niedziela, 24 września 2017

GUR

GUR
W Górach Stołowych miałam się pojawić, owszem, ale w lipcu. Ze startu w Maratonie Gór Stołowych zrezygnowałam ze względu na ból nogi. Gdzieś tam sobie myślałam, żeby zapisać się na jesień na Garminową imprezę, ale jak w końcu zerknęłam na ich stronę, to wpisowe wzrosło już na tyle, że obudziło mi węża w kieszeni :) Trudno - myślałam. Widocznie nie dane mi było. Może za rok.
Okazało się, że ze startu z przyczyn zdrowotnych musi zrezygnować koleżanka, Hania. Nie namyślałam się długo i pakiet przejęłam. Przejęłam i...tradycyjnie wyrzuciłam z głowy, że czeka mnie jakieś ultra.
Obudziłam się z lekka z miesiąc wcześniej, gdy zaczęłam szukać noclegu. Trochę bardziej orzeźwiła mnie Ewa, moja rzeźnicka partnerka, również startująca,  która zaczęła zadawać cała masę pytań. Czy widziałam na stronie organizatora jakie warunki panują. Yyyyyy - wrzesień, nowa szkoła, zebrania, zakupy - nie miałam nawet polubionego fanpage'a orgów. Będzie błoto, dużo błota.
Czy zabrałam ze sobą stuptuty. Yyyyyyy. Ja w ogóle nie mam stuptutów (tu nastała lekka cisza w słuchawce). No, nie mam. Bo myśl o tym, że takie coś właściwie by mi się przydało dopadała mnie na przykład, gdy brnęłam w śniegu do połowy łydki na Rajdzie Czterech Żywiołów. A potem człowiek wracał do domu i zapominał.

I jeszcze tu zrobię taką małą dygresję, że doprawdy nie wiem jakim cudem ja, pani chaos i prowizorka i Ewa - poukładana i zaplanowana, nie tylko nie pozabijałyśmy się biegnąć Rzeźnika, ale śmiem zaryzykować, że stanowiłyśmy całkiem zgrany zespół :)

Wróćmy jednak w Góry Stołowe. Ogarnęłam temat na tyle, że przyjęłam do wiadomości warunki pogodowe. Ogarnęłam (ledwo i prowizorycznie) temat żeli energetycznych i zerknęłam na profil trasy.
A potem jednak zaczęłam się bać. Bo Matylda i jak ona zniesie w sumie najdłuższy  beze mnie czas od swoich narodzin. A jeśli trzeba będzie ją nakarmić w trakcie i się jakoś nie zgramy ze spotkaniem na punkcie? A jeśli umrę, zdechnę gdzieś na trasie i ta rozłąka potrwa o wiele dłużej? Nie wiedziałam jakim terenem dokładnie poprowadzona jest ta trasa. Znany mi sprzed paru lat Maraton Gór Stołowych miał sporo fragmentów dość trudnych technicznie. I co z tego, że teraz mam ciut większe doświadczenie, jak przygotowanie pod przebiegnięcie 53 kilometrów raczej mizerne? Jestem rok po porodzie i do tej pory nie udało mi się wprowadzić do mojego truchtania żadnych długich wybiegań. Tyle co starty w zawodach. Dwa razy 30 kilometrów w maju i sierpniu, no i dwa półmaratony: w marcu i na początku września. Tak w sumie to trochę śmiech na sali, nie?
Mój stres powiększyło dziecię nr 4 odmawiając rano mojego mleka. Na nic moje przekonywanie, że nie wie co czyni, bo matkę jak dobrze pójdzie zobaczy po jakiś siedmiu godzinach. Nie i już.


fot. Tibor


Ruszyłyśmy z Ewa razem, ale po jakimś kilometrze czy dwóch, nie chcąc jej spowalniać, powiedziałam, żeby nie patrzyła się na mnie tylko leciała swoje. Życzyłyśmy sobie powodzenia, do zobaczenia na mecie, Ewa ruszyła i....okazało się, że trzymając swoje tempo jestem cały czas za nią! Czasem to było kilka, czasem kilkadziesiąt metrów - ale generalnie prawie przez cały czas widziałam przed sobą plecy Avy.
Nie mniej zdziwiony był Tibor, który czekał na nas na pierwszym punkcie na siódmym kilometrze. Pozagrzewał Ewę do walki, po czym przeleciałam ja i zobaczyłam jak mąż robi wielkie oczy i duka "ojej! To Ty!". Nie wiedziałam czy mam go walnąć w łeb i strzelić focha, czy zacząć się śmiać widząc jak próbuje szybko wyciągnąć komórkę z kieszeni, żeby zrobić mi zdjęcie :)))

No dobra - ale to dopiero siódmy kilometr. Przede mną było jeszcze 46. Jeszcze tyle rzeczy się może zdarzyć.
Czas mijał i nic strasznego się nie działo. Biegło mi się dobrze. W pewnym momencie nawet wskoczyłam przed Ewę, która nie zauważyła w porę skręcającej trasy. Ja zdążyłam wyhamować i pobiec dobrze. Co prawda nie wierzyłam, że taki stan rzeczy utrzyma się długo - ale na razie dobrze się bawiłam i biegłam.
Ciekawie zrobiło się, gdy zbiegając przez jakąś łąkę ku drodze, kibicująca mi kobieta krzyknęła "brawo, piąta kobieta!"
Ooooo w mordę!. Piąta?? Ja, piąta?? O, ja pierniczę!
Tą pozycją poupajałam się jeszcze przez parę kilometrów. Wtedy dogoniła mnie Ewa, pochwaliła tempo i wyprzedziła. Wyprzedziła, ale...znów cały czas miałam ją w zasięgu wzroku. Na płaskim, szybsza, odskakiwała mi, ale na zbiegach nadrabiałam.
I tak sobie hasając przez lasy, łąki i błotko (rzeczywiście było go sporo), dogoniłyśmy dziewczynę przed nami. Kojarzyłam ją z początku biegu, gdy nas bez problemu wyprzedziła, ale teraz zdawała się mieć kryzys.
Fajnie, znów byłam piąta. Przyzwyczaiłam się do tej cyfry:) Szczególnie miło było mi zobaczyć potwierdzenie mojej pozycji od samego Marcina Świerca, który w kilku miejscach kibicował na trasie.




