czwartek, 4 października 2018

40. Maraton Warszawski

40. Maraton Warszawski
Pozwolicie, że na początek zacytuję samą siebie?
"Już kiedyś pisałam: do życiówki trzeba mieć dzień konia, musi się zgrać wszystko. Treningi, forma, zdrowie, pogoda, jedzenie, strategia.
Dziś mialam dzień konia. "

Tak pisałam na FB po dotarciu na metę. To teraz to rozwinę :)

Pogoda była prawie idealna. Może gdyby ciut mniej wiało wzdłuż Wybrzeża Gdyńskiego, napisałabym, że była idealna ;) Było słońce, ale nie przeszkadzało, bo temperatura około 12 stopni skutecznie równoważyła ciepełko. Przed startem, szczególnie w cieniu, było na pewno jeszcze chłodniej. Rozgrzewkę robiłam w kurtce puchowej i rękawiczkach :)



Nic nie popsuło mi przygotowań. Nie chorowałam, nie złapałam żadnej kontuzji. Owszem, czasem życie weryfikowało Plan i czasem musiałam pożonglować treningami czy coś tam odpuścić - ale większość tego co miałam rozpisane przez Piotra Tartanusa - zrealizowałam. Biegałam te wszystkie podprogowe tysiącdwusetki, tysiącsześćsetki, trzykilometrówki, robiłam wybiegania, szlifowałam tempo maratońskie. I za cholerę nie wiedziałam na co to się przełoży jak przyjdzie co do czego. I chyba do końca nie chciałam wiedzieć - ale o tym jeszcze wspomnę dalej.

Oprócz biegania muszę wspomnieć o treningach uzupełniających, które na stałe zawitały w moim życiu. Najpierw były to zajęcia ze sztangami, potem przerzuciłam się na trx, a od września postawiłam na kettle. Wierzę, że to też miało wpływ na moją formę.

No i jeszcze jedna rzecz, której nie planowałam jakoś specjalnie, samo wyszło. Waga :)
Gdy rozpoczynałam treningi pod Transgrancanarię rok temu, po cichu liczyłam, że to całe bieganie pomoże mi pozbyć się ostatnich pociążowych kilogramów. Nic takiego się jednak nie stało. Owszem, przyczyna mogła tkwić w jakiś moich błędach żywieniowych, mogła  tkwić w tym, że karmiłam jeszcze piersią Matyldę - ale na wszelki wypadek przebadałam się wtedy, włącznie z tarczycą. Byłam zdrowa jak rydz :) Podjęłam więc jedyną słuszną decyzję. Obraziłam się na wagę ;)) i temat olałam. Olałam, ale w którymś momencie dotarło do mnie, że od jakiegoś czasu praktycznie wszystkie spodnie i spódnice lecą mi z tyłka. No i okazało się, że nie wiem jak, nie wiem kiedy, zgubiłam jakieś 4 kg. Może jednak musiał minąć dłuższy czas od ciąży i karmienia i organizm poluzował cugle? Nie wiem. W każdym razie spadek wagi na pewno przełożył się na mój VO2max i moją szybkość.

Na trasie skorzystałam ze wszystkich punktów z piciem, przez wszystkie przelatując prawie bez zwalniania. Po pierwsze biegłam w tej części stawki, gdzie jeszcze nie jest gęsto od ludzi, a po drugie na biegach Fundacji Maraton Warszawski są długie strefy i dość komfortowo się z nich korzysta. 
O, jakże inaczej było w Kopenhadze, gdzie cenne sekundy traciłam wpadając na ludzi, zwalniając, żeby na nikogo nie wpaść, zatrzymując się, żeby w ogóle dopchać się do kubka, czy po prostu dlatego, że wtem okazywało się, że strefa już się skończyła.
Do tej pory na maratony zabierałam ze sobą trzy żele. W Kopenhadze miałam cztery plus dwie tabletki dextrozy. Jedną wtedy zgubiłam i do mety naprawdę doleciałam na oparach. Teraz miałam podobny zapas, ale tym razem nic nie pogubiłam :)


Tu muszę znów wrócić do maja, do Kopenhagi. To tam ostrzyłam sobie zęby na łamanie trzy trzydzieści. Ba, ostrzyłam sobie po cichu zęby na konkretne cyferki. Uważałam, że jak wszystko dobrze pójdzie - to jestem w stanie pobiec w granicach 3:25 -3:26. W tym dniu jednak pogoda rozdawała karty. Nie tylko nie wykręciłam wyniku marzeń, ale i tych 3:30 nie udało się złamać.
Byłam zła na siebie. Nie, nie o to, że pobiegłam wolniej. Byłam zła na siebie, że za bardzo zafiksowałam się na cyferkach. I przez to radość z życiówki popsuło mi trochę rozczarowanie. 
Tak więc teraz miałam ciężki orzech do zgryzienia. Z jednej strony treningi szły mi dobrze, robiłam je z zapasem. A z drugiej strony bardzo, bardzo, sama przed sobą, nie mówiąc już o innych, unikałam deklaracji jaki czas tym razem mi się marzy. Chciałam złamać 3:30. A jednocześnie chciałam pobiec z luzem, który towarzyszył mi poprzednim startom maratońskim, gdzie potrafiłam dopiero w trakcie biegu zastanawiać się jakim ja właściwie tempem mam biec?
Forma teraz była, czułam to. Ale, heloł. To maraton. Przez 42 kilometry może dużo się zadziać.

Jak ostatecznie poradziłam sobie z presją? Ustawiłam sobie ekran zegarka tak, żeby nie widzieć czasu :) Na ekranie wyświetlał mi się dystans, średnie tempo i tempo chwilowe. Dwie ostatnie pozycje dawały mi dość ogólne pojęcie jak szybko biegnę - bo przecież zawsze wskazania zegarka rozmijają się z oznaczeniem na trasie. Miało mi to tylko dać pojęcie czy nie zwalniam za bardzo. 
Tak więc biegnąc nie znałam swoich międzyczasów na matach pomiarowych, nie wiedziałam jakie mam tętno. Czasem, jak akurat usłyszałam pikanie zegarka udawało mi się zerknąć na tempo z ostatniego kilometra. Ale generalnie cały dystans przebiegłam bardziej na czuja i  na samopoczucie niż kierując się wskazaniami zegarka.

Na starcie musiałam jednak podjąć decyzję gdzie się ustawić. I ostatecznie ustawiłam się za zającami na 3:25. Uznałam, że jak dobrze pójdzie - to dobiegnę w tym czasie, który marzył mi się w Kopenhadze, a jak nie - to będę miała pewien zapas nad tym nieszczęsnym 3:30.
Na początku trzymałam się za zającem. Ale dość szybko dotarło do mnie, że zaczynam hamować, próbując trzymać jego tempo. Dodatkowo trasa szła lekko z górki i nogi same rwały się do przodu. Najpierw więc znalazłam się między zającami (bo biegło dwóch, jeden bardziej z przodu), a przez zoo, na ósmym kilometrze, biegłam już z przodu zupełnie. Co wtedy myślałam? "Oddychaj Aga, oddychaj. Właśnie wyprzedziłaś zające na 3:25. Albo będzie piękny wynik, albo piękna katastrofa" ;). 
Nie jestem w stanie w czasie umiejscowić kibicującego Tibora, który za trzecim razem o mały włos mnie nie przegapił, bo spodziewał się, że przebiegnę koło niego później :)

Tu jeszcze lecę schowana za zającem :)


No więc biegłam sobie na tego czuja, ciesząc się, że jest dobrze, że biegnie mi się lekko, kilometry się nie dłużą. Co wcale nie było takie oczywiste, bo w maju dłużyło mi się okropnie. Nawet mówiłam Tiborowi, że jak dla mnie to mogłabym zmęczyć się w jakiś inny sposób i od razu niech mnie ktoś wstawi na trzydziesty kilometr, bo wtedy zaczyna się najciekawsze :) A teraz nie dosyć, że nic mi się nie dłużyło - to jeszcze zdarzało mi się dziwić, że cooo? Chorągiewka z 27 kilometrem? Myślałam, że to dopiero 25...
Trudniejsze fragmenty? Podbieg na Belwederskiej na 16 kilometrze. Niewdzięczny, twardy. Jako dość męczące pamiętam też podbiegi na Most Gdański. Długa prosta wzdłuż Wybrzeża Gdyńskiego też nie była najprzyjemniejsza - bo niestety było pod wiatr. Szczęśliwie znalazłam  trzech panów biegnących w podobnym tempie i większość tego fragmentu przebiegłam chowając się za ich plecami.

