czwartek, 16 maja 2024

Chorwacja 2024 część pierwsza, mało biegowa

Chorwacja 2024 część pierwsza, mało biegowa

Dawno, dawno temu była sobie dziewczynka, która sporo biegała. Biegała na tyle dużo, że uzbierała punkty klasyfikacyjne, dzięki którym mogła stanąć do losowania na bieg będący Świetym Gralem każdego ultrasa - czyli UTMB. 

Dziewczynka nie podjęła wyzwania. W tak zwanym międzyczasie zdążyła się złomotać do cna na bezdrożach Norwegii na Stranda Ultra Race (bieg, który na niecałych 50 km ma ponad 3800 m przewyższeń i przez ITRA dostał Mountain Index 10 w 12 stopniowej skali) czy Biegu Granią Tatr. I po tym łomocie doszła do wniosku, że trzeba mierzyć siły na zamiary, do alpejskiej wyrypy trzeba być mega przygotowanym, a dziewczynce właśnie zaczęły zmieniać się priorytety, gdyż zaczęła skakać ze spadochronem. Zaczęło brakować czasu i motywacji do regularnych treningów z prawdziwego zdarzenia.

Nastał rok 2024. Dziewczę (szczerze mówiąc w wieku lat 46 chyba już średnio kwalifikuję się do bycia dziewczęciem, ale niech już będzie ;) dalej skacze, biega już bardziej rekreacyjnie. Na alpejskie biegi  nawet jeździ - ale wyznaczyło sobie granicę łomotu w granicach 50 kilometrów. (Na dystanse trzycyfrowe obraziłam się definitywnie dwa lata wcześniej, gdy troszkę umarłam na teoretycznie niepozornych węgierskich pagórkach w ramach Hungary Ultra Race). Punkty UTMB zebrane parę lat wcześniej oczywiście straciły swoją ważność, co nie miało żadnego znaczenia w tym momencie.

Aż tu pewnego pięknego dnia małżonek oświadczył, że on to by jednak chciał przekroczyć linię mety w Chamonix. Niekoniecznie na koronnym dystansie - ale przecież do wyboru jest parę krótszych biegów. Dziewczę się zastanowiło i pomyślało, że czemu nie. Przecież nie trzeba pchać się od razu na 170 km. Można skromniej - na 55.

Tylko trzeba znowu gdzieś zdobyć potrzebne kamienie/punkty, na jednym z biegów kwalifikacyjnych.

Padło na Istrię - Istria100 by UTMB - bo taką oficjalną nazwę ma ta impreza.

Małżonek wybrał bezpieczny dystans, 42 km. A ja spojrzałam na przewyższenia i jakiś diabełek przysiadł mi na ramieniu i zaczął szeptać. Co? Tylko 980 metrów przewyższeń? Szkoda buty zakładać, No, weź no trochę poszalej! 

No i poszalałam...

Padło na 69 kilometrów i 2200 up. Nie jakoś morderczo, ale na tyle, że można się zasapać, zmęczyć i na mecie wycedzić standardowe zdanie "nigdy więcej ultra". 

Ale ja miałam niecny plan. Że ja się jednak spróbuję jakoś przygotować do tego biegu.

Taaak. Rzeczywiście wyszło z tego "jakoś" ;) Pomińmy to milczeniem.

W każdym razie nasz wesoły autobusik na przełomie marca i kwietnia, z dwójką dzieci na pokładzie pomknął raźno w kierunku Bałkanów. Chwilowo nie w kierunku Istrii, a północnej Dalmacji. A konkretnie Parku Narodowego Paklenica, gdzie znajduje się znany rejon wspinaczkowy. 

Plan był taki, że małżonek z dziecięciem nr 1 będą się wspinać, a ja będę robić piesze i rowerowe wycieczki po okolicy z dziecięciem nr 3. A potem przeniesiemy się na Istrię, do miasteczka Umag, aby 6 kwietnia przebiec tam linię mety.

Czas spędzony w Paklenicy był bardzo przyjemny. Rzeczywiście potruchtałam sobie tu i ówdzie, acz nienachalnie. Trochę pojeździłam na rowerze z dziecięciem nr 2, jak było w planach. W planach nie było przygód, które w sumie sami sobie zafundowaliśmy. A to postanowiłam ignorować google maps, który twierdził, że tam gdzie chcę jechać nie ma żadnej drogi. I słuchajcie - rzeczywiście jej nie było ;) A to odkryłam, że opony w moim rowerze są w takim stanie, że przebić je może praktycznie wszystko. I przebiło. Dzięki czemu przeszłam przyspieszony kurs wymiany tylnej dętki w warunkach polowych :) Nawet ciutkę się powpinałam na drogach godnych matki czwórki dzieci. Czyli niebyt trudnych.

