Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 8 października 2019

You know nothing...

You know nothing...

Łemkowyna


Fejsbunio załadował mi wspomnienia sprzed roku. A tam z każdego kąta zaczęła wyskakiwać Łemkowyna 100, do której się wtedy szykowałam.
W tym roku też tak miało wyglądać. O tej porze powinnam żyć już najdłuższym biegiem ultra w moim życiu. Miałam się stresować i podniecać 150 kilometrami..
Ale...nic z tego, moi drodzy. Czas powiedzieć to głośno wszem i wobec, a sobie przede wszystkim: nie będzie w tym roku walki z łemkowskim błotem na Głównym Szlaku Beskidzkim.
Czemu?






Stranda i Grań Tatr na pewno się przyczyniły. Dwa trudne biegi w krótkim odstępie czasu, sprawiły, że poczułam się zmęczona. To były fantastyczne imprezy z jeszcze fantastyczniejszymi widokami. Niby nie działo się na nich nic strasznego, nie miałam żadnych potężnych kryzysów, a jednak...po nich poczułam się zmęczona.
Jeszcze nie przyjmowałam tego do wiadomości, udawałam, że wszystko jest ok. Że ta przemożna niechęć do kolejnych startów, która zakiełkowała we mnie w trakcie przedzierania się przez Tatry, to przecież taki standard ultrasa, nie? Każdy ma takie myśli, które potem przechodzą. Mnie nie przeszły. To nie była tylko niechęć do startu. Na samą myśl, że mam znów wyjść na trening, że mam iść na Moczydło i ćwiczyć podbiegi, robiło mi się słabo. Głowa powiedziała nie. A z takim nastawieniem nie ruszę w piatek o północy z Krynicy ku Komańczy, bo to się źle skończy.
Nie powiem, że jest to dla mnie łatwa decyzja, tym bardziej, że całe moje bieganie, wszystkie sukcesy i porażki, odbywają się niejako publicznie. Social media to presja, to "podziwiam", to "gratuluję" to "fuck the comfort zone". A tu nagle okazało się, że wychodzenie poza strefę komfortu, może oznaczać nie tylko walkę ze zmęczeniem i czasem na jakimś hardcorowym biegu, ale także nie zrobienie nic. Powiedzenie: nie tym razem.


Ale jeśli ktoś ostrzy sobie zęby na moje biegowe spódniczki, to informuję, że nic z tego :P Mam parę biegowych pomysłów na wiosnę :)


Skydiving my love, you bitch!


Taaak. Myślę, że to kolejna przyczyna mojego stanu. Niby to czułam, niby pisałam, że spadochroniarstwo jest zaborcze, że będę musiała na nowo się odnaleźć z nową pasją, ale...you know nothing, Jon Snow.


Gdy już przedrzesz się przez własne lęki, zaczynasz marzyć. Zaczynasz tęsknić, by znów poczuć ciężar spadochronu na plecach, Zaczynasz marzyć, by znów znaleźć się w samolocie, obserwować jak przesuwa się wskazówka na wysokościomierzu. Chcesz znów poczuć ten zimny powiew powietrza, gdy roleta idzie w górę. Chcesz stanąć w drzwiach i śmignąć w chmury, które masz pod nogami. Tu wszystko jest proste, bez fałszu,  możesz być po prostu sobą, nie musisz niczego udawać.


fot. Olga "Wiewiórka" Żaglewska


W powietrzu wszystko jest w twoich rękach. Jesteś sam za siebie odpowiedzialny, za to, żeby całym i zdrowym wylądować. Nikt tego za ciebie nie zrobi.
Z jednej strony radość i fun, z drugiej strony skupienie i analiza. Przewidywanie, podejmowanie decyzji. Myślę, że to, że cały czas uwaga musi być napięta, przyczyniła się do mojego psychicznego zmęczenia.
Nie da się z równą intensywnością ciągnąć dwóch aktywności, które mocno angażują i psychicznie i fizycznie.

Pod koniec sierpnia zdałam egzamin państwowy. Z licencją spadochronową, jako samodzielny skoczek, mogę trochę więcej niż jako uczeń- skoczek.
Na przykład wyskoczyć z inną osobą.

fot. Artur"Bravos" Ceran


Gdy już myślisz, że ogarniasz jako tako to co robisz w powietrzu, wtedy wyskakujesz z drugą osobą, na podobnym poziomie do twojego i... you know nothing, Jon Snow.
Bo nagle okazuje się, że spadanie samemu to zupełnie inna historia. Tu trzeba dopasować prędkość do drugiej osoby. Nie mówiąc już o tym, żeby złapać się za ręce. Nagle okazuje się, że ganiacie się po całym niebie i że jeszcze dużo trzeba się nauczyć. I chcesz się uczyć.
Więc zamiast o bieganiu, myślisz o tym co zrobiłaś nie tak w powietrzu, jak to poprawić i od poniedziałku wpatrujesz się we wszystkie serwisy meteo i co mówią na temat pogody w kolejny weekend.
Myślę, że tego "you know nothing" będzie jeszcze dużo, bardzo, bardzo dużo.

Skydiving to nie tylko skoki. To ludzie. Tak samo zakręceni jak ty. Czas spędzony na lotnisku, to nie tylko ładowanie się do samolotu i opuszczanie go na czterech tysiącach. To miliony rozmów, przebywania razem. Bieganie jest jednak bardziej samotne.

Lewis Carroll "Alicja w Krainie Czarów"


Przez parę ostatnich lat byłam mocno zafiksowana na bieganiu. Ostatnie dwa lata to bieganie pod opieką trenerską. Były tego efekty. Życiówki, pudła. Ale życie nie lubi monotonii i właśnie wykonuje salto.
Skydiving zabrał mi jakąś część mojego życia. Tą znaną, oswojoną. Mój wygrzany grajdołek. Dał coś nowego, innego. Wyrwał z bezpiecznego, utartego toru.
Widzę, że zamiast stresować się zmianami, muszę po prostu obserwować co nowego życie przyniesie. Nowe, inne, wcale nie musi oznaczać gorsze.
Niezależnie od tego co to będzie - stay tuned :)

czwartek, 10 września 2015

Zmiany, zmiany

Zmiany, zmiany
Ten wpis powstaje od dni czterech. Bo nie mam kiedy do komputera na dłużej zasiąść. Ciężko nam znów wpaść w dryg poranno- szkolno- pracowy. No, u mnie bez tego ostatniego.
Od września znów zostałam kurą domową :) Decyzję oficjalnie podjęłam ja. Nieoficjalnie... Cóż... Życie jest zbyt krótkie i do zrobienia w nim jest zbyt dużo fajnych rzeczy, żeby  marnować swój czas na rzeczy, którym zapobiec nie mogłam, wpływu na nie nie miałam, ani nie mogłam ich zmienić.



Jedno mogę powiedzieć: jak na osobę bezrobotną mam zadziwiająco mało czasu :)
Cały czas ciągną się różne przeprowadzkowe rzeczy. Ostatnio z ekipą, która przenosiła meble targałam na to trzecie piętro szuflady i półki. Nie, nie - to nie dla zdrowia. Panowie mieli płacone na godziny, a traganie ciężkich gratów po schodach trochę trwało, więc żeby sprawy z lekka przyspieszyć latałam z lżęjszymi rzeczami. Trochę musiałam się zmachać, bo następnego dnia wyszłam z zamiarem zrobienia 20 km, a może nawet ciut więcej, a z dużym trudem wyszło mi 18. Jakoś ciężko mi szło, nic mi się nie chciało i po 18 km z wielką ulgą zakończyłam swój bieg przy samochodzie, którym reszta rodziny pojechała na lotnisko Babice oglądać konkurs małego modelarstwa. Bezwstydnie i bez żadnych wyrzutów sumienia dałam się zawieźć do domu.

Z nowych rzeczy pojawił się ON. Rower. (Nie pytajcie, który to z kolej w naszej rodzinie. Czasem mam wrażenie, że zmiana mieszkania na większe to nie ze względu na dzieci, tylko rowery :P) Nie byle jaki - bo szosówka Cannondale. Szczęśliwie zaczęły się wyprzedaże, więc cena była do łyknięcia. Pretekstem do zakupu nowego nabytku był Duatlon w Makowie Mazowieckim, na który ponownie się zapisałam. W zeszłym roku jechałam ma pożyczonym od męża. Ale w tym roku małżonek również postanowił wystartować, więc okazało się, że nie mam na czym jechać (zresztą nawet, gdyby nie startował to by pewnie swojego sfittingowanego za ciężkie pieniądze roweru nie pożyczył. Bo to by trzeba i lemondkę odkręcić i te wszystkie super- duper ustawienia pozmieniać). No dobra. Bez ściemniania: tak naprawdę to miałabym na czym pojechać. W domu stoją jeszcze dwa moje rowery. Ale nie da się ukryć, że do ścigania na szosie najbardziej nadaje się szosówka. No i ten tego: w sumie to przyjemne uczucie jak się za kobietą na kolarce oglądają faceci :)
Muszę tylko ogarnąć się z manetkami - bo znów myli mi się zmienianie biegów i czasem majtnę nie to co chciałam.



Jak nie noszenie mebli i próby biegania, to na przykład przykręcanie piętnastu klameczek do okien. Bo te zastane, piętnastoletnie, pilnie prosiły się o zmianę.
Jak nie klameczki - to malowanie - tym razem naszego starego mieszkania, które trzeba odświeżyć przed próbą wynajmu (chce ktoś zamieszkać na Bemowie??).
Jak nie malowanie - to dzień wywiadówek. Szkoła zrobiła w tym roku dowcip i większość zebrań z rodzicami ustaliła na tę samą godzinę. A jeśli ktoś ma więcej niż jedno dziecko - robi się zabawnie. Tak więc pierwszą środę miesiąca spędziłam najpierw na głowieniu się komu upchnąć trójkę dzieci, potem na rozwożeniu ich po kolegach i sąsiadach, a na koniec na zbieraniu ich ponownie do kupy.
Generalnie chwilami ledwo wiem jak się nazywam, popołudniami zasypiam na kanapie ze zmęczenia, próbuję robić milion rzeczy na raz (wspominałam o zbliżających się urodzinach dzieciarni? Nie? To wspominam: najstarsze dziecko ma w najbliższy weekend zaległe z czerwca urodziny dla kolegów, młodsi mają w przyszłym tygodniu), bieganie znów jest od przypadku do przypadku. Co w kontekście zbliżającego się duatlonu i maratonu w Berlinie, jest...zabawne.
Ale to chyba u mnie norma :)

Copyright © 2016 Matkabiega , Blogger