piątek, 16 lutego 2018

Pierwsze spotkanie ze skiturami

Pierwsze spotkanie ze skiturami
Skitury już od jakiegoś czasu były na mojej liście "sprawdzić czy to jest tak fajne jak twierdzi mój mąż". Nawet mieliśmy wstępnie zaplanowany wypad skiturowy bez dzieci w 2016 (bo, żeby taki wyjazd się udał musi się zgrać kilka rzeczy: babcie muszą wyrazić gotowość do zaopiekowania się wnukami, musi być czas, pieniądze, a przede wszytkim pogoda). I co? I w tym terminie wyznaczono operację dziecka nr 1, a potem zrobiłam test ciążowy... Tak więc moje próbowanie zostało przełożone na czas bliżej nieokreślony, gdzieś po ciąży, gdzieś po zakończeniu karmienia piersią.
I niespodziewanie to "gdzieś" miało miejsce w minioną niedzielę.

Chłop mój wkręcony w biegi z przeszkodami, zapisał się na Spartan Hurricane Heat na Słowacji. Cóż to jest? Ano to taka wariacja Spartan Race, dla tych, którym samo pokonywanie przeszkód nie wystarczy. To bieg w nocy, pokonywany zespołowo, ilość przeszkód, rodzaj trudności - nieznane. O wszystkim decyduje lider. Tibor zapisał się na wersję sześciogodzinną (tak,są też dłuższe). Przed wyjazdem latałam po castoramie i szukałam mu linki 6 mm dwudziestometrowej i worka na gruz - gdyż między innymi te rzeczy miały się znaleźć w obowiązkowym wyposażeniu uczestnika (oprócz tego nóż, nrc, szara taśma, czołówka. I plecak, który nie mógł ważyć mniej niż 10 kg).

Tak naprawdę wcale się z moim chłopem jako kibic nie wybierałam. Miałam grzecznie siedzieć w domu z dzieciakami, kombinując jak tu w weekend zrobić ostatnie przed Kanarami dwudziestokilometrowe wybieganie.

Tylko im bliżej było imprezy, tym bardziej się okazywało, że nikt ze znajomych na Słowację na Spartana nie jedzie. Ani na nocnego, ani na dziennego. A ponieważ bieg miał być 1,5 godziny drogi od Zakopanego, warunki śniegowe były odpowiednie, Matylda kilkanaście dni wcześniej ostatecznie podziękowała za matczyny drinkbar- to pozostało jeszcze tylko uśmiechnąć się do babć...

Udało się! Szalone pakowanie całej rodziny, szybki wyjazd w piątek po szkole i pracy. Trzeba było zahaczyć o Łódź i rozlokować dzieciarnię - a następnie dotrzeć w okolice Martina przed trzecią w nocy - bo wtedy zaczynała się ta tiborowa eskapada.
Udało się :) Potem obserwowałam oficjalne ważenie plecaków (niektórzy musieli na poczekaniu szukać czegoś do ich dociążenia) i początek imprezy: podział na zespoły (losowy, uczestnicy nie mieli na niego wpływu) i początek zadań, gdy musieli wziąć na barki dwie długie kilkumetrowe dechy z paletą i oponami. Od Tibora wiem, że wszystkie zadania polegały na wchodzeniu, schodzeniu, czołganiu, przełażeniu - wszystko z tymi dechami i oponami. Od czasu do czasu lider gwizdał co oznaczało, że trzeba było robić burpeesy. Tego wszystkiego już nie widziałam, bo zawinęłam się w śpiwór w samochodzie i poszłam spać. Była prawie czwarta rano, o dziewiątej grupa miała pojawić się na mecie.



A potem przelot do Zakopca, gdzie oczywiście okazało się, że 12.30 to zdecydowanie za późno na pożyczenie sprzętu skiturowego. Do wypożyczalni postanowiliśmy wrócić późnym popołudniem, gdy ludzie zaczną oddawać narty, a sami wybraliśmy się na wycieczkę Doliną Strążyską i Białego.
Przypomnijcie mi następnym razem, że zimą w Tarach, nawet na łatwych drogach to jednak raczki są wskazane :)) Powrót był też zabawny, gdy okazało się, że z górki nogi jakoś same przechodzą do biegania i nawet buty trekkingowe za bardzo nie przeszkadzają :) Tylko ci ludzie z rakami na nogach dziwnie się na nas patrzyli... ;)



Popołudniowa wizyta wypożyczalni okazała się szczęśliwa, znalazła się para butów w pasującym rozmiarze i narty.



W niedzielę wystartowaliśmy z okolic Nosala, mając w planie dojść na Halę Gąsienicową, z przerwą w Murowańcu, a potem podejść na Kasprowy Wierch i przez Kondratową zjechać do Kuźnic. Trochę namieszaliśmy przy Nosalu, bo nie znaleźliśmy szlaku narciarskiego i wylądowaliśmy na szlaku turystycznym, który na tym fragmencie nie nadawał się do jazdy na nartach. Ten kawałek musieliśmy przejść na nogach, aż doszliśmy do nartostrady. A potem było...fajnie. Piękna zima dookoła i my szurający w całkiem dziarskim tempie. Mocno było widać, że ostatnie pół roku nie poszło na marne i forma wypracowana na bieganiu przydawała się teraz na nartach. Jedyne co zaczynało mnie coraz bardziej niepokoić to dyskomfort, który pojawił się w lewym bucie przy podbiciu. Ten dyskomfort w miarę przebytych kilometrów zamieniał się w pewność, że właśnie mocno pracuję na pęcherz w tym miejscu. Zresztą do tego miejsca doszło później pieczenie w drugiej nodze w tym samym miejscu i przy małych palcach obu stóp i na pięcie prawej stopy...Nie przeszkadzało na razie mocno - ale nie wiedziałam co będzie dalej.





Po przerwie na jedzenie w Murowańcu i ponownym założeniu nart, wiedziałam, że nie jest już dobrze. Stopy zdecydowanie zaczynały protestować. Odrzuciłam propozycję podejścia nad Czarny Staw. Poprosiłam również o zjazd do Kuźnic najkrótszą drogą, przez Halę Goryczkową.
Podejście na Kasprowy było już okupione bólem. Moje tempo przez to również zmalało. Miałam nadzieję, że gdy przejdziemy w tryb zjeżdżania, nogi w bucie zostaną unieruchomione, nie będą się przesuwać i moje dolegliwości nie będą tak dokuczliwe. Tak też się stało na szczęście i do Kuźnic zjechałam bez przeszkód.

A potem w samochodzie zdjęłam skarpetki i zaczęłam oceniać szkody. Najbardziej w dupę dostała lewa stopa, właściwie moje podbicie to jeden wielki pęcherz :( Na szczęście do TGC jeszcze prawie dwa tygodnie, więc oklejona plastrami na pęcherze cierpliwie czekam aż się wszystko zagoi.

(edit: ten wpis powstaje na raty, więc niestety nie wszystko ładnie się goiło. Moja lewa stopa wymagała potraktowania maścią z antybiotykiem. Na szczęście teraz naprawdę wszystko się goi. Tak, tak wiem: jak można było coś takiego zrobić swoim stopom niemalże w przededniu zawodów? Cóż... widocznie u mnie zawsze muszą być jakieś atrakcje ;)

Podsumowanie skiturów?