Most Gdański po raz drugi, czyli jakiś 33 kilometr

Takie prawdziwe zmęczenie poczułam po 35 kilometrze. Żeli już nie miałam, więc tu poszła już w ruch dextroza i szukanie następnych panów, którzy pomogliby mi w utrzymaniu tempa. No i gadanie po cichu ze swoją głową. "Trzydziesty piąty kilometr. Jeszcze dwa i będzie tylko piątka do mety. Trzydziesty siódmy, za trzy kilometry będzie czterdziestka. Tu jest z górki, pamiętaj tu jest z górki."

I wtedy, na tym trzydziestym piątym kilometrze, zobaczyłam spacerującego dużego, białego penisa...
Nie, nie miałam halucynacji ze zmęczenia :))) Z boku trasy spacerował facet  ubrany w dmuchany organ męski i w ten sposób zachęcał do badania prostaty. Nie wiem czy którykolwiek z uczestników zapamiętał coś z tego przekazu, ale widok był tak absurdalny, że dostałam ataku śmiechu i na moment zapomniałam o zmęczeniu.


Proszę, nawet mam dowód na obecność penisa na trasie :) Lewy górny róg :)


Na tym etapie wzbudzałam wśród widzów żywiołową reakcję.  Bo pań dookoła mnie prawie nie było :) Na metę dobiegłam jako trzydziesta trzecia kobiałka - więc większość otaczających mnie biegaczy było płci męskiej. Miało to swoje dobre strony: rzucałam się w oczy - swoje pewnie też robiła różowa spódniczka (Polka Sport :) i warkoczyki - więc byłam żywiołowo dopingowana przez kibiców zgromadzonych wzdłuż trasy (wszystkim znajomym również dziękuję za doping!). Ale made my day pewna starsza pani, która na mój widok krzyknęła: "brawo, dziewczynko!" :))


Pod koniec wydawało mi się, że zwolniłam. Na pewno musiałam już wkładać w biegnięcie sporo wysiłku. Bolały mnie łydki, kłuło coś po pośladkiem i powoli nie mogłam doczekać się mety. Maraton, panie :) 
Musiałam być zmęczona, bo przegapiłam chorągiewkę z 41 km, a wybiegając z ostatniego zakrętu nie od razu zorientowałam się, że to już ostatnia prosta i przede mną widać metę :) 
Starałam się biec ładnie, przyspieszyć. W końcu to finisz. Jak zobaczyłam cyferki na bramie od mety - wiedziałam, że jest dobrze. Ale dopiero jak za linią mety przeklikałam się przez ekrany zegarka i wreszcie zobaczyłam to 3:21:44, to w ułamku sekundy rozkleiłam się :) Szłam przed siebie i łzy normalnie leciały mi po policzkach z emocji i ze wzruszenia. Bo nie spodziewałam się, serio się nie spodziewałam, że to wszystko skończy się aż takim czasem :)







Znaleźliśmy się z Tiborem, na świeżo wymieniałam wrażenia. Na moje stwierdzenie, że pod koniec to chyba zwolniłam, mąż spojrzał się na mnie dziwnie i powiedział, żebym sprawdziła międzyczasy w wynikach. To sprawdziłam. I zaliczyłam drugi opad szczęki :)

Tak trochę równo mi się biegło :) Drugą połówkę przebiegłam o 6 sekund szybciej niż pierwszą. W obu ocierając się o moją życiówkę półmaratońską, co dalej mocno mnie bawi :)


Co tu dużo mówić. Wyszło wszystko rewelacyjnie. Nie dosyć, że czas wykręciłam taki, że sama jestem w lekkim szoku, to jeszcze to wszystko zostało zrobione w dobrym stylu: bez kryzysów, umierania. Widocznie Warszawa tak na mnie działa - bo swój debiut sprzed pięciu lat wspominam równie miło :)







Chciałam podziękować wszystkim, którzy dołączyli się do akcji #biegamdobrze i wpłacili datki. To dzięki Wam udało mi się zebrać ponad 700 zł!

Co teraz? Cóż, ostatnie długie wybieganie przed Łemkowyną za mną :))) Za 9 dni zmieniam klimaty na górskie. Na razie upajam się słodkim nicnierobieniem :).


środa, 3 października 2018

Pedzo konie Pą betonie

Pedzo konie Pą betonie
Jeśli ktoś zgłupiał widząc tytuł wpisu i zaczął się zastanawiać co to ma wspólnego z Maratonem Warszawskim - to uprzejmie informuję, że nic :) Zanim zacznę opisywać maraton, cofnę się w czasie do lipca. Wiem, wiem - to bardzo odgrzewane kotlety - ale te kotlety były tak dobre, że po prostu muszę do nich wrócić.
O czym mowa? A o triatlonie w Bydgoszczy. A konkretnie mówiąc o sztafecie na dystansie 1/2, w którym nieoczekiwanie z mężem wystartowałam.
Pewnego pięknego lipcowego dnia na fejsbuczku rzucił mi się w oczy wpis Krasusa, który pilnie potrzebował dwóch ludków do uzupełnienia sztafety triatlonowej, gdyż ekipa z różnych powodów mu się wysypała.
Weekend mieliśmy wolny. I, że co? Że my z marszu nie przejedziemy 90 kilometrów na rowerze i nie siekniemy półmaratonu? Potrzymajcie nam dzieci :)

Dzieci potrzymali nam moi rodzice, a my ruszyliśmy w kierunku Bydgoszczy, po drodze odkrywając, że nie zdążymy do biura zawodów po odbiór pakietu (dryń, dryń - Krasus, pomóż) i że na styk zdążamy ze wstawieniem roweru o strefy zmian (15 minut zapasu). Potem miłe piwko i pizza z Pąpkinsami, jeszcze milsze oglądanie meczu piłkarskiego, gdzie Chorwaci eliminowali z Mistrzostw Rosję. Na nocleg ruszyliśmy do naszego apartamentu czyli auta zaparkowanego pod Mostem Uniwersyteckim ;) Jak na wariackich papierach - to na wariackich papierach :)

Założenie było takie, że mamy się po prostu dobrze bawić. Rankiem następnego dnia mega więc wyluzowana obserwowałam pływaków i wypatrywałam Marcina. Szybka wymiana czipa w strefie zmian i mój mąż ruszył na rower. Trochę mu pokibicowałam na trasie, a potem sama udałam się w kierunku strefy, żeby tam na niego czekać.




I żeby uprzyjemnić sobie oczekiwanie, odpaliłam net i podejrzałam nasze wyniki.
I wtedy zrobiło mi się gorąco z wrażenia. Będziemy się dobrze bawić?? No, to się właśnie BARDZO dobrze bawimy... Marcin z wody wyszedł jako trzeci mix, a mój mąż na trasie oscylował pomiędzy drugim a czwartym miejscem.
Jednym słowem wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, że ode mnie będzie zależało bardzo, bardzo dużo...