A potem wyleciawszy zza jakiegoś zakrętu zobaczyłam plecy następnej dziewczyny. Trzeciej dziewczyny. Powiem szczerze, że dreszcz emocji przeleciał mi wtedy po plecach. Kobieto - właśnie biegniesz swoje pierwsze pięćdziesiąt kilometrów od dwóch lat, pierwszy raz od porodu i właśnie ocierasz się o czołówkę kobiet! Nie myślałam o dogonieniu - już sam fakt, że kilkadziesiąt metrów przede mną biegnie trzecia kobiałka był dla mnie czymś fantastycznym.
Ewa natomiast poczuła wiatr w żagle. Poczaiła się, poczaiła i w którymś momencie zobaczyłam, że trzecia już nie jest trzecią, a moja rzeźnicka partnerka zaczęła znikać mi z oczu. Cóż.. taka kolej rzeczy.
Skupiłam się na dziewczynie przede mną. Skoro zaczęłam ją widzieć - to znaczy, że biegnę ciut szybciej od niej. Jest duża szansa, że jak dalej będę robić swoje, to ją w końcu dogonię. I rzeczywiście - powoli, powoli, ale dystans do nas się zmniejszał. Moje dobre samopoczucie zostało przerwane znów przez jakąś kibicującą panią, która tuż po tym jak ją minęłam krzyknęła "brawo, panie!". Ej, zaraz, zaraz. Ja ją minęłam a ona dopiero wtedy zaczęła kibicować? To oznaczało, że jest nas więcej niż dwie. Odwróciłam się. I rzeczywiście, całkiem blisko za mną zobaczyłam dziewczynę, którą jakiś czas temu wyprzedziłam. Niestety, nie wyglądała już jakby miała kryzys :) No, nie! Ale ja naprawdę już się przyzwyczaiłam do tego piątego miejsca:)
Usiłowałam spiąć pośladki i nie dać się. Wyszło mi z tego tyle, że wyprzedziłam kobietę przede mną i....znów zaczęłam doganiać Ewę. Tymczasem dziewczyna za mną bez żadnego problemu wciągnęła na jakimś podbiegu i mnie i Avę nosem i tyle ją widziałyśmy.
Zrównałam się z Ewą, która zaczęła się żalić na kryzys. To był - nie pamiętam dobrze - chyba 45 kilometr. Stwierdziłam w duchu, że skoro niby osobno a i tak prawie że razem robimy tę trasę, to może pobiegnę z nią i ją trochę popodtrzymuję na duchu, razem się popodtrzymujemy. I tak raz ja przodem, raz Ewcia przodem podążałyśmy w kierunku mety.
Wreszcie Pasterka i upragniona przeze mnie cola (picia w bukłaku miałam jak na lekarstwo i po prostu marzyłam o łyku coli). A potem ostatni, długi zbieg. Lubię zbiegi.

fot. maratomania

fot. maratomania

Odwracałam się, próbowałam zachęcać Ewę do wysiłku, ale zaczęła coś napomykać, żeby na nią nie czekać. Wreszcie ostatnie dwa i pół kilometra, niestety, asfaltu. Mały acz intensywny podbieg i już cały czas raczej w dół do mety. Tu Ewa już zdecydowanie stwierdziła, że mam lecieć sama, więc pobiegłam.
Trochę byłam zdezorientowana dystansem. Niby wiedziałam, że to już końcówka - ale zegarek właśnie pokazał mi 53 kilometr - a tu dookoła łąki, lasy i ani widu ani słychu mety. W dodatku w dalszym ciągu biegliśmy po czeskiej stronie.


fot. maratomania


Wreszcie zza drzew wiatr przyniósł echo odgłosów  z mety. Jeszcze tylko okrążyć zalew, sprint przez mostek i.... podbieg na metę. O, powiem Wam, że to iście szatański pomysł :)
Z bananem na ustach po 6 godzinach i 27 minutach jako czwarta kobieta melduję się na mecie. Ewa wpada kilkanaście sekund za mną.

fot. maratomania

Miejsca od 3 do 5. Wielka radość :) fot. maratomania

Nie mogłam - i dalej nie mogę - uwierzyć w to co się stało. Jak? Jakim cudem? Żadnej ściany, żadnego mega kryzysu,  Dużo biegłam jak na bieg górski, dobrze mi się zbiegało. Może moje ciało coś sobie przypomniało. Może pomogło to, że spodziewałam się trudniejszej trasy, więcej schodów, kamieni. Może przebiegnięcie półmaratonu na początku września zrobiło mi dobrze.  Nie wiem. Nikt chyba, włącznie z moim mężem, matko - przede wszystkim włącznie ze mną- nie spodziewał się, że pójdzie mi, kurczę, po prostu dobrze.
Oczywiście nie popadajmy w zbytni samozachwyt. Pierwsza kobieta pojawiła się na mecie półtorej godziny przede mną, druga ponad godzinę. Anna Kącka i Edyta Lewandowska to zdecydowanie inna liga.
Jeszcze trzeba było odczekać na jakże miły punkt programu - czyli dekoracje :) Ewa wskoczyła na najwyższe podium w swojej kategorii wiekowej. Ja w swojej teoretycznie byłam trzecia, ale organizatorzy przyjęli zasadę nie dublowania się nagród open i w kategoriach, więc pod nogami miałam ostatecznie jedynkę :) I jeszcze zgarnęłyśmy nagrody w kategorii blogerów.


fot. maratomania


A Matylda? Przeżyła. Sporo spała. Na mecie oczywiście zażądała cyca. Potem zrobiła się nieodkładalna do wózka. Cóż. Jej zbójeckie prawo. Szczególnie, gdy matka znika na kilka godzin, a potem pojawia się śmierdząca potem i upaprana błockiem :)

fot. Tibor


To nie był koniec atrakcji. Następnego dnia startował mój małżonek na krótszej, 24 kilometrowej trasie. I wybiegał ósme miejsce open i drugie w kategorii wiekowej. Sława i chwała!

Jakieś podsumowanie? Chyba już wszystko napisałam. Cieszę się jak cholera. To dobrze wróży na przyszłość, bo do Transgrancanarii zostało 21 tygodni.

Haniu,  obiecałam, że postaram się godnie przejąć Twój pakiet. Zrobiłam co mogłam:) Wracaj szybko na biegowe ścieżki.

czwartek, 21 września 2017

Rok

Rok
Rok temu o tej porze leżałam już na stole operacyjnym, a przed chwilą lekarz pokazał mi taką małą, chudą glistę. W ten sposób naocznie się przekonałam, że lekarka na izbie przyjęć nie rąbnęła się szacując wagę dziecka i naprawdę urodziłam dziecię o wiele, wiele mniejsze od swoich braci.
Na izbę przyjęć trafiłam za wcześnie - i biorąc pod uwagę mój termin porodu wyliczony przez lekarzy i biorąc wyznaczony termin cesarki. Trafiłam spanikowana, bo przez pół dnia, pomimo licznych zachęt z mojej strony Matylda nie raczyła się poruszyć. Chyba nigdy nie czułam takiej ulgi, jak wtedy, gdy przytknięto do mojego brzucha peloty od KTG i usłyszałam bicie serca dziecka. A jednocześnie usłyszałam, że to bicie jednak nie jest prawidłowe, coś się dzieje i zdecydowanie mnie nie wypuszczą.

Wszystko skończyło się dobrze. Po odczekaniu, niestety, kilku godzin, cały czas na nasłuchu, aż zgodnie z nomenklaturą medyczną zostanę uznana za osobę na czczo (cóż-jednym z pomysłów na rozruszanie dziecka nr 4 było po prostu zjedzenie obiadu), parę minut po dwudziestej drugiej wydobyto mi z brzucha 2610 gram córki.



Musiałam jeszcze uzbroić się w cierpliwość, bo Matylda jednak zapłaciła za lekkie wcześniactwo.
Nie tylko masą badań, ale również kilkudniową solarką, żeby opanować nadmierną żółtaczkę.
Nie byłam zachwycona. Dom, to dom. Bez kręcących się odwiedzających, z własnym łóżkiem. Szpitalne łóżka to złooo. Szczególnie jak się dorobiło odleżyny na tyłku. Tak, moi drodzy. Można się w kilka godzin dorobić czegoś takiego. Wystarczy fałda na prześcieradle i unieruchomienie spowodowane znieczuleniem. Z drugiej strony doceniłam, że przez te kilka dodatkowych dni w szpitalu mogłam zajmować się tylko jednym dzieckiem a nie czwórką. Że miałam czas, żeby bardziej dojść do siebie po cesarskim cięciu. Ze wszystkich, które przeszłam, a było ich cztery, to było najbardziej bolesne. Że nie muszę dodatkowo latać do przychodni na zdjęcie szwów, bo wyjęto mi je w dniu wypisu.

I tak nasza przygoda z Matyldą zaczęła się na dobre. Z Matyldą, która nasze, w jakiś sposób już poukładane życie rodzinno - biegowe, wywróciła do góry nogami i to kilka razy :)

Jak jest po roku? Na pewno nie nudno :) Czas oczywiście nam się skurczył, nie wszystko robimy, nie ze wszystkim zdążamy. Jednocześnie staramy się nie rezygnować z biegania.
No właśnie. Bieganie. Przez ten rok od trzech kilometrów bardzo wolnym truchto - marszem przeczłapanych osiem tygodni po porodzie (miałam zakwasy jak po niezłym ultra), doszłam do przebiegniętych kilka dni temu 53 kilometrów po Górach Stołowych. I to chyba w nie najgorszym stylu.

W ciągu roku wróciłam do swoich przedciążowych gabarytów. A było co tracić. Cokolwiek nie robiłam i jakkolwiek się nie starałam w każdej ciąży przybierałam na wadze. Dużo przybierałam. Zawsze powyżej 20 kilogramów. Rekord pobiłam w pierwszej ciąży, gdzie niebezpiecznie blisko zbliżyłam się do trzydziestki (28,5 kg).

Karmię piersią. Dalej. I nie wiem ile to jeszcze będzie trwać, ale na razie nie zanosi się na szybki koniec :) Trochę to dla mnie nowość, bo synowie odstawiali się od piersi w okolicach roku.

Czemu to wszystko piszę? Nie wiem. Może po to, żeby powiedzieć, że nie należy się bać. Zmian. Ciąży, nawet tej nie do końca planowanej. Nadprogramowych kilogramów. Braku formy.
Że można biegać mając trójkę dzieci i do tego biegania wrócić po urodzeniu czwartego.
Że bieganie i karmienie piersią się nie wyklucza (dobry stanik to podstawa)
Że trzeba dać sobie czas i uzbroić się w cierpliwość (o, jakże często mi jej brakowało)
A wszystko się ułoży. Niekoniecznie tak, jak wcześniej, ale wszystko znów wskoczy na swoje miejsce - nawet jeśli to będzie nowe miejsce.



Wszystkiego najlepszego, córeczko!





środa, 13 września 2017

Wrzesień

Wrzesień
W piątek na Fejsbuku przeżywałam Plan Treningowy i powrót z piątego treningu biegowego w tygodniu. Pewnie są takie osoby, które wzruszą ramionami i nie będą widzieć w tym nic niezwykłego, bo same biegają podobnie, albo i więcej. Dla mnie to wielkie WOW. Ludzie, ja do tej pory biegałam trzy razy w tygodniu. Jak dobrze szło. A tu pięć. I żyję :)

  W dodatku poprzedni tydzień, szczególnie końcówka, obfitował w wydarzenia z serii "codzienne życie rodziny z czwórką dzieci". A w tym codziennym życiu może wydarzyć się WSZYSTKO. I pierwotnie o tym "wszystkim"miał być ten wpis. Ale stwierdziłam, że nie będę Was zanudzać opisami jak to postanowiłam zgodnie z życzeniem najstarszego syna pomalować mu dwie ściany w pokoju na szaro. Łatwa robótka na dwie godziny przerodziła się w wielki bałagan, gdy okazało się, że razem z taśmą maskującą odeszła farba z sufitu. 
  I że nie będę pisać jak to w ramach prezentu urodzinowego kupiłam młodszym hulajnogi, z którymi od razu popędzili do osiedlowego skateparku, a pięć minut później leciałam do nich, w myślach przypominając sobie gdzie jest w okolicy najbliższy szpital i czym do niego dojadę (mąż z naszym samochodem był w Austrii na Spartan Race). Bo średniak przyleciał z informacją, że dziecko nr 3 miało poważny wypadek. Na szczęście "poważny wypadek" okazał się być tylko guzem, a Szymona zastałam w wianuszku kolegów z przyłożonym do głowy kubkiem z shake'em z pobliskiego McDonald's.
  I nie będę również opisywać jak to wieczór i ranek, zamiast szpachlując dziury po odleźniętej farbie na suficie, spędziłam w łazience z odpowiednim szamponem, maszynką do golenia i gęstym grzebieniem, po radosnym tekście średniaka, że chyba wie dlaczego swędzi go głowa...
O zatkanym na amen zlewie też Wam nie będę pisać. O poszukiwaniach prezentu urodzinowego dla kolegi dziecka nr 1 również (to, mamo, to jest idealne - powiedział jedenastoletni syn wciskając mi w ręce grę od lat 16, która polegała na czyszczeniu miejsc zbrodni. Po. Moim. Trupie. Wybieranie prezentu akceptowalnego dla mnie trwało następne dwie godziny) Parę innych rzeczy również przemilczę.
 A do tego wszystkiego po mieszkaniu szalało tornado Matylda, które jeńców nie brało.
Nie, nie będę Wam o tym wszystkim opowiadać :)



Opowiem o Półmaratonie Praskim, który przetoczył się przez prawobrzeżną Warszawę na początku września i w którym to pobiegłam razem z mężem. Tak naprawdę razem. W sensie, że nie "każdy sobie rzepkę skrobie" - tylko noga przy nodze.

Pierwotnie planowałam przebiec to sama. Ba, był nawet taki moment parę miesięcy temu, że przez chwilkę przemknęło mi przez głowę walka o nową życiówkę. Organizm przypomniał mi jednak, że na takie harce to jeszcze za wcześnie. To nie jest rok życiówek. To jest rok wracania do biegania i budowania jako takiej formy. Przeciążenie nogi, a potem jakiś wirus, który powalił mnie 40 stopniową gorączką, skutecznie przekreślił moje głupiutkie pomysły :).
No to jak nie życiówka to co? I wyszedł z tego bieg bez założeń. Bieg bez stresu, bez pilnowania tempa. Szybko, jak na moje aktualne możliwości, ale bez ściany, która dopadła mnie w marcu, z fajnym długim finiszem.

Po raz pierwszy w swojej historii tegoroczny Półmaraton Praski startował wieczorem. Organizatorzy chcieli uniknąć upałów, które bezlitośnie towarzyszyły poprzednim edycjom. Decyzja bardzo dobra, choć, o ironio, w tym roku upałów nie było. 
Muzyka, światła, lasery i start. Start i....kilkadziesiąt metrów dalej zator taki, że wszyscy stanęli. Współczułam ludziom, którzy szykowali się na życiówki. Nam ten pierwszy kilometr wyszedł wolniejszy od reszty o dobre 40 sekund.
A potem... a potem biegłam. Na zegarek przestałam zerkać po trzecim kilometrze. Starałam się tylko pilnować męża, co z reguły mi się udawało. Tibor też starał się trzymać tempo na miarę moich możliwości. Byłam bardzo ciekawa jaki czas nam z tego wyjdzie, czy utrzymam w miarę równe tempo do końca i czy organizm nie powie, że pier*oli, nie jedzie. Moje obawy były o tyle uzasadnione, że kochane dzieci sprzedały mi jakiegoś wirusa jelitowego. Na szczęście w porównaniu z tym, jak kilka dni wcześniej czuły się dzieciaki, u mnie poszło lajtowo. Ot, raz na kilkanaście minut łapał mnie gwałtowny, zginający ból brzucha. Dolegliwość w sam raz na przebiegnięcie dwudziestu jeden kilometrów ;). Z tej przyczyny na punktach żywieniowych nie brałam nic oprócz wody. Raz, na 13 kilometrze skusiłam się na łyka izotoniku i od razu tego pożałowałam, bo żołądek przywołał mnie do porządku. Tubki żelu spoczywającego w kieszonce spodenek nie odważyłam się otworzyć. Miałam nadzieję, że glikogenu i wytrzymałości wystarczy mi do mety, a bólowe dolegliwości nie nasilą się.
Poczułam, że mam zmęczone nogi po nawrotce na Wale Miedzeszyńskim. Nawrotka niestety oznaczała bieg pod wiatr, ale jakoś dawałam radę. Starałam się chować za plecami współbiegaczy. (za mężowskie plecy nie dało rady, bo jak tylko orientował się, że biegnę tuż za nim, uznawał, że biegnie za wolno i przyspieszał - o powodach jego zwiewania dowiedziałam się po biegu, gdy wymienialiśmy wrażenia).
Koło 19 kilometra zaczęliśmy przyspieszać. Jaka to była fajna końcówka! Z jednej strony czułam, że tempo jest jak dla mnie bardzo mocne i pojęcia nie miałam czy takie utrzymam. Ale biegłam. Chłop gdzieś mi migał z przodu, od czasu od czasu niestety wykrzykując w moją stronę hasła motywujące.
Piszę "niestety", bo ja nie cierpię jak się do mnie gada w trakcie dużego wysiłku. Co prawda do tej pory ta zasada działała podczas podjazdów na rowerze - ale okazało się, że na bieganie też się przekłada.
Utrzymałam tempo. Na ostatnim kilometrze wyprzedziliśmy jeszcze ponad pięćdziesiąt osób. 
Na błoniach Narodowego, w świetle pochodni, po godzinie i czterdziestu siedmiu minutach przekroczyliśmy linię mety.



O, jakże inne było moje samopoczucie od tego z Półmaratonu Warszawskiego. Wtedy byłam wykończona. Ostatnie siedem kilometrów umierałam, nie było żadnego finiszu, bo nie miałam siły. Wszystko mnie bolało: mięśnie, ścięgna, stawy, szczególnie w okolicach miednicy. To było pół roku po cesarce, 4 miesiące od rozpoczęcia biegania po porodzie. Mój organizm dostał wtedy w dupę mocno. Teraz blisko rok od porodu, wszystko wyglądało inaczej. Nie tylko czas był lepszy, ale czułam się o wiele mniej zmęczona. Powiem więcej: chyba pierwszy raz nie miałam żadnych zakwasów po biegu.
Na wszystko potrzeba czasu i cierpliwości jak widać.



A do Transgrancanarii zostały 23 tygodnie...

czwartek, 24 sierpnia 2017

Urodziny

Urodziny
Uśmiałam się, gdy na tablicy facebookowej wyświetlił mi się wpis "Wkurwów"



Uśmiałam się i... najpierw zrobię małą dygresję.

Parę lat temu wymyśliliśmy sobie wakacje z dzieciakami w Szwecji. Konkretnie rzecz biorąc chcieliśmy na rowerach objechać drugie co do wielkości szwedzkie jezioro, Vättern. Jezioro zacne, prawie 1900 km2, 300 kilometrów po obwodzie. W trakcie tej naszej wycieczki zajechaliśmy do miejscowości Motala. A tam rowerowy szał- ciał. Okazało się, że przyjechaliśmy w terminie jednych z większych zawodów rowerowych, których celem jest objechanie właśnie jeziora. Pierwszy raz widziałam tak wielką imprezę. Imprezę, której było podporządkowane życie całego miasteczka. Namioty expo, flagi, reklamy, specjalnie otworzone pola campingowe. Ale to co mnie wtedy zaszokowało najbardziej, to fakt, że na tę imprezę trzeba się zapisać rok naprzód. Rok? Czy Ci ludzie oszaleli? Na Mazovię MTB zapisywaliśmy się z dwutygodniowym, no może z miesięcznym wyprzedzeniem - a tu rok??

Minęło kilka lat, wciągnęliśmy się z Tiborem w bieganie.
Usiedliśmy kilka dni temu przed komputerami, żeby ustalić nasze kolejne pomysły na zawody na przyszły rok :))

Nie, teraz to może coś bliżej Żeby dojazd był dobry. Żebyśmy nie musieli się spinać za bardzo logistycznie. Może Austria...?
Nie wiem jak to się stało, że otworzyłam tę stronę. Nie wiem jak to się stało, że zajrzałam na ten konkretny bieg. Naprawdę nie wiem. Nie planowałam przecież czegoś takiego (Plany. Czemu ja jeszcze tego słowa nie wywaliłam ze swojego słownika??) A potem spojrzałam na datę i przepadłam.
- Tiborku - słabym głosem odezwałam się do małżonka - spójrz na datę...
Małż zerknął i stwierdził. - No co? Zapisujemy się oczywiście!

I w ten oto sposób swoje czterdzieste urodziny spędzę w samym środku jakiegoś cholernego, 126 kilometrowego górskiego ultra ;)





Oczywiście wszyscy widzą jak wszystko się zgadza: bieg jest blisko domu, z dobrym dojazdem, wcale nie musimy się zastanawiać jak ogarnąć w tym wszystkim dzieciaki, o przygotowaniu treningowym już nie mówiąc.

Ale, kurczę: no risk - no fun, jak głosi napis na mojej ślubnej obrączce.
Czterdzieste urodziny ma się raz w życiu. Trzymajcie kciuki.

piątek, 4 sierpnia 2017

Fińskie Orzeszki cz.2

Fińskie Orzeszki cz.2
Po dojechaniu na start i odebraniu pakietów, głównie zastawialiśmy się czy sprawdzi się prognoza pogody. Dupnie czy nie dupnie w okolicach godziny startu?

Dupnęło. 
Szczerze mówiąc, to trochę bałam się czy Finowie nie puszczą nas w te potoki deszczu i grzmoty. Bo w sumie czemu nie? Przyzwyczajeni są do takiej aury. Przez mikrofon nawet stwierdzono, że mają nadzieję, że śnieg nie spadnie.
Po wychynięciu z auta okazało się, że moje obawy były bezpodstawne. Nie miałby kto tych biegaczy wystartować. Połowa obsługi reanimowała bramkę startową, która poddała się burzy i wiatrowi, a druga połowa trzymała namioty biura obsługi, żeby im nie odfrunęły.




Start przełożono o pół godziny.
Przejście burzy spowodowało, że zrobiło się zimno, wietrznie i mało przyjemnie. Szczękając zębami cieszyłam się, że jednak nie zrealizowałam pomysłu założenia krótkich portek i krótkiego rękawa plus rękawków.
Pierwsze widoczne wyzwanie naszego dystansu, góra Yllas, na której tle niecałą godzinę temu pozowałam do zdjęcia, teraz niknęła w chmurach. Chciałaś babo przygody na Północy - to ją będziesz miała.


50 minut przed startem...

...i ta sama góra 10 minut przed startem
Bardzo szybko zaczęło się wdrapywanie pod górę. Podłoże początkowo było piaszczysto- żwirowe, z wyżłobionymi przez niedawny deszcz "żlebami". Trzeba było uważać pod nogi, tym bardziej, że coraz bardziej zanurzaliśmy się w chmurę, widoczność dramatycznie spadła.
A potem pojawiło się gołoborze. Wielkie, ruchome kamulce. Jeszcze bardziej trzeba było uważać, gdzie się stawia nogi. Sprawy nie ułatwiał wiatr. Na górze wiało tak, że deszcz padał poziomo, a podmuchy przestawiały uczestników.



A potem w tej mgle, w tym totalnym mleku, które ograniczało widoczność do kilku metrów rozpoczął się stromy zbieg. W miarę zniżania się, otaczająca wszystkich mgła zaczęła się rozrzedzać. Widziałam coraz więcej ścieżki przede mną, coraz więcej ludzi dookoła. I nagle - bach! Jakby nagle ściany pudełka, w którym biegłam rozstąpiły się. Zobaczyłam dookoła siebie wyłaniające się z mgieł zbocza góry. Nagle przestrzeń odzyskała trójwymiar i było to tak nagłe i niesamowite, że aż zaparło mi dech.

To był jeden z takich obrazów, które zostają przed oczami na długo. Dla takich chwil - magicznych, ulotnych, biegam w górach.

Dalsza część trasy prowadziła przez las. Ale jaki las! Piękny, kipiący zielenią paproci i krzaków jagód. I ociekający wodą ;) Zarówno tą lecącą z nieba, jak i szumiącą w licznych potokach i strumieniach, które mijaliśmy. Ze zdumieniem stwierdziłam, że choć nie ma tutaj strzelistych turni, spektakularnych widoków - jest pięknie. I że to chyba jeden z piękniejszych biegów w jakich biorę udział. Zdania nie zmieniłam do końca - choć trasa dała mi w kość.
Po części zalesionej było znów skrabanko przez rumowisko skalne. Tam, pomimo najszczerszych moich chęci, miałam wrażenie,że poruszam się jak słoń w składzie porcelany: wolno i niezgrabnie. W przeciwieństwie do kolejnych Finek, które GADAJĄC, wyprzedzały mnie bez żadnego problemu. A potem znów zbieg przez kamulce, przez wąziutkie ścieżki najeżone mniejszymi kamykami. I znów do lasu - który tym razem przypominał mi podwarszawski Kampinos. Dostojne sosny i szeroka ścieżka najeżona mokrymi korzeniami.






Oprócz tych kamienistych podejść, biegło mi się całkiem dobrze. Jelita trzymały się nieźle, nie miałam kryzysu. Prawą nogę czułam, szczególnie na podejściach i podbiegach. Starałam się ją wtedy oszczędzać, trochę mieniać krok biegowy. I tak żarło, żarło, aż w okolicach 20 kilometra poczułam jak mięsień dwugłowy w mojej lewej nodze robi się twardy jak kamień i zaczyna boleć. Skurcz. Świetnie. Za moment będę się nadawać do Monty Pythona - pomyślałam. Właśnie było lekko pod górkę - więc prawą nogę oszczędzałam, bo czworogłowy, a lewą zaczynałam kuleć, bo skurcz w dwugłowym. Musiałam wyglądać komicznie. 
Miałam nadzieję, że zaraz przejdzie. Zamiast tego taki sam skurcz złapał mnie w drugiej nodze... 
I to już przestało być zabawne. Nie byłam w stanie biec. Jeszcze walczyłam, starałam się ignorować. Wiecie - "there is no spoon". Ale nic z tego. Ból, potworny ból w udach. Za chwilę okazało się, że z maszerowaniem też nie jest lepiej. Robiłam dziesięć kroków truchtem, potem przechodziłam do marszu, a potem usiłowałam rozciągnąć te dwa kamienie w moim udach. Nic z tego. Rozciąganie pomagało na kilka sekund. Po dwóch- trzech krokach wszystko wracało. Oczywiście moje tempo dramatycznie spadło. Znów jakieś tabuny Finek zaczęły mnie wyprzedzać. A ja zaczęłam się zastanawiać czy zdołam w ogóle dotrzeć do mety. Jedyne co mogłam zrobić, oprócz prób rozciągania, to dostarczyć mojemu organizmowi mikroelementów. Nędzne to były próby, bo żadnych szotów magnezowych nie miałam przy sobie. Zwiększyłam popijanie izotonika i wciągałam kolejne żele. Podejrzewałam, że to co się teraz działo to skutki mojej przedpołudniowej niedyspozycji. 
Z tego etapu pamiętam ulgę jaką poczułam, gdy zobaczyłam fragment trasy poprowadzony przez mega błocko. Takie błocko, że człowiek musiał uważać, żeby mu butów nie zassało. Przynajmniej nie było mi szkoda, że nie biegnę - bo teren uniemożliwiał szybsze poruszanie się. 
Las, ścieżka, droga wysypana trocinami (kijowo się po tym szło i truchtało. Podłoże było tak miękkie, że cała para na odbicie się szła w gwizdek). Przecinam jakąś szosę i znów zanurzam się w las, znów błocko - tym razem, żeby było zabawniej z górki.



I znów podejście. Znów znajome kamulce. Moje nędzne tempo umilały przynajmniej fajne widoki, bo poprawiła się pogoda



Kamienista ścieżka wymagała mega uwagi. Ostre kamienie, większość luźnych i po postawieniu na nich nogi traci się równowagę. Sama to odczułam na własnej skórze, gdy słysząc za plecami damskie głosy (znów??) usiłowałam przejść do biegu. Po dwóch krokach zahaczyłam nogą o kamień a moje łydki ostrzegawczo zapiekły. Ok, ok. Już będę grzeczna. Jeszcze tego by mi brakowało do kompletu – skurczu łydek.

Wreszcie upragniony zbieg. Po drewnianych kładkach rzuconych przez kamieniste zbocze. Ostrożnie stawiam nogi. Gdybym tu się potknęła – upadek na kamienie byłby bolesny. Jeszcze tylko dwa kilometry, jeszcze kilometr. Uda po chwilowej poprawie znów palą żywym ogniem – ale w dół jakoś daję radę.
Wreszcie docieram do tej cholernej mety ;) Już dawno pożegnałam się z myślą, ze uda mi się to zrobić poniżej czterech godzin- ale nieoczekiwanie zegarek wskazuje 3:57. Dziewiętnasta kobieta. Staram się nie myśleć, która byłabym, gdyby nie te skurcze.



Cieszę się, że to już koniec. Że to było tylko 30 kilometrów – jak głupio by to nie brzmiało. Zaczęłam współczuć Tiborowi tego co go czekało następnego dnia ;) 
(Mąż swoje 55 km pokonał, ale wbiegając na metę nie wyglądał najlepiej ;)

Za swoje skurcze płacę w następnych dniach wysoką cenę. To były najbardziej bolesne i najdłuższe doms-y w moim całym życiu ever. Nie sądziłam, że można mieć TAKIE zakwasy. Miałam duże problemy z poruszaniem się, z wsiadaniem i wysiadaniem z samochodu. Było tak źle, że musiałam wspomagać się środkami przeciwbólowymi




To był bardzo piękny, ale jednocześnie trudny, techniczny bieg. O bardzo zróżnicowanym podłożu. Nie wybaczający błędów. Bieg, który pokazał jak jeszcze dużo muszę się nauczyć, jeśli chodzi o sprawne poruszanie się w terenie.

Jestem zachwycona oznaczeniem trasy. Tu powinno robić się wycieczki i pokazywać jako przykład. Nie było takiej możliwości, żeby się pomylić (no dobra - mnie się raz udało :). Będzie o tym za chwilkę), skręcić tam gdzie nie trzeba. Wszystko dokładnie oznaczone pomarańczowymi chorągiewkami na długich kijkach. Przy rozgałęzieniu dróg ilość chorągiewek wzrastała - a jeszcze dodatkowo pojawiały się kartki ze strzałkami. Boczne ścieżki były zagrodzone taśmami.
Tylko raz udało mi się pomylić i wpakować na trasę 134 km. To było na punkcie odżywczym, gdzie obie trasy się krzyżowały. Nie była to wina orgów, tylko moja - bo nie spojrzałam się na oznaczenia. Na szczęście obsługa była czujna i po trzech dosłownie krokach zostałam zawrócona.

Nie, to nie było to miejsce, gdzie się pomyliłam





Nowością była dla mnie ilość startujących kobiet. W sensie, że było ich bardzo dużo. Na moim dystansie było ich 161. I tylko 105 panów. (55km: 325 panów i 222 panie; 134 km: 77 panów i 23 kobiety). Finowie w ogóle nie prowadzą wspólnej klasyfikacji. Osobno są listy kobiet i mężczyzn. I wiecie? Bardzo to mi się spodobało.

Podsumowując: z miłą chęcią dałabym się jeszcze kiedyś złomotać na tej imprezie, tylko na dłuższym dystansie.



I jeszcze parę zdjęć z mojej trasy:






Tam, u stop góry widocznej w oddali, czeka meta

Są sprawy ważne i ważniejsze :)


Tuż przed metą


A tu z trasy 55 km, dzień póżniej


to takie budujące jak pojawiasz się na starcie i na dzień dobry widzisz takie autokary :)


Tu też od razu na dzień dobry było podchodzenie na górę widoczną na drugim planie



Ostatnie metry



I na zakończenie mały bonusik. Takich gości mieliśmy na campingu:


czwartek, 3 sierpnia 2017

Fińskie Orzeszki cz.1

Fińskie Orzeszki cz.1
Znacie to, prawda? Robicie PLAN. To nawet nie plan przez duże P. Tam wszystkie literki są duże. Może to być plan na przebiegniecie pięciu kilometrów, albo setki, cyferki nie są tu ważne.
Jest. Plan. Idealny. Na miarę Waszych możliwości. A potem los szatańsko chichocze...


Właściwie sama trochę na własne życzenie sprawiłam, że moje przygotowania do zawodów wyglądały jak an rysunku z prawej strony.
Rozum mi odjęło i  zachłyśnięta tym, że dziecko nr 4 rosnąc pozwala mi na coraz więcej aktywności, zapomniałam, że w dalszym ciągu jestem w fazie rozkręcania się. I choć przeszłam długą drogę od mojego pierwszego marszobiegu dookoła bloku, to dalej moja aktywność, jej intensywność, jest o wiele mniejsza od tej sprzed ciąży.
A co zrobiłam? Nie dosyć, że w maju poszłam na rekord jeśli chodzi  ilość przebiegniętych kilometrów, to jeszcze postanowiłam do tych moich biegań wprowadzić elementy siły. I gdybym wprowadziła je powoli i stopniowo, pewnie nic by się nie stało. Ale skąd! Ja musiałam to zrobić na hurra. Polazłam sobie poskakać po schodach. Na jednej nodze, na drugiej nodze, skipy po schodach, skoki po dwa, po trzy stopnie. A co! Przecież Węgry, Góry Stołowe i Finlandia czeka!
No.

Prawa noga po tym pierwszym razie powiedziała dość. Trail na Wegrzech poleciałam biegając już bardzo z doskoku ze względu na nogę. Góry Stołowe odpuściłam w ogóle. Przed Finlandią poszłam po rozum do głowy i oddałam się w ręce fizjoterapeuty, który te moje spięte mięśnie jak się dało porozluźniał. Idealnie nie było - ale dolegliwości się zmniejszyły.
Efekt tego wszystkiego był taki, że na starcie stanęłam mając przebiegnięte w czerwcu 48 kilometrów, a w lipcu około 37. No taka baza, że ho ho...

Skąd w ogóle wytrzasnęliśmy Nuts Ylläs Pallas? Bieg wynalazł mój mąż. Planowaliśmy wakacje w Norwegii i małżonek zaczął sprawdzać czy w tym terminie nie ma jakiś biegów. Znalazł w Finlandii.
 Cała impreza to trzy dystanse do wyboru. 134 km, 55 km i 30 km. Najdłuższy dystans zalicza się do Discovery Race of Ultra Trail Word Tour (jako impreza polecana ze względu na miejsce, ale nie wlicza się do rankingu). Najdłuższa trasa jest o tyle nietypowa, że uczestnikom nie grozi bieganie w nocy. O tej porze roku na tej szerokości geograficznej (około 200 km za kołem podbiegunowym) trwają białe noce.
My wybraliśmy skromniej. Ja - 30 km. Tibor - 55 km. Było to możliwe dzięki temu, że impreza była dwudniowa. Jedna osoba biegła - druga zajmowała się dziećmi, a drugiego dnia była zmiana.

Jeśli myślicie, że brak treningów był moim jedynym problemem, to się mylicie. W dniu biegu nieoczekiwanie od samego rana rozpoczęłam regularne kursiki do toalety. I nie była to niestety zwykła nerwówka przed startem. Do godziny czternastej (start był po południu) miałam taki luz w spodniach, że na moje oko własnie osiągnęłam wagę startową. Fantastycznie po prostu...
Ratowałam się tym co miałam w apteczce: czyli smectą i probiotykami i miałam nadzieję, że to pomoże.



Co się działo tuż przed biegiem i w jego trakcie będzie w następnym odcinku ;) Na koniec kilka fotek.




Nocowaliśmy na campingu oddalonym kilka kilometrów od mojego miejsca startu. Biec miałam przez widoczne na dwóch pierwszych zdjęciach górki. A? Nie widzicie żadnych górek?:) Cóż - przez większość czasu wisiała na nich niska czapa chmur. Niestety, również w pierwszej fazie biegu.





To zdjęcie poniżej zostało zrobione wieczorem, po moim biegu. Tu trochę odsłoniła się góra Ylläs, na którą się wdrapywaliśmy. Ylläs i okolice to duży ośrodek narciarski oferujący trasy zjazdowe i biegowe. Ćwiczy tu również reprezentacja Finlandii.
Wiecie, że to zdjęcie zostało zrobione dobrze po godzinie 22?



Przebieg mojej trasy. Nad jeziorem Äkäslompolo był nasz camping.



A tu szersze spojrzenie na miejsce biegu. W chrust daleko. Choć dalej miejscem najdalej wysuniętym na północ, gdzie startowałam pozostaje Trom :)




====> część druga =====>

wtorek, 13 czerwca 2017

Węgry cz. 3 Salomon Visegrad Trail

Węgry cz. 3 Salomon Visegrad Trail
Punkt jedenasta ruszyliśmy. Dwieście czterdzieści cztery osoby, z czego połowa to płeć piękna. Ustawiłam się gdzieś bardziej z przodu - ale na pierwszych kilku kilometrach parę dziewczyn wciągnęło mnie nosem. Prawie od razu zrobiło się pod górkę.
Trasa szczęśliwie szła głównie lasami. Fragmenty na otwartej przestrzeni były straszne ze względu na bezlitosne słońce.

Nie jestem w stanie opowiedzieć kilometra po kilometrze. W głowie zostały mi obrazy, fragmenty. Część z nich nie umiem przypisać do konkretnego momentu biegu. Pamiętam ścieżkę idącą wśród wysokich, potężnych drzew, mam wrażenie, że głównie dębów. Ludzie wyglądali tak nędznie na tle tych konarów i pni, że aż wyciągnęłam telefon i usiłowałam w biegu zrobić zdjęcie.
Pamiętam przeloty polanami, gdzie człowiek od razu przyspieszał, żeby jak najszybciej skryć się pomiędzy drzewami. Pamiętam singletracki przez dzikie, pełne kolorowych kwiatów łąki, albo trawersujące zbocza ścieżki wprowadzające w bieszczadzkie klimaty.

Wiem, nieostre. Bo robione w biegu. 

Trochę bieszczadzkie klimaty, nie?


Mocno zaskoczyły mnie zbiegi. Strome, wąskie. W wielu miejscach o jakimś większym rozpędzeniu mogłam zapomnieć, jeśli życie było mi miłe. Jak tu pędzić, jak trasa na przykład szła ostrymi serpentynami w dół. Ścieżka szeroka akurat na dwie stopy idąca rancikiem. Jakakolwiek pomyłka, potknięcie o korzeń - i lądowanie byłoby z dobre dwadzieścia metrów niżej. Jak się rozpędzić jak single track idzie wśród dzikich róż, których pędy rosną w poprzek i człowiek tylko czeka, które wnyki złapią go za kostki w swoje sidła.

Starałam się nie kalkulować. Po pierwsze to moje pierwsze tak długie bieganie po urodzeniu Matyldy. Po drugie słońce. Trzeba było rozsądnie szafować siłami. Jednak, gdy dobiegałam do pierwszego punktu kontrolnego - a był to jedyny fragment z agrafką - nie mogłam się powstrzymać, żeby nie policzyć dziewczyn, które leciały już w drugą stronę. Wyszło mi, że jestem coś w okolicach dwunastego miejsca (byłam tak naprawdę trzynasta). Kurczę, uznałam, że jest nieźle.
Pomimo upału starałam się nie zmarudzić za bardzo przy napojach. Szybkie dwa kubeczki coli, lód na kark (tak - na punktach był dostępny lód w kostkach: ge - nial - ne!) i dalej w drogę - ale to nie wystarczyło i ze trzy dziołchy i tak mnie potem wzięły.

A potem moim oczom pojawiło się podejście na szczyt Vöröskő. Zobaczyłam mega strome zbocze. Piaszczyste, pełne korzeni drzew. Skrzyżowanie Jasła, Chyrlatej z cholera wie czym jeszcze. Chyba nawet jęknęłam. U podnóża czekał lotny punkt kontrolny, a oprócz tego dziewczyny częstowały wodą. Uwierzcie mi, że wtedy ta zimna zwykła woda smakowała mi najlepiej w życiu. 
A potem trzeba było rozpocząć mozolne skrabanie. Było strasznie. Tempo miałam jakieś gorzej niż żółwie. Stromo było potwornie, nogi chwilami zjeżdżały na suchym piachu. Powoli, pokracznie, krok za krokiem drapałam się w górę w duchu gadając ze sobą. Że chyba mnie powaliło. Że po co mi to. Że za miesiąc wymyśliłam sobie bieg o 20 kilometrów dłuższy od tego i może tak komuś oddać pakiet na te cholerne Góry Stołowe? A może tak szybko wrócić do dziewczyn na punkt i porwać im tą zimną, pyszną wodę? Wodo, wodo, mój sssskarbie :P


Podejście na Vöröskő. Chwilami było stromiej niż widać na tym zdjęciu


I wtedy dziewczyna, która szła przede mną zatrzymała się i mnie przepuściła. To mi jakoś dodało skrzydeł. Mentalnie oczywiście, bo ciężko było frunąć po tym czymś. Zresztą na sam koniec często - gęsto szłam na czworakach po prostu (w domu popatrzyłam na mapkę. Całe podejście miało około kilometra. I na tym kilometrze podchodziło się dwieście metrów w górę. Od miejsca gdzie stał lotny punkt kontrolny było jakieś 500 metrów i ponad 120 metrów w górę. Jakieś pytania?) 
W duchu wiedziałam, że nie mogę się zatrzymać, Powoli, powoli, ale do przodu. Cały czas do przodu. W końcu wyszłam na otwartą przestrzeń. Wychynęłam z lasu, z krzaków i zobaczyłam przed sobą w dole daleko zakręcający Dunaj. To było tak niespodziewane i niesamowite, że przez chwilkę po prostu gapiłam się przed siebie. A potem zniknęłam w następnych krzakach :)
Wiedziałam, że najgorsze podejście w tym biegu mam już za sobą. Było jeszcze jedno, ale już nie tak długie i ciutkę mniej strome. Obydwa jednak dały zdrowo popalić.


Na szczycie Vöröskő, 521 m n.p.m

Na tym etapie bardzo często biegłam już sama. Miało to swoje konsekwencje związane z oznaczeniem trasy. Chwilami musiałam sama podejmować decyzje jak biec. Bo trasa była oznaczona mniej więcej tak jak szlak wokół Balatonu ;) Chwilami było dobrze, a chwilami na odwal się i bez wyobraźni.Trzykrotnie widziałam zawodników biegnących z jakiejś dziwnej strony, ewidentnie po zgubieniu drogi. Sama ze trzy razy o mały włos przegapiłabym jakieś rozgałęzienie. 
O jednym takim ewidentnym źle oznaczonym miejscu opowiem. Biegnę drogą przez las. Od czasu do czasu na gałęziach z prawej strony wiszą taśmy. Dobiegam do skrzyżowania. Droga w poprzek identycznej szerokości jak ta, po której biegnę. Z boku przed skrzyżowaniem wisi taśma, jedna. Gdyby był skręt powinny wisieć dwie - przynajmniej tak do tej pory zauważyłam. A tu jedna. Nie pasowało mi, że byłam tak trochę w głębi powieszona. Stanęłam. Oprócz tej jednej jedynej taśmy nic innego nie widziałam. Ani z przodu, ani z boku. Po chwili wahania skręciłam. I po dobrych dwudziestu metrach zobaczyłam wiszącą następną taśmę. Ile osób pobiegło prosto? Nie wiem. Takich historii miałam kilka po drodze. Na koniec było to strasznie męczące. Kilometry w nogach, mózg się lasuje od słońca - a tu człowiek zmysły musiał mieć maksymalnie wyostrzone, żeby nie przegapić niedokładnie i zbyt rzadko chwilami oznaczonej trasy. Pod koniec zresztą wypatrywać trzeba było nie taśm, a wymalowanych różowym sprayem kropek i strzałek.

Miałam jeszcze jedną przygodę, z bukłakiem z wodą. Biegłam sobie właśnie bardzo fajną ścieżynką w dół, gdy poczułam jak moje plecy robią się dziwnie mokre i zimne...Szybko ściągnęłam plecak. Okazało się, że wysunęło się plastikowe zamknięcie bukłaka i część izotonika wychlapała mi się na plecy. 

Drugi punkt kontrolny był już poza strefą lasu. Obsługa stała z dzbanami z wodą i wylewała całe litry na przybiegających zawodników. Ja też skorzystałam. Potem tradycyjnie: lód, cola, woda, cola i dalej do przodu. Zostało ostatnie pięć kilometrów. Teoretycznie po płaskim, ale cień, który dawały drzewa zostawiliśmy za sobą. Ostatnie kilometry szły już ulicami wiosek otaczających Szentendre. 
Na początku szło mi całkiem żwawo. Do momentu, gdy za zakrętem zobaczyłam przed sobą dziewczynę, która zmęczona upałem maszerowała. I wtedy moja głowa zrobiła mi głupi numer i odmówiła współpracy. Powiedziała "widzisz, można iść!". I moje nogi zatrzymały się. 

Ten ostatni fragment to była moja walka z głową. Walka o te fragmenty pokonane truchtem. Na początku ją przegrywałam. Odcinków przemaszerowanych było więcej. Do momentu, gdy przegoniłam dziewczynę przede mną. Nie byłam już w stanie przejść do ciągłego biegu, ale chociaż starałam się, żeby odcinki biegane były jak najdłuższe. Nie dam się wyprzedzić. Nie teraz na sam koniec. Gdzie to cholerne Szentendre?
Wreszcie rozpoznaję, że jestem na tyłach turystycznej części miasta. Miga mi zresztą zza rogu twarz Tibora. Biegnę.




Powiem szczerze, te kilka czy kilkanaście godzin wysiłku jest warte takich chwil jak ta. Gdy pędzę urokliwymi uliczkami niesiona krzykami widzów i turystów siedzących w ogródkach restauracji. Zrobiłam to! Udało się! Trzy godziny i kwadrans. Czternasta kobieta - więc jak na matkę czwórki dzieci, w tym jedno niemowlę,  całkiem nieźle :)


Ręcznik na moich ramionach to następny po lodzie fajny pomysł organizatorów. Na mecie każdemu wręczano zimny, mokry ręcznik. Jestem pewna, że jak obwinęłam nim głowę słyszałam syk chłodzonej głowy ;)



Matylda nieobecność matki olała cienkim sikiem, przybycie zresztą też;). Była zbyt zajęta swoją zabawką, żeby poświęcić mi więcej czasu ;)




Pakietu na Supermaraton Gór Stołowych jednak nie oddam ;)


Copyright © 2016 Matkabiega , Blogger