Po pierwsze: łatwiej się wpina w wiązania do zjazdówek niż do nart skiturowych. W zjazdówkach prosta sprawa: wpychasz czubek buta, naciskasz piętą i już. A tu musiałam ustawić but tak, żeby po obu stronach weszły bolce w dedykowane otwory. But musiał być równo. Sprawy nie ułatwiał fakt, że był to styrany but z wypożyczalni i czubek miał mocno zjechany, przez co nie widziałam za bardzo gdzie są te otwory po bokach. A jak jeszcze przykleił się do nich śnieg- to już zupełnie nic nie widziałam. Kiedy już doszłam do jako takiej wprawy, okazało się, że wpięcie buta w narty ze zdjętymi fokami jest jeszcze trudniejsze :) Szczególnie, że nie miałam ski stoperów. Czyli jakakolwiek próba wykonania czegokolwiek przy narcie: przesunięcia buta, naciśnięcia, powodowała, że narta odjeżdżała. Ugh!
Po drugie: krótkie zjazdy pokonuje się w fokach i wiązaniach ustawionych do podchodzenia - czyli z wolną piętą. A to oznacza, że trzeba mocno pilnować, żeby obciążać tyły nart. Bo jak się za bardzo środek ciężkości przełoży na przód, to się bardzo ładnie fika do przodu i ryje nosem w śniegu. O czym oczywiście się przekonałam :))
Po trzecie: własne buty to podstawa. Takie dopasowane do stopy, w idealnym rozmiarze. I niekoniecznie gruba, narciarska skarpeta. Bo później może boleć. O czym również się przekonałam :) W czasie podchodzenia noga nie jest unieruchomiona, rusza się jednak w bucie, więc wszytko musi być idealne. Jednym słowem: zbieram na buty :), bo...
...po czwarte: spodobało mi się! Nigdy nie będę nie wiadomo jakim narciarzem, co to pomyka w dół ze żlebów. Ale turystyczno - rekreacyjne drept, drept - jak najbardziej tak!

Na razie zimę zostawiam za sobą i mentalnie przygotowuję się do innych temperatur.
Do Transgrancanarii został tydzień.

sobota, 3 lutego 2018

Wilcze Gronie

Wilcze Gronie
Czemu Wilcze Gronie? Bo chciałam wziąć udział w jakimś biegu górskim zimą. Bo odpowiadał mi termin - niecały miesiąc przed Gran Canarią. Bo dystans (15 kilometrów) w sam raz, żeby się zmachać, poczuć uroki górskiego biegania a jednocześnie nie zajechać. No i przy okazji mogłam sprawdzić co dało to zapierdzielanie przez ostatnie pół roku (rany: kiedy to minęło??)
I tak pojawiłam się w Rajczy, w Beskidzie Żywieckim. A razem ze mną rodzinka i kuuupa znajomych.
Co do tego ostatniego: bieganie i prowadzenie bloga spowodowało, że zawsze na jakimś biegu znajdzie się jakaś znajoma twarz. A nawet od czasu do czasu ktoś zagada:" wiesz, czytam twojego bloga" (chyba wtedy się rumienię ;). W Rajczy wysyp znajomych był niesamowity!

Pozowanie z Powerkami :)

Pozowanie z Pąpkinsami :)

Przy okazji na zdjęciach widać jaka była pogoda i warunki.
Łudziłam się, że w górach jednak będzie zima. Pamiętałam Icebug Winter Trail, gdzie bieganie dookoła Turbacza odbywało się w białej scenerii, śniegu było po kokardę. Ba, jeszcze miesiąc przed Wilczym Groniem na stronie orga można było podziwiać podobne białe fotki. Niestety, w tak zwanym międzyczasie przyszła odwilż. Ale zamiast być konsekwentna i to wszystko stopić do samej gleby, to wzięła i w połowie franca jedna się rozmyśliła.
Na dole było trochę zielono, trochę biało - ale to był taki przemrożony śnieg. I był lód.
Niestety, wyżej wcale nie było lepiej, o czym miałam się szybko i boleśnie przekonać :)

Początek to był asfalt. Na rozgrzanie, na rozpędzenie się, na rozciągnięcie stawki. A potem skręciliśmy w bok i zaczęło być pod górę. Oj, jak bardzo pod górę! A ta cała niezdecydowana odwilż spowodowała, że trasa była mieszaniną zlodowaciałego śniegu i lodu. Musiałam być czujna, bardzo czujna, bo buty łatwo traciły mi przyczepność. Pomimo tych trudności zauważyłam, że wyprzedzam! Miałam siłę podbiegać w wielu miejscach, gdzie ludzie już szli. A tam, gdzie i ja przechodziłam do marszu - też wyprzedzałam. Co prawda chwilami serce chciało mi wyskoczyć z piersi, ale było dobrze :) A jak już wyprzedziłam dwie dziewczyny - to już w ogóle plus dziesięć do samopoczucia.
Niestety - po każdym podbiegu musi nastąpić zbieg, a ten ze zboczy Suchej Góry był z tych stromszych. A ja musiałam szybciutko zweryfikować swoje przeświadczenie, że potrafię zbiegać ;)
Owszem, może i potrafię. Ale nie w takich warunkach i nie w tych butach. Stromy zbieg po lodzie, wyślizganym śniegu, kamieniach, śniegu wymieszanym z sypkim piachem. Buty robiły co chciały, co i rusz traciłam równowagę. Niestety w takich warunkach każdy milimetr bieżnika miał znaczenie. A z mojego z połowa już ubyła. Nie mówiąc już o kolcach: ci którzy na tym biegu mieli kolce, albo nakładki na buty - mieli szczęście. Doszedł jeszcze strach. Że na niecały miesiąc przed głównym startem sezonu, przed najważniejszym startem mojego dotychczasowego biegowego życia, rozmaślę się gdzieś skutecznie.
Więc na potęgę byłam wyprzedzana. Przez dziewczyny, które wcześniej wyprzedzałam pod górę również. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że tym samym właśnie tracę trzecie miejsce :)
Krótki odcinek asfaltem i znów na szlak, pod górę. Tym razem było o wiele łagodniej i zgodnie z opisem organizatora rzeczywiście dałoby się większość tego podbiec. Oczywiście pod warunkiem, że nie byłoby lodu. A był on chwilami nawet w miejscach, gdzie nie było śniegu. Cienką warstewką powlekał kamienie, korzenie czyhając na nieostrożnych śmiałków. Wybierałam często maszerowanie, bo miałam wtedy większą kontrolę nad podłożem. I znów zaczęłam wyprzedzanie :) Udało mi się dogonić jedną z dziewczyn, biegnącą z kijkami.
Niestety moja radość trwała do momentu, gdy trasa zaczęła prowadzić w dół. Znów toczyłam walkę z grawitacją. Starałam znaleźć się jakiś złoty środek, sposób, żeby przechytrzyć te wyślizgi. Niestety, w którymś momencie usłyszałam za plecami znajome postukiwanie kijków.
Podejrzewałam, że jest pozamiatane, ale postanowiłam tanio skóry nie oddać. Na ostatnim odcinku pod górę, ruszyłam biegiem i nie przechodziłam do marszu ani przez moment. Chyba nawet dojechałam z tętnem w okolice mojego maxa :).
A potem zobaczyłam rynnę, którą musieliśmy zbiec w kierunku stoku narciarskiego, na końcu którego była meta...Niestety, co w sumie było do przewidzenia, nie udało mi się wybiec z niej przed dziewczyną z kijkami.  Jeszcze tylko w dół stoku, piątka z dzieckiem nr 2 i rura w dół, bo dopingujący przed samą metą Pąpkinsi zaczęli się drzeć "uciekaj!" :).




fot. Smashing Pąpkins
Mistrzunio drugiego planu, dziecko nr 1 leci za mną z moją kurtką :)

fot. Smashing Pąpkins

Dobiegłam jako piąta baba z czasem 1:40:16. Różnica czasowa pomiędzy mną, a dziewczynami, z którymi tasowałam się na trasie była niewielka, niecała minuta. One jednak zdecydowanie lepiej radziły sobie w dół, a jak głosi stare indiańskie przysłowie "ultra wygrywa się na zbiegach". Tak, wiem: to nie było ultra. Ale ta zasada na krótszych biegach też działa.

Podsumowanie?
Fajny, klimatyczny bieg. Podejście numer jeden dające ostro popalić. Strome zbiegi. Jak się trafi na takie warunki, jak w tym roku - to jest...ciekawie :)
Czułam moc na podejściach! To fajne uczucie, kiedy widać efekty tych wszystkich treningów.
No i muszę rozejrzeć się za nowymi butami na trudne warunki. Moje speedcrossy powoli zmierzają ku biegowej emeryturze.

Do Transgrancanarii zostały niecałe 3 tygodnie...