Na trasę wybiegłam jako czwarta drużyna mieszana, mając w głowie, że muszę gonić każdą dziewczynę, która będzie przede mną. Z wrażenia zapomniałam o paru rzeczach. O tym, że w Bydgoszczy był rolling start, więc niekoniecznie osoba przede mną ma lepszy czas. I że nie jest powiedziane, że w każdym mixie na ostatniej zmianie zawsze będzie dziewczyna ;)
W każdym razie biegłam sobie żwawo, starając się trzymać tempo poniżej 5 minut na kilometr i coraz bardziej przekonując się, że to będzie trudny bieg. Trasa wiodła nabrzeżem rzeki Brdy. Miałam do pokonania cztery okrążenia. Teren był dość  zróżnicowany. Był asfalt, czasem mocno dziurawy i nierówny, były fragmenty przez miasto - po chodnikach, krawężnikach i schodach, była szutrowa droga, były podbiegi, zakręty. To wszystko za każdym razem lekko wybijało z rytmu. Ale przede wszystkim było gorąco. Błękitne niebo bez chmurek, patelnia. A ja już po majowym maratonie w Kopenhadze wiedziałam jak takie słonko wybiera siły.
Na drugim okrążeniu zaczął koło mnie truchtać Krasus i zaczął zdawać relację. Z jego gadania zrozumiałam, że mam robić swoje i dogonić dziewczynę, która aktualnie biegnie pierwsza, do której mam 15 minut straty. Tak, tak - przytaknęłam. Ale w duchu pomyślałam, że Marcin zwariował. Mam odrobić piętnaście minut?? Ha ha!
Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że już nadrobiłam, bo na trasę wyruszyłam 20 minut po niej.
Biegłam więc swoje, nie omijając żadnej kurtyny wodnej, polewając się obficie wodą na punktach i pijąc. Biegłam i czułam, że jest coraz ciężej. Biegłam i wypatrywałam tej dziewczyny, usiłowałam sobie przypomnieć jak wyglądały osoby ze strefy zmian, które wyruszyły na trasę przede mną.
W końcu od tego słońca, upału i  - co tu dużo mówić - nieprzygotowania - bo przecież wtedy nie trenowałam do półmaratonu, wtedy szykowaliśmy się do Adventure Trophy, gdzie szybkość nie była tak ważna - zaczęłam zwalniać. Z niepokojem zarejestrowałam również, że moje łydki są mocno na granicy skurczu. To było ostatnie okrążenie. Jeszcze kawałek szutrem, króciutki podbieg, kurtyna wodna i picie, zakręt na most, za mostem skręt do parku i tym parkiem już kawałek do mety. Zostało  może 1,5 kilometra. Dziewczyny, którą podobno miałam dogonić ani widu ani słychu.
I wtedy, gdy zaczęłam się ciut nad sobą użalać, zastanawiać czy się nie zatrzymać i nie spróbować tych łydek rozciągnąć, zerknęłam w kierunku mostu, na który za chwilę miałam wbiegać.
I zobaczyłam JĄ.
Z miejsca zapomniałam, że złowrogo szumią wierzby i że duch mój na rozżażone węgle usiadł ;)
Zaczęłam na serio gonić.
Wpatrzona w charakterystyczną chustkę na głowie, grzałam tak szybko, jak tylko moje wymęczone upałem ciało pozwalało. Dystans pomiędzy nami zmniejszał się bardzo szybko, ale fizycznie nie udało mi się mojej rywalki dogonić. Gdyby meta była dwadzieścia metrów dalej...



Nie miało to jednak żadnego znaczenia dzięki rolling startowi :) Okazało się, że nie tylko odrobiłam te dwadzieścia minut straty, ale jeszcze dołożyłam dwie!
Uwierzylibyście? Odrobić w półmaratonie 22 minuty??
Tym sposobem zajęliśmy trzecie miejsce w mixach :)

Nie chciałabym jako podsumowania pisać, że nigdy nie ma rzeczy niemożliwych, albo, że zawsze należy walczyć do końca. W kontekście biegania i wcale nie tak rzadkich przypadków, gdy ludzie pomimo kontuzji, robią różne głupie rzeczy - to byłoby niebezpieczne.
Ale w granicach zdrowego rozsądku, tak - należy wierzyć w siebie i nie poddawać się. Bo mogą z tego wyjść całkiem fajne rzeczy :)






PS. A tytułowe konie to nazwa naszego teamu :)

piątek, 7 września 2018

Matki na gigancie

Matki na gigancie
W środę 15 sierpnia skoczyłam ze spadochronem, a w sobotę wsiadłam razem z Hanią w auto i pognałyśmy w kierunku gór.
Wyjazd zaplanowałyśmy kilka tygodni wcześniej. Padło na Tatry, bo...to Tatry :)
Podróż dla mnie była dość ciekawym przeżyciem - bo z jednej strony nie mogłam się odczekać ubrania butów, założenia plecaka, a z drugiej w mojej głowie wciąż wszystko buzowało po skoku.
Wiecie, że w McDonald's w Częstochowie jedna ściana to wielkie zdjęcie ze skydiverami? Nigdy na to nie zwróciłam uwagi - teraz rzuciło mi się w oczy od progu :)

Pogoda była diametralnie inna od tej na Adventure Trophy. czyste, błękitne niebo, piękna panorama gór, gdy zbliżałyśmy się do Zakopanego.

widok z naszego balkonu


W miejsce naszego zakwaterowania w Kościelisku dotarłyśmy późnym popołudniem. Hania niestety musiała przysiąść do pracowego komputera, a ja w ramach rozpisanego treningu przez Piotra poleciałam Drogą pod Reglami do Doliny Kościeliskiej i z powrotem. Następne dwa dni miała być uprawiana samowolka niezgodna z Planem zupełnie :)

Droga pod Reglami


Na pierwszy ogień postanowiłyśmy pojechać na słowacką stronę. Hania pokazała na mapie Dolinę Rohacką, podejście na jakieś dwutysięczniki, pętęlkę do Rohackich Ples i powrót na dół.
Gdzieś tam z tyłu głowy mi pykło, że jak szczyty powyżej 2 tysięcy, to może być ciekawie - ale generalnie chyba żadna z nas nie zastanowiła się jak to może wyglądać w realu. A informacji o naszej trasie Hania zaczęła szukać już po powrocie do pokoju. Może to i dobrze :))

Najpierw kilka rozgrzewkowych kilometrów asfaltem, potem skręt na szlak i od razu zaczęło się zdobywanie wysokości. Żadne bieganie nie wchodziło w grę. Było żmudne, przy pomocy kijków drept, drept, pod górę. Z coraz piękniejszymi widokami dookoła.





Gdy wyhynęłysmy ponad linię lasu, widać było z daleka grań, którą prowadziła nasza trasa. Myślałam, że jeszcze chwileczka i będzie można zacząć coś truchtać, ale okazało się, że w dalszym ciągu biegania miałyśmy ilości homeopatyczne. Pod górę - wiadomix. Ale nawet jak szlak prowadził w miarę po płaskim, albo w dół, był tak najeżony głazami, luźnymi kamieniami, że bardziej efektywny i bezpieczny był po prostu szybki marsz.



to my musimy gdzieś tam :)




Znajdź Hanię na zdjęciu :)


A potem zrobiło się ciekawie... Grań zaczęła się coraz bardziej zwężać, po bokach nagle zrobiło się tak...przestrzennie, a zamiast ścieżki trzeba było wyszukiwać szlak pomiędzy blokami skalnymi. Powiem Wam, że po tym skoku miałam ewidentnie przesunięcie jeśli chodzi o wrażliwość na ekspozycję (no jakoś mi te przestrzenie zmalały), ale Hania chwilami miała dość niepewną minę. Tym bardziej, że buty, które miała na nogach nie do końca dawały jej takie oparcie, jakiego by oczekiwała.
Na deser czekał nas fragment z łańcuchami - najpierw do góry, a potem trawers nad bardzo ładniutką przepaścią. To se matki trasę biegową wybrały...