3 kwietnia spakowaliśmy nasze graty i pomknęliśmy ku półwyspowi Istria.


Ostatni raz byłam w tym miejscu w 2009 roku. Zszokowała mnie wtedy mapa, na której były znaczone zaminowane szlaki. I wiecie, że w dalszym ciągu z niektórych szlaków położonych wyżej w górach nie należy schodzić ze względu na miny przeciwpiechotne?



Widok ze szczytu Anica Kuk


To nie możliwe, że tu nie ma żadnej drogi :)))

Jeszcze z powietrzem w dętce

Bo ja jestem kobieta pracująca i żadnej pracy się nie boję :) Czyli mój rower w trakcie zmiany dętki.



Gdzieś w środku wąwozu Mała Paklenica.


Jedno z piękniejszych miejsc w jakich byłam. Park Narodowy Krk.



czwartek, 4 kwietnia 2024

Bieg Chomiczówki po raz trzeci

Bieg Chomiczówki po raz trzeci

Co prawda mamy kwiecień, a na moim profilu na FB wrzuciłam już zapowiedź najbliższej soboty - czyli startu na dystansie 69 km w Istria 100 by UTMB - ale właśnie będę pisać o tym co się działo w styczniu, zanim to w ogóle straci sens ;)

Nie chce mi się sprawdzać, kiedy ostatni raz startowałam w ulicznym biegu. Mam wrażenie, że było to w okolicach 2019 lub 2020 roku. Dawno temu, w każdym razie.

Czemu więc come back? 

Chomiczówka, jak to na pewno kiedyś wspominałam, to bieg rzut beretem od mojego domu. Właściwie za każdym razem, gdy ruszają zapisy zaczynam się zastanawiać czy nie pobiec - bo nie muszę opracowywać żadnej skomplikowanej rodzinnej logistyki. Na jedną z edycji po prostu w ramach rozgrzewki potruchtałam na start - i również truchtem wróciłam do domu z mety.

Nie zapisałam się w końcu, bo gdzieś tam w planach mieliśmy wyjazd na narty w tym terminie.

Z nart wyszły nici - bo właśnie przyszła jakaś totalna odwilż. Za to okazało się, że z racji tego, iż Aeroklub Warszawski, jeden z partnerów biegu (którego to Aeroklubu jestem członkiem i pracownikiem), ma możliwość wystawienia swoich reprezentantów, zaproponowano mi i mężowi pakiet startowy. Żal było nie skorzystać ;)

Był tylko jeden mały problemik. Nie przygotowywałam się w żaden sposób do tego biegu. Ani żadnego innego ulicznego. Już od dłuższego czasu truchtam sobie głównie po okolicznym lesie, w trąbie mając jakieś szybsze tempo. Dodatkowo kilka dni wcześniej strułam się czymś okrutnie, więc sił witalnych miałam jakby mało. Jednym słowem za cholerę nie wiedziałam jakim tempem mam biec i co mi z tego wyjdzie. 

To miał być mój trzeci start w Biegu Chomiczówki - ale nie miałam co porównywać poprzednich wyników. Po prostu były one w tej chwili dla mnie nieosiągalne.



Jak widać - i ja i mąż pobiegliśmy obrandowani :) Z przodu logo Skydive Warszawa i napis "fly high, run fast", a z tyłu Aeroklub Warszawski i "follow me" :)


Ustawiłam się gdzieś pomiędzy balonami prowadzącymi na 1:20 a 1:15. Godzina dwadzieścia wydawała mi się jakoś strasznie wolno, więc po starcie ciutkę przyspieszyłam, żeby zostawić je za sobą. Starałam się biec tak, żeby było mi dobrze. Gdy jednak w zasięgu wzroku - i nóg - pojawiły się baloniki z napisem 1:15, pokusa okazała się zbyt silna...

Co tu dużo pisać. Cały dystans zajęłam się próbami trzymania całej tej grupki biegnącej przy "zającu". Szło mi różnie - czasem udawało mi się bez jakiegoś strasznego wysiłku wyrwać do przodu, po to aby chwilę później walczyć, żeby za bardzo nie oddalić się od upragnionych żółtych baloników. 