środa, 24 stycznia 2018

Na dobry początek roku: Chomiczówka i test wydolnościowy

Na dobry początek roku: Chomiczówka i test wydolnościowy
Tak, znów będę opędzlowywać dwie kwestie w jednym wpisie :) Po pierwsze nie uważam, żeby test wydolnościowy zasługiwał na osobną notkę. Nie mam zamiaru rozwodzić się nad cyferkami i popełniać nie wiadomo jakiej analizy, bo cyferki te, nie oszukujmy się, interesują głownie mnie, Piotrka - trenera i pewnie mojego męża :). Po drugie: czas matki czworga dziatek cenny jest niezwykle, więc nie będę się rozdrabniać, o!

Samo badanie wydolnościowe wyszło raczej pozytywnie. W porównaniu z badaniami z roku 2014 wszystkie strefy, progi przebiegają przy mniej więcej takim samym tętnie. Tylko przy innych prędkościach:) Jednym słowem: biegam szybciej. Zwiększyło mi się ciutkę VO2max, zwiększyła wentylacja płuc, zmniejszyło tętno maksymalne. To wszystko świadczy o tym, że się dobrze dzieje :)
Gorzej się dzieje jeśli chodzi o koszt fizjologiczny biegu, bo ten w porównaniu z poprzednim badaniem wyszedł o wiele wyższy. Główną tego przyczyną jest moja waga, wyższa niż w roku 2014. Owszem, udało mi się zrzucić to moje 18 czy 19 ciążowych kilogramów, ale w momencie zajścia w ciążę ważyłam ciut więcej niż zazwyczaj. Przyznam się, że ten fakt jakoś do tej pory nie zaprzątał mojej głowy. Cieszyłam się, że udało mi się zrzucić kilogramy ciążowe i że mieszczę się w moje ciuchy biegowe.
Skład moich cielesnych powłok już mną z lekka tapnął. Bo tu, czarno na białym wyszło, że przybyło mi sadła, oj przybyło. Mogę tylko podejrzewać, że 8 miesięcy z haczkiem hodowania nowego człowieka i co za tym idzie, przerwa w bieganiu, miały na to niebagatelny wpływ. Nie mogę jednak w nieskończoność zakrywać się ciążą, od której minął już ponad rok. Na wszelki wypadek chcę zrobić badania krwi, żeby sprawdzić czy to, że zwiększona ilość treningów nie wpłynęła na spadek wagi to tylko efekt moich błędów żywieniowych, czy też gdzieś w organizmie została zakłócona jakaś równowaga, na przykład hormonalna. W każdym razie muszę temat powoli ogarnąć. Jak sobie pomyślę, co by się mogło treningowo zadziać, gdybym trochę tego tłuszczu zamieniła na mięśnie, skoro teraz, z tym co mam, biegam szybciej niż przed ciążą...(tu wyobraźcie sobie moją rozmarzoną minę ;)
Zmieńmy jednak temat, nie ma nic bardziej wkurzającego, niż kobita non stop kolor zastanawiająca się nad tym, czy jest gruba ;) No chyba, że jest to Kabaret Hrabi :) (poszukajcie skeczu "Tytanik").

Chomiczówka. Bieg z tradycjami, tegoroczna impreza była trzydziestą piatą. Piętnaście kilometrów to już kawałek wytrzymałościowego biegania - i dlatego za zgodą Trenera wzięłam i się zapisałam, traktując ten bieg jako mocny trening.
W tym roku troszeczkę zmodyfikowano trasę, wydłużono pętlę i biegacze mieli do pokonania dwa, a nie trzy okrążenia. Z jednej strony dobrze, z drugiej strony pojawiły się nielubiane przeze mnie agrafki, które wybijają jednak z rytmu.
Założeń nie dostałam żadnych, a sama, chyba trochę zmęczona tym ciągłym bieganiem pod linijkę, pilnowaniem tętna (bo biegam głównie na tętno), pomyślałam, że walę rachuby, zastanawianie się, kalkulacje i założenia. Lecę na czuja i zobaczymy czym to się skończy. Jedyne co stwierdziłam, że fajnie, żeby mi wyszło, to w miarę równe tempo przez cały dystans.
Jak powiedziałam - tak zrobiłam i przez całe piętnaście kilometrów ani razu nie zerknęłam na zegarek.
Do dziewiątego kilometra leciało mi się dobrze i miałam wrażenie, że całkiem szybko. Nawet przez moment podjarałam się, że wyprzedziłam koleżankę Kasię - Rakietę, ale Kasia miała ten bieg przebiec z narastającą prędkością, więc jak przyspieszyła - to tyle ją widziałam :)
Po dziewiątym kilometrze coś się popsuło i zaczęłam zaliczać mały kryzys. Starałam się przebierać nogami, ale czułam, że musiałam zwolnić. Udało mi się pozbierać jakoś w okolicach trzynastego kilometra i całkiem raźno do mety dobiegłam. Nic więcej chyba bym z siebie nie wydusiła, bo na ostatnich kilkuset metrach czułam się jak na końcówce testu wydolnościowego :)
Czas 1:10:14 bardzo mnie ucieszył, tym bardziej, że był sporo lepszy od tego, który uzyskałam w 2015 roku. Znaczy - życiówkę nabiegałam.

fot:www.maratonczyk.pl


Na start przybyłam na własnych nogach, truchtając (mieszkam w sumie dość niedaleko) i w taki sam sposób miałam zamiar wrócić. Trzeba było zwolnić babcię z opieki nad młodszymi wnukami, żeby zdążyła na Polski Bus i przygotować się do odbioru z zimowiska starszaków (mąż w tym czasie szlajał się na Spartan Race w Czechach). Jeszcze łyk gorącej herbaty na mecie, jeszcze słówko ze znajomym i właściwie chciałam ruszać, ale postanowiłam zerknąć jeszcze w telefon czy przyszedł sms z oficjalnym czasem.
Przyszedł, a ja zaliczyłam opad szczęki i z takim właśnie opadem, wpatrującą się w informację, że K40-3, zastała mnie Ania, która pomogła mi się ogarnąć mentalnie, wyśmiawszy serdecznie moje "ale ja nie mam żadnego stroju", pokazać którędy na dekorację. Jednym słowem zaopiekowała się niczego nie spodziewającą się sierotą :)
Dekoracje na szczęście odbywały się w ciepełku, w pobliskiej szkole podstawowej, więc zdążyłam jako tako podsuszyć ubranie, które miałam na sobie i ogarnąć lekkie dygotki z zimna. Po to, żeby okazało się, że cała impreza jest na sali gimnastycznej, w której otwarte było co drugie okno, aaaaaa.
Dałam jednak radę, nawet rozebrałam się do krótkiego rękawka, żeby pokazać koszulkę - bo biegłam pod egidą Power Training :)

fot: www.maratonczyk.pl


A potem rura do domu, bo Polski Bus i dzieciaki. Na odbiór których lekko się spóźniłam zresztą - ale opiekująca się trenerka została o tym uprzedzona.

Cóż - myślę, że to był całkiem sympatyczny początek sezonu, z lekkim przytupem weszłam w nową dla mnie kategorię wiekową:) Jeszcze tylko w weekend Wilcze Gronie i mogę już na serio zacząć trząść portkami.
Do Transgrancanarii zostały CZTERY tygodnie!!!!


piątek, 29 grudnia 2017

Podsumowujący wpis wszystkomający

Podsumowujący wpis wszystkomający
Skandalicznie nie mogę się zebrać do naskrobania czegoś na blogu. Mamy koniec grudnia, biegający blogerzy (a może blogujący biegacze?) powoli umieszczają roczne podsumowania, dzielą się przyszłorocznymi planami (tak, Ava - to o Tobie mowa;)). A ja? A mnie nad głową dalej wisi dawno już zapomniany październikowy Harpuś, o grudniowych podsumowaniach już nie mówiąc.
Ponieważ doba dalej ma tylko 24 godziny, a u mnie czasu coraz mniej: bo dzieci, bo treningi, bo życie - więc ten wpis będzie wszystko mający. Przelecę i przez tego nieszczęsnego Harpusia, wspomnę jeszcze o moich obitych kolanach, spróbuję podsumować mijający rok i trochę zdradzić jakie są plany na następny.
To lecimy.