Kijki się chwilowo nie przydadzą. Lepiej mieć wolne ręce

Mnie się podobało :)

doszłyśmy do łańcuchów




To jednak nie był koniec atrakcji. Gdy już wykaraskałysmy się z tych łańcuchów i dalej kontynuowałyśmy naszą wycieczkę granią, dobiegło do naszych uszu grzmienie. Ha, tylko tego nam brakowało, burzy...
Tak jakby przyspieszyłyśmy, żeby jak najszybciej z tej grani zejść. Wybrałyśmy w związku z tym drogę na skróty. Szlak trawersował zboczem w kierunku Przełęczy Banikowskiej a potem schodził w dół. Ale naszym oczom ukazał się skrót wydeptany przez ludzi, który od razu schodził niżej. Wybrałyśmy skrót.
Zejście z grani z jednej strony uspokoiło, z drugiej strony, przestałyśmy widzieć czy chmury, które widziałyśmy dalej nadpływają w naszą stronę. Na szczęście burza przeszła bokiem, mocząc nas tylko kilkoma kroplami deszczu.

Zwiałyśmy z grani. to teraz w dół. O bieganiu można zapomnieć :)


Niestety podczas naszej ucieczki przed burzą, Hania wywróciła się. Postanowiłyśmy zmodyfikować więc nasze plany i Rohackie Plesa sobie odpuścić. Poczekają na inny raz. I bez nich wyszła nam zacna 24 kilometrowa wycieczka.
Hania po powrocie zagłębiła się w net i wyczytała, że wpakowałyśmy na trasę określaną mianem "Orlej Perci Tatr Zachodnich". Taaa :)))



Następny dzień dla odetchnięcia zaplanowałyśmy w niższych partiach. Dolina Małej Łąki, Przysłop Miętusi, Dolina Kościeliska, Przełęcz Iwaniacka, Dolina Chochołowska. W sumie 21 kilometrów. Było zdecydowanie bardziej biegowo. Szczególnie miło wspominam zbieg z Przełęczy Iwaniackiej. Kurczę, jak ja lubię zbiegać! Było też o wiele więcej ludzi. W Dolinach - wiadomo. Ludź na ludziu - i tu śmiałyśmy się z Hanią, że przydaje się doświadczenie ze biegów ulicznych. Na podejściach czy w dół - trochę lepiej, ale ludzi o wiele więcej niż na słowackiej stronie (inna sprawa, że porównuję szlaki o innej trudności).

Magiczne podejście do Doliny Małej Łąki

Przysłop Miętusi

Czekam na Hanię

Tłumy przed schroniskiem na Hali Ornak

Zniszczony szlak przez wodę. Pamiętacie zdjęcia i filmy z Adventure Trophy? to skutki tamtej pogody


Jak wrażenia? Nie jest źle z moją formą. Treningi te biegowe jak i niebiegowe (czyli trx-y, na które regularnie chadzałam) działają. W ogóle nie bolały mnie czworogłowe, pośladki czy łydki. Problem natomiast objawił się poniżej łydek. Miałam w dolnej części nóg takie zakwasy, że przy wstawaniu uginały się pode mną nogi. Wyszedł brak treningów w mocno nierównym i wymagającym terenie. Mięśnie odpowiedzialne za utrzymanie równowagi, stabilizację, dostały mocno w dupę.


Następnego dnia z wielkim żalem ruszyłyśmy w kierunku domu. Z miła chęcią to jeszcze kiedyś powtórzę :)

PS. W zdjęcia polecam się wklikać

sobota, 18 sierpnia 2018

Sky is the limit

Sky is the limit
Nie pamiętam od kiedy bąkałam, że chciałabym kiedyś skoczyć ze spadochronem. Od dawna. Bąkałam - ale przyznaję się bez bicia, że nie robiłam nic w kierunku, żeby to "chcenie" zrealizować.
Aż tu w lutym, na swoje czterdzieste urodziny zostałam zaskoczona na amen. Mąż wręczył mi voucher na skok w tandemie. O, w mordę...
Voucher został odłożony na półkę - bo trzeba było poczekać na cieplejsze dni. A te przyszły i zaczęły przelatywać z prędkością błyskawicy. W końcu zmobilizowałam się i data TEGO dnia stała się znana. 15 sierpnia.
Na lotnisko Chrcynno pojechaliśmy cała rodziną. Moja cierpliwość, głowa i psyche została jednak wystawiona na próbę. Gdy poznałam swojego instruktora, Sławka, gdy poznałam Mirka, który miał robić zdjęcia i filmować, gdy zostałam ubrana w kombinezon, zostałam ubrana w uprząż, przeszkolona "na sucho", gdy zaczęło się odliczanie do naszego lotu - przestrzeń powietrzna została zamknięta na dwie godziny z powodu odbywającej się w Warszawie defilady wojskowej i planowanego w związku z tym pokazu lotniczego. A potem dodatkowo przylazło jakieś chmurzysko i zaczęło padać. Dzieciaki zaczęły się nudzić, ja się stresowałam i czarnowidziłam, że nic z tego nie będzie.







Ale wreszcie zapaliło się zielone światło. 15 minut do wylotu...10 minut do wylotu...5 minut do wylotu...Z głośników dobiegało odliczanie.
Poszłam w kierunku ławeczek, gdzie czekali i skoczkowie i ludzie tacy jak ja. Nie pamiętam ile w sumie było osób w naszej serii. Tandemy były cztery, z tego co pamiętam. 

Idziemy cała grupą w kierunku samolotu, stroję do kamery jakieś głupie miny. Czas jakoś nagle przyspieszył, jestem skupiona i łapię lekkiego stresa. Podobno Tibor mnie wołał, żebym odwróciła się do zdjęcia. Nie słyszałam.





Siadamy okrakiem jeden za drugim na wąskiej ławeczce. Lecą rubaszne dowcipy dla rozładowania atmosfery. Startujemy. Wyglądam przez okienko i obserwuję coraz bardziej oddalającą się ziemię. Sławek szturcha mnie w ramię i mówi, że jesteśmy na 1000 metrów. Naprawdę dopiero tysiąc?? Skok ma być z 4 tysięcy... Zauważam wysokościomierz na ramieniu osoby obok i sobie na niego zerkam. 1500...1700...1800... O, to taki Turbacz. Znów wyglądam przez okienko. No, wysoki ten Turbacz, cholercia...
Zaczyna się ruch. Pasażerowie od tandemów są przypinani do instruktorów. Wszyscy przybijają sobie piątki, żółwiki. Zakładam okulary ochronne. Za oknem pięknie od góry widać chmury. Jest 4000...
Nie pamiętam momentu w którym wyjście z samolotu zostało otwarte. Czas znowu zaczyna płynąć jakoś inaczej, jakby poza mną. Giełgamy się w kierunku wyjścia.




Wiecie, wydawało mi się, że wysokość 4 tysięcy metrów jest już tak absurdalna, że mnie nie ruszy, że to będzie jakaś abstrakcja. Nic bardziej mylnego. Wiszę nogami na zewnątrz i z oczami jak spodki wpatruję się w te cztery kilometry powietrza pode mną. To nie jest abstrakcja. Ta przestrzeń, ta wysokość jest realna. O, kurwa, jak bardzo realna. Czy się boję? Tak. To jednak nie jest standardowe zachowanie homo sapiens, że na własne życzenie chce porzucić bezpieczne schronienie samolotu i rzucić w tą czeluść. Każda komórka mojego ciała jest zestresowana. Ale z drugiej strony ten stres jest jakby taki przytłumiony. Tak, jakby organizm broniąc się przed tym co się dzieje, powyciągał część wtyczek z kontaktu.