O, proszę - to był moment, gdy biegłam przed balonami :)

Jeszcze zbliżając się do 10 kilometra miałam chytry plan, że za moment przyspieszę i wyprzedzę całą grupę. Potem przełożyłam mój plan na za kilometr.... I jeszcze na za kilometr...Jak tylko znów dogonię baloniki i zrobi mi się lżej...


A tu kolorowe skarpety i łowicka kiecka miga już za balonami

A potem rozwiązała mi się sznurówka. 

Nie chcę nikomu, ani sobie wmawiać, że tylko przez sznurówkę nie udało mi się przyspieszyć. Tamtego dnia utrzymanie tempa 5:00/km było dla mnie wyzwaniem, które powoli mnie przerastało. Ale obijająca o łydkę sznurówka sprawy nie ułatwiała, bo potwornie wytrącała mnie z rytmu. Bałam się, że któryś z biegaczy przydepnie ją - a ja wtedy zaryję nosem w asfalt. Dodatkowo prawie każdy krzyczał do mnie, że mam sznurówkę rozwiązaną. Dzięki, naprawdę nie zauważyłam, że cały czas biczuje mnie po nogach mokry sznurek (mokry - bo pogoda tego dnia była dla koneserów ;) )

Nie chciałam się również zatrzymywać, żeby ją zawiązać - bo leciałam naprawdę na oparach. Po zatrzymaniu się - nie wróciłabym już do utrzymywanego z coraz większym trudem tempa. 

Robiłam co mogłam, ciężko dysząc, psiocząc w duchu na siebie samą również o to, że założyłam buty - startówki. Dzięki tym butom doszły jeszcze rozkminy czy skurcze w łydkach dorwą mnie już za metą, czy jeszcze przed.

Nie róbcie tego nigdy - nie żyjcie własną legendą sprzed paru lat ;) Mierzcie siły na zamiary, również dobierając buty.

Nie udało mi się dogonić baloników, o przegonieniu ich nawet nie mówiąc. Na metę wpadłam po godzinie, piętnastu minutach i trzydziestu jeden sekundach.

Nie byłam rozczarowana wynikiem - choć musiałam oswoić się z myślą, że aktualnie nie jestem w stanie biec poniżej 5 minut na kilometr. Kto wie, czy kiedykolwiek będę w stanie?

Dobiegłam, nie umarłam, nie wyniuniałam przez rozwiązaną sznurówkę, łydki wytrzymały.

Z godnością umierałam potem przez parę dni ;)

Uznałam, że to był taki treninig szybkościowy, że przyda mi się przed Istrią. Że mamy koniec stycznia, ostatni moment, żeby wziąć się do roboty.

Nie będę teraz pisać co mi z tego wyszło, po co wpadać w panikę przed 69 kilometrami (co ja miałam w głowie uznając, że krótszy dystans, 42 kilometry, jest jakiś taki za krótki i ma za mało przewyższeń?)

Kwestię Istrii opiszę po starcie - i trzymajcie kciuki, żebym  zebrała się z relacją w rozsądniejszym czasie niż z Biegiem Chomiczówki ;)


czwartek, 14 września 2023

Matterhorn Ultraks

Matterhorn Ultraks

Jeśli ktoś przebrnął przez poprzednie wpisy, to już wie, że to było drugie podejście do tej imprezy (rok temu nie dotarliśmy do Szwajcarii), oraz że na liście zawodników 49 kilometrowego dystansu "Sky" znalazłam się dzięki mężowi i braku miejsc na dystansie krótszym.

Czterdzieści dziewięć kilometrów po Alpach, z sumą przewyższeń 3600 metrów, z najwyższym punktem na ponad 3100 m n.p.m. i trasą przebiegającą w większości powyżej 2000 m n.p.m. Czy miałam się czego bać?

Dla porównania podam, posiłkując się biegami, w których startowałam, że taką sumę przewyższeń miał Bieg Rzeźnika, ale na 71 kilometrach, a Łemkowyna Ultra Trail 100 dobiła do 3700 m na 102 kilometrach. 

Norweska Stranda Fjord Race, którą w dalszym ciągu uważam za jeden z najtrudniejszych biegów w jakich brałam udział, na 49 kilometrach miała 3800 m przewyższeń, a bieg dookoła Eigeru, w którym startowałam dwa lata temu, na 52 kilometrach nawet nie dobił do 3000 metrów.