Harpuś przewijał się już przez ten blog kilkukrotnie i pewnie będzie przewijał, aż w końcu mój mąż zdobędzie upragniony tytuł Harpagana na trasie TM150. Pod tym tajemniczym skrótem kryje się 50 kilometrów pieszo i setka na rowerze. Wszystko na orientację. Żeby zdobyć ten tytuł trzeba w wyznaczonym limicie czasu zameldować się na wszystkich punktach kontrolnych. No i oczywiście dotrzeć do mety. Pomimo trzykrotnych prób zawsze coś mieszało szyki memu małżonkowi. Ale każdy taki start to coraz większe doświadczenie - więc na pewno w końcu wróci z Harpagana z upragnionym tytułem.
Tradycyjnie, gdy mój mąż zwiedza wszerz i wzdłuż Kaszuby - ja z dzieciakami szlajam się na najkrótszej, 10 km trasie. Znaczy dziesięć kilometrów to ona ma przy założeniu, że idzie się do punktów jak po sznurku, zgodnie z założeniami budowniczego. A to nigdy nam się nie udało :) Zawsze 3-4 kilometry dostajemy w gratisie.

Październikowy start był o tyle wyjątkowy, że żadne dziecko nie marudziło na hasło "jedziemy na Harpusia". W ubiegłych latach było z tym różnie. A to nr 3 jęczał, że to jest męczące i go będą boleć nogi. A to nr 1 w ogóle odmówił wyjazdu wybierając urodziny kolegi. A to nr 2 strzelał przez pół trasy focha, bo wolał zostać u znajomych i skakać na trampolinie. A teraz cała trójka nie mogła doczekać się imprezy.  Myślę, że trochę wpłynęła na to edycja wiosenna, gdy przez dość trudną trasę i dużą grupę, którą się poruszaliśmy (trójka dorosłych i dziewięcioro dzieci (!) z czego dwójka w wózkach i mocno cycowa), nie zmieścilismy się w limicie. Moje chłopaki chcieli zmyć tą zniewagę :)

I co?
I matka dzień przed Harpem wychodzi zrobić zadane dwanaście podbiegów i pięć minut po wyjściu z domu, rozgrzewając się jeszcze na osiedlowej drodze, zalicza taką glebę, że przestawia sobie rzepkę w prawym kolanie (o rzepce dowiedziałam się z dobre dwa tygodnie później, kiedy delikatnie kopnięta w tyłek przez Trenera, pokazałam się fizjoterapeutce). Matka zrobiła jeszcze jedną głupotę (na swoje usprawiedliwienie może mieć tylko adrenalinę, którą organizm wyrzucił w krwiobieg po upadku i znieczulił). Matka poszła robić te dwanaście podbiegów. Dopiero w trakcie truchtania schładzającego zaczęła czuć jak mocny był to upadek i trening przerwała.

A potem kolano spuchło a ja zaczęłam mieć kłopoty z chodzeniem. I zrobiło mi się słabo. I to bynajmniej nie z tego powodu, że za dziewięć dni miałam biec maraton. Zaczęłam się zastanawiać co ja powiem dzieciom, jeśli następnego dnia rano okaże się, że nie jestem w stanie przejść z nimi tych dziecięciu kilometrów...
W ruch poszły środki przeciwbólowe, maść przeciwobrzękowa, okłady i oszczędzanie (rychło w czas...). Na szczęście te wszystkie zabiegi pomogły na tyle, że uznałam, że Harpusia nie odpuścimy.
Ominę perypetie związane z odbiorem numerów startowych. Nie wiem czy to było moje gapiostwo czy niefortunne oznaczenie organizatorów - ale ustawiliśmy się nie w tym pokoju w kolejce, żeby dopełnić formalności. Błąd został zauważony i wszystko skończyło się szczęśliwie - ale po odbiór map odmeldowaliśmy się spóźnieni i ruszyliśmy jako ostatni.
Powiem szczerze, że byłam w lekkim szoku, bo żaden z chłopaków ani razu nie zajęczał, że długo, że nie ma siły. Nikt nie chciał zatrzymywać się na herbatki, kanapki - jak nie oni. Cały czas najważniejsze dla nich było to, żeby tym razem zmieścić się w limicie. I udało się :) A Kaszuby jak zwykle zachwyciły swoimi lasami i zagubionymi w nich jeziorkami.





Kolano zostało naprawione (nawet idąc za ciosem dałam się jeszcze obejrzeć na wszelki ortopedzie, który na szczęście nic poważnego nie znalazł) a ja mogłam z westchnieniem ulgi wrócić do mojego Planu. Moje szczęście nie trwało długo, bo jakoś w okolicach połowy listopada coś zaczęło się dziać na moim lewym boku. Coś, co przez ładnych parę dni brałam za otarcia od stanika. Dwa zaczerwienienia, które od czasu do czasu szczypały, kłuły i piekły. Czerwona lampka zaświeciła mi się dopiero wtedy, gdy stwierdziłam, że zmiany zaczynają wyglądać podobnie jak Tiborowe tzw. zimno, które od czasu do czasu wyskakuje mu na czole i przy ustach. Zimno to wirus herpes. Herpes to też ospa...
Potwierdzenie przez dermatolog półpaśca było tylko formalnością.
I znów zaciągnięty ręczny. I odpuszczony start w zawodach na Moczydle. Na moim Moczydle, tyle razy dreptanym w górę i dół. Priorytet to jednak Transgrancanaria.

No właśnie. Transgrancanaria. Dalej mnie zdumiewa, że z truchtanych dwa, trzy razy w tygodniu 20-25 kilometrów tygodniowo, doszłam na koniec roku do sześciu treningów i 60- 70 km tygodniowo. Plus jeszcze zajęcia ze sztangami.

Cały 2017 rok był moim powrotem do biegania po urodzeniu dziecka. Nie nastawiałam się na nic. Nie wiedziałam na ile będę w stanie się zorganizować, na ile pozwoli mi Matylda. Jak moje ciało będzie reagować - bo przecież cały czas dochodziłam do siebie po ciąży i czwartej cesarce. No i waga. Przez część roku biegałam z dodatkowymi kilogramami, które na szczęście powoli, powoli znikały.


Zdjęcie z prawej zostało zrobione w marcu, zdjęcie z lewej: pod koniec września


Zaczynałam ten rok od truchtania kółek dookoła bloku, od wyszukiwania w szafie ciuchów biegowych, w które po prostu zmieszczą się moje mleczne cycki i nadprogramowe kilogramy. Ciesząc się każdym przebiegniętym kilometrem i... tak, frustrując się czasami totalnym brakiem formy.
A kończę ten rok  wpatrując się w medale z dwóch piątek, jednej dychy, jednego biegu na 17 km, dwóch półmaratonów, jednego maratonu, dwóch górskich trzydziestek i jednego 53 km ultra.
W styczniu nie przypuszczałam, że grudzień tak się zakończy. Że będę biegać więcej i chyba szybciej niż przed ciążą. Ba, w życiu bym nie przypuszczała, że zakończę go z opieką trenerską :) Ileż to razy, nawet tu, na blogu, zarzekałam się, że ja i jakieś bardziej usystematyzowane bieganie, cyferki, plany, trener -  to nie ten adres.

Biegowo ten rok kończy się bardzo sympatycznie. Doba nie jest jednak z gumy i nie ukrywam, że i ja i mąż nie wyrabiamy się ze wszystkim. Staramy się nasze treningi wplatać w życie tak, żeby dzieciaki nie odczuwały tego za bardzo. Pamiętam swój wpis ciążowy - że przynajmniej będę mogła więcej czasu poświęcić rodzinie. Bo nie oszukujmy się: treningi są czasochłonne. Mam nadzieję, że udało nam się po prostu bardziej spiąć poślady, lepiej zorganizować i że dzieciaki nie będą nam kiedyś za bardzo wypominać, że nie zawsze obiad był na czas, bo mama zamiast stać przy garach właśnie biegała, a tata odmówił grania w planszówkę, bo przez trening musiał nadgonić przy komputerze pracowe sprawy. Staramy się im w miarę możliwości  i rozsądku wynagradzać to nasze zaangażowanie w bieganie. Mam nadzieję, że nam to wychodzi.
Być może to podsumowanie powinno być bardziej optymistyczne, a nie takie z wątpliwościami. Ale takie jest życie :)

A plany na przyszły rok? Wiecie, że są takie? Serio :)

Plan numer jeden, to oczywiście Kanary. Bardzo chciałabym, żeby dzień moich czterdziestych urodzin minął z przytupem i żeby udało mi się przekroczyć linię mety. Najlepiej w ciągu doby. Ale będę przeszczęśliwa z zostania finiszerem w ogóle. Oczywiście im bliżej lutego, tym bardziej trzęsę portkami (OSIEM tygodni, aaaaaaaa)
Przed Transgrancanarią są zaplanowane jeszcze dwa starty, które traktuję treningowo: po sąsiedzku Chomiczówka, tym razem główny dystans, 15 km. A pod koniec stycznia Wilcze Gronie w Beskidzie Żywieckim: krótko, treściwie i pod górę.

