzeba znać wszystkie bloki (i oczywiście randomy). Nie polega również na tym, że tu rundy mogą mieć aż 5-6 punktów. Główną trudnością jest to, że bloki, które dochodzą w tej klasie, czyli 3, 5, 10, 12, 16 i 17 "switchują", odwracają  pozycje.

Żeby to wyjaśnić, muszę wytłumaczyć role każdego członka zespołu. Każdy z nich ma swoje miejsce w formacji i swoje rolę do odegrania:

Inside center (IC) nadaje rytm, tempo i decyduje o zrywaniu figur. Ma z reguły krótsze ruchy i jest dzięki temu pierwszy na pozycji do budowania kolejnej figury.

Outside center (OC) współpracuje z IC. Zazwyczaj to centrzy rozpoczynają budowanie figur. OC musi być szybki i zwinny. Jego pozycja wiąże się zazwyczaj z szybkimi ruchami.

Point - najczęściej jest z przodu formacji, bardzo często tyłem - co wiąże się z podawaniem nóg. Oznacza to również, że point najczęściej nie widzi co się dzieje w formacji i musi opierać się na "czuciu" czy jego gripy zostały złapane. Point również powinien być zwinny i szybki (tym bardziej, że jego b-slotem jest pozycja OC). 

Tail - jak sama nazwa wskazuje to taki "ogon". Jest z tyłu formacji i zazwyczaj domyka ją jako ostatni.

Na ilustracjach, które wkleiłam wyżej z randomami i blokami, ludziki mają różne kolory. Są one dla ułatwienia pokolorowane w zależności od roli w zespole. Point jest czerwony, OC - zielony. IC - niebieski, a Tail - żółty.

Ja w swojej drużynie jestem pointem, mój mąż - IC. Nasz zespół, DARK Team, aktualnie rywalizuje w klasie AA. 

Naszym trenerem jest skoczek spadochronowy, wieloletni zawodnik, członek kadry narodowej, aktualny Mistrz Polski - zarówno tunelowy jak i z samolotu, Zbigniew, zwany przez wszystkich Zbigiem.


Zbig czujnie obserwuje co tam wyprawiamy w środku.


Skoro każdy ma swoje miejsce w formacji, oznacza to, że budując figurę nie trzeba się zastanawiać kto gdzie ma polecieć. Każdy zna swoje miejsce i co do zasady jest ono zawsze takie samo. Czasem zdarzają się od tego wyjątki i celowo stosuje się różne warianty, aby przyspieszyć budowanie jakiejś figury, tzw. inżynieria.
Zabawa zaczyna się w momencie przejścia do klasy AAA. Wtedy wszystko się komplikuje.

Jak już wspomniałam, bloki, które dochodzą w najwyższej klasie, zamieniają pozycje. Trzeba nauczyć się nie tylko swoich ruchów i miejsca w formacji, ale również tego co robi partner.
Dla Pointa partnerem jest OC, a dla Taila - IC. Po zamianie miejsc jest się na miejscu swojego partnera. Jeśli w losowaniu trafi się runda z trzema blokami, z których jeden odwraca, to ruchów do zapamiętania jest nie sześć (bo jak pamiętacie blok to: figura - przejście - figura), tylko dwanaście. Raz wykonuje się ruchy na swojej pozycji, drugi raz - na pozycji partnera.

Na obrazku z blokami, który wkleiłam wyżej, jest blok 12. Tam bardzo dobrze jest widoczne odwrócenie pozycji Pointa (czerwony) i OC (zielony).

Latanie w sportowej czwórce to sport zespołowy. Wszyscy muszą poruszać się jak trybiki w zegarku. Błąd jednej osoby, ma przełożenie na cała formację. Wszyscy muszą mieć dobre czucie własnego ciała, dobrze poruszać się w powietrzu, dokładnie wykonywać swoje ruchy. Liczy się skupienie, dobra pamięć, precyzja i współpraca. Wszystkie figury trzeba wykonywać razem, razem je puszczać, razem chwytać. Jak dobrze działający jeden organizm. To nie jest łatwe. I dlatego stanowi fantastyczne wyzwanie.



To mój zespół :)

To co stanowi o fajności i sile FS -czwórek, jest również ich słabością. Zespół jest tak dobry, jak jego najsłabszy element. A zebrać czworo ludzi, z takimi samymi priorytetami, poziomem zaangażowania, podobną ilością czasu i zasobami portfela (to dość istotny element, niestety), jest trudno. A jeśli zespół chciałby nie tylko latać w tunelu, ale również sprawdzać się w powietrzu - potrzebuje jeszcze piątego członka zespołu - czyli kamerzystę. Robi się jeszcze trudniej.

W Polsce świat "forłejowy" jest dość mały. Zawody tunelowe, w których można się u nas sprawdzić, to cykliczna Liga Mistrzów, oraz coroczne Flyspot Polish Open- najważniejsze zawody skydivingowe w Polsce - bo mające rangę Mistrzostw Polski (warunek: w danej konkurencji muszą wystąpić przynajmniej trzy polskie zespoły, których członkowie mają ważne licencje zawodnicze) .
Jeśli chodzi o zawody na strefie spadochronowej, z samolotu, ostatnie Mistrzostwa Polski, odbyły się w roku 2021. 

My kilkukrotnie startowaliśmy w Lidze Mistrzów i Polish Open. Nigdy nie udało nam się wyruszyć poza granice kraju, żeby się sprawdzić - a w samej Europie jest sporo takich imprez.