Jednym słowem Matterhorn Ultraks zapowiadał się dość "syto". Co mogło pójść nie tak?

Cóż... Na przykład treningi :) No, nie byłam w stanie zmobilizować się ani do jakiś dłuższych wybiegań, ani do podbiegów. Podejrzewałam, że to co sobą aktualnie reprezentuję raczej wystarczy na zmieszczenie się w limicie, ale na nie wiadomo jakie wyczyny nie mam co liczyć. Moje dotychczasowe starty w tego typu biegach pokazały, że cudów nie ma: żeby biegać dobrze w Alpach czy po norweskich bezdrożach - trzeba w takim terenie trenować, koniec, kropka. Tu dochodziła jeszcze wysokość - i to ona głównie zaprzątała moją głowę. Miałam dalej w pamięci jak mnie odcięło ślicznie dwa lata temu na Eiger Ultra Trail - a tam podchodziłam zaledwie na 2680 m n.p.m.

Skorzystałam z przygotowań małżonka do wspinaczki na Matterhorn i suplementowałam żelazo. Sam bieg wypadł pod koniec naszego wyjazdu -  miałam więc nadzieję, że nasze piesze górskie wycieczki pozwolą trochę organizmowi przyzwyczaić się do wysokości (nie bez powodu w poprzednich wpisach wpisywałam te wszystkie metry nad poziomem morza).

Bieganie po okolicy zrobiłam jedno, biegnąc pieszym szlakiem do Zermatt i z powrotem. Wyszło 11 kilometrów z groszami - czyli niezbyt dużo, za to zdjęć nacykałam, że ho, ho :) 


Szlaki i trasy rowerowe są wszędzie.

Zbliżam się do Zermatt

Selfie z widokiem na jedyną liczącą się górą w okolicy :)

Zermatt





Tego nie widać na zdjęciu, ale pomiędzy torami jest taki jakby trzeci, zębaty tor. Ta zębatka pozwala pokonywać pociągom nachylenia.



Pakiet odebrany. Po raz pierwszy medal dostałam zanim dotarłam do mety - był w pakiecie startowym :) Dla finiszerów czekały na mecie koszulki.

Z poprzednich wpisów i zdjęć widać, że trafiliśmy na niesamowitą pogodę. Niestety bliżej startu zaczęło się to wszystko powoli psuć, a prognozy na dzień biegu przyprawiały mnie o lekki d(r)eszcz niepokoju. Na dwa dni przed biegiem, na dzień startu, dla Zermatt prognozowano 12 mm deszczu! Potem trochę te hiobowe wieści złągodzono i była mowa "tylko" o 8 mm.  Nie do końca wiedziałam czy będzie to po prostu załamanie pogody i zlewa, czy tak jak w poprzednie dni przyjdzie burza - bo różne portale różnie mówiły. Burza dawała jeszcze szanse, że przejdzie gdzieś bokiem, kilka kilometrów od nas. Jedno tylko było pewne - rano miało być jeszcze ładnie, czyli ile ugram na sucho- tyle moje.

Do Zermatt ruszyłam jak było jeszcze ciemno. Start miałam o 7 rano. 

Poranek był rzeczywiście śliczny, bez ani jednej chmury na niebie. Po wschodzie słońca na miejscu startu i przez pierwsze kilometry mogłam podziwiać ozłocony promieniami Matterhorn. Ten widok koił zmysły i odwracał uwagę od pierwszego podejścia na Sunnegę (tak, tą Sunnegę, na którą parę dni wcześniej wjeżdżaliśmy kolejką).


6:15 rano...

...40 minut później

Poranny szoł Matterhornu


Niestety, ładne widoki nie pomogły na bardzo przykre odkrycie. Okazało się, że mam sprawny tylko jeden kijek. 
Moje kijki były używane przez ostatnie dni przez dziecko nr 3 i już wtedy trzeba było je naprawiać - bo co jakiś czas chował się fragment, który trzymał w ryzach dwa segmenty kijka. No i na podejściu, okazało się, że w jednym kiju ten element popsuł się na amen. Dobrze, że chociaż jeden mi został- ale czułam się jak bez jednej ręki. Na podejściach, stromych, długich i w dodatku na zacnych wysokościach, dwa kijki byłyby bardzo dużym ułatwieniem. 
Robiłam co mogłam z jedną podporą - zamieniałam ręce, czasem podpierałam się obiema rękoma na kijku wybitym przed sobą - ale to nie było to. Na pewno w jakiś sposób wpłynęło to na moje tempo.