Po Kanarach mieliśmy kilka pomysłów. Zastanawialiśmy się nad różnymi biegami górskimi. Po przeczytaniu jednak relacji  Krzyśka Dołęgowskiego, zaciągnęłam ręczny. Zaczęłam się bać, że zbyt wczesne rzucenie się na biegi ultra po tak ogromnym wysiłku jakim będzie pokonanie 126 kilometrów, może zaowocować kontuzjami. Z tego samego powodu wiosenny maraton będziemy biec w możliwie najpóźniejszym terminie jaki udało nam się znaleźć: w maju w Kopnehadze. Nie ukrywam, że po raz pierwszy mam wizję na królewski dystans: złamać 3:30. Strach trochę wyjawiać takie plany. Ostatni raz, gdy zapisywałam się na maraton z myślą o łamaniu trzech i pół godziny, okazało się, że jestem w ciąży ;) Co ma być - to będzie. Jak się nie uda - to będę próbować innym razem :)

Chciałabym w 2018  wrócić do biegów AR. Pierwszy pewny start zaplanowany jest na marzec. Jest tylko jeden szkopuł: muszę do tego czasu nauczyć jeździć się na rolkach....
Mam nadzieję, że moje drugie spotkanie z Adventure Race będzie w czerwcu.
A potem.... A potem będzie jesień i  chciałabym po raz pierwszy zmierzyć się z najsłynniejszym błotem w Polsce, łemkowskim błotem.
Czy coś jeszcze wpadnie biegowego? Na pewno. Ale nie mogę mieć wszystkiego zaplanowanego od A do Z. Czułabym się jak nie ja :P

Na koniec w Nowym Roku życzę Wam, żebyście przede wszystkim czerpali radość z tego co lubicie robić - niezależnie do tego czy jest to bieganie czy coś zupełnie innego. Życzę pogody ducha, spokoju, optymizmu i samych życzliwych ludzi wokół.


niedziela, 26 listopada 2017

Bieg Niepodległości

Bieg Niepodległości
Zastanawiałam się czy w ogóle pisać relację z tego biegu. Po pierwsze dlatego, że dalej w kolejce na wenę twórczą czeka Harpuś z października. A po drugie: ile razy można pisać relację z biegu, który ma najnudniejszy track na świecie?? Pięć kilometrów ulicą Jana Pawła, nawrotka i drugie pięć kilometrów z powrotem. Koniec.
No ale to jednak nie jest zwykła dycha. To bieg, który dla wielu jest ukoronowaniem całego sezonu. To tu ludzie szykują się na bicie życiówek, to tu można wysłuchać z 15 tysięcy gardeł Mazurka Dąbrowskiego (ciary!), to tu można obejrzeć biało- czerwony pulsujący tłum (ciary także!).

Nie biegam dyszek zbyt często. Właściwie ostatni raz biegłam taki dystans dwa lata temu. I to też był Bieg Niepodległości. Moja życiówka na tym dystansie z jakimż wdzięcznym ogonkiem, 46:01, miała czteroletnią brodę i pochodziła również z Biegu Niepodległości.
Ale na bieg zapisywałam się bez żadnych strasznych oczekiwań. Znaczy, nie oszukujmy się, poprawienie tego ogonka byłoby bardzo miłe. Ale z powodu braku życiówki nie rwałabym włosów z głowy.

Byłam ciekawa co wymyśli twórca Planu (nic się nie zmieniło. Dalej "Plan" wychodzi mi tylko wielką literą ;) na widok wpisanych zawodów na 10 km. Wypadały równo dwa tygodnie po maratonie we Frankfurcie. Jak wpleść regenerację po czterdziestu dwóch kilometrach i jednocześnie rozruszać nogi przed o wiele krótszym i szybszym dystansem?
No i wymyślił takie fajne, szybkie interwały, że zaczęłam wierzyć, że to się jednak uda i jedenastego listopada poskładam to wszystko w jakiś fajny wynik. (Choć powiem Wam szczerze, że jak zajrzałam w statystyki mojej życiówkowej dychy i zobaczyłam, że żeby ją poprawić muszę pobiec szybciej niż 4:35 min/km, to zrobiło mi się słabo ;)

Dzień biegu nie był za ciepły. Rano nawet coś popadało, było dość wietrznie. Na szczęście nie wiało wzdłuż trasy (bo to by oznaczało biegnięcie połowy dystansu pod wiatr). Wielu biegaczy było ubranych na długo, ale ja postanowiłam się trochę bardziej wyletnić :) Co prawda na rozgrzewce prawie szczękałam zębami - ale w trakcie biegu było mi w sam raz.

Ustawiłam się zgodnie z przypisaną mi strefą, blisko tablicy z napisem 45 minut. Po czym po starcie męłłam bardzo brzydkie słowa w ustach, próbując przeciskać się pomiędzy tabunami biegaczy, mającymi ewidentnie  kłopot z trafieniem do właściwej strefy.
Ja wszystko rozumiem: że zimno, że trzeba było sporo czekać, bo wypuszczenie w falach piętnastu tysięcy luda trochę trwa. Ale mimo wszystko oficjalnie bardzo, bardzo proszę: ludzie, ustawiajcie się w swoich strefach startowych a najlepiej zgodnie z aktualną formą. Biegacze, których mijałam przez pierwszy kilometr, truchtali w tempie o wiele, wiele wolniejszym niż zakładała strefa, z której ruszyli. Ba, na czwartym, piątym kilometrze mijałam ludzi, którzy już maszerowali.
Nie wiem, jakim cudem przy tych wszystkich mijankach, przeciskankach i skakaniu,  pierwszy kilometr wszedł mi w 4:37. Nastroiło mnie to optymistycznie. Byle to utrzymać, byle nie wolniej, byle wiatr nie przeszkodził, byle podbieg na wiadukt za bardzo nie zmasakrował.
Ale wszystko szło dobrze. Wiatr, owszem był, ale wiał poprzecznie. Dawał się odczuć w momentach przekraczania skrzyżowań, gdy atakował z boczku. Wiadukt nie był taki straszny. Tempo było jak dla mnie kosmiczne; na czwartym kilometrze zarejestrowałam 4:19!. Nawrotka w połowie i znów trochę nerwówki, bo wszyscy chcieli zawrócić po jak najmniejszym łuku, a zaraz potem pojawiły się stoły z wodą.



Na siódmym kilometrze miałam malutki kryzys - ale kryzysy przy tempie 4:26 to ja mogę mieć :) Po prostu poczułam zmęczenie dystansem. Nigdy wcześniej przecież  nie biegałam w takim tempie. A potem jakoś wzięłam się w garść. Byle jak najszybciej pokonać znów wiadukt, potem będzie z górki i rura! Dajesz, Aga, nie myśl, że jest ciężko i źle, zaraz będzie meta! Dziewiąty kilometr w kosmiczne jak dla mnie 4:13 i...nie utrzymałam takiego tempa. Ostatni kilometr, pomimo, że niesiona dopingiem męża i dzieciaków, zwolniłam lekko. Metę przekroczyłam po 44 minutach i pięćdziesięciu trzech sekundach.