Staram się pamietać o tym co przekazywał mi Sławek na ziemi. Ręce na szelkach od uprzęży. Głowa odchylona do tyłu, biodra wypchnięte. Z lewej strony, trzymając się pewnie jakiegoś relingu, wisi za samolotem kamerzysta. Sławek przytrzymując się rękoma bierze zamach. Moją twarz z miejsca owiewa zimny pęd powietrza utrudniając oddychanie. Cofnięcie. I znów czuję zimny powiew. Znów spokój. I nagle nie ma samolotu pod tyłkiem, nie ma Mirka - kamerzysty z lewej strony, nie ma spokoju. 




Pamiętam przez chwilę widziany kątem oka obraz malejącego samolotu. Ten punkt odniesienia sprawia, że mózg z miejsca zostaje poinformowany, że spadamy. Żołądek boleśnie się kurczy.
A potem wszystko wraca na swoje miejsce. 





Niebo nad głową, ziemia, gdzieś tam hen pod nami. W uszach huk powietrza. Instruktor odrywa mi ręce od uprzęży i rozkłada na boki. Przed nami pojawia się Mirek. Staram się uśmiechać w jego kierunku, w kierunku kamery i pokazywać, że jest dobrze. 

Czas nie istnieje. Sławek, do którego jestem przypięta gdzieś niknie z mojej świadomości. Nie ma spadania - jest tylko uczucie zawieszenia w przestrzeni i ten huk w uszach.









Kamerzysta nagle znika jakby zmieciony jakąś niewidzialną siłą. Teraz myślę, że po prostu otworzył spadochron. A może to nasz otworzył się pierwszy? Nie wiem. Po prostu nagle się rozjeżdżamy, a chwilę później czuję gwałtowne szarpnięcie do góry. Świat zwalnia, zatrzymuje się wręcz w miejscu i zapada niesamowita cisza. Ten kontrast pomiędzy hukiem i tym spokojem jest obłędny. Przypomina mi się film z Sandrą Bullock "Grawitacja". Oglądaliście? Tam też była taka cisza.
Dopiero teraz zdaję sobie sprawę, że mam zatkane uszy. W sumie w ciągu niecałej minuty zlecieliśmy ze dwa kilometry.








W dłonie dostaję linki do kierowania. Zgodnie z poleceniem Sławka ciągnę jedną z nich w dół - ale chyba robię to zbyt niemrawo, bo ten przejmuje inicjatywę, a niech go gęś kopnie ;)
Już nie ma spokoju, już nie ma ciszy. Kręcimy się w jakimś szalonym korkociągu, świat wiruje, głowa mi wiruje, żołądek mi wiruje. Sławek świetnie się bawi, ja trochę mniej ;)

Nie wiem jak to jest. Jako dziecko uwielbiałam karuzele. W Łodzi, skąd pochodzę, działał swego czasu park rozrywki, Lunapark. Była tam na przykład taka karuzela łańcuchowa: siedzenia zawieszone na długich łańcuchach. Moja mama nie mogła się nawet na nią patrzeć - a ja uwielbiałam się kręcić. Albo Filiżanki. Nie dosyć, że wszystko kręciło się w kółko, to jeszcze te filiżanki każda w swoją stronę. Uwielbiałam.
Jak dorosłam - moje upodobania się zmieniły. Pamiętam, jak mając lat dwadzieścia kilka zostałam namówiona na wakacjach na Mazurach na wejście do tzw. diabelskiego młyna. Tak, dobrze kojarzycie. To coś zaczyna kręcić się tak, że w którymś momencie człowiek lata do góry nogami. Cóż - dowiedziałam się wtedy jednego. W trakcie kręcenia nie można zwymiotować, bo siła odśrodkowa to uniemożliwia ;)
Drugie zdarzenie, które zweryfikowało moją odporność na gwałtowne zmiany kierunku jazdy, to była wizyta z dziećmi w Legolandzie. Nieopatrznie władowałam się z dzieckiem nr 2 na niewinnie wyglądające autka. Autka były zakamuflowaną kolejką górską. Nie dosyć, że gwałtownie na torach zakręcały, to na koniec fundowały błyskawiczny zjazd w dół. Nie wiem kto wtedy głośniej krzyczał: ja czy Jasiek :)

W tym korkociągu, tej spirali,  czułam się jak w skrzyżowaniu diabelskiego młyna i tego zjazdu na samochodzikach.

Na szczęście Sławek zorientował się, że nie podzielam jego zachwytu tymi hołubcami i przestał.
Jeśli to czytasz - nie miej wyrzutów sumienia. Ja wiem, że chciałeś mi pokazać mega atrakcję :)

Potem było już nudno i statecznie. Łagodnymi łukami schodziliśmy niżej. Pod nogami mieliśmy trawę lotniska. Niestety nie mogłam za długo gapić się pod nogi, bo od razu zaczynałam się zastanawiać czy komuś zdarzyło się puścić pawia w powietrzu. Patrzyłam więc sobie  w kierunku Warszawy, której wieżowce bardzo ładnie rysowały się na horyzoncie.
Potem przećwiczenie manewru lądowania (nogi w górze) i wreszcie samo lądowanie.








Leżałam czekając aż odczepią mnie od instruktora i... nie mogłam zebrać myśli. Mirek, Sławek pytali się mnie czy było fajnie, czy podobało mi się, a ja... nie wiedziałam. Czułam się oszołomiona, przygnieciona tym wszystkim. Nawet zostałam zapytana czy nie żałuję. O, nie. Ja staram się niczego w życiu nie żałować.

Gdy podczas Adventure Trophy wylądowałam po szyję w tym tatrzańskim potoku, adrenalina aż się ze mnie wylewała. Stałam na brzegu po wyciągnięciu mnie z nurtu, ociekałam wodą, trzęsłam się z zimna,a a jednocześnie było mi gorąco, łzy mi leciały po twarzy, a jednocześnie śmiałam się do rozpuku. Te emocje - strach, nagłość tego co się stało, ulga, że nic się nie stało, śmiech, że ale przygoda - to wszystko wylewało się ze mnie na zewnątrz.

A teraz czułam, że tego było tyle i to było tak intensywne, tak nowe, nieznane, tak straszne chwilami, ale i piękne, że zapadło się we mnie, w środku pod ciężarem intensywności. Tak jakby moja głowa nie była w stanie przetworzyć tego, co się przed chwilą działo. Nie wiedziałam co powiedzieć, co myśleć.


A poza tym chciało mi się rzygać ;)


Niestety, ta spirala spowodowała, że mój błędnik i żołądek śmiertelnie się na mnie obraziły. Jeszcze w części przeznaczonej do lądowania za radą moich powietrznych opiekunów kładę się z powrotem na trawie. Ale nie mogę tam wiecznie leżeć. Wstaję i idziemy w kierunku rodziny
Wydaje mi się, że opanowałam żołądek - ale po wejściu do hangaru, żeby zdjąć uprząż i kombinezon, okazuje się, że jest inaczej. Wylatuję jak wystrzelona z procy, w panice szukając miejsca, gdzie mogę w miarę dyskretnie sobie ulżyć. Ha! To jest lotnisko. Płaska łąka. Tu wszędzie jest się na widelcu. W końcu chowam się za zaparkowanymi samochodami. Robi mi się lepiej. Chyba. Udaje mi się rozebrać z tego całego rynsztunku, ale czuję, że znów muszę się położyć. Porywam pamiątkowy dyplom od Sławka i kładę się na trawie. Tibor robi mi zdjęcie. Wyglądam zabawnie - bo widać moje opalone nogi  i ręce i zupełnie nie pasującą blado- zieloną twarz. No dobra: bardzo ładnie komponuje się z trawą ;)

Nie wdając się w szczegóły - jeszcze raz w panice leciałam na bok, bo mój żołądek nie powiedział ostatniego słowa. Nie dane mi było dalej dogorywać na trawie, bo dzieciaki nad głową darły się, że są głodne i chcą do domu. 
Wracałam w obstawie dwóch torebek - rzygałek. Z każdej zrobiłam użytek. A potem poszłam spać.