I właśnie w połowie stycznia, po raz pierwszy wychyliliśmy głowy poza znane podwórko i wyruszyliśmy do naszych południowych sąsiadów, na zawody tunelowe Czech Open. 


To było nasze drugie podejście do tej imprezy. Za pierwszym razem, w 2021,  musieliśmy odwołać nasz udział, gdyż dwie osoby, w tym ja, zachorowały na Covid.

Pojechaliśmy tam z lekka podekscytowani. Nie tylko dlatego, że był to dla większości z nas pierwszy zagraniczny start. W zawodach tych brał udział zespół, z którym w październiku, podczas Flyspot Polish Open, bezpośrednio rywalizowaliśmy. Wtedy bardzo długo utrzymywaliśmy przewagę i do siódmej rundy prowadziliśmy. Niestety, w wyniku popełnionych błędów, całą przewagę straciliśmy. Po 10 rundzie punktowo był remis i doszło do rundy dogrywkowej, którą przegraliśmy. Ostatecznie Polish Open skończyliśmy na drugim miejscu. I nie ukrywam - mieliśmy pewien niedosyt i poczucie zmarnowanej szansy.

Dzień przed zawodami "obwąchaliśmy się" z praskim tunelem - bo w każdym lata się trochę inaczej, strugi powietrza są ciut inne.

Następnego dnia w południe zaczęła się rywalizacja. Zawody były dwudniowe. W piątek mieliśmy polecieć pięć rund, a w sobotę kolejne pięć. 


DARK team prawie w komplecie. Zamiast kontuzjowanego kolegi wystąpił z nami
Daniel z zaprzyjaźnionego zespołu, MAD Team. 

Po pierwszej rundzie nie wiedziałam czy się śmiać czy płakać. Zakończyliśmy ją nie tylko remisem z drużyną czeską, ale również dokładnie taką samą liczbą punktów jak w Katowicach. Czyżby szykowała się powtórka z rozrywki?

Drugie wejście. Opuściliśmy tunel z mieszanymi odczuciami. Z jednej strony wydawało nam się, że rundę polecieliśmy szybko, z drugiej - mieliśmy wrażenie, że po drodze były jakieś babole. Na szczęście sędziowie byli innego zdania - runda została osędziowana bez żadnych bustów. I zrobilismy w niej pięć punktów więcej niż Czesi :)

Trzecia, czwarta runda - zbieramy kolejne punkciki przewagi. 

Do piątej rudny wchodziliśmy do tunelu z obawami. Był w niej blok 15, który na treningu dzień wcześniej średnio nam wychodził. Nasze obawy się sprawdziły. Początek wyszedł jakiś kulawy, tracimy rytm. Z jednej strony, jak nasze niedoskonałości wykonania, wynik był i tak dobry - 20 punktów. Ale nasi konkurenci polecieli szybciej, zdobywając dwa punkty więcej.

Po piątej rundzie, czyli w połowie zawodów, mieliśmy 97 punktów, a drużyna czeska, Chxanky - 89 punktów.

Drugi dzień rywalizacji i na dzień dobry dostaliśmy zimny prysznic.
W szóstej rundzie oddaliśmy 4 punkty.  W tej rundzie był blok 8, który Czechom, jak już wiedzieliśmy z Katowic, idzie zdecydowanie lepiej. Na tyle lepiej, że z 8 punktów przewagi, zrobiły się tylko cztery. Pojawiła się obawa, czy nie skończy się tak jak na Polish Open: tam, drugiego dnia szło nam gorzej i w kolejnych rundach oddawaliśmy punkty.


Dodatkowo przyprawiłam się o zawał serca, bo...za wcześnie przerwałam wykonywanie układu. 

Każda drużyna miała 1 minutę swojego czasu. To 35 sekund, które bierze się pod uwagę przy sędziowaniu,  liczone jest od oderwania obu nóg przez pierwszego zawodnika. Stąd najlepiej było wchodzić do tunelu sprawnie, żeby jak najmniej czasu tracić w wejściu. Sygnałem dla osób latających, że kończy się ich slot, były mrugające ledowe listwy umieszczone w kilku miejscach na obwodzie tunelu. Na 15 sekund przed końcem mrugały na niebiesko, a na 5 sekund przed końcem - na czerwono. Ustaliliśmy wcześniej, że zaczynamy opuszczać tunel, gdy zaczną mrugać na czerwono, żeby być pewnym, że na pewno 35 sekund naszego latania załapie się do sędziowania.

Oprócz tych listew, zawodnicy widzieli jeszcze ekran monitora, który nie tylko pokazywał prędkość powietrza, ale też odliczał czas. I on zaczynał mrugać na czerwono wcześniej niż listwy.

Na rundę szóstą weszliśmy opóźnieni, bo poprzednia drużyna grzebała się przy opuszczaniu tunelu i parę sekund weszła już w nasz czas. I tak się nieszczęśliwie złożyło, że ten ekran zaczął mrugać, gdy akurat miałam go przed oczami. Jak czerwone - to kończymy. I wstałam. Chwilkę później zorientowałam się, że mamy jeszcze 13 sekund... ale było już po ptokach.