Oczywiście, sama nie dałabym rady tak szybko przebierać nogami, zaowocował narzucony przez Piotra reżim treningowy.
Radość jest wielka, oczywiście.  Rok temu nie biegałam jeszcze po porodzie - a tu takim ładnym wynikiem zakończyłam ten sezon.
No właśnie: to wcale nie miał być ostatni bieg w tym roku. Zakończenie miało być na Moczydle, z którym wiązałam nadzieję na równie ładny bieg. Niestety, pomimo, że czułam się dobrze, gdzieś tam w środku musiało nastąpić jakieś tąpnięcie odporności (może po maratonie?) i uzewnętrzniło się pod postacią półpaśca :( Przymusowy zaciągnięty ręczny średnio mnie ucieszył, no ale co zrobić. Powoli wracam na biegowe ścieżki. Do Transgrancanarii zostało 12 tygodni...





poniedziałek, 30 października 2017

Frankfurt Maraton

Frankfurt Maraton
Skąd wziął się start we Frankfurcie? 
Na  ten maraton byłam zapisana rok temu. Ale w terminie startu byłam miesiąc po porodzie. Organizator nie przewidywał zwrotu gotówki za rezygnację, ale po okazaniu zaświadczenia lekarskiego umożliwiał zapisanie się rok później z bardzo dużą zniżką. Trochę żal było nie skorzystać, choć w dniu zapisów przebiegnięcie dystansu maratonu było dla mnie totalną abstrakcją. 
W ciągu następnych miesięcy wróciłam do formy na tyle, że dystans przestał przerażać. Nie robiłam żadnych założeń czasowych. Chciałam po prostu pokonać ten dystans biegiem. Miło byłoby, gdyby to był czas poniżej 4 godzin.
A potem wymyśliłam sobie Transgrancanarię jako urodzinowy prezent i rozpoczęłam treningi pod okiem trenera. Co prawda głównym założeniem było i jest przygotowanie się do górskiego ultra, ale Piotr wziął też pod uwagę Frankfurt i w planie pojawiły się również treningi maratońskie.
Treningi wyszły na tyle dobrze, że zaczęłam myśleć trochę śmielej. A może tak nie ograniczać się do wersji minimum (byle poniżej 4 godzin), a pomyśleć też o jakimś maksimum? Na przykład o biegu w tempie okołożyciówkowym? Był nawet moment, że zaczęłam się zastanawiać czy jestem w stanie pobiec na złamanie 3:30 (moja życiówka to 3:32), ale te rozważania zostały brutalnie przerwane na 9 dni przed biegiem, gdy rozkojarzywszy się podczas truchtania, runęłam jak długa waląc dłońmi i kolanami w tłuczeń, którym była utwardzona droga, po której biegłam. Krew się polała, a skutki tego upadku odczuwam w dalszym ciągu. 
Wizja walki o życiówkę rozwiała się szybciutko. Zaczęło się zastanawianie, czy moje potłuczone i obolałe kolana wytrzymają 42 kilometry biegu, 42 kilometry jednostajnego ruchu po twardej nawierzchni.
Do Fankfurtu przylecieliśmy późnym wieczorem w piątek z dziećmi nr 3 i 4. Na szczęście mamy tu dobrą znajomą, która z radością nas ugościła. Na szczęście znajoma mieszka bardzo blisko startu (nie wiem jaka to odległość, ale nie więcej niż 1,5 km).
Pakiet odebrałam w sobotę. Niemcy zadbali o to, żeby zwiedzający odwiedzili całe expo. W jednym miejscu dostaje się do ręki numer startowy i czip, w drugim worek z ulotkami i gadżetami, w trzecim odbiera się koszulkę. Czip wrzuciłam do torby i ...zapomniałam o nim.

Na start dotarłam truchtem. Dobrze mieć miejscówę w okolicy . Porozgrzewałam się, weszłam do strefy startowej. Zostało 10 minut do startu. I wtedy mój wzrok padł na buty innego biegacza. I zamontowany w nich czip.
Czip...
Kurwa!


W tempie ekspresowym wystrzeliłam ze strefy i pobiegłam w kierunku mieszkania znajomej, jednocześnie wyciągając telefon i próbując dodzwonić się do męża. Smaczku dodaje fakt, że nie do końca ogarniałam gdzie ona mieszka. Do mieszkania znajomej szłam dwa razy. Raz, po przylocie, w nocy i prowadził mój mąż, który znał drogę, bo był tu rok wcześniej biegnąc maraton. Drugi raz przy odbiorze pakietu - ale też uliczkami prowadził Tibor. Na start łatwo trafić, bo góruje nad nimcharakterystyczny wieżowiec. Ale powrót, nawet bliski, uliczkami, których się nie zna, w stresie? Dodatkowo Tibor nie dobierał komórki... Biegłam dalej próbując orientować się czy dobrze trzymam kierunek. Usiłuję znaleźć nr telefonu koleżanki - ale odkrywam, że nie mam go wbitego do telefonu. Znów próby połączenia z mężem. Chce mi się płakać. Czy ja nie mogę choć raz wystartować normalnie, bez przygód?? Ok. Załóżmy, że mąż telefonu nie odbierze. Nie znam numeru mieszkania! wiem, że piąte piętro. Nie pamiętam nazwiska koleżanki. Znaczy pamiętam, ale panieńskie. Kurde, nie wiem. Stanę przed oknami i będę się drzeć: Tiiiibooor!
Kolejna próba połączenia. Odbiera! Szybko tłumaczę gdzie jest czip, ustalamy gdzie ja jestem. Każe mi wracać w kierunku startu, dogoni mnie. 
Szybko wkładamy w sznurówki ten nieszczęsny czip i ruszam sprintem w kierunku startu. Jeszcze ostatni zakręt, słyszę jak konferansjer odlicza do startu. Wybiegam spomiędzy domów i widzę ruszających ludzi. Biegnę wzdłuż płotu oddzielającego biegaczy od kibiców szukając jakiegokolwiek wejścia do strefy. Tłum maratończyków truchta w jedną stronę, ja grzeję w drugą odprowadzana zdziwionymi spojrzeniami kibiców. Pal diabli miejsce, w którym stałam poprzednio. Nawet nie wiem gdzie ono teraz jest, bo ludzie się poruszają. Jest przerwa! Staję w strefie. Z tętnem 163. Oby to wszystko dłużej trwało. Oby dojście na linię startu było ma tyle długie, żeby tętno trochę opadło. Jedno jest pewne: jestem bardzo dobrze rozgrzana :)
Koło siebie zauważam balony na 3:29. Zachowuję na tyle rozsądku, że po przekroczeniu linii startu pozwalam im się oddalić. Nie, to nie jest dzień na walkę o życiówkę. Tętno trochę się uspokoiło. Ale czy na tyle, żebym ogarnęła właściwy bieg? Na razie biegnę starając się za bardzo nie ponieść tłumowi.
Dystans podzieliłam sobie w głowie na cztery dyszki. Zerkam na tętno (w górnej akceptowalnej granicy, ale nie rośnie), średnie tempo (ooo, niezłe. Jeśli zegarek nie rozjedzie mi się za bardzo z oznaczeniami trasy to nawet w okolicach życiówki). Początek biegu to runda przez city, pomiędzy wieżowcami. Niestety zegarek gubi zasięg gps, co powoduje, że jednak jego wskazania rozjeżdżają się oznaczeniami na trasie. Średnie tempo z zegarka teoretycznie w skazuje, że biegnę poniżej 5 min/km, ale już po Berlinie wiem, że trzeba mieć spory zapas, żeby ze wskazań zegarka wybiegać na mecie czas o jakim się marzy. Już pierwszy międzyczas na piątym kilometrze pokazuje, że oficjalnie biegnę wolniej. Każdy następny coraz bardziej oddala mnie od 3:30, ale nie przejmuję się tym. Do życiówki musi się dobrze ułożyć wszystko, totalnie wszystko. A ja już na dzień dobry miałam tyle przygód, że cud prawdziwy, że udaje mi się utrzymać takie tempo w jakim biegnę. Staram się je utrzymać, z niepokojem obserwując podmuchy wiatru. Niestety od 15 kilometra biegniemy pod wiatr. Wybiegamy na obrzeża miasta. Nie ma budynków, który by osłaniały od silnych podmuchów. Biegacze też już się rozciągnęli. Nie udaje mi się na dłużej trafić na plecy, za którymi mogłabym się schować. Walczę z wiatrem sama, nie mogąc się doczekać 28 kilometra. Tam trasa zawraca i wiatr będzie pomagał. Niestety ten fragment mocno nadweręża moje siły. Równo od 30 kilometra zaczynam zwalniać. Nie walczę z tym za bardzo. Wiem, że jeśli uprę się na próby utrzymania poprzedniego tempa na siłę, skończy się to po prostu jakąś mega ścianą. Skupiam się, żeby nawet tym wolniejszym tempem cały czas biec. Jestem już zmęczona. Prawe kolano zaczyna mocniej pobolewać. Czuję, że coś mnie ciągnie w pośladku. Czuję jakieś dziwne mięśnie u dołu pleców. Na szczęście znów zaczynamy wbiegać do centrum. A tam szaleństo kibiców. Chwilami biegnie się w takim szpalerze ludzi, przy takim dopingu, że ciary chodzą po plecach. Trzydziesty piąty kilometr. no, Aga. Jeszcze tylko piątka i dwa kiloski. Zrobisz to! Kilometry wloką się niemiłosiernie. Czuję, że ciągnę naprawdę ostatkiem sił. Jaka szkoda, że już nie mam żadnego żelu. Czemu wzięłam tylko trzy Humy?? Sytuację ratuje cola na ostatnich punktach. 
Trzydziesty ósmy, trzydziesty dziewiąty kilometr. Znów jakieś podmuchy wiatru nie w tą stronę dają popalić zmęczonym nogom. Pojawia się też fragment z kostką brukową. Czterdziesty kilometr. W 5.19. Najwolniej. Czas na zegarku 3:24 z jakimiś groszami. no, Aga. Ostatni wysiłek. Spróbuj dotrzeć na metę w 10 minut! Dasz radę! 
Staram się przyspieszyć, nie patrzę się już na zegarek. Jak zbawienia wypatruję ostatnich oznaczeń kilometrów. Wreszcie widzę z daleka bramę spod której startowałam. Skupiam się na biegu. Słyszę wołanie Tibora, który mnie wypatrzył. Ostatni zakręt i wbiegam do hali. Dywan. Chyba niebieski? Ciemno, niebieskie światła, jasno oświetlona brama mety. A dookoła tłum ludzi. Z bananem na twarzy wbiegam na metę. 3:35:14. Jak na rok po porodzie, jak na brak typowego treningu pod maraton, jak na te wszystkie przygody - wow!