Pierwszy punkt kontrolny, Sunnega 2260 m n.p.m.

I takie oto widoczki tuż za punktem :) I chwila oddechu przed początkiem podejścia na Gornergrat

Podejście na Gornergrat było straszne. Nie dosyć, że strome, to jeszcze podchodziliśmy tak jakby od tyłu, przez teren mało atrakcyjny wizualnie. Dookoła były tylko piargi, jakiś żwir, kamienie. Szaro - buro, stromo i źle. Dodatkowo z lekka stresował mnie ogon, który za sobą ciągnęłam. Ze 2-3 osoby bym przepuściła - ale za mną szło ich tyle, że stwierdziłam, że prędzej umrę niż się zatrzymam. Bo jak to zrobię, długo nie ruszę przepuszczając tych wszystkich ludzi. 
Drapałam się więc do góry, robiąc co mogąc z tym jednym kijaszkiem, doprowadzając się chwilami do lekkich zawrotów głowy z wysiłku. 


Zdjęcie z serii z lekka dołujących, gdy patrzysz na te malutkie punkciki ludzi przed tobą i generalnie widzisz, że "kelner, setka, bo się zacznie". Jednym słowem zaczyna się podejście na Gornergrat,

Wdrapujemy się

Po lewej stronie zdjęcia widać obserwatorium na Gornegrat. To ja tam :) Teren, tak jak pisałam powyżej, nie powala urodą.

A tu już widać jak zza Matterhornu nadciąga powoli ZŁO


A potem weszliśmy na grań i tą grańką truchtaliśmy w kierunku widocznego budynku obserwatorium i stacji kolejki (takiej prawdziwej, na szynach! Jak to możliwe, że na taką wysokość, pod górę wjechał pociąg? Przypomnijcie sobie mój poprzedni wpis i zębatce między torami).
Byłam wypluta i z lekka przemięta przez to podejście. 
A potem spojrzałam w bok i wybaczyłam organizatorom wszystkie moje męki. Z tego co pamiętam, nawet krzyknęłam z zachwytu.




Chmur coraz więcej. To ostatnie kilkaset metrów od Gornergrat

No i jak tu nie krzyknąć, prawda?



Gornergrat 3130 m n.p.m. Widać budynek obserwatorium i stacji kolejki tuż pod szczytem.


Na Gornegrat tłum ludzi. Wszyscy klaskali, dopingowali. Te nadciągające chmury już dawały odczuć, że pogoda się zmienia. Wiał zimny wiatr - a jego podmuchy nie wynikały tylko i wyłącznie z wysokości. Ruszyłam w dół, pamiętając, że teraz będzie długi, długi zbieg.
Trasa biegła koło jeziorka, koło którego chciałam się znaleźć. Tych jeziorek, czy tam stawików, znad których można podziwiać Matterhorn, a przy odpowiedniej pogodzie sfotografować jego odbicie w wodzie jest kilka.  Przy paru miałam okazję znaleźć się w poprzednich dniach. 
Ale na większości zdjęć jakie można znaleźć w necie, jest to jedno, Riffelsee. I to było takie moje małe marzenie, żeby się tam znaleźć.


Riffelsee. Oto i jestem :)





Zbieg był długi. Z ponad 3 tysięcy metrów musieliśmy zbiec w sumie na 1880 metrów, do Furi (po drodze był jeszcze jeden punkt kontrolny, Rifeelalp na 2222 m n.p.m i króciutkie podejście - ale potem znów w dół, w dół).  Z mała atrakcją po drodze - czyli mostem wiszącym. Wąska kładka rozpięta na linach, która po wbiegnięciu na nią kilku biegaczy, zaczynała wpadać w rezonans i przeraźliwie się kiwać. 

Zrzut z filmiku, który usiłowałam nagrać. Szło mi różnie - kołysało się to tak, że bałam się, że zgubię telefon lub kijka.


Zbiegi, to była z jednej strony miła odmiana. Z drugiej, wiedziałam, że część tego co zbiegliśmy trzeba będzie nadrobić. Na zegarku miałam ustawioną sumę podejść i przy Furi pokazywało mi, że na liczniku mam 1700 metrów. Na mecie miałam mieć 3600 - więc jeszcze kilometr do góry był przede mną. 
Pogoda cały czas się pogarszała. Przy Furi zaczynał już siąpić deszcz. 

Ostatnie metry zbiegu do kolejnego punktu, Furi 1880 m n.p.m.

Za tym punktem zaczęło się kolejne podejście, nad Schwarzsee. Ponieważ zaczęliśmy je dość nisko, stromo było pieruńsko. I dopiero, gdy dotarliśmy do takiego charakterystycznego rozwidlenia, dwa styki mi się połączyły w głowie i dotarło do mnie, że szłam tędy z dziećmi kilka dni temu. Tylko w dół. I uważałam wtedy, że to bardzo fajna i sympatyczna ścieżyna :))
Na razie starałam się nie zauważać siąpiącego deszczu, szliśmy jeszcze wśród drzew, które dawały jakąś ochronę. Miałam w planie poczekać z założeniem kurtki przeciwdeszczowej dopiero nad Schwarzsee - ale aura zweryfikowała moje plany. Powyżej linii lasu zrobiło się mocno nieprzyjemnie, zimno, wiało, no i padało. 
W dodatku miejsce, w którym spodziewam się już zobaczyć hotel nad jeziorem, okazało się być tylko wypłaszczeniem przed kolejną częścią podejścia. Tam się poddałam i wyciągnęłam przeciwdeszczówkę.


Podejście nad Schwarzsee. Kolejne zdjęcie z serii z lekka dołujących ;)

Zmianę pogody widać.

Końcówka podejścia nad Schwarzsee - spojrzenie w tył

Już za chwileczkę chwila oddechu na punkcie :)


Na punktach z reguły piłam colę, dopełniałam flaski wodą lub izotonikiem, zjadałam pomarańcze. Tu po raz pierwszy rzuciłam się na ciepłą herbatę, którą serwowała obsługa. To już był jakiś wyznacznik jak mocno zmieniła się pogoda. 
Miła pani nalewająca mi picie zaczęła do mnie mówić po niemiecku, a potem widząc moje oczy jak spodki przeszła na francuski - niewiele mi to pomogło. Do wyjaśnień dołączył jakiś przypadkowy biegacz - ale dalej rozumiałam z tego niewiele, poza tym, że ze względu na kolor mojego numeru startowego (trasa Sky miała niebieskie) powinnam zbiec w dół. I trochę zgłupiałam - bo z tego punktu nie dało rady inaczej się wydostać niż zbiegając w dół. Przez moment przyszło mi do głowy, że może coś pomyliłam, gdzieś źle skręciłam i jestem nie na swojej trasie - choć nie wiedziałam jakim cudem, bo oznaczenia były dobre. W dodatku dookoła siebie widziałam innych ludzi z niebieskimi numerami. Tylko, że nikt do nich nie podchodził i nic nie tłumaczył. 
Moja konsternacja spowodowała, że straciłam na tym punkcie ładnych parę minut, bo nie wiedziałam dokładnie o co tej miłej pani chodziło. W końcu ruszyłam - w dół, oczywiście - rozglądając się dookoła czy widzę kogoś z mojej trasy. Uspokoił mnie dopiero znacznik na trzydziestym kilometrze i zaczęłam zbiegać bardziej pewnie. Zaczęłam się zastanawiać czy może jednak trasy nie skrócono - ale nic, ani wcześniej, ani teraz na to nie wskazywało, poza niejasną informacją jednej jedynej wolontariuszki.

Ta niebieska tasiemka z lewej strony drogi, to znacznik 30 kilometra naszej trasy

Tu widząc tą plamę słońca przez chwilę łudziłam się, że a nóż - widelec jednak te chmury pójdą sobie gdzieś w bok. Nie poszły.

Krótka przerwa w opadach


Sytuacja wyjaśniła się na kolejnym punkcie kontrolnym Stafealp. Tu trasa Sky (czyli moja) i Mountain (krótsza), których spore fragmenty były wspólne, rozdzielały się. 
"Czerwoni" (czyli Mountain) zbiegali już w kierunku Zermatt, a nas miało czekać jeszcze jedno podejście, na prawie 2800 m n.p.m. 
I tu, tym razem w sposób dla mnie zrozumiały otrzymałam informację, że ze względu na pogodę nasza trasa została skrócona i dalej mamy biec tak jak "czerwoni".
Na tym etapie byłam już z lekka przemoczona, pogoda była paskuda, więc mój żal był krótki. Tym bardziej, że do mety wcale nie było tak blisko. Kilka minut później minęłam znacznik trasy Mountain z napisem 25 km, a to oznaczało, że do Zermatt  miałam jeszcze 8 kilometrów.
Szczęśliwie trasa biegła w dół, ewentualnie trawersowała zbocze, więc po prostu biegłam bez jakiegoś marudzenia. Szczególnie, że w którymś momencie nad głowami zaczęło nam grzmieć. Uwierzcie, nic tak nie wpływa dobrze na tempo niż burza nad głową, szczególnie gdy biegnie się tuż nad linią lasu.

Na tym etapie z rzadka już wyciągałam aparat. Po pierwsze chciałam jak najszybciej zniknąć z otwartej przestrzeni, a po drugie, wszystko miałam już tak mokre, że ciężko było wyciągać rzeczy z kieszeni.

To w dole to już Zermatt. Zdjęcie jest rozmyte z dwóch powodów - po pierwsze miałam cały mokry telefon, a po drugie leje :)

Końcówka niby nie była trudna, ale były takie momenty, że już, już człowiek witał się z gąską, już myślał, że właśnie jest na finalnym zbiegu do miasteczka, a tu jeszcze jedno mini podejście i nic z tego. Już było słychać okrzyki i muzykę z mety, a ja i paru równie zmokniętych zawodników jeszcze biegliśmy górą. 

Ostatni zbieg był stromy i krótki (to tu ostatecznie doszłam do wniosku, że jestem za stara na bieganie w butach z homeopatyczną ilością amortyzacji i muszę zainwestować w inne buty. Inov8 Mudclaw na wielu fragmentach trasy sprawdziły się bardzo dobrze, ale już nie chcę w nich biegać po kamienistych Alpach. Szczególnie po mokrych, kamienistych Alpach). Parę minut później biegliśmy już przez centrum miasteczka, ku mecie. Na niej zameldowałam się po 7 godzinach i 37 minutach, mając na liczniku 41,3 km.

Tam nie wiem kto był bardziej zdziwiony: ja widząc dzieciaki, które pomimo zlewy stały i nas wypatrywały, czy dzieci, widząc mnie, bo przyleciałam jak na ich rachuby o wiele za wcześnie. No ale nie wiedziały o zmianie trasy. 


Jak piszę, że była mokra do majtek - to nic a nic nie przesadzałam.


Jak się czułam na mecie? Nie byłam jakoś strasznie sczochrana - a i zakwasy w nogach w kolejne dni nie były jakieś spektakularne. Na trasie nie miałam typowego dla biegów górskich kryzysu  - ale myślę, że po prostu dystans był za krótki. Nie wykluczam, że kryzysik czekał na mnie na ostatnim podejściu - ale ponieważ trasę skrócono - to się nie doczekał :)

Moje miejsce nie powala - ale niczego spektakularnego się po sobie nie spodziewałam. Chciałam dobiec w limicie, porobić zdjęcia i generalnie mieć poczucie, że jak na moją aktualną formę dałam z siebie to co mogłam.


To teraz trochę statystyk:

Na starcie stanęło 612 osób, w tym 129 kobiet. Dobiegło 530 osób, w tym 112 kobiet.

Dobiegłam jako 384 osoba i 71 kobieta. 

Ile osób zdążyło wbiec na pełną wersję trasy? 165, w tym tylko 23 kobiety.

Ostatnia osoba, która zrobiła pełne 49 km, miała godzinę przewagi przede mną.

Jak orgowie rozwiązali problem klasyfikacji? Przecież biegacze z trasy skróconej wpadali na metę przed tymi, którzy robili cały dystans. Po prostu tym "krótszym" doliczyli z automatu 10 godzin. 

Pomimo takiej końcówki biegu nie zamierzam narzekać. Mogło być gorzej, albowiem dzień po naszym wyjeździe w Zermatt spadł śnieg...


------------------------------

Część pierwsza: http://www.matkabiega.pl/2023/09/szwajcaria-dzien-z-aletschgletscher.html

Część druga: http://www.matkabiega.pl/2023/09/szwajcaria-wycieczki-z-matterhornem-w.html



Copyright © 2016 Matkabiega , Blogger