Sorry - drodzy czytelnicy. Jeśli spodziewaliście się standardowych endorfin, zachwytu - to przepraszam za rozczarowanie :)) Bo u mnie to wszystko było bardziej skomplikowane.

Dopiero jak objawy choroby lokomocyjnej przeszły, jak wyspałam się, głowa odpoczęła, zaczęłam żyć tym skokiem, dumać i odtwarzać to wszystko co zapamiętałam.

We wspinaczce są dwie osoby związane liną. Musisz ufać swojemu partnerowi. Ale i on musi ufać tobie. Panuje symetryzm. Tu ode mnie zależało niewiele. Musiałam pamiętać o prawidłowej pozycji podczas opuszczania samolotu.
A poza tym byłam takim robaczkiem przypiętym do uprzęży faceta, którego poznałam trzy godziny wcześniej i z którym zamieniłam kilkanaście słów. A zaufałam mu bezgranicznie. Widocznie dobrze mu z oczu patrzyło :) Moje życie było w jego rękach. Jego błąd - oznaczałby moją śmierć. No, ok - jego też :) Ale kiepskie to pocieszenie ;) Wiem, wiem - brzmi to bardzo dramatycznie i górnolotnie, ale wypadki się zdarzają. Wychodzę jednak z założenia, że przy zachowaniu odpowiednich procedur, ryzyko przy uprawianiu sportów ekstremalnych minimalizuje się.
Teraz stwierdzam, że chciałabym dowiedzieć się ciut więcej o moim tandem- pilocie. Jak zaczęła się jego przygoda ze skokami, ile ma skoków, od kiedy skacze w tandemach. Przed skokiem jakoś nie miałam głowy do zadawania pytań, po wszystkim byłam kiepskim partnerem do jakichkolwiek rozmów :)

Zdecydowanie najbardziej emocjonującym momentem jest chwila tuż przed wyskoczeniem z samolotu. Nawet teraz oglądając w sieci filmiki z takich skoków, siedząc w pokoju na wygodnej kanapie, gdy widzę moment, gdy kamerzysta nagrywa tę lufę, czuję podobne mrowienie w całym ciele jak wtedy. To jest straszny moment - bo chce się zrobić coś zupełnie wbrew instynktowi, który nastawiony jest na ucieczkę - a jednocześnie ekscytujący i pociągający. Cały czas odtwarzam go w głowie.

No właśnie. Czy chciałabym to powtórzyć? Ha! Pomimo tych atrakcji po wylądowaniu...tak. Tak. Chciałabym to powtórzyć. Mam wrażenie, że połowa rzeczy umknęła z mojej głowy przez emocje i stres. Mam dziury w pamięci, zastanawiam się nad jakimiś fragmentami i nic nie kojarzę. Myślę, że za drugim razem to wszystko działoby się bardziej świadomie. 

Jedno jest pewne: już nigdy moje patrzenie się w niebo nie będzie takie samo. Ja tam byłam.












Sławku, Mirku - dziękuję!

sobota, 28 lipca 2018

Adventure Trophy cz. 3

Adventure Trophy cz. 3
Godzina 43-50

Ten nocny zjazd z Turbacza wspominam jako jeden z fajniejszych momentów na całym rajdzie. Było w tym coś nierealnego i magicznego. Trzy czołówki wśród cichych gór. Nad nami rozgwieżdżone, niesamowite niebo. Parę razy gasiliśmy światła, żeby w milczeniu pogapić się na Mleczną Drogę.
Zjazd był chwilami emocjonujący i wymagający skupienia. Nie był banalny, przynajmniej dla mnie. Raz człowiek musiał uważać na kałuże i lawirować na wąziutkich paseczkach suchego terenu, po to by za moment lecieć po kamieniach starając się nie wpadać w panikę i nie dać się zrzucić. Trochę oddechu na zwykłym piaszczystej ścieżce, po to by za moment walczyć z błotem i rozpryskiwać wodę w strumieniu. Zdarzało się, że strach okazywał się większy i schodziłam z roweru. Zdarzało się, że w ciemności źle wybrana trajektoria jazdy kończyła się glebą. Ale i tak chłopaki potem się ze mnie śmiali, że lepiej zjeżdżałam po ciemku niż za dnia. Pewnie dlatego, że połowy rzeczy nie widziałam :)
W schronisku w ogóle spotkaliśmy grupę bikerów, którzy ewidentnie znali okoliczne szlaki jak własną kieszeń. Zainteresowali się nami i imprezą, w której bierzemy udział. Poradzili, żebyśmy nie zjeżdżali do Rabki czerwonym szlakiem, bo jest dużo błota. Co prawda nie byłam sobie w stanie wyobrazić, że jakaś ilość błota mnie zaskakuje, ale rada, że jak zjedziemy szlakiem niebieskim, to potem skręcimy na szosę idącą cały czas w dół, podziałała kojąco na wyobraźnię.
Rzeczywiście w końcu dotarliśmy do drogi. Szkopuł był tylko jeden: to "cały czas w dół" miało nachylenie 20%... Znów trzeba było bardzo uważać. Szosa, nawet tak stroma, nie wymagała takiego natężenia uwagi jak wcześniej zjazd szlakiem. Zmęczony organizm znów próbował się wyłączyć.
Na szczęście bez żadnych niebezpiecznych przygód udało się dotrzeć do przepaku. Zmiana butów na biegowe, mapka w dłoń i dawajcie mi tu te dziewięć punktów.
Pamiętam jak na odprawie, gdy doszło do omawiania tego BnO, organizator znacząco się uśmiechał. Że zajmie to nam nawet dwie godziny. Dwukilometrowe BnO i dwie godziny??







Szybko się przekonaliśmy o co chodzi. Łaziliśmy po gęstym lesie, po krzakach, przedzieraliśmy się przez paprocie, schodziliśmy do jarów, szliśmy dnem strumieni, podchodziliśmy pod górę. Pierwszych lampionów szukaliśmy jeszcze po ciemku. I co z tego, że teoretycznie były oznaczone odblaskami. Człowiek mógł sobie do usranej śmierci świecić czołówka i jeśli nie był naprawdę tuż koło punktu - to nic nie widział.  Potem zaczęło świtać i przynajmniej widzieliśmy gdzie idziemy.
Przez cały czas kontrolowaliśmy czas, bo na przepak dotarliśmy koło czwartej rano, a o do szóstej musieliśmy ruszyć dalej. Czas mijał nieubłagalnie. Jeszcze tylko trzy punkty. Jeszcze dwa. Jeszcze jeden - ale mamy tylko 15 minut.




I wtedy Bartek, który nawigował, nagle stwierdza, że coś mu się przestaje zgadzać. Stajemy i myślimy co robić. Jeśli właśnie się zgubiliśmy, to odnalezienie się na mapie może zbyt długo trwać. Może odpuścić ten ostatni punkt? Kurczę, tak blisko byliśmy, szkoda... Mój mózg też pracuje. Mam wrażenie, że nie mieliśmy gdzie się zgubić. Proponuję, żeby próbować szukać. Zaczynamy biec. Bartek krzyczy, że chyba jednak jest ok. Zgodnie z jego wytycznymi skręcamy ze ścieżki w las. Zgodnie z piktogramami lampion powinien być pomiędzy dwoma wzgórkami. Biegniemy, ale cały czas teren jest płaski! Cholera! Nagle jest, podnosi się! To gdzieś tam. Przed nami wyrasta ściana paproci. Wbiegam w nie. Już wiem, że można przelecieć w odległości pół metra od lampionu i go nie zauważyć. Za paprociami widzę zwalony pień drzewa. A za nim lampion.
Szybko potwierdzamy obecność czipami i rura do miejsca przepaku. Zdążamy. Endorfiny tryskają, mamy poczucie dobrze spełnionej roboty.
Nasze dobre samopoczucie mija, gdy Bartek zauważa, że mamy przejechać ponad 20 kilometrów, a następny punkt kontrolny zamykają nam za niecałe trzy godziny. O-o.... Na tablicy informacyjnej już przy trzech zespołach kłują w oczy literki DNF. Nie możemy być następnym!
Do plecaków przytraczamy sprzęt wspinaczkowy - bo na dalszym etapie znów są zadania specjalne. Muszę też jakoś przywiązać buty biegowe. Pudła, które jest na tym przepaku nie zobaczę już aż do mety, a przed nami jeszcze jeden etap trekkingowy. Zbieramy się i robimy wszystko, żeby zdążyć do następnego przepaku. Na szczęście sporo trasy wiedzie szosą. Parę minut po ósmej meldujemy się w punkcie.