A potem nie mogłam wydostać się z terenu hali. Droga dla biegaczy przez odbiór medali, picie, jedzenie wyprowadzała na drugą stronę budynku. Tibor czekał po przeciwnej. Nawet udało mi się wyjść na dobrą stronę. Niestety oddzielało nas dwumetrowe ogrodzenie oddzielające końcówkę trasy.
Nie wiem ile błąkałam się w budynku wśród tłumu starając się  na wszystkie możliwe spisoby, żeby znaleźć się i po dobrej stronie budynku i po właściwej strony trasy. W końcu udaje mi się.
Tibor się ze mnie śmiał. Ale przestał, gdy koleżanka wydała go, że rok temu miał podobnie i przełaził w poprzek trasy. Podobno płot był niższy :)



Reasumując. Bardzo fajny bieg, ładna trasa, raczej płaska, choć sporo zakrętów na początku i końcówce. Finisz - nie wiem czy nie najpiękniejszy z tych maratonów, które biegłam, naprawdę robiący duże wrażenie.
Czip. Pamiętajcie o czipach. Regułą raczej jest, że do pomiaru czasu wystarczy numer startowy (stąd ta moja wtopa). Tym łatwiej o nim zapomnieć, że dostaje się go do ręki luzem, bez żadnej koperty, bez torebki.
Nie wiem czy ktoś zwrócił  uwagę  na nietypowy czas na wspomnianych przeze mnie balonach zająca: 3:29. Wszystkie takie były. 3:44 a nie 3:45, na przykład. W sumie to logiczne. Ludzie raczej chcą złamać takie 3:30 niż pobiec na taki czas.


Teraz parę dni odpoczynku i wracam do roboty. Do Transgrancanarii zostało 16 tygodni...


niedziela, 24 września 2017

GUR

GUR
W Górach Stołowych miałam się pojawić, owszem, ale w lipcu. Ze startu w Maratonie Gór Stołowych zrezygnowałam ze względu na ból nogi. Gdzieś tam sobie myślałam, żeby zapisać się na jesień na Garminową imprezę, ale jak w końcu zerknęłam na ich stronę, to wpisowe wzrosło już na tyle, że obudziło mi węża w kieszeni :) Trudno - myślałam. Widocznie nie dane mi było. Może za rok.
Okazało się, że ze startu z przyczyn zdrowotnych musi zrezygnować koleżanka, Hania. Nie namyślałam się długo i pakiet przejęłam. Przejęłam i...tradycyjnie wyrzuciłam z głowy, że czeka mnie jakieś ultra.
Obudziłam się z lekka z miesiąc wcześniej, gdy zaczęłam szukać noclegu. Trochę bardziej orzeźwiła mnie Ewa, moja rzeźnicka partnerka, również startująca,  która zaczęła zadawać cała masę pytań. Czy widziałam na stronie organizatora jakie warunki panują. Yyyyyy - wrzesień, nowa szkoła, zebrania, zakupy - nie miałam nawet polubionego fanpage'a orgów. Będzie błoto, dużo błota.
Czy zabrałam ze sobą stuptuty. Yyyyyyy. Ja w ogóle nie mam stuptutów (tu nastała lekka cisza w słuchawce). No, nie mam. Bo myśl o tym, że takie coś właściwie by mi się przydało dopadała mnie na przykład, gdy brnęłam w śniegu do połowy łydki na Rajdzie Czterech Żywiołów. A potem człowiek wracał do domu i zapominał.

I jeszcze tu zrobię taką małą dygresję, że doprawdy nie wiem jakim cudem ja, pani chaos i prowizorka i Ewa - poukładana i zaplanowana, nie tylko nie pozabijałyśmy się biegnąć Rzeźnika, ale śmiem zaryzykować, że stanowiłyśmy całkiem zgrany zespół :)

Wróćmy jednak w Góry Stołowe. Ogarnęłam temat na tyle, że przyjęłam do wiadomości warunki pogodowe. Ogarnęłam (ledwo i prowizorycznie) temat żeli energetycznych i zerknęłam na profil trasy.
A potem jednak zaczęłam się bać. Bo Matylda i jak ona zniesie w sumie najdłuższy  beze mnie czas od swoich narodzin. A jeśli trzeba będzie ją nakarmić w trakcie i się jakoś nie zgramy ze spotkaniem na punkcie? A jeśli umrę, zdechnę gdzieś na trasie i ta rozłąka potrwa o wiele dłużej? Nie wiedziałam jakim terenem dokładnie poprowadzona jest ta trasa. Znany mi sprzed paru lat Maraton Gór Stołowych miał sporo fragmentów dość trudnych technicznie. I co z tego, że teraz mam ciut większe doświadczenie, jak przygotowanie pod przebiegnięcie 53 kilometrów raczej mizerne? Jestem rok po porodzie i do tej pory nie udało mi się wprowadzić do mojego truchtania żadnych długich wybiegań. Tyle co starty w zawodach. Dwa razy 30 kilometrów w maju i sierpniu, no i dwa półmaratony: w marcu i na początku września. Tak w sumie to trochę śmiech na sali, nie?
Mój stres powiększyło dziecię nr 4 odmawiając rano mojego mleka. Na nic moje przekonywanie, że nie wie co czyni, bo matkę jak dobrze pójdzie zobaczy po jakiś siedmiu godzinach. Nie i już.


fot. Tibor


Ruszyłyśmy z Ewa razem, ale po jakimś kilometrze czy dwóch, nie chcąc jej spowalniać, powiedziałam, żeby nie patrzyła się na mnie tylko leciała swoje. Życzyłyśmy sobie powodzenia, do zobaczenia na mecie, Ewa ruszyła i....okazało się, że trzymając swoje tempo jestem cały czas za nią! Czasem to było kilka, czasem kilkadziesiąt metrów - ale generalnie prawie przez cały czas widziałam przed sobą plecy Avy.
Nie mniej zdziwiony był Tibor, który czekał na nas na pierwszym punkcie na siódmym kilometrze. Pozagrzewał Ewę do walki, po czym przeleciałam ja i zobaczyłam jak mąż robi wielkie oczy i duka "ojej! To Ty!". Nie wiedziałam czy mam go walnąć w łeb i strzelić focha, czy zacząć się śmiać widząc jak próbuje szybko wyciągnąć komórkę z kieszeni, żeby zrobić mi zdjęcie :)))

