wtorek, 11 czerwca 2019

Dlaczego ptaki śpiewają

Dlaczego ptaki śpiewają
Nie byłam pewna czy powstanie ten wpis. Czułam, że jeśli się zdecyduję, to będzie to najbardziej osobisty wpis ever. Nie byłam pewna czy chcę się aż tak bardzo uzewnętrzniać publicznie. Czułam, że może być trudno ubrać w słowa wszystkie emocje tłoczące się w głowie. Dalej nie jestem pewna czy będę wstanie przekazać to wszystko co mi się tam kłębi i opakować w literki obrazy pojawiające się przed oczami.
O czym mówię? O skokach spadochronowych.


Po moim pierwszym skoku w tandemie nikt by nie powiedział, że jeszcze wrócę na lotnisko. Sama bym tego nie powiedziała! Nie spodziewałam się, że skok to taka jazda bez trzymanki, nie mogłam zebrać myśli, było mi niedobrze. Daleko było mi do entuzjazmu - i w trakcie skoku i zaraz po nim.  Mój kamerzysta (jak mi się później przyznał) po cichu stwierdził, że w moim przypadku to były wyrzucone pieniądze w błoto ;) To wyjaśniało czemu wywalił oczy w słup, gdy miesiąc później znów zobaczył mnie w Chrcynnie ;)

A ja wszystko przetrawiłam w głowie i uznałam, że... chcę jeszcze raz. Przyznam się, że już wtedy zalęgła mi się szalona myśl, że chciałabym to wszystko zrobić sama. Nie przypięta do tandem-pilota jak worek ziemniaków, tylko sama, ze spadochronem na plecach. Z drugiej strony miałam wrażenie, że mózg zrobił mi jakiś głupi numer. To było zupełnie nielogiczne.
Drugi skok w tandemie miał mi dać odpowiedź. Będzie znów strasznie czy nie? Czy ta myśl wiercąca mi mózg ma jakąkolwiek rację bytu?
Nie było strasznie. Odważyłam się powiedzieć to głośno: chcę zrobić kurs AFF.  Z mężem, który wtedy też skoczył swój tandem i powiedział, ok, podoba mi się, zróbmy to :)

W marcu rozpoczęliśmy szkolenie teoretyczne, na początku maja zajęcia w tunelu aerodynamicznym (to o tym pisałam, że po Innsbrucku musiałam szybko ogarnąć się mięśniowo), w połowie maja zaczęliśmy praktykę.






I jeśli myślicie, że potem wszyscy żyli długo i szczęśliwie, Agnieszka po prostu zrobiła kurs i sobie skacze - to się mylicie.  Moja głowa po raz kolejny okazała się twardym przeciwnikiem.

Spadochroniarstwo rozbierze cię ze wszystkich masek, które przybrałeś. Nawet z tych, a może przede wszystkim z tych, które przybrałeś dla samego siebie. Bezlitośnie obnaży twoje słabe strony. Bezpardonowo pokaże ci, że nic nie wiedziałeś o wychodzeniu po za strefę komfortu. Chcesz skakać? Sprawdzam!

Ciężkie dla głowy były pierwsze kursowe skoki. Stres przy wyjściu z samolotu wpływał na to co działo się potem. Bo uwierzcie mi, stanięcie na progu lecącego samolotu, w tym huku, napieprzającym wietrze, gdy pod sobą masz cztery kilometry lufy, podnosi ciśnienie, oj podnosi.