Wyszliśmy z tunelu i rzuciliśmy się do monitora w pokoju treningowym, żeby sprawdzać ile czasu "zjadła" nam poprzednia drużyna i ile dokładnie przed końcem przerwałam rundę. Niestety, było prawdopodobne, że oddałam za darmo punkty przez moją automatyczną reakcję.
Czekałam jak na szpilkach, czekając aż w oficjalnej aplikacji do sędziowania,  In Timie Scooring, wyświetli się film z tej rundy. Byłam strasznie zła na siebie. Szczęśliwie moja wtopa nie załapała się, nie straciliśmy dodatkowych punktów. A ja dostałam nauczkę.

Runda siódma. Zdecydowaliśmy o wykonaniu figury L w niestandardowy sposób. Musiałam pamiętać, że mam inaczej się ustawić - podać nogi, a nie swój bok. Niestandardowe ruchy to zawsze ryzyko pomyłki. Ale z drugiej strony, to sposób na oszczędność czasu i szansę na zdobycie większej liczby punktów.
Czesi, polecieli standard. A dodatkowo, pewnie podbudowani poprzednią rundą oraz chcąc dalej nadrabiać straty, polecieli ją nerwowo, wolniej i z błędem. Efekt? My zdobywamy 19 punktów, oni 13. 

Ósma runda - lecimy ją podobnie, remisując ją z drugą drużyną.



Dziewiątą rundę długo omawialiśmy, przymierzając się na sucho, kto jak się ma ustawić. Wykonaliśmy nawet telefon do trenera po konsultacje (Zbiga nie było z nami na miejscu). Wstępnie planowaliśmy blok 19 z tej rundy wykonać w wersji "short" (nie będę tłumaczyć na czym to polega. Uwierzcie na słowo, że w niektórych przypadkach ta wersja pozwala na szybsze przejście do następnej figury). Ale ten wariant sprawiał, że blok 19 stawał się blokiem odwracającym pozycję moją i mojego partnera. Trener podpowiedział, żeby nie kombinować, lecieć standard, tylko zoptymalizować przejście do następnej figury. Czesi wybrali wersję z "shortem".

Podpowiedź Zbiga była słuszna - bo zdobywamy w tej rundzie dwa punkty więcej niż nasi bezpośredni konkurenci.

Dopiero po osędziowaniu tej rundy, mój mąż przyznał, że ustawiając się w wejściu tunelu, nagle mózg mu się zresetował i miał w głowie totalną pustkę. Nie pamiętał do jakiej figury się ustawiamy i w ogóle co mamy lecieć. Nic. Biała kartka. Totalny "brainlock"

Na szczęście, widząc jak reszta zespołu się ustawia, oświeciło go. My niczego nie zauważyliśmy, ale nasz trener oglądając potem filmy, zapytał się mojego męża co on miał w głowie. No to już znamy odpowiedź: nic ;)


Nasz kącik w części restauracyjno - barowej. Tam czekaliśmy na kolejne rundy I czekaliśmy na wyniki.


Dziesiąta runda to były spore emocje. Tym bardziej, że sporo naczekaliśmy się na naszą kolej.
Przed nami startowali zawodnicy z innej konkurencji, freefly i ich występy przedłużyły się. Albo może: trwały tyle ile miały trwać, tylko organizatorzy zawodów nie wzięli pod uwagę, że ta dyscyplina jest sędziowana po każdym występie zawodnika i dopiero potem do tunelu wchodzi kolejna osoba. Efekt? Czterdzieści minut obsuwy.
Takie opóźnienia nie są fajne. Wybijają z rytmu i dekoncentrują. 

Z jednej strony została tylko jedna runda i mieliśmy bezpieczne 13 punktów przewagi. Z drugiej strony, to jest sport i mogło zdarzyć się wszystko. Niby obiecaliśmy sobie spokój, ale polecieliśmy to nerwowo. Na szczęście nikt niczego nie zapomniał.
Tą rundę zremisowaliśmy, utrzymując tym samym 13 punktów przewagi i wygraliśmy rywalizację w naszej klasie :)


Zrzut ekranu z InTime Scooring. 


Na wieczór została ta najprzyjemniejsza część - czyli dekoracja :)







Nie wiem czy udało Wam się przebrnąć przez ten, jakże niebiegowy temat i czy Was nie zanudziłam technicznymi szczegółami i wyjaśnianiem zasad. 
Oczywiście, to dalej będzie blog raczej biegowy - ale od czasu do czasu będę wrzucać tematy związane ze skokami spadochronowymi czy tunelem.

piątek, 3 października 2025

Po Beskidzie błądzi jesień

Po Beskidzie błądzi jesień

Piwniczna i pomysł startu na jednym z dystansów Festiwalu Biegowego, pojawił się na tapecie dość szybko po KAT. Pojawił się właściwie w głowie mojego męża, który czuł duży niedosyt po zejściu z trasy w Austrii.

Tibor zapisał się na bieg 7 Dolin 61 km. Mnie zdecydowanie nie chciało się czochrać na takim dystansie. Dwa ponad osiemdziesięciokilometrowe, trudne biegi w przeciągu dwóch miesięcy zaspokoiły moją żądzę umierania w górach. Skusiłam się na krótszy dystans- 42 km. 

Sam wyjazd był trochę na wariackich papierach. Pojechaliśmy bez noclegu, z zamiarem spania w aucie w przeddzień startu i zawinięcia się w kierunku domu po przybiegnięciu na metę (z lekkim odsapnięciem i oporządzeniem się, oczywiście).

Festiwal Biegowy jest mi znany z relacji startujących na przestrzeni kilku ostatnich lat znajomych. Sama jednak nigdy nie dotarłam na tę imprezę. Aż do teraz.

Pojawienie się w Piwnicznej było trochę takim naszym powrotem na własne śmieci. Niczym syn marnotrawny wróciliśmy na polskie ścieżki. Albowiem ostatnim moim polskim startem był Bieg Granią Tatr w 2019 roku. Potem zaczęły się skoki spadochronowe, które mocno nas wciągnęły, przyszła pandemia. A jak świat zaczął jako tako wracać do równowagi, zapisywaliśmy się na biegi poza Polską, głównie w Alpach.

Do miasteczka biegowego dotarliśmy późno, po dwudziestej trzeciej. Nie powitała nas jednak cisza - bo Festiwal Biegowy przez bite trzy dni oferuje multum biegów dla każdego: długie, krótkie, bardziej pod górkę, mniej pod górkę, dzienne, nocne. Na miejscu panował więc gwar, było głośno, sporo ludzi. Tym większe było moje zdziwienie, gdy w takich warunkach zostaliśmy wypatrzeni przez dwie znajome (Kasia, Donia - powiedzenie, że świat jest mały, sprawdziło się tu w 100%).

Nasze starty dzieliły 2 minuty. Małżonek ruszał punkt o ósmej rano, ja po nim. Było to możliwe - bo nasze trasy nie były identyczne. Pokrywały się tylko fragmenty.

Ja ruszałam w kierunku Rytra, potem trasa skręcała na GSB w kierunku Cyrli, Hali Pisanej i Hali Łabowskiej. Przed Runkiem żegnaliśmy Główny Szlak Beskidzki, skręcając do Bacówki nad Wierchomlą. Potem zbieg w kierunku Wierchomli Małej. Następnie kierowaliśmy się w kierunku Wierchomli Wielkiej i Kiczory. Długi zbieg od Łomnicy, a potem ostatni akcent: podejście na stoki Kicarza. Na koniec prostą drogą na nieodległą metę. Czy jakoś tak ;)

Jak było? Przede wszystkim z ulgą powitałam bardziej jesienną aurę. Pod dwóch alpejskich biegach, gdzie za każdym razem walczyłam nie tylko ze swoimi słabościami, ale również z ponad trzydziestostopniowym upałem, gorąca i słońca miałam zdecydowanie dość. A tu sobotni ranek przywitał nas temperaturą w okolicach 16-18 stopni, zachmurzonym niebem i lekkim deszczem.

Początek trasy, tak jak już wspominałam, kierował nas w kierunku Rytra. To było blisko 7 kilometrów asfaltem, wzdłuż rzeki Poprad. Ten fragment fajnie rozciągnął stawkę. Tym razem na starcie naprawdę ustawiłam się bardziej z przodu (a zawodników było podobna ilość jak na KAT) i byłam ciekawa co z tego wyniknie. Na razie biegło mi się całkiem dobrze, ani razu nie przeszłam do marszu, nawet jak było pod górkę.

W Rytrze skręciliśmy na czerwony szlak i troszkę skończyło się rumakowanie, bo zaczęło być jakby bardziej pod górkę. W dalszym ciągu moje tempo nie było złe. Za Cyrlą wypłaszczyło się i tu dopiero w mojej głowie połączyły się styki. To nie są Alpy, tylko Beskidy. Tu da się biec! W wielu miejscach da się biec!
Odkrycie roku, prawda?

Fot. Karolina Kwit

Naprawdę starałam się nie obijać. Nawet nie musiałam się jakoś specjalnie przekonywać do tego biegania. Po dwóch alpejskich wyrypach, gdzie człowiek miał w pewnym momencie ochotę umrzeć, tu czułam się fantastycznie. Owszem, czasem trzeba było uważać. Były momenty, gdy biegło się ubitą, glinianą ścieżyną, śliską przeraźliwie. Było również błoto i kałuże (jedna tak wielka, że przez chwilę myslałam, że obiegamy jakieś małe jeziorko) Tak, zbiegi były raczej z tych technicznych: z masą luźnych kamieni, mokre.  Ale po po pierwsze - ja na takich zbiegach czuję się dobrze, a po drugie- Alpy troszkę jednak przesunęły mi granicę tego, co to znaczy "trudny zbieg". 

Chwilami było dość nastrojowo

Pogoda cały czas była łaskawa. Znaczy, nie wiem czy wszyscy biegnący mieli takie wrażenie - ale ja się czułam bardzo dobrze. Dwa większe deszczowe "showerki", które przeszły, akurat zdybały mnie w lesie. Bardziej słyszałam, że pada, niż odczułam to na własnej skórze.

Raczej wyprzedzałam niż byłam wyprzedzana - ale jak to wyglądało na kolejnych punktach, nie wiem. Pomimo, że matę pomiarową przekraczałam kilkukrotnie, w wynikach jest tylko międzyczas z 24 kilometra: tu byłam 88/295 zawodnikiem.

Mała dziewczynka w dużym lesie. Swoich zdjęć mam bardzo mało. Po prostu prawie cały czas biegłam, szkoda mi było zatrzymywać się na robienie zdjęć.

Po drodze, oczywiście zerkałam na inne dziewczyny. Nie miałam jakiegoś bojowego nastawienia, ale z dwoma dziołchami cały czas się tasowałam. Albo raczej: tasowałam się z jedną. Co do drugiej, to byłam niczym guma do majtek. Na podejściach zostawałam w tyle, a na zbiegach doganiałam. W końcu, na trzeci punkt kontrolny wbiegłyśmy razem. Ją zatrzymała serwowana tam zupa pomidorowa, a ja stwierdziłam, że może i bojowo nastawiona nie jestem, ale takiej okazji nie przepuszczę. I pognałam dalej. 

Drugą dziewczynę miałam cały czas w zasięgu wzroku. Po kilku wcześniejszych przetasowaniach, zostałam ostatecznie z tyłu. Miałam cichą nadzieję, że zdołam dogonić ją  przed metą - ale nie udało się.

Tym razem, pomna moich doświadczeń z Austrii, w ślepo założyłam, że na pewno pod sam koniec organizator coś wymyśli na dobicie. Tak, tym razem nawet przeczytałam opis trasy przed startem. Ale zapomniałam co dokładnie czytałam :) Na wszelki wypadek założyłam więc, że na pewno coś będzie. I było!

Teraz to ja byłam Sprite. Podejście dało popalić, ale moja głowa była na takie coś przygotowana. 

Ostatnie, "syte" podejście

Nie była za to przygotowana na to, co zadziało się już na terenie miasteczka biegowego. Dobiegając do niego, widziałam bramkę mety przed sobą. I już, już witałam się z gąską. Okazało się, że mogę jej na razie rzucić tylko tęskne spojrzenie z boku. Żeby do niej dotrzeć, trzeba okrążyć cały teren miasteczka. W tym momencie, przed samą metą, moja głowa się zbuntowała. Miałam wrażenie, jakby ktoś ze mnie spuścił powietrze. Bezsilnie patrzyłam na zwiększający się dystans pomiędzy mną, a dziewczyną, którą miałam nadzieję dogonić. Dreptałam w kierunku mety tocząc naprawdę solidną walkę sama ze sobą, żeby nie przejść do marszu. 

Koral Maraton ukończyłam z czasem 5:26:35. Ukończyłam bieg jako 75 zawodnik, 13 kobieta i 8 w swojej kategorii wiekowej. Na pomiarze czasu w połowie trasy prognozowało mnie na czas gorszy o ponad 45 minut. 

Myślę, że pobiegłam na miarę swoich możliwości. Jestem z siebie zadowolona i była to miła odmiana po wcześniejszych biegach. Muszę od czasu do czasu robić sobie takie starty: krótsze, w mniej wymagającym terenie.

Co teraz? Teraz na tapecie jest bieg uliczny - czyli listopadowy Bieg Niepodległości. Przyszły sezon jeszcze jest w fazie zastanawiania.





wtorek, 23 września 2025

KAT by UTMB część 3.

KAT by UTMB część 3.

Dziwnie mi się biegło z początku. Takiego obrotu sprawy i w efekcie samotnego biegu, zupełnie nie przewidywałam. Musiałam wziąć się w garść. Przede mną było pięćdziesiąt kilometrów do pokonania i musiałam myśleć o tym, żeby nadrobić czas, który zszedł na zawirowaniach zdrowotnych męża.
Nie chodziło o to, że miałam jakieś założenia czasowe czy chciałam walczyć o jakikolwiek wynik. W ciągu dnia miało być ponad 30 stopni -  jak najwięcej kilometrów trzeba było pokonać w nocy i wcześnie rano, zanim słońce wyjrzy zza gór i zniknie zbawienny cień.


Przepiękny wodospad Sintersbach

Drałowałam pod górę, przez las, przyglądając się swoim butom. Po nocnych fragmentach przez podmokłe pastwiska, nie sposób było określić ich pierwotnego koloru. Na razie nie było źle - nawet wyprzedziłam parę osób. Wiedziałam, że kolejny punkt kontrolny jest na 40 kilometrze, potem mieliśmy zrobić około 10 kilometrowe kółko przez okoliczne szczyty: Teufelssprung 2174 m, Gamshag 2178 m, Klein Schutz 2075 m i wrócić w to samo miejsce.

Końcówka podejścia do punktu kontrolnego była całkiem sympatyczna: szeroką szutrówką. Chwilę później KAT pokazał co potrafi. Zaczęło się tuż nad punktem: podchodziłam długimi zakosami trawiastym zboczem, które wyglądało jakby ktoś wykarczował drzewa, zaorał i mniej więcej udeptał. A potem poczekał aż zarośnie to wszystko trawą: Nierówne, z górkami, dołami, wystającymi kamieniami. Szło się pod to źle. A dodatkowo dobijali mnie szybsi zawodnicy, którzy tę pętlę kończyli i zbiegali w drugą stronę, w dół. Strasznie im zazdrościłam, a z drugiej strony, pełna wtedy słodkiej niewiedzy czy też naiwności, myślałam, że już niedługo też tu będę - bo to przecież niecałe 10 kilometrów. 


Idę na dziesięciokilometrową pętle przez dwutysięczniki. To jest to koszmarne zbocze nad punktem, Na zdjęciu nie wyszło jakoś tak niewinnie.

Nierówne zbocze, to był tylko wstęp. Nadszedł moment, którego się obawiałam: pojawiło się słońce. Bardzo szybciutko wyciągałam z plecaka okulary przeciwsłoneczne i czapkę z daszkiem. I bardzo szybko zaczęłam żałować, że tym razem spakowałam tę w kolorze czarnym...

Trasa szła teraz trawersem, ale wcale nie było łatwo. Szłam przez jakieś wielkie kamulce, które trzeba było raz obchodzić, raz się na nie wspinać oraz przez pastwiska. One oznaczały, że znów trzeba było uważać na błoto i wszędobylskie druty pastucha elektrycznego oraz coraz bardziej wkurzające mnie przejścia - podesty. Dodatkowo Austriacy dokonali niemożliwego: tak oznaczyli trasę przez łąki, że kilkukrotnie razem z innymi biegaczami zgubiłam się. Serio! Człowiek idzie jakąś wydeptaną ścieżyną, aż nagle okazuje się że taśmy zniknęły. Rozgląda się. Są. Cztery metry wyżej. Każda taka korekta pod górę (bo to zawsze było pod górę), wybijała z rytmu i wysysała siły.

W końcu zaczęło się wdrapywanie i zbieganie  z trzech, wspomnianych już przeze mnie, szczytów: Teufelssprung, Gamshag i Klein Schutz. 

To był jakiś koszmar. Owszem, w cudownych okolicznościach przyrody. Z pięknymi widokami na Alpy, z jeziorkami gdzieś w dole, z ośnieżonymi szczytami na horyzoncie. Ta część biegu przeżuła mnie z lekka i wypluła.

Z każdym kilometrem nienawidziłam coraz bardziej pastwisk, pastuchów, ogrodzeń i konieczności robienia jakiś wygibasów, żeby przedostać się na drugą stronę.

Było cudownie pięknie

Bardzo cudownie. Cudownie tu umierałam ;)

Pełne słońce, ani jednej chmurki, żadnego cienia. I trasa prowadząca przez wąskie, najeżone kamieniami, idące zakosami, bardzo stromo w górę, ścieżki. W dół w cale nie było lepiej - bo podobnie jak w nocy, lepiej było na takim zbiegu nie potknąć się.

Chyba na Gamshagu chciałam zrobić postój. Odetchnąć, zjeść żel, zrobić na spokojnie zdjęcia. Tymczasem zwiewałam stamtąd błyskawicznie, zanim na dobre przystanęłam. Na samej górze kłębiła się jakaś nieprawdopodobna ilość much i muszek. 

Teufelssprung

Takich dających trochę oddechu, łatwych, biegalnych fragmentów, było mało,

Czy już pisałam, że było tu cudownie?

Trzeba było być czujnym na takich zbiegach. A w podobnym terenie poruszaliśmy się również w nocy.

Tu zaczyna się zbieg, z powrotem na punkt.

Z ulgą zarejestrowałam, że nasza trasa zaczyna iść już w dół. Upiorne zbocze nad punktem kontrolnym w międzyczasie zyskało nową atrakcję: świeże krowie placki.

Na punkcie podpięłam się pod arbuzy. To było moje odkrycie. Łatwiej się je jadło niż pomarańcze i o wiele lepiej gasiły pragnienie. A pić chciało mi się właściwie non stop. 

Miałam ze sobą dwa półlitrowe flaski oraz bukłak z piciem. Niestety nie był on najwyższej jakości i w miarę upływu czasu, miałam coraz większe wrażenie, że niestety, ale picie to mi chyba w nim sfermentowało (bukłak po biegu wylądował w śmieciach). Litr wody, który miałam w bidonach schodził błyskawicznie. Ratowałam się strumieniami. Na szczęście były czyste i żadnych sensacji nie miałam. Woda z nich była tak cudownie zimna.  W strumieniach moczyłam również czapkę. Miałam wrażenie, że bez tego mózg by mi się zagotował. Niestety - na pewno kolor się do tego przyczyniał - wysychała mi na głowie bardzo szybko. Za szybko.

Za punktem trasa dalej szła w dół, aż do szosy w dolinie i wioski Jochberg (tak, tej samej, w której Tibor zszedł z trasy. Tylko teraz wędrowałam trochę powyżej głównej szosy).
Fragment po asfalcie miał jakieś 3-4 kilometry i niezbyt miło go wspominam. Wcześniejsze wdrapywanie się na dwutysięczniki zmasakrowało mnie. Obiektywnie rzecz biorąc szosą dało radę biec, a na pewno sporo podbiegać. Ja nie byłam w stanie. Byłam tak umęczona słońcem, że moje próby już nawet nie biegu, a marszo- biegu szybciutko się skończyły. Miałam wrażenie, że każdy ciut większy wysiłek sprawi, że padnę.  Minęła mnie wtedy jakaś dziewczyna, kiwając przyjaźnie i zachęcając ręką, żebym się nie poddawała. Coś tam usiłowałam przebierać nogami, ale- co absurdalne - marzyłam, żeby ten cholerny asfalt się skończył. Pod górę, przynajmniej mogłam z czystym sumieniem maszerować.

Moje marzenie wreszcie się spełniło - trasa skręciła. Najpierw nie było tak źle, bo jeszcze szłam pod drzewami. Ale jak te się skończyły, upał zaatakował bezlitośnie. Odliczałam kilometry do kolejnego punktu kontrolnego i starałam się za bardzo nie psioczyć w duchu na organizatorów, gdy zobaczyłam znaczniki trasy ścinające na wprost idącą zakosami szutrówkę na wprost. Oczywiście to "na wprost" szło już jakąś mikrą ścieżyną usianą kamieniami

Punkt kontrolny Hochwildalm na 64 kilometrze to było urocze zetknięcie dwóch zupełnie różnych światów. Robiąc ostatnie kroki po tej cholernej, stromej ścieżce, moim oczom ukazały się restauracyjne parasole. Przed schroniskiem ludzie raczyli się zimnym piwem, zerkając na takie zombie jak ja. 

Cola, dwa kawałki arbuza i ruszyłam dalej. Dłuższe zatrzymywanie się nic mi nie dawało.  To był chyba moment, gdy zaczęłam odliczać do mety do równego 80 kilometra, choć miało być ich ciut więcej. Takie małe oszukiwanie umęczonej głowy. Osiemdziesiąty kilometr to już przecież prawie meta - na końcówce ten kilometr czy półtora więcej, to już będzie mały pikuś. A może orgowie zawyżyli ciut dystans? Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że ta taktyka, podobnie jak nie przyjrzenie się dokładnie mapce z przewyższeniami, zemści się srogo.

Tymczasem toczyłam dalej walkę ze słońcem. Zbawcze strumienie zostały w dole, więc nie mogłam już moczyć czapki. Jedyne co mi zostało to iść, choćby nie wiem jak wolno, ale iść cały czas pod górę.
Podchodziłam wśród morza krzaków jagodowych, czarnych wręcz od owoców.  Parę razy skusiłam się na kilka - ale wszystko w locie, bez zatrzymywania się. Nie chciałam znajdować się w tym miejscu ani chwili dłużej niż było to konieczne. Każdy krok zbliżał mnie do upragnionej mety. 


Siedemdziesiąty kilometr. Jestem dalej w środku gór, pośrodku niczego.

Po powiększeniu zdjęcia widać na szlaku ludzi. To trochę przywraca proporcje podejściu widocznemu na zdjęciu.

Zbliżyłam się do dziewczyny, która minęła mnie kilka kilometrów wcześniej na szosie. Widać było, że też ma kryzys. Okazało się, że to też Polka. Zamieniłyśmy kilka słów. 

Przez następne kilometry szłyśmy blisko siebie. Tam gdzie było stromiej, zostawałam w tyle. Gdy się bardziej wypłaszczało lub było z górki - doganiałam ją. Miałam trochę dzięki niej jakiś punkt odniesienia. Gdy rodaczka "odjeżdżała", wiedziałam, że wlokę się niemiłosiernie. Gdy dystans się skracał - było ciut lepiej. A chwilami pokonanie jednego kilometra zajmowało mi ponad 20 minut.

Na tym etapie zerkałam często na zegarek i sprawdzałam jak stoję z przewyższeniami. Przekroczyliśmy już 4000 metrów w górę, więc z niecierpliwością czekałam na moment, gdy zaczną się zbiegi. Niestety, jeszcze trochę tych metrów zostało. 

Jakoś po siedemdziesiątym kilometrze zmienił się charakter okolicy. Tak jak wcześniej poruszałam się wśród trawy, krzaczków jagodowych, tak teraz zaczął się trawers wśród kamieni, głazów, przez piargi i kosówki. Zrobiło się bardzo tatrzańsko w klimacie. I o wiele trudniej.




Teren zrobił się mocno techniczny, a moje wymęczone upałem i kilometrami ciało miało kłopot z koordynacją. Potykałam się o kamienie, korzenie, o własne nogi. Zaciskałam zęby i szłam, truchtałam dalej. 

W końcu dotarłam do jakiejś przełączki. Wyglądało na to, że doczekałam się upragnionego momentu: zbiegów. Na zegarku liczba przewyższeń mniej więcej zgadzała się z deklaracjami organizatorów. Tu też pożegnałam się z moją rodaczką. Zatrzymała się,. żeby coś zjeść, ja ruszyłam w dół, starając się robić to jak najszybciej. Dystans do mety, odliczałam już nie co kilometr, a co pół. Pomagało to mojej głowie, miałam wrażenie, że kilometry szybciej mijały.

Zbiegałam szeroką, wygodną szutrówką. Wyprzedziłam nawet parę osób. Spieszyło mi się na dół jeszcze z jednego powodu: strasznie chciało mi się sikać. Miałam nadzieję, że niżej, gdy pojawią się drzewa, uda mi się skoczyć w bok. 

Meta była coraz bliżej. Na siedemdziesiątym dziewiątym kilometrze, czułam się już jak na finiszu. Ile zostało do końca? Dwa kilometry? Dwa i pół? Przecież to tyle co nic! Skręciliśmy w las, biegłam ścieżką przez mocno wystające korzenie, starając się nie wywinąć kozła. Ale to już przecież sama końcówka, ostatni wysiłek, ostatnie trudności - mobilizowałam się w duchu.

Zaskoczenie moje było wielkie, gdy nagle okazało się, że nie zbiegamy dalej szlakiem, tylko mamy skręcić szosą w lewo, pod górę. Ej, ale pod jaką górę?!
Szybko wytłumaczyłam sobie, że to na pewno są te brakujące metry przewyższenia z mojego zegarka. Tu trochę podejdziemy i już będzie z górki. Musi być z górki, bo to przecież już sam koniec.
Rzeczywiście, zaczęliśmy znów zbiegać przez jakiś lasek i znów przez obrzydliwie duże korzenie. Oczywiście nie zabrakło moich ulubionych bramek przeciwkrowich. Zmobilizowałam się po raz kolejny. Ok - tamto to był taki falstart, ale teraz to już na bank sama końcówka. Pojawiły się zabudowania, ewidentnie opuszczaliśmy góry. 

I wtedy okazało się, że trasa znów skręca w lewo, pod górę. Facet, który biegł przede mną, nagle odszedł w bok, ku stercie drzewa przed jednym z domów. Stanął i oparł zrezygnowany na niej głowę. Wcale mu się nie dziwiłam. To był osiemdziesiąty kilometr. Nikt już ma siły Każdy chciał biec prosto do mety. W dół do mety.

Mnie głowa też siadła. Obraziłam się. Tak jak do tej pory starałam się walczyć, tak teraz stwierdziłam, że mam to w nosie. Po raz kolejny mam mobilizować głowę, że to niby już ostatni raz i znów okaże się, że jednak nie? 

Zegarek wybzyczał osiemdziesiąty pierwszy kilometr. Szłam łąką, z lewej strony były drzewa, a za nimi, w dole, widać było miejscowość. Czy to już nasze Fieberbrunn? Przez łąkę szła ścieżka, a po niej spacerowali ludzie, z dziećmi, z wózkami. Przecież to już musiał być koniec! Meta musiała być blisko - na którym kilometrze??

Osiemdziesiąty drugi kilometr - wbiegłam znów w las z korzeniami. Na widok kolejnej brameczki i pastucha chciało mi się płakać. Na tym etapie serdecznie nienawidziłam krów i wszystkiego co było z nimi związane. 

Tym razem to był rzeczywiście koniec. Chwilę później wbiegłam do miasta.

Po 18 godzinach i 28 minutach, dwie i pół godziny przed limitem czasu, przebiegłam przez metę, gdzie czekali na mnie chłopaki i z lekka zreanimowany mąż.




Szybkie wnioski:

KAT to taka austriacka Grań Tatr. Podobna liczba przewyższeń, ciut więcej kilometrów, trudności porównywalne. 

Długość trasy: Zafiksowałam się na 81 kilometrach, które są na oficjalnej stronie. ALE - na mapce, na tle której robiłam sobie zdjęcie przed biegiem i na szczegółach trasy na stronie www - jest już podana liczba 84 km. Mnie zegarek wyliczył 82,5 km. Niezależnie od tego ile ich było naprawdę - na pewno więcej niż osiemdziesiąt jeden.
Gdybym bardziej wgryzła się w szczegóły, nie byłabym tak sfrustrowana na końcówce. Być może nie dobiłyby mnie również ostatnie fragmenty pod górę - bo te również było widać na szczegółowej mapie.
Nauczka na przyszłość: nawet jeśli zignorujesz zapoznanie się z profilem trasy, spodziewaj się niespodziewanego. Zawsze na koniec coś ci dołożą :)

Przewyższenia: organizator mówił o 4850 metrach w górę. Na szczegółowej mapie jest już mowa o 4892 m. Mnie zegarek naliczył ponad 4900 metrów.

Trudności: jest długo, stromo i trudno. W sumie, co innego można powiedzieć o alpejskim biegu - tu zawsze będzie trudno. Po szybkiej analizie poprzednich biegów w Alpach, w których biegłam, KAT zdecydowanie zajmuje pierwsze miejsce, jeśli chodzi o dawanie w kość. Na pewno wpływ na moje odczucia miała pogoda. Ponad 30 stopni nie ułatwiało.

Wystartowało 297 osób, do mety dobiegło 228. 70 DNF-ów to jest bardzo dużo. Co czwarty zawodnik nie dotarł do mety. KAT jeńców nie bierze.

Zdaję sobie sprawę, że niektórzy mogą się poczuć zmęczeni od czytania, ale generalnie bardzo bieg polecam - bo przy całej jego trudności, jest on po prostu piękny. Jeśli komuś marzy się Bieg Ultra Granią Tatr - tu może się przetestować. Bo tak jak pisałam na początku: oba biegi mają podobny charakter, a w Austrii są bardziej łaskawe limity (21 godzin)

    


Po prostu czysta radość :)))

Co dziwne - przy całej trudności trasy, przy całym moim zmęczeniu, nie miałam typowych dla siebie DOMS'ów. Na mecie przysiadłam na chwilę - ale potem bez problemów wstałam. Wolno, bo wolno, normalnie poszłam do samochodu. Nie miałam kłopotów, żeby z niego wysiąść i ogólnie cały czas w miarę normalnie funkcjonowałam.

Sądziłam, że zło pier#%!nie znienacka. Na drugi dzień czułam się jednak na tyle dobrze, że zdecydowałam się na wycieczkę górską z mężem i dziećmi. Owszem - tempo miałam dostojne. Owszem - na część trasy wynegocjowałam kolejkę. Ale zrobiłam piętnastokilometrowy spacer, choć standardowo po takich biegach mam problemy, żeby dojść do łazienki kilka metrów dalej.

Tylko raz w moje historii biegania ultra, czułam się tak dobrze: po BUGT.
Przypadek? Nie sądzę :)


Zostawiam Was na koniec z widokami z ostatniej wycieczki i zbieram siły na opisanie tego co się działo w Piwnicznej na początku września. 


Tam, gdzieś po drugiej stronie biegłam.

Zmęczone upałem krowy


Siedzimy tuż pod szczyteKitzbüheler Horn i upajamy się widoczkami


Copyright © 2016 Matkabiega , Blogger