No dobra - ale to dopiero siódmy kilometr. Przede mną było jeszcze 46. Jeszcze tyle rzeczy się może zdarzyć.
Czas mijał i nic strasznego się nie działo. Biegło mi się dobrze. W pewnym momencie nawet wskoczyłam przed Ewę, która nie zauważyła w porę skręcającej trasy. Ja zdążyłam wyhamować i pobiec dobrze. Co prawda nie wierzyłam, że taki stan rzeczy utrzyma się długo - ale na razie dobrze się bawiłam i biegłam.
Ciekawie zrobiło się, gdy zbiegając przez jakąś łąkę ku drodze, kibicująca mi kobieta krzyknęła "brawo, piąta kobieta!"
Ooooo w mordę!. Piąta?? Ja, piąta?? O, ja pierniczę!
Tą pozycją poupajałam się jeszcze przez parę kilometrów. Wtedy dogoniła mnie Ewa, pochwaliła tempo i wyprzedziła. Wyprzedziła, ale...znów cały czas miałam ją w zasięgu wzroku. Na płaskim, szybsza, odskakiwała mi, ale na zbiegach nadrabiałam.
I tak sobie hasając przez lasy, łąki i błotko (rzeczywiście było go sporo), dogoniłyśmy dziewczynę przed nami. Kojarzyłam ją z początku biegu, gdy nas bez problemu wyprzedziła, ale teraz zdawała się mieć kryzys.
Fajnie, znów byłam piąta. Przyzwyczaiłam się do tej cyfry:) Szczególnie miło było mi zobaczyć potwierdzenie mojej pozycji od samego Marcina Świerca, który w kilku miejscach kibicował na trasie.




A potem wyleciawszy zza jakiegoś zakrętu zobaczyłam plecy następnej dziewczyny. Trzeciej dziewczyny. Powiem szczerze, że dreszcz emocji przeleciał mi wtedy po plecach. Kobieto - właśnie biegniesz swoje pierwsze pięćdziesiąt kilometrów od dwóch lat, pierwszy raz od porodu i właśnie ocierasz się o czołówkę kobiet! Nie myślałam o dogonieniu - już sam fakt, że kilkadziesiąt metrów przede mną biegnie trzecia kobiałka był dla mnie czymś fantastycznym.
Ewa natomiast poczuła wiatr w żagle. Poczaiła się, poczaiła i w którymś momencie zobaczyłam, że trzecia już nie jest trzecią, a moja rzeźnicka partnerka zaczęła znikać mi z oczu. Cóż.. taka kolej rzeczy.
Skupiłam się na dziewczynie przede mną. Skoro zaczęłam ją widzieć - to znaczy, że biegnę ciut szybciej od niej. Jest duża szansa, że jak dalej będę robić swoje, to ją w końcu dogonię. I rzeczywiście - powoli, powoli, ale dystans do nas się zmniejszał. Moje dobre samopoczucie zostało przerwane znów przez jakąś kibicującą panią, która tuż po tym jak ją minęłam krzyknęła "brawo, panie!". Ej, zaraz, zaraz. Ja ją minęłam a ona dopiero wtedy zaczęła kibicować? To oznaczało, że jest nas więcej niż dwie. Odwróciłam się. I rzeczywiście, całkiem blisko za mną zobaczyłam dziewczynę, którą jakiś czas temu wyprzedziłam. Niestety, nie wyglądała już jakby miała kryzys :) No, nie! Ale ja naprawdę już się przyzwyczaiłam do tego piątego miejsca:)
Usiłowałam spiąć pośladki i nie dać się. Wyszło mi z tego tyle, że wyprzedziłam kobietę przede mną i....znów zaczęłam doganiać Ewę. Tymczasem dziewczyna za mną bez żadnego problemu wciągnęła na jakimś podbiegu i mnie i Avę nosem i tyle ją widziałyśmy.
Zrównałam się z Ewą, która zaczęła się żalić na kryzys. To był - nie pamiętam dobrze - chyba 45 kilometr. Stwierdziłam w duchu, że skoro niby osobno a i tak prawie że razem robimy tę trasę, to może pobiegnę z nią i ją trochę popodtrzymuję na duchu, razem się popodtrzymujemy. I tak raz ja przodem, raz Ewcia przodem podążałyśmy w kierunku mety.
Wreszcie Pasterka i upragniona przeze mnie cola (picia w bukłaku miałam jak na lekarstwo i po prostu marzyłam o łyku coli). A potem ostatni, długi zbieg. Lubię zbiegi.

fot. maratomania

fot. maratomania

Odwracałam się, próbowałam zachęcać Ewę do wysiłku, ale zaczęła coś napomykać, żeby na nią nie czekać. Wreszcie ostatnie dwa i pół kilometra, niestety, asfaltu. Mały acz intensywny podbieg i już cały czas raczej w dół do mety. Tu Ewa już zdecydowanie stwierdziła, że mam lecieć sama, więc pobiegłam.
Trochę byłam zdezorientowana dystansem. Niby wiedziałam, że to już końcówka - ale zegarek właśnie pokazał mi 53 kilometr - a tu dookoła łąki, lasy i ani widu ani słychu mety. W dodatku w dalszym ciągu biegliśmy po czeskiej stronie.


fot. maratomania


Wreszcie zza drzew wiatr przyniósł echo odgłosów  z mety. Jeszcze tylko okrążyć zalew, sprint przez mostek i.... podbieg na metę. O, powiem Wam, że to iście szatański pomysł :)
Z bananem na ustach po 6 godzinach i 27 minutach jako czwarta kobieta melduję się na mecie. Ewa wpada kilkanaście sekund za mną.

fot. maratomania

Miejsca od 3 do 5. Wielka radość :) fot. maratomania

Nie mogłam - i dalej nie mogę - uwierzyć w to co się stało. Jak? Jakim cudem? Żadnej ściany, żadnego mega kryzysu,  Dużo biegłam jak na bieg górski, dobrze mi się zbiegało. Może moje ciało coś sobie przypomniało. Może pomogło to, że spodziewałam się trudniejszej trasy, więcej schodów, kamieni. Może przebiegnięcie półmaratonu na początku września zrobiło mi dobrze.  Nie wiem. Nikt chyba, włącznie z moim mężem, matko - przede wszystkim włącznie ze mną- nie spodziewał się, że pójdzie mi, kurczę, po prostu dobrze.
Oczywiście nie popadajmy w zbytni samozachwyt. Pierwsza kobieta pojawiła się na mecie półtorej godziny przede mną, druga ponad godzinę. Anna Kącka i Edyta Lewandowska to zdecydowanie inna liga.
Jeszcze trzeba było odczekać na jakże miły punkt programu - czyli dekoracje :) Ewa wskoczyła na najwyższe podium w swojej kategorii wiekowej. Ja w swojej teoretycznie byłam trzecia, ale organizatorzy przyjęli zasadę nie dublowania się nagród open i w kategoriach, więc pod nogami miałam ostatecznie jedynkę :) I jeszcze zgarnęłyśmy nagrody w kategorii blogerów.


fot. maratomania


A Matylda? Przeżyła. Sporo spała. Na mecie oczywiście zażądała cyca. Potem zrobiła się nieodkładalna do wózka. Cóż. Jej zbójeckie prawo. Szczególnie, gdy matka znika na kilka godzin, a potem pojawia się śmierdząca potem i upaprana błockiem :)

fot. Tibor


To nie był koniec atrakcji. Następnego dnia startował mój małżonek na krótszej, 24 kilometrowej trasie. I wybiegał ósme miejsce open i drugie w kategorii wiekowej. Sława i chwała!

Jakieś podsumowanie? Chyba już wszystko napisałam. Cieszę się jak cholera. To dobrze wróży na przyszłość, bo do Transgrancanarii zostało 21 tygodni.

Haniu,  obiecałam, że postaram się godnie przejąć Twój pakiet. Zrobiłam co mogłam:) Wracaj szybko na biegowe ścieżki.
Copyright © 2016 Matkabiega , Blogger