sobota, 28 lipca 2018

Adventure Trophy cz. 3

Adventure Trophy cz. 3
Godzina 43-50

Ten nocny zjazd z Turbacza wspominam jako jeden z fajniejszych momentów na całym rajdzie. Było w tym coś nierealnego i magicznego. Trzy czołówki wśród cichych gór. Nad nami rozgwieżdżone, niesamowite niebo. Parę razy gasiliśmy światła, żeby w milczeniu pogapić się na Mleczną Drogę.
Zjazd był chwilami emocjonujący i wymagający skupienia. Nie był banalny, przynajmniej dla mnie. Raz człowiek musiał uważać na kałuże i lawirować na wąziutkich paseczkach suchego terenu, po to by za moment lecieć po kamieniach starając się nie wpadać w panikę i nie dać się zrzucić. Trochę oddechu na zwykłym piaszczystej ścieżce, po to by za moment walczyć z błotem i rozpryskiwać wodę w strumieniu. Zdarzało się, że strach okazywał się większy i schodziłam z roweru. Zdarzało się, że w ciemności źle wybrana trajektoria jazdy kończyła się glebą. Ale i tak chłopaki potem się ze mnie śmiali, że lepiej zjeżdżałam po ciemku niż za dnia. Pewnie dlatego, że połowy rzeczy nie widziałam :)
W schronisku w ogóle spotkaliśmy grupę bikerów, którzy ewidentnie znali okoliczne szlaki jak własną kieszeń. Zainteresowali się nami i imprezą, w której bierzemy udział. Poradzili, żebyśmy nie zjeżdżali do Rabki czerwonym szlakiem, bo jest dużo błota. Co prawda nie byłam sobie w stanie wyobrazić, że jakaś ilość błota mnie zaskakuje, ale rada, że jak zjedziemy szlakiem niebieskim, to potem skręcimy na szosę idącą cały czas w dół, podziałała kojąco na wyobraźnię.
Rzeczywiście w końcu dotarliśmy do drogi. Szkopuł był tylko jeden: to "cały czas w dół" miało nachylenie 20%... Znów trzeba było bardzo uważać. Szosa, nawet tak stroma, nie wymagała takiego natężenia uwagi jak wcześniej zjazd szlakiem. Zmęczony organizm znów próbował się wyłączyć.
Na szczęście bez żadnych niebezpiecznych przygód udało się dotrzeć do przepaku. Zmiana butów na biegowe, mapka w dłoń i dawajcie mi tu te dziewięć punktów.
Pamiętam jak na odprawie, gdy doszło do omawiania tego BnO, organizator znacząco się uśmiechał. Że zajmie to nam nawet dwie godziny. Dwukilometrowe BnO i dwie godziny??







Szybko się przekonaliśmy o co chodzi. Łaziliśmy po gęstym lesie, po krzakach, przedzieraliśmy się przez paprocie, schodziliśmy do jarów, szliśmy dnem strumieni, podchodziliśmy pod górę. Pierwszych lampionów szukaliśmy jeszcze po ciemku. I co z tego, że teoretycznie były oznaczone odblaskami. Człowiek mógł sobie do usranej śmierci świecić czołówka i jeśli nie był naprawdę tuż koło punktu - to nic nie widział.  Potem zaczęło świtać i przynajmniej widzieliśmy gdzie idziemy.
Przez cały czas kontrolowaliśmy czas, bo na przepak dotarliśmy koło czwartej rano, a o do szóstej musieliśmy ruszyć dalej. Czas mijał nieubłagalnie. Jeszcze tylko trzy punkty. Jeszcze dwa. Jeszcze jeden - ale mamy tylko 15 minut.




I wtedy Bartek, który nawigował, nagle stwierdza, że coś mu się przestaje zgadzać. Stajemy i myślimy co robić. Jeśli właśnie się zgubiliśmy, to odnalezienie się na mapie może zbyt długo trwać. Może odpuścić ten ostatni punkt? Kurczę, tak blisko byliśmy, szkoda... Mój mózg też pracuje. Mam wrażenie, że nie mieliśmy gdzie się zgubić. Proponuję, żeby próbować szukać. Zaczynamy biec. Bartek krzyczy, że chyba jednak jest ok. Zgodnie z jego wytycznymi skręcamy ze ścieżki w las. Zgodnie z piktogramami lampion powinien być pomiędzy dwoma wzgórkami. Biegniemy, ale cały czas teren jest płaski! Cholera! Nagle jest, podnosi się! To gdzieś tam. Przed nami wyrasta ściana paproci. Wbiegam w nie. Już wiem, że można przelecieć w odległości pół metra od lampionu i go nie zauważyć. Za paprociami widzę zwalony pień drzewa. A za nim lampion.
Szybko potwierdzamy obecność czipami i rura do miejsca przepaku. Zdążamy. Endorfiny tryskają, mamy poczucie dobrze spełnionej roboty.
Nasze dobre samopoczucie mija, gdy Bartek zauważa, że mamy przejechać ponad 20 kilometrów, a następny punkt kontrolny zamykają nam za niecałe trzy godziny. O-o.... Na tablicy informacyjnej już przy trzech zespołach kłują w oczy literki DNF. Nie możemy być następnym!
Do plecaków przytraczamy sprzęt wspinaczkowy - bo na dalszym etapie znów są zadania specjalne. Muszę też jakoś przywiązać buty biegowe. Pudła, które jest na tym przepaku nie zobaczę już aż do mety, a przed nami jeszcze jeden etap trekkingowy. Zbieramy się i robimy wszystko, żeby zdążyć do następnego przepaku. Na szczęście sporo trasy wiedzie szosą. Parę minut po ósmej meldujemy się w punkcie.

Godzina 51- 58

Powiem szczerze, że nie mogłam doczekać się tego etapu. Miałam już trochę dosyć roweru. Bolał tyłek - i od upadku na rolkach i od siodełka. Miałam dosyć mokrych, oblepionych błotem butów. Marzyłam o przebraniu się w czyste, suche ubrania. No niestety, wszystkie wyciągane rzeczy ze skrzyni okazały się mokre... Nie wiem czy plastikowe wieko zostało przez nas niedokładnie zamknięte, czy po prostu pogoda była taka, że woda wdzierała się w każdy najmniejszy otworek (a pudła na kolejne przepaki były przewożone na otwartej pace), efekt był jaki był. Trudno: wciągam na siebie mokre rzeczy. Wyschną.
Wydawało mi się, że trekking pójdzie nam sprawnie, bo podejścia w tej części Beskidu nie są już tak "syte" jak w Gorcach.




I rzeczywiście z początku szło nam całkiem sprawnie, nawet pomimo pogody, która wpadła w drugą skrajność i od samego rana paliło słońce na bezchmurnym niebie. Nie wiem, w którym momencie  i ja i Tibor zaczęliśmy zwalniać. Nasze stopy, prawie non stop mokre, zmuszane cały czas do działania, powoli zaczynały odmawiać posłuszeństwa. A jeszcze dodatkowo przegapiliśmy drogę, która miała nas doprowadzić do następnego punktu. Zawróciliśmy - ale mełłam  w głowie różne przekleństwa, gdyż to oznaczało powrót pod górę. Każdy nadprogramowy krok przyczyniał się do dalszego masakrowania podeszw stóp.




Kolejny punkt był usytuowany tak, że trzeba było wleźć, a jakże, do strumienia. Ale tym razem to moczenie przyjęłam z wielką ulga. Miałam wrażenie, że stopy mnie palą, a woda przynosiła takie ukojenie...



Wiedzieliśmy, że trasę musimy skrócić, część rzeczy odpuścić. Jaskinia z zadaniam ispecjalnymi odpadła,  bo znów goniły nas limity. Na następnym przepaku musieliśmy pojawić się do godziny siedemnastej, żeby mieć szansę odsapnąć i ruszyć dalej, na ostatni etap rowerowy.
Ten fragment znów był trudny dla głowy. Schodziliśmy z gór w kierunku Zawoi łatwym terenem. A jak jest łatwo, to mózg znów zaczyna wariować :) Ciężko się zdziwiłam, gdy dwie dziewczynki w sukienkach w żółtą kratkę, trzymające się za ręce i podskakujące wesoło, okazały się po prostu stosem drewna... A potem tradycyjnie zaczęliśmy zasypiać w marszu. Całe szczęście, że droga, którą szliśmy była praktycznie pusta. Od czasu do czasu przejeżdżał samochód jadący do któregoś z domków letniskowych. I jeden z takich samochodów obudził nas klaksonem. Musiał obudzić, bo nie słyszałam, żeby nadjeżdżał.

Takie przeloty na zmęczeniu były najgorsze. Momentalnie człowiek zasypiał.


Wreszcie udało nam się dotrzeć do przepaku. Nie sądziłam, że tak szybko zatęsknię za rowerem - ale nie mogłam się go doczekać. Moje stopy przedstawiały opłakany wygląd. Kalafiory, pęcherze, krwiaki. Długo bym na nich nie pociągnęła. Zastanawialiśmy się czy w ogóle będziemy w stanie pedałować. Trwała też burza mózgów nad mapą. Jaki wybrać wariant, żeby zdążyć na czas na metę. A to był długi etap, ponad stukilometrowy.
Powiem Wam jako ciekawostkę, że w trakcie, gdy chłopaki opracowywali trasę, organizator zbierał się, żeby zdążyć do Krakowa powitać pierwszy zespół na mecie... Nas czekała jeszcze jedna noc w trasie.

Ośrodek Beskidzki Raj. Na wieży trzeba było podbić punkt. 



Godzina 59-72

Na szczęście udaje się pedałować. Boli tylko trochę moment wpinania i wypinania. Proszę jednak chłopaków, żeby odpuścić jeden z punktów, który wymagał pchania rowerów po szlaku, w górę. Chciałam jednak te moje stopy pooszczędzać - bo nie wiadomo było ile jeszcze zniosą.
Początek drogi był dla mnie trudny. Pchaliśmy się najkrótszą drogą, przez jakieś bezdroża, żeby wydostać się z gór. Ja byłam tak zmęczona, że zsiadałam z roweru w terenie, który dobę wcześniej pewnie bym spokojnie przejechała. Z ulgą powitałam asfalt - choć oczywiście to nie oznaczało, że zrobiło się płasko. Podjazdów do samego końca mieliśmy bardzo dużo.

Ha! A pod tą górkę podjechałam!


Wyjechaliśmy już z gór. Pamiętam, że poczułam żal, że coś się już kończy. Ale przed nami była jeszcze nocka i setka na rowerze


Udało nam się jechać do około dwudziestej trzeciej. A potem zgodnie walnęliśmy się na przystanku autobusowym w jakieś wsi. Budzik nastawiony na półtorej godziny snu. Obudziliśmy się nawet wcześniej, z zimna. To były ciężkie godziny. Trzecia noc na nogach. Te w sumie cztery i pół godziny snu, które wyrwaliśmy w ciągu trzech dni, były niczym. Mózg znów wariował i tworzył halucynacje na potęgę. Było ich dużo, większości nie pamiętam. Niektóre nie były spektakularne. Tibor, który jechał przed nami, od czasu do czasu odwracał się, żeby sprawdzić gdzie jesteśmy. W ciemności światło czołówki moja głowa brała za nadjeżdżający z przeciwka samochód. Pamiętam, że zdziwiłam się, że ktoś przed domem ukształtował sobie trawnik w kształt galopującego konia :) Ale były też tak dziwaczne i śmieszne, że od samego początku wiedziałam, że to musi być halucynacja i zniecierpliwiona czekałam, kiedy wreszcie zobaczę co naprawdę tam jest. Tak było z balonem. Rozumiecie: środek nocy, a ja na poboczu widzę  kołyszący się na sznurku, wypełniony helem, balon w kształcie srebrnej rybki. Miała namalowane łuski, błyszczała i łypała okiem. Co tam jest naprawdę?? Wystające pieńki po ściętym krzaku. Rzeczywistość okazuje się banalna :)



Jedziemy w kierunku Krakowa, ale też szukamy punktów. Pod starym mostem kolejowym. Jest. Ruiny strażnicy za nieczynnym mostem kolejowym. O - tu było zabawniej, bo musieliśmy z rowerami przejść się kawał torami, a potem przejechać przez most. I nagle, na poboczu widzę cztery leżące rowery. Logika jest prosta: nasi. No bo kto normalny zostawia cztery rowery w środku nocy. Okazało się, że lokalsi z pobliskiej wsi zrobili sobie nocne spotkanie na moście.



Przy kolejnych poszukiwaniach miałam znów kryzys. Wyłączyłam się z szukania i stawiałam bierny opór. Szukanie lampionu w ciemnym lesie nad strumieniem nie należy do najłatwiejszych rzeczy i znaleźliśmy go tylko i wyłącznie dzięki uporowi Tibora. Zaczynało świtać.
To był ciężki ranek. Zasypialiśmy na rowerach wszyscy. Bartek nawet zdołał obudzić się dopiero wtedy, gdy przydzwonił w krawężnik. Byliśmy tak zmęczeni, że czasem nie wiedzieliśmy czy ktoś coś własnie powiedział, czy tylko nam się to przyśniło. Już tak nie wiele brakowało. Musieliśmy zameldować się na jeszcze jednym przepaku, zaliczyć jeden punkt z następnego BnO (na całość nie mieliśmy już czasu) i odnaleźć jeszcze dwa lampiony.
I nie mogliśmy znaleźć tego przepaku. Czas mijał, my wbijaliśmy się w kolejne drogi, kolejne okazywały się ślepymi zaułkami. Był stres - bo nie mogliśmy go opuścić. Trzeba się było meldować na każdym, to był warunek zaliczenia rajdu. Wreszcie Tibor przez jakąś strasznie zarośniętą leśną drogę, po której w życiu bym nie powiedziała, że jest właściwa, doprowadził nas na miejsce. Szybciutko wybraliśmy, którego punktu z BnO szukamy i ruszyliśmy. Aż szkoda mi było, że nie mamy więcej czasu. Bartek nawigował, stanął, powiedział, że to gdzieś tu. Zerknęłam co mówią piktogramy, spojrzałam się w las na ukształtowanie terenu, wybrałam moment skrętu i wyszłam prościutko co do centymetra na lampion.




Czas jednak gonił, wróciliśmy do rowerów. Jeszcze dwa lampioniki do zgarnięcia - i już prosta droga wałem powodziowym do Krakowa.
Na ostatni punkt Tibor nawigował jak po swoje. Skręt w las, szybka jazda ścieżką, wyjeżdżamy na szosę i...mąż mój staje i ewidentnie widać, że coś się cholernie nie zgadza. "Ta szosa miała iść w dół..."- mówi. No, nie chce iść w dół. Stoimy, a Tibor ewidentnie próbuje zrozumieć, gdzie popełnił błąd. W końcu z Bartkiem podejmujemy decyzję, że dajemy sobie spokój, jedziemy na metę, bo za moment nie wystarczy nam czasu.
Szkoda tego ostatniego punktu, z przyczyn czysto ambicjonalnych - bo w naszej klasyfikacji nic to nie zmienia.
Na wale znów musimy się mocno pilnować. Droga prosta jak drut, bez wyzwań, więc znów walczymy z sennością.



Robimy sobie pamiątkowe zdjęcie na tle zamku i ruszamy w kierunku bazy. No cóż - i na dwieście metrów przed metą gubimy się :)) Wjeżdżamy nie w tą uliczkę. Aaaaa, co za wstyd!
Ale wreszcie jest. Po 71 godzinach i 39 minutach przejeżdżamy przez bramkę wyznaczającą metę i odhaczamy czipami naszą obecność na linii mety. Jest szampan, jest radość, ale przede wszystkim jest potworne, potworne zmęczenie.




Na trasę wyruszyło 15 zespołów. Do mety dotarło jedenaście. Z czego sześć w kompletnym, czteroosobowym składzie i tylko dwa z kompletem punktów.

Wrażenia po? Kawał, kawał ciężkiej ale i świetnej przygody. Nie sądziłam, że uda mi się w miarę sprawnie działać przez tyle godzin i na takim niewyspaniu. Pogoda przez pierwsze trzydzieści godzin to był jakiś hardcore.
Byliśmy jednym ze słabszych zespołów, najsłabszym z tych, które do mety dotarły. Nie mamy dużego doświadczenia na rajdach przygodowych (mówię za siebie i Tibora), doświadczenia na tak długich trasach nie miało żadne z nas. Jest sporo rzeczy do poprawy, do dopracowania, do wyćwiczenia.
Uważam, że od początku należy sprężać się. A to oznacza podbieganie tam gdzie się da. Część tatrzańska była trudna ze względu na pogodę, ale człowiek nie musiał nawigować. Szło się jak po sznurku, trzeba było tylko szybko przebierać nogami. U nas to nie wyszło, ze względu na kontuzję Pawła - ale uważam, że to był etap, na którym można było mocno zyskać. Później ciężko było nadrabiać - bo kolejne etapy były już bardziej techniczne (rolki!) lub wiązały się już z nawigowaniem pełną gębą. A narastające zmęczenie nie pomagało.
Nie pilnowaliśmy czasu na przepakach. Znaczy chyba na początku przyjmowaliśmy jakieś widełki czasowe - ale później wszystko rozłaziło się, nie potrafiliśmy zebrać się jakoś do kupy.
Nawigacja, ach... Temat rzeka. Paradoksalnie to, że część punktów odpuszczaliśmy, mógł w niektórych miejscach działać na naszą niekorzyść i wcale nas nie przyspieszał. Czemu? Bo na następne punkty nachodziliśmy od innej strony niż zaplanował to organizator i często była to strona o wiele trudniejsza, stromsza i mniej oczywista nawigacyjnie. Ba, zaryzykowałabym stwierdzenie, że chwilami robienie wszystkich punktów mogłoby trwać krócej, niż ta wybiórczość. Dopiero teraz, siedząc w domu nad mapami, na których mamy oznaczone wszystkie szlaki, widzimy jak to wyglądało. No cóż...następnym razem będziemy ciut mądrzejsi o to doświadczenie.

Jak to wypadło od strony formy? Na etapy piesze nie narzekam, choć stan stóp na koniec mocno mnie spowolnił. To było wkurzające - bo fizycznie mogłam iść szybciej, a nie mogłam ze względu na ból stóp.
Rolki...cóż... Myślę, że poszły mi szybciej i sprawniej niż w marcu na Krajnie. Ale za to przypłaciłam ten etap fioletowo - czarnym tyłkiem. Muszę jakoś ogarnąć w końcu to hamowanie, ale na razie rolki są moją najsłabszą stroną i ich po prostu nie lubię.
Rower. Bałam się go. Bałam się takiego stanu, że nie będę w stanie kręcić. Na szczęście nic takiego nie miało miejsca i myślę, że za bardzo od chłopaków nie odstawałam. Mam problemy z mocno technicznymi kamienistymi zjazdami, . Jadę za wolno - a przez to rower zamiast płynnie przeskakiwać przez kamienie często gdzieś się blokował. I kończyło się to glebą. Cóż, Kampinos jest dobry do trenowania jazdy w suchym piachu, ale nie koniecznie technicznych, górskich zjazdów. Na podjazdach na szosie też kręciłam. Owszem, najczęściej wolniej - ale kręciłam.
Lepiej niż myślałam zniosłam noce. Na Krajnie zaliczyłam o wiele większy kryzys - ale wtedy było zimno (był mróz). No i w marcu noce są jakby dłuższe.

Jak nam się układała współpraca? Po Krajnie wyglądało to obiecująco i istniała duża szansa, że i teraz pomimo zmęczenia  nie pożremy się. Było w porządku. Owszem, ze dwa razy bardziej pomarudziliśmy do siebie z Tiborem. I raz ochrzaniłam Bartka, że znów sika (myślałam, że to mój mąż, który kilka minut wcześniej poleciał w krzaczki). Się chłopak ciężko z dziwił czemu się go czepiam :))).


Ot i tyle. To na pewno nie był nasz ostatni rajd. Na razie dalej odsypiamy, bo za moment jesień i nowe wyzwania i plany.


piątek, 27 lipca 2018

Adventure Trophy cz.2

Adventure Trophy cz.2
Godzina 0- 12

Rano dowiadujemy się o pierwszych zmianach na trasie. Nie będzie Krzyżnego, nie będzie Piątki, trasa została zmieniona ze względu na warunki. Autokar wywiózł nas do Palenicy Białczańskiej. Pierwszy zespół ruszył o 8.30, następne są wypuszczane co trzy minuty. My jesteśmy dziewiąci w kolejce, wyruszymy parę minut przed dziewiątą. Pogoda była stabilna, że się tak wyrażę. Stabilnie padało ;).



Czekając pod wielkim ogródkowym parasolem, nawet rzuciliśmy się na kupno dla mnie ślicznego gustownego foliowego płaszczyka. Nie był to jednak dobry pomysł - bo nawet idąc marszem człowiek szybko się pod taką folią gotuje. No właśnie: decyzją połowy zespołu przyjmujemy taktykę maszerowania, bez żadnych wyskoków biegowych. Niby decyzja wcale nie głupia, zważywszy na dystans, który nas czekał, ale nogi na niektórych fragmentach rwały się do biegu.

Nic się ciekawego z początku nie dzieje. Może poza tym, że Paweł ciuteńkę jakby zostawał bardziej z tyłu na stromszych podejściach. No i szlak stawał się coraz bardziej błotnisty. Oczywiście człowiek robił jakieś wygibasy, próbował jak najdłużej mieć suche stopy - ale te działania na dłuższą metę były skazane na porażkę. A zważywszy na to co działo się w następnych godzinach - takie jakby śmieszne :)



Trasa wiodła lasem, oprócz błota pojawiały się coraz częściej strużki i strugi wody ściekające gdzieś z gór. Nic dziwnego: cały czas padało. Wreszcie drogę zagrodził nam strumień. Był wartki, ale na szczęście dało radę pokonać go skokiem. Droga cały czas bez zmian: w wodzie, błocie, deszczu i pod górę. Do naszych uszu zaczyna dochodzić coraz wyraźniejszy huk wody. Przed nami widać inne zespoły. Co tam się do cholery dzieje?? Dochodzimy i oczy robią mi się jak spodki. Mamy prze TO przejść?? Jak?? W poprzek szlaku pędząc w dół huczy rwąca rzeka. Widać jak woda załamuje się na kamieniach. Jest szeroka i bardzo, bardzo wartka. Rozlała się tak szeroko, że zgarnęła w swój nurt kosówki. Część zespołów usiłuje przejść powyżej nich: tam jest ciut węziej, ale nurt jakby szybszy. My wybieramy wariant przez kosówki. Przeskakuję uważnie z gałęzi na gałąź, z niedowierzaniem wpatrując się w żywioł pod moimi stopami.




Wreszcie koniec oparcia. Kosówki się skończyły. Teraz trzeba wykonać dwa kroki przez wodę. Po drugiej już stronie stoi Paweł, wyciąga do mnie kije i cały czas powtarza, żebym uważała, bo jest bardzo silny nurt. Daję kroka, łapiąc kijka i w ułamku sekundy woda podcina mi nogi. W jednej chwili leżę zanurzona po samą szyję, starając się nie dać zepchnąć nurtowi w dół. Jakoś zostaję wyciągnięta przez Pawła. Stoję na brzegu ociekając wodą, w szoku. Śmieję się do rozpuku, ale jednocześnie czuję jak po twarzy płyną mi łzy. Gdyby ktoś w tym momencie kazał mi powiedzieć co czuję - nie byłabym w stanie odpowiedzieć. Zdaję sobie sprawę, że przed nami jeszcze szmat drogi, jestem mokra od stóp do głów, nie mam ciuchów na przebranie i po prostu w tym stanie trzeba będzie iść dalej, w górę. Mam nadzieję, że jak będę się ruszać nie zmarznę za bardzo, a ubrania jakoś zdołają przeschnąć. Przeprawiają się Tibor z Bartkiem, też nie unikają kąpieli. Idziemy dalej. Spotykamy jeszcze  na naszej drodze strumienie - ale po tamtej przeprawie żaden z nich nie robi już na nas wrażenia.






Wychodzimy na tyłach Murowańca. Obowiązkowe zdjęcie przed schroniskiem, żeby org zaliczył nam punkt i idziemy dalej, na Kasprowy. Kawałek nad schroniskiem następna niespodzianka: w poprzek szlaku znów płynie rzeka. Na szczęście tu woda płynie w miarę spokojnie i bez problemu przedostajemy się przez przeszkodę, pomimo, że woda sięga chwilami dobrze za kolana.






Podejście na Kasprowy jest nudne. Chmury i mgła powodują, że nic nie widać. Szkoda mi zespołów z Holandii, Hiszpanii, Ukrainy. Ja w tych górach byłam i będę jeszcze nie raz. Wiem jak wyglądają przy ładnej pogodzie. Wiem, że na lewo widać normalnie Świnicę. Na prawo za nami jest Krzyżne, z którego powinniśmy schodzić. A teraz człowiek idzie taki zawieszony w mleku i nic prócz kilkunastu metrów szlaku przed sobą nie widzi.
Paweł zostaje coraz bardziej z tyłu, dzieje się coś niedobrego. Przecież niemożliwe, żeby podejście sprawiało mu aż taki problem.
Wreszcie Kasprowy, znów foteczka. Chowamy się na chwilę w pomieszczeniach górnej stacji kolejki. Zakładam kurtkę przeciwdeszczową, żeby chroniła mnie przed wiatrem.




Ciuchy mam dalej mokre, więc wodoodpornośc nie ma już żadnego znaczenia. Ruszamy czerwonym szlakiem.
Szlak ten wiedzie na Czerwone Wierchy, idzie granią. Na tej wysokości nie ma drzew, więc marsz jest mocno nieprzyjemny. Raz po raz podmuchy wiatru siekają deszczem po twarzy. Nie wiadomo jaką wybrać taktykę: iść wolniej, żeby Paweł za bardzo nie zostawał w tyle? Zimno, bo idzie się wolno. Iść szybciej, a potem czekać na wszystkich? Zimno się robi jak się stoi i czeka.






Zaczynam marzyć o błocie i strumieniach. Niech sobie będą, ale tam, niżej przynajmniej tak nie wiało, ten deszcz nie był tak dokuczliwy. Kolejne zdjęcie na Kopie Kondrackiej i ruszamy w dół.
Marzyłam o strumieniach? Oj, trzeba uważać na marzenia, bo mogą się spełnić...Niżej woda była wszędzie. Właściwie cały szlak zamienił się w potok. Nie dało się uciec, z góry płynęły strumienie, łączyły się, krzyżowały, wszystko tonęło w wodzie. Szliśmy brodząc, nie czując stóp, bo woda jednak była zimna. Jedyny plus był taki, że Paweł w tej wodzie odżywał i zasuwał do przodu :)






Wreszcie opuściliśmy TPN i ruszyliśmy dalej, w kierunku Spiszu. Pomimo, że teren stał się łatwiejszy, jest sporo asfaltu, nasze tempo się nie zwiększyło. Paweł dowcipkuje, ale już wyraźnie widać, że kuleje. Gdy myśli, że nikt się na niego nie patrzy, po twarzy widać, że noga go boli.
Co dalej? Czy zdoła dalej walczyć? Następny etap to rolki. Czy noga wytrzyma? Potem mają być kajaki, tam będzie mógł odpocząć, ale co potem...? Zdaję sobie sprawę, że Paweł nie powinien dalej iść. Tylko...co znami? Czy to oznacza, że cały zespół musi zejść z trasy? Czy nasza przygoda na Adventure Trophy zakończy się po pierwszym etapie?
Na razie idziemy wzłuż granicy polsko - słowackiej szukając następnego punktu i ciesząc się, że przestało padać. Podobno po południu miało być lepiej i chyba prognozy się sprawdzają :) Tibor w jakiś krzakach gubi kompas, ale w końcu znajdujemy upragniony lampion. Teraz tylko w dół, do drogi, na przepak.







Godzina 13- 17

Docieramy do przepaku. Dowiadujemy się, że etapy kajakowe zostają zupełnie zlikwidowane. Jest zbyt niebezpiecznie. Zamiast nich będzie rower. zmianie ulega też umiejscowienie niektórych punktów. Na razie jednak czekają nas rolki.
Paweł zgłasza organizatorom, że chodzi z trasy. My możemy iść dalej, ale jako zespół niekompletny.
Zakładam rolki i...widzę początek trasy. Ale, że co? Tak na początek mam zjechać z tej górki?? Ale dlaczego, aaaaa!. Bartek pociesza mnie, że za chwilę przyzwyczaję się do szybkości. Kurczę, nie sądzę. Te rolki są szybkie, za szybkie. Byle spadek powoduje, że przyspieszam, nie muszę nic pomagać. Z sercem w piętach, próbując hamować kijkami, pokonuję spadek. Dalej na szczęście jest lepiej. Scieżka jest szeroka, pusta, z dobrej jakości asfaltem. Po prostu jedziemy. Udaje mi się nawet złapać rolkowy flow. Lewa, prawa, lewa, prawa, szuuu, szuuu, w świetle czołówki droga ucieka pod kółkami. doganiamy nawet zespół holenderski.
Niestety moje rolkowe szczęście przestaje mi dopisywac. Dojeżdżamy do Nowego Targu. Nasza ścieżka znów idzie z górki, a trzeba zwolnić, bo za moment będziemy przekraczać normalną drogę. Przed nami jadą Holendrzy i nie wszyscy jeżdżą dobrze. Z zazdrością obserwuję jednego zawodnika. Jego plecaka trzyma się osoba słabiej jeżdżąca, a on z lekkością, ot tak, od niechcenia raz jedną, raz drugą nogą stosuje T- stop. Eh...jak próbowałam to hamowanie ćwiczyć bez Matyldy, od razu mnie obracało. Staram się jakoś hamować hamulcem, kijkami i patrzeć co się dzieje przede mną, żeby nie wjechać w Holendrów. Nie wiem jak to się stało, co spowodowało, ale nagle tracę równowagę. W jednej chwili jadę, a w następnej siedzę na tyłku. Tak po prostu, nagle. Jadę - nie jadę. Wiecie co się dzieje, gdy ta energia z jazdy w jednym momencie zostaje zatrzymana? Dupa, za przeproszeniem, boli mnie tak, że kładę się na asfalcie i krzyczę na głos. Za chwilę zdaję sobie sprawę, żę chłopaki nie wiedzą co się dzieje, więc krzyczę, że nic mi nie jest, tylko, kur^$^&a, jak to boooooli!!! Wstaję po chwili, otrzepać z piachu się nie pozwalam, bo każdy najmniejszy dotyk stanowi potworny dyskomfort. Nic to - trzeba jechać dalej, ale w moją jazdę zaczyna wkradać się strach. Szczęśliwie moja głowa może przez trochę jazdy odpocząć, bo etap rolkowy mamy przedzielony krótkim, około 5 kilometrowym trekkingiem. Mojej radości z odpoczynku nie psuje nawet fakt, że znów leziemy przez jakieś podmokłe łąki, w wodzie i błocie.
Potem znów odcinek na rolkach, na których zaliczam drugą glebę, na drugi pośladek. Droga się rozwidlała, my znów zaczęliśmy doganiać Holendrów. Pojechałam tak jak oni, skręcając w lewo, starając się nie przejmować, że jest z górki i że się rozpędzam. Najpierw wobaczyłam jak zespół przede mną umyka na boki i się przewraca. A potem zobaczyłam, że asfalt się kończy i zaczyna się droga wysypana kamieniami. Nie miałam szans, żeby w jakiś cywilizowany sposób próbować hamować. Robię to co ludzie przede mną: przewracam się. Może i całe szczęście, bo oryginalnie trzeba było pojechać prosto, fragmentem nie zabezpieczonym żadnymi barierkami, z mocnej górki, z zakrętem, z rzeką pod spodem. Jestem święcie przekonana, że wpadłabym do tej rzeki. Po ogarnięciu się po upadku, spadek pokonuję bokiem, drepcząc powolutku.
Po jakiś 7 kilometrach docieramy do przepaku. Z wielką ulgą żegnam rolki i cieszę, się, że to już koniec. Mój tyłek  i moje dłonie więcej upadków mogłyby nie przeżyć.


Godzina 18- 25


Jest wpół do drugiej w nocy, zaczynamy nocy etap trekkingowy. Żeby nie było za dobrze, zaczyna lać. Pierwszy punkt znajdujemy sprawnie. Do drugiego usiłujemy dojść przez łąki, ale kiepsko nam idzie. Noc, deszcz i mgła, powodują, że droga na skróty nam nie wychodzi. Wracamy się  i w okolice punktu dochodzimy naookoło. Usiłujemy znaleźć skałkę, na szczycie której ma być lampion. W deszczu, w ciemności niewiele widać. Ściana drzew i krzaków. W którym miejscu kryje się upragniona skałka? Plączemy się w okolicach czyjegoś obejścia. Pomimo, że jest trzecia czy czwarta nad ranem, przed dom wychodzi facet i mówi, że to nie tu, że skałka jest kawałek dalej. Ha! Wiedza, gdzie ona jest to tylko połowa sukcesu. W ciemności trzeba jeszcze znaleźć dogodne podejście. Wszystko jest mokre i śliskie, tonie w błocie. Wreszcie udaje się. Patrzymy gdzie na mapie są zlokalizowane kolejne punkty, gdzie jest następny przepak i ile mamy czasu.



Czeka nas jeszcze dłuuga droga. Postanawiamy reszty punktów nie szukać. Boimy się, że nie wyrobimy się w limicie. Etap mamy zaliczony, przynajmniej jeden punkt został znaleziony. Zbieramy się w kierunku Niedzicy.
Idziemy teraz non stop szosą, mijając uśpione wsie. Gdy mózg nie musi skupiać się na trudnościach, zaczyna się znużenie. Ze zdziwieniem widzę jak z naprzeciwka idzie facet trzymając za rękę dziecko. Co za dziwna pora na spacer, myślę sobie. Nawet mam zamiar podzielić się tą myślą z chłopakami, gdy facet z dzieckiem zamienia się w jakiś duży szyld. Yyyy? Idę i próbuję odczytać litery na tablicy. Tablica zamienia się w wystający konar drzewa z liściami. Halucynacje. Ale tak po pierwszej nocy??
Opowiadam co wyprodukował mój mózg. Bartek pociesza mnie, że zamiast czerwonego światełka na czołówce Tibora widzi ludzika lego :)
Wstaje powoli ranek, a my dalej idziemy szosą. Tym razem dochodzi senność. Potworna senność. Oczy same się zamykają i nie wiadomo kiedy człowiek zasypia, dalej idąc. Budzę się, gdy zaczynam zmieniać kierunek.




Mijamy po drodze zespół, który postanowił kimnąć się na przystanku. Tam czwórka zdechlaków - tu trójka zombie. Adventure Race w swej całej okazałości.



Po nieskończenie długim marszu, dochodzimy wreszcie do przepaku, u stóp zapory na Zalewie Czorsztyńskim. Z upustów wylewają się jakieś potworne ilości wody.


Godzina 26- 42

Korzystamy z dobrodziejstw dostępnych na przepaku. Prąd, toaleta, gorąca woda. Posilamy się liofilem, przebieramy w suche ciuchy. Smętnie myślę, że niezbyt długo pozostaną suche, bo zaczyna znów lać. Patrząc się mapkę od razu postanawiamy część punktów odpuścić. Pogoda jest jaka jest, a to co zamierzamy zdobyć i tak dostarczy nam mnóstwa atrakcji. Wjeżdżamy w Gorce.
Na pierwszy ogień idą zadania specjalne. Musimy tylko dojechać do kamieniołomu. Zgodnie z przewidywaniami już po minucie jestem mokra calusieńka. Z nieba leją się strugi wody. Co za pogoda, jasny gwint... Przecież już miało się poprawiać... Zatrzymujemy się przed wiejskim sklepem, żeby uzupełnić zapas batonów. Tibor mi daje torebkę strunową, w której schował pieniądze. Powinny być suche. Hm.. Podaję pani przy kasie ociekający wodą banknot, przepraszając, że mi trochę zamókł :) Na szczęście przyjmuje go. Potem tylko trzeba wycisnąć rękawiczki, włożyć je na ręce i dalej w drogę.
W kamieniołomie czekają na nas trzy zadania: wspinanie na tzw. wędkę, via ferrata oraz kółko dookoła kamieniołomu z dwudziestokilowym worem na plecach. Zadania w sam raz na taką pogodę i w sam raz na czekające nas potem podjazdy i zjazdy :)




Znów słyszymy, że po południu ma przestać padać. Ciężko w to uwierzyć, szczególnie, gdy od dwóch dni się słyszy o tym, że ma być lepiej :)
Nasz cel: szczyt Lubania. Pierwsza próba wbicia się zapowiadała się obiecująco. Nawet pomimo przeprawy przez strumień :) Niestety, potem było coraz gorzej. Trafiliśmy na drogę używaną przez sprzęt do zrywki. Ilość błota była taka, że zawróciliśmy.





Próba nr 2. Obiecująco wyglądał znak, taki do oznaczeń szlaków turystycznych, że Lubań 30 minut. Trochę ten czas wydał nam się nierealny - i słusznie - jak się okazało. Tym razem ewidentnie oznaczał on, że do żółtego szlaku na Lubań jest trzydzieści minut... Drogę pod górę, przez łąki i las umiliło nam nagle...słońce! Tym razem na serio zaczęło się wypogadzać! Z ulgą zdjęłam część mokrych ubrań. Były tak mokre, że zanim przytroczyłam je do plecaka, musiałam je wykręcić.







To, że wreszcie dotarliśmy do szlaku, wcale nie ułatwiło nam drogi. O ja pierdziu, jak to podejście na Lubań dało nam w kość. Mega, mega strome, kamieniste podejście. Ciężko prowadziło się rower. Nawet zaczęłam rozważać pomysł schowania go gdzieś w krzakach i dalszą wędrówkę be z niego - ale okazało się, że w planach jest zjazd inną droga. W końcu Tibor wpadł na genialny pomysł i zarzucił sobie rower na plecy, twierdząc, że widział na filmach, że tak często podchodzą downhillowcy. Pomysł może i dobry - tylko czy ja, kobitka, 166 cm wzrostu, dam radę zarzucić sobie 16 czy 17 kilogramowy rower?? Wspomogłam się grawitacją stając twarzą w dół zbocza i... udało się! Krok za krokiem byliśmy bliżej naszego celu.



Wreszcie jest! Jeszcze tylko wejście na wieżę widokową i wymagane przez orga zdjęcie na górze.





Podejście dało nam mocno w kość. To była nie tylko kwestia, że pod górę i że ciężko z rowerem. Pomimo poprawy pogody, woda dalej spływała z gór i  stan szlaków, ścieżek był...straszny. Wszystko tonęło w błocie i kałużach. Często środek szlaku był wymyty przez płynący strumyk. nie dało się po tym jechać. To wszystko mocno, mocno nas spowalniało. A zegar limitu na następnym przepaku cykał, cyk, cyk...
Zastanawialiśmy się nawet czy nie da rady jakoś ominąć gór. Ale układ dróg plus zakaz poruszania się dla zawodników po jednej z nich, spowodował, że jedyna droga do przepaku wiodła przez Turbacz, nie dało rady tego punktu odpuścić.






widzicie tą wieżyczkę z lewej strony? To Lubań. Byliśmy tam :)


Ruszyliśmy dalej. Trochę radochy z jazdy i znów podejście. Po wodzie, przez jakieś zwalone pnie, po kamieniach. I nagle najpierw minęliśmy zaparkowany samochód terenowy. Niby bez żadnych oznaczeń - ale stał w takim miejscu, że mocno "pachniał" strażą parkową. A potem wpakowaliśmy się na ścieżkę, przed którą stał szyld, że Gorczański Park Narodowy, że ścieżka dydaktyczna i że zakaz jazdy rowerami. Konsternacja. Z mapy wynikało, że jesteśmy na dobrej drodze. Nie mieliśmy tej ścieżki wykluczonej. Ale zakaz jest, jak w mordę strzelił. I jeszcze to niepokojące auto...
Z bólem serca, nie chcąc ryzykować mandatu, zawróciliśmy. Czas poświęcony na wdrapanie się aż tu poszedł na marne. A ja czułam, że jestem coraz bardziej zmęczona i że coraz bardziej się wlokę.
Długa debata nad mapą i chłopaki opracowali inny wariant. Z przeprawą przez rzekę :) Wariant okazał się być słuszny, bo dotarliśmy do czerwonego szlaku. Szlak był gwarantem, że na ten Turbacz tym razem dotrzemy, ale jeśli chodzi o trudności - to wcale nie było lepiej. Trasa dalej bez zmian: połączenie kałuż, błota (parę razy nadziałam się na takie wredne. Co to udawało, że wcale nie jest błotem. Wjeżdżałam i nagle okazywało się, że rower mi stoi po ośki a ja mam kłopoty, żeby go z tej pułapki wyciągnąć), kamieni. To był taki fragment, gdzie ewidentnie złapałam kryzys. I taki fizyczny i psychiczny. Fizycznie byłam mocno zmęczona. Każda taka wtopa nawigacyjna - każde zejście i ponowne podejście wybierało potwornie siły. Zaczęłam się w duchu użalać nad sobą. Że nie daję rady, a te chłopaki świnie jedne nic mi nie pomagają. Na szczęście zachowałam tyle zdrowego rozsądku, żeby rozumieć, że chłopaki nie pomagają, bo są równie zmęczeni. Po prostu należy zacisnąć zęby i robić swoje. W końcu postanowiłam wspomóc się dextrozą. Zaskoczyło i przy zapadających ciemnościach, mokrzy, w chlupiących butach, ubłoceni potwornie, dotarliśmy do schroniska na Turbaczu. Dochodziła dziesiąta wieczór.



Następny przepak mieliśmy w Rabce. Tam też mieliśmy etap BnO. Limit na dotarcie mijał o szóstej rano.
Pierwotnie chcieliśmy od razu zjechać z Turbacza, przespać się na przepaku i dopiero ruszyć na BnO. Teraz doszliśmy do wniosku, że bardziej sensownie będzie odsapnąć - i przede wszystkim przespać się-  w schronisku. Druga noc bez snu mogłaby się skończyć katastrofą. Przecież jeszcze z tego Turbacza trzeba zjechać, po ciemku. Kupujemy normalny obiad, colę, małe piwo na spółkę (jak szaleć - to szaleć).
Zmieniam skarpetki na suche (szczęśliwie miałam w plecaku), staram się nie myśleć, że i tak założę mokre, ciężkie od wody buty. Ustawiamy budzik na za dwie i pół godziny i kładziemy się spać na ławkach.
Tuż przed pierwszą w nocy, szczękając zębami z zimna, wychodzimy przed schronisko i zaczynamy zjazd w dół, w kierunku Rabki.

Copyright © 2016 Matkabiega , Blogger