Łatwo komuś opowiedzieć o radości, szczęściu, o czymś czysto przyjemnym, pozytywnym. Łatwo być wtedy empatycznym, wczuć się w te emocje. Ze strachem jest trochę gorzej. Nikt nie chce wczuć się w czyjś strach. Tak naprawdę wczuć, wyobrazić go sobie. A ten jest. Pierwotny, krzyczący ci w głowie: nie rób tego! To wariactwo! Uciekaj!
Pierwsze sekundy po wyskoczeniu wcale nie były lepsze - bo nieprzyzwyczajony organizm reagował paniką na uczucie spadania. Nogi i ręce zupełnie bez sensu szukały jakiegoś podparcia, zamiast poddać się powietrzu, strugom i przyjąć odpowiednią pozycję.


fot. Artur "Bravos" Ceran


Po pierwszym weekendzie i trzech skokach, byłam cała rozedrgana wewnętrznie. Nie umiałam sobie znaleźć miejsca w domu, nie mogłam na niczym się skupić. Sprawy nie ułatwiał mój mąż, który te emocje i stres znosił nieporównywalnie lepiej ode mnie i tryskał endorfinami na prawo i lewo. Miałam czasem ochotę pizgnąć go w ucho, żeby przestał ;)
On się nie mógł doczekać następnego weekendu, ja ze zdziwieniem stwierdziłam, że już jest piątek, rano w sobotę jedziemy na lotnisko, a ja jeszcze mentalnie nie czuję się absolutnie gotowa.

Najpierw myślałam, że ze stresem i strachem poradzę sobie jakoś sama, tak po cichutku ogarnę temat. Ale w końcu zrozumiałam, że to się nie uda, że nie tędy droga. Musiałam o tym zacząć mówić na głos, nawet jeśli w oczach mojego męża czy koleżanki z kursu widziałam brak zrozumienia. A przede wszystkim musiałam zacząć o tych emocjach mówić mojemu instruktorowi. Musiał wiedzieć, że ma studentkę bardziej spękaną od reszty. Rozmowy z nim, jego spokojny uśmiech pod tytułem "będzie dobrze", który mi puszczał w samolocie, bardzo pomogły. Ale, żeby się zebrać do kupy, musiałam mentalnie odbić się od jakiegoś dna. A był nim skok numer sześć.

Zamiotło mnie w nim, skotłowało po wyjściu, wpadłam w niekontrolowane obroty, nie wykonałam zadań, które miałam zrobić. Pierwszy raz po wylądowaniu szłam do układalni bez uśmiechu na ustach. Byłam wkurwiona. Byłam zniechęcona. Było mi źle. Zaczęłam zastanawiać się czy ja się do tego nadaję. Nie tak miało przecież być. Tyle miesięcy czekania. Miało być fajnie. W sumie było - ale te fajne momenty przykrywała o wiele grubsza warstwa stresu i strachu.
Musiałam dojść do ładu i składu ze swoją głową. Instruktor powiedział, że nie idzie mi źle. Idę z kursem w takim tempie, jakie założył. Pytanie czy udźwignę psychicznie skoki.

Spadochroniarstwo uczy wiary we własne siły, w siebie. Wierzył we mnie instruktor - musiałam uwierzyć jeszcze ja. Musiałam jakoś ogarnąć swój strach.



Po biegu w Innsbrucku napisałam na Facebooku o bólu, który towarzyszy ultrasowi:

"To nieodłączny towarzysz ultrasa. Najwierniejszy. Pojawi się na pewno. Dołączy do ciebie już w trakcie biegu. Będzie sprawdzał i testował jak bardzo może przejąć nad tobą kontrolę. Otuli swymi ramionami za linią mety. Będziesz chodzić jak kaczka, stękać w nocy przewracając się z boku na bok. Widok toalety, na której trzeba usiąść, będzie wywoływać nerwowy chichot. Bolą ramiona od plecaka, bolą ręce od odpychania się kijkami, bolą kolana od stromych biegów, bolą palce u stóp obijane niezliczona ilością kamieni i korzeni.
Będziesz myślał "nigdy w życiu żadnego ultra".
A potem zapisujesz się na kolejne... 


Przy skokach takim towarzyszem jest strach. Spytałam się znajomej, doświadczonego skoczka, kiedy przestanę się bać. Odpowiedziała mi: "nigdy". Musiałam więc przestać bać się bania. Musiałam przyjąć do wiadomości, że strach będzie, musiałam oswoić go.
Czy udało się? Jeszcze nie do końca:) Dalej się tego uczę Ale myślę, że uświadomienie sobie tego faktu było pomocne. 

Następny skok mi wyszedł. A jeszcze następny okazał się moim egzaminacyjnym, kończącym szkolenie podstawowe. 
Ten egzaminacyjny skok był niesamowity. Bo przez cały proces szkolenia mój świat kończył się na instruktorze latającym koło mnie i wysokościomierzu. Naprawdę, ledwo jarzyłam z tego co się działo dookoła. A nagle poczułam się, jakbym wybiegła z mgły na otwartą przestrzeń, jakbym znalazła się w centrum wielkiego wybuchu. Bach! Zobaczyłam, wreszcie zobaczyłam tą cała przestrzeń, w której byliśmy zanurzeni. Ten bezmiar powietrza, chmury dookoła, świat, gdzieś pod nami. Aż mnie zatkało z wrażenia. Przeszłam na jasną stronę mocy.


Następny skok był też wyjątkowy. Pierwszy po kursie. Bez instruktora. Musiałam ogarnąć się sama.
Czy się bałam? Strasznie :) Ale wiedziałam, że muszę skoczyć, nie mogę tego odkładać, bo będzie coraz trudniej. To był też pierwszy raz, gdy dotarła do mnie prawdziwość hasła, które wpadło mi gdzieś w oczy podczas przeglądania netu.
Strach zostaje w samolocie.

Ten jeden, króciutki moment, gdy dupa marszczy się ze strachu. Malutki, najtrudniejszy kroczek. W sumie czymże on jest wobec biegów ultra, gdy człowiek nieraz przez kilka, kilkanaście godzin leci w totalnym dyskomforcie, gdy jest źle, zimno, wszystko boli, oczy zamykają się ze zmęczenia.

Jeśli zrobisz ten krok, lądujesz w innym świecie i zaczyna się MAGIA.





Gdy niebo jest zupełnie czyste, masz wrażenie zawieszenia w przestrzeni jak w innym wymiarze. Gdy są chmury, jest punkt odniesienia i czujesz te pięćdziesiąt metrów na sekundę zapieprzania w dół. Charakterystyczny trzask otwieranej czaszy i spokój, który nagle zapada. Szybowanie i obserwowanie jak cień twojego spadochronu przesuwa się w dole po łąkach i polach.


Spadochroniarstwo jest zaborcze. Funduje takie emocje, taką huśtawkę, że ciężko potem odnaleźć się na ziemi i myśleć o czymś innym.
Ale nie, nie zamieniam nazwy bloga na "matka skacze" ;) Nie da się jednak  ukryć, że będę musiała na nowo poukładać swój świat z nową pasją.


A na koniec zostawię was z cytatem, autorstwa Szczytografii. Tekst, który oryginalnie dotyczy wspinania, ale pozwoliłam sobie na jego uogólnienie - bo do skoków pasuje jak ulał.
(https://www.facebook.com/szczytografia/videos/294724871179934/ - oryginał)



Potrzebujemy czasem zerknąć na drugą stronę, tam gdzie wszyscy zmierzamy. W obecnym świecie brakuje nam tych naprawdę wielkich wyzwań i potrzeby rozwoju, którego doświadczał nasz przodek, dla którego każde wyjście z jaskini rzeczywiście mogło okazać się tym ostatnim.
Nie chodzi tutaj o brawurę czy ryzykanctwo, pójście na całość i może "jakoś to będzie". Bardziej o świadome wystawienie dużego palca u stopy za próg komfortu; dotarcie do swojej granicy poczucia bezpieczeństwa i przesunięcie jej odrobinę do przodu.
Robimy to dla tej krótkiej chwili, w której musisz spojrzeć w głąb siebie bardziej niż kiedykolwiek, obawiając się znaleźć tam słabość lub zawahanie. Ale jeśli sprawdzian wypadnie pomyślnie, jeśli pokonasz ograniczenia własnego ciała, obaw i wątpliwości, nagroda jest wielka.

Jest nią radość życia.







Ps. Mówi się, że spadochroniarze wiedzą dlaczego ptaki śpiewają.



wtorek, 14 maja 2019

Dookoła Innsbrucku

Dookoła Innsbrucku
Skąd pomysł na bieg w Alpach? Bo nigdy tam nie biegałam :)
Ale w cale nie Innsbruck był moim, naszym, pierwotnym celem. Pierwotnie wymyśliliśmy sobie z mężem Eiger Ultra Trail, wersję 51 km bieganą w parach. Cóż...chętnych było jednak tylu, że pakiety rozeszły się, nie wiem czy w minutę. Nie zdołałam nawet zobaczyć strony logowania. Tiborowi odpaliła, ale po wpisaniu danych już nie było miejsc. Podobno od przyszłego roku organizator na wszystkie trasy będzie wybierał szczęśliwców drogą losowania.
Cóż...Zaczęliśmy szukać innego alpejskiego biegu. I tak napatoczył nam się Innsbruck. Może mniej spektakularny jeśli chodzi o wysokości na jakich się biega, ale w sumie jak na pierwsze spotkanie na biegowo z Alpami, to może i lepiej? A bliżej terminu organizator dostarczył nam i tak garści emocji, informując o zniszczeniach części trasy przez lawiny i burze, wpisując raczki do obowiązkowego wyposażenia, a ostatecznie modyfikując trasę ze względu na zagrożenie lawinowe i wydłużając ją o jakieś dwa kilometry.

Nasz wyjazd obejmował ciut więcej niż udział w biegu. W planach było wspinanie, trekking. Małżonek na tą okoliczność zakupił mapy i przewodniki okolic Innsbrucku, z których jasno wynikało, że gdyby ograniczyć się tylko do tego obszaru, mielibyśmy co robić przez ładnych parę lat :) Niestety nie dane nam było poznać nawet pobieżnie okolic, bo pogoda miała swoje zdanie na ten temat. Powiem tylko tyle, że jadąc w kierunku Innsbrucku, powyżej 1000 metrów mieliśmy regularną zimę, z padającym śniegiem, jeżdżącymi pługami. I w tym wszystkim my, na letnich oponach... Ach, gdzież moja wizja ukwieconych alpejskich łąk?
W poszukiwaniu słońca i ciepła pojechaliśmy więc dwieście kilometrów dalej, do włoskiego Arco. Tam też biegając, wspinając, zajadając się pizzą (po tym wyjeździe carboloading to mam zapewniony tak do września spokojnie ;)), ładowaliśmy nasze akumulatory przed zawodami. I z pewnym niepokojem oglądaliśmy mapki pogodowe dla Innsbrucku... Te nieodmiennie zapowiadały, że będzie trochę padać, trochę więcej padać, padać, słabo padać, o, śnieg!... Właściwie dopiero na dzień przed zawiało lekkim optymizmem. Prognozy twierdziły, że do 17-tej powinno być spoko, a nawet ma wyjrzeć jakieś słońce. I tym samym w głowę wbił mi się cel: zdążyć na metę przed załamaniem pogody. Cel ten w sumie pi razy drzwi zgadzał się z tym co wstępnie wydumałam jakiś czas temu: czyli jaki jest moim zdaniem realny czas, w którym jestem wstanie pokonać ten dystans. Osiemdziesiąt pięć kilometrów, 3400 metrów przewyższeń. Uznałam, że dwanaście godzin, pewnie z jakimś haczykiem, to czas, który powinnam ogarnąć.

Odbiór pakietu połączony był ze sprawdzaniem całego sprzętu obowiązkowego. Druga linia sprawdzania, wyrywkowa, była w dniu startu przy wchodzeniu do strefy startowej.
O ile