Godzina 51- 58

Powiem szczerze, że nie mogłam doczekać się tego etapu. Miałam już trochę dosyć roweru. Bolał tyłek - i od upadku na rolkach i od siodełka. Miałam dosyć mokrych, oblepionych błotem butów. Marzyłam o przebraniu się w czyste, suche ubrania. No niestety, wszystkie wyciągane rzeczy ze skrzyni okazały się mokre... Nie wiem czy plastikowe wieko zostało przez nas niedokładnie zamknięte, czy po prostu pogoda była taka, że woda wdzierała się w każdy najmniejszy otworek (a pudła na kolejne przepaki były przewożone na otwartej pace), efekt był jaki był. Trudno: wciągam na siebie mokre rzeczy. Wyschną.
Wydawało mi się, że trekking pójdzie nam sprawnie, bo podejścia w tej części Beskidu nie są już tak "syte" jak w Gorcach.




I rzeczywiście z początku szło nam całkiem sprawnie, nawet pomimo pogody, która wpadła w drugą skrajność i od samego rana paliło słońce na bezchmurnym niebie. Nie wiem, w którym momencie  i ja i Tibor zaczęliśmy zwalniać. Nasze stopy, prawie non stop mokre, zmuszane cały czas do działania, powoli zaczynały odmawiać posłuszeństwa. A jeszcze dodatkowo przegapiliśmy drogę, która miała nas doprowadzić do następnego punktu. Zawróciliśmy - ale mełłam  w głowie różne przekleństwa, gdyż to oznaczało powrót pod górę. Każdy nadprogramowy krok przyczyniał się do dalszego masakrowania podeszw stóp.




Kolejny punkt był usytuowany tak, że trzeba było wleźć, a jakże, do strumienia. Ale tym razem to moczenie przyjęłam z wielką ulga. Miałam wrażenie, że stopy mnie palą, a woda przynosiła takie ukojenie...



Wiedzieliśmy, że trasę musimy skrócić, część rzeczy odpuścić. Jaskinia z zadaniam ispecjalnymi odpadła,  bo znów goniły nas limity. Na następnym przepaku musieliśmy pojawić się do godziny siedemnastej, żeby mieć szansę odsapnąć i ruszyć dalej, na ostatni etap rowerowy.
Ten fragment znów był trudny dla głowy. Schodziliśmy z gór w kierunku Zawoi łatwym terenem. A jak jest łatwo, to mózg znów zaczyna wariować :) Ciężko się zdziwiłam, gdy dwie dziewczynki w sukienkach w żółtą kratkę, trzymające się za ręce i podskakujące wesoło, okazały się po prostu stosem drewna... A potem tradycyjnie zaczęliśmy zasypiać w marszu. Całe szczęście, że droga, którą szliśmy była praktycznie pusta. Od czasu do czasu przejeżdżał samochód jadący do któregoś z domków letniskowych. I jeden z takich samochodów obudził nas klaksonem. Musiał obudzić, bo nie słyszałam, żeby nadjeżdżał.

Takie przeloty na zmęczeniu były najgorsze. Momentalnie człowiek zasypiał.


Wreszcie udało nam się dotrzeć do przepaku. Nie sądziłam, że tak szybko zatęsknię za rowerem - ale nie mogłam się go doczekać. Moje stopy przedstawiały opłakany wygląd. Kalafiory, pęcherze, krwiaki. Długo bym na nich nie pociągnęła. Zastanawialiśmy się czy w ogóle będziemy w stanie pedałować. Trwała też burza mózgów nad mapą. Jaki wybrać wariant, żeby zdążyć na czas na metę. A to był długi etap, ponad stukilometrowy.
Powiem Wam jako ciekawostkę, że w trakcie, gdy chłopaki opracowywali trasę, organizator zbierał się, żeby zdążyć do Krakowa powitać pierwszy zespół na mecie... Nas czekała jeszcze jedna noc w trasie.

Ośrodek Beskidzki Raj. Na wieży trzeba było podbić punkt. 



Godzina 59-72

Na szczęście udaje się pedałować. Boli tylko trochę moment wpinania i wypinania. Proszę jednak chłopaków, żeby odpuścić jeden z punktów, który wymagał pchania rowerów po szlaku, w górę. Chciałam jednak te moje stopy pooszczędzać - bo nie wiadomo było ile jeszcze zniosą.
Początek drogi był dla mnie trudny. Pchaliśmy się najkrótszą drogą, przez jakieś bezdroża, żeby wydostać się z gór. Ja byłam tak zmęczona, że zsiadałam z roweru w terenie, który dobę wcześniej pewnie bym spokojnie przejechała. Z ulgą powitałam asfalt - choć oczywiście to nie oznaczało, że zrobiło się płasko. Podjazdów do samego końca mieliśmy bardzo dużo.

Ha! A pod tą górkę podjechałam!


Wyjechaliśmy już z gór. Pamiętam, że poczułam żal, że coś się już kończy. Ale przed nami była jeszcze nocka i setka na rowerze


Udało nam się jechać do około dwudziestej trzeciej. A potem zgodnie walnęliśmy się na przystanku autobusowym w jakieś wsi. Budzik nastawiony na półtorej godziny snu. Obudziliśmy się nawet wcześniej, z zimna. To były ciężkie godziny. Trzecia noc na nogach. Te w sumie cztery i pół godziny snu, które wyrwaliśmy w ciągu trzech dni, były niczym. Mózg znów wariował i tworzył halucynacje na potęgę. Było ich dużo, większości nie pamiętam. Niektóre nie były spektakularne. Tibor, który jechał przed nami, od czasu do czasu odwracał się, żeby sprawdzić gdzie jesteśmy. W ciemności światło czołówki moja głowa brała za nadjeżdżający z przeciwka samochód. Pamiętam, że zdziwiłam się, że ktoś przed domem ukształtował sobie trawnik w kształt galopującego konia :) Ale były też tak dziwaczne i śmieszne, że od samego początku wiedziałam, że to musi być halucynacja i zniecierpliwiona czekałam, kiedy wreszcie zobaczę co naprawdę tam jest. Tak było z balonem. Rozumiecie: środek nocy, a ja na poboczu widzę  kołyszący się na sznurku, wypełniony helem, balon w kształcie srebrnej rybki. Miała namalowane łuski, błyszczała i łypała okiem. Co tam jest naprawdę?? Wystające pieńki po ściętym krzaku. Rzeczywistość okazuje się banalna :)



Jedziemy w kierunku Krakowa, ale też szukamy punktów. Pod starym mostem kolejowym. Jest. Ruiny strażnicy za nieczynnym mostem kolejowym. O - tu było zabawniej, bo musieliśmy z rowerami przejść się kawał torami, a potem przejechać przez most. I nagle, na poboczu widzę cztery leżące rowery. Logika jest prosta: nasi. No bo kto normalny zostawia cztery rowery w środku nocy. Okazało się, że lokalsi z pobliskiej wsi zrobili sobie nocne spotkanie na moście.



Przy kolejnych poszukiwaniach miałam znów kryzys. Wyłączyłam się z szukania i stawiałam bierny opór. Szukanie lampionu w ciemnym lesie nad strumieniem nie należy do najłatwiejszych rzeczy i znaleźliśmy go tylko i wyłącznie dzięki uporowi Tibora. Zaczynało świtać.
To był ciężki ranek. Zasypialiśmy na rowerach wszyscy. Bartek nawet zdołał obudzić się dopiero wtedy, gdy przydzwonił w krawężnik. Byliśmy tak zmęczeni, że czasem nie wiedzieliśmy czy ktoś coś własnie powiedział, czy tylko nam się to przyśniło. Już tak nie wiele brakowało. Musieliśmy zameldować się na jeszcze jednym przepaku, zaliczyć jeden punkt z następnego BnO (na całość nie mieliśmy już czasu) i odnaleźć jeszcze dwa lampiony.
I nie mogliśmy znaleźć tego przepaku. Czas mijał, my wbijaliśmy się w kolejne drogi, kolejne okazywały się ślepymi zaułkami. Był stres - bo nie mogliśmy go opuścić. Trzeba się było meldować na każdym, to był warunek zaliczenia rajdu. Wreszcie Tibor przez jakąś strasznie zarośniętą leśną drogę, po której w życiu bym nie powiedziała, że jest właściwa, doprowadził nas na miejsce. Szybciutko wybraliśmy, którego punktu z BnO szukamy i ruszyliśmy. Aż szkoda mi było, że nie mamy więcej czasu. Bartek nawigował, stanął, powiedział, że to gdzieś tu. Zerknęłam co mówią piktogramy, spojrzałam się w las na ukształtowanie terenu, wybrałam moment skrętu i wyszłam prościutko co do centymetra na lampion.




Czas jednak gonił, wróciliśmy do rowerów. Jeszcze dwa lampioniki do zgarnięcia - i już prosta droga wałem powodziowym do Krakowa.
Na ostatni punkt Tibor nawigował jak po swoje. Skręt w las, szybka jazda ścieżką, wyjeżdżamy na szosę i...mąż mój staje i ewidentnie widać, że coś się cholernie nie zgadza. "Ta szosa miała iść w dół..."- mówi. No, nie chce iść w dół. Stoimy, a Tibor ewidentnie próbuje zrozumieć, gdzie popełnił błąd. W końcu z Bartkiem podejmujemy decyzję, że dajemy sobie spokój, jedziemy na metę, bo za moment nie wystarczy nam czasu.
Szkoda tego ostatniego punktu, z przyczyn czysto ambicjonalnych - bo w naszej klasyfikacji nic to nie zmienia.
Na wale znów musimy się mocno pilnować. Droga prosta jak drut, bez wyzwań, więc znów walczymy z sennością.



Robimy sobie pamiątkowe zdjęcie na tle zamku i ruszamy w kierunku bazy. No cóż - i na dwieście metrów przed metą gubimy się :)) Wjeżdżamy nie w tą uliczkę. Aaaaa, co za wstyd!
Ale wreszcie jest. Po 71 godzinach i 39 minutach przejeżdżamy przez bramkę wyznaczającą metę i odhaczamy czipami naszą obecność na linii mety. Jest szampan, jest radość, ale przede wszystkim jest potworne, potworne zmęczenie.




Na trasę wyruszyło 15 zespołów. Do mety dotarło jedenaście. Z czego sześć w kompletnym, czteroosobowym składzie i tylko dwa z kompletem punktów.

Wrażenia po? Kawał, kawał ciężkiej ale i świetnej przygody. Nie sądziłam, że uda mi się w miarę sprawnie działać przez tyle godzin i na takim niewyspaniu. Pogoda przez pierwsze trzydzieści godzin to był jakiś hardcore.
Byliśmy jednym ze słabszych zespołów, najsłabszym z tych, które do mety dotarły. Nie mamy dużego doświadczenia na rajdach przygodowych (mówię za siebie i Tibora), doświadczenia na tak długich trasach nie miało żadne z nas. Jest sporo rzeczy do poprawy, do dopracowania, do wyćwiczenia.
Uważam, że od początku należy sprężać się. A to oznacza podbieganie tam gdzie się da. Część tatrzańska była trudna ze względu na pogodę, ale człowiek nie musiał nawigować. Szło się jak po sznurku, trzeba było tylko szybko przebierać nogami. U nas to nie wyszło, ze względu na kontuzję Pawła - ale uważam, że to był etap, na którym można było mocno zyskać. Później ciężko było nadrabiać - bo kolejne etapy były już bardziej techniczne (rolki!) lub wiązały się już z nawigowaniem pełną gębą. A narastające zmęczenie nie pomagało.
Nie pilnowaliśmy czasu na przepakach. Znaczy chyba na początku przyjmowaliśmy jakieś widełki czasowe - ale później wszystko rozłaziło się, nie potrafiliśmy zebrać się jakoś do kupy.
Nawigacja, ach... Temat rzeka. Paradoksalnie to, że część punktów odpuszczaliśmy, mógł w niektórych miejscach działać na naszą niekorzyść i wcale nas nie przyspieszał. Czemu? Bo na następne punkty nachodziliśmy od innej strony niż zaplanował to organizator i często była to strona o wiele trudniejsza, stromsza i mniej oczywista nawigacyjnie. Ba, zaryzykowałabym stwierdzenie, że chwilami robienie wszystkich punktów mogłoby trwać krócej, niż ta wybiórczość. Dopiero teraz, siedząc w domu nad mapami, na których mamy oznaczone wszystkie szlaki, widzimy jak to wyglądało. No cóż...następnym razem będziemy ciut mądrzejsi o to doświadczenie.

Jak to wypadło od strony formy? Na etapy piesze nie narzekam, choć stan stóp na koniec mocno mnie spowolnił. To było wkurzające - bo fizycznie mogłam iść szybciej, a nie mogłam ze względu na ból stóp.
Rolki...cóż... Myślę, że poszły mi szybciej i sprawniej niż w marcu na Krajnie. Ale za to przypłaciłam ten etap fioletowo - czarnym tyłkiem. Muszę jakoś ogarnąć w końcu to hamowanie, ale na razie rolki są moją najsłabszą stroną i ich po prostu nie lubię.
Rower. Bałam się go. Bałam się takiego stanu, że nie będę w stanie kręcić. Na szczęście nic takiego nie miało miejsca i myślę, że za bardzo od chłopaków nie odstawałam. Mam problemy z mocno technicznymi kamienistymi zjazdami, . Jadę za wolno - a przez to rower zamiast płynnie przeskakiwać przez kamienie często gdzieś się blokował. I kończyło się to glebą. Cóż, Kampinos jest dobry do trenowania jazdy w suchym piachu, ale nie koniecznie technicznych, górskich zjazdów. Na podjazdach na szosie też kręciłam. Owszem, najczęściej wolniej - ale kręciłam.
Lepiej niż myślałam zniosłam noce. Na Krajnie zaliczyłam o wiele większy kryzys - ale wtedy było zimno (był mróz). No i w marcu noce są jakby dłuższe.

Jak nam się układała współpraca? Po Krajnie wyglądało to obiecująco i istniała duża szansa, że i teraz pomimo zmęczenia  nie pożremy się. Było w porządku. Owszem, ze dwa razy bardziej pomarudziliśmy do siebie z Tiborem. I raz ochrzaniłam Bartka, że znów sika (myślałam, że to mój mąż, który kilka minut wcześniej poleciał w krzaczki). Się chłopak ciężko z dziwił czemu się go czepiam :))).


Ot i tyle. To na pewno nie był nasz ostatni rajd. Na razie dalej odsypiamy, bo za moment jesień i nowe wyzwania i plany.


Copyright © 2016 Matkabiega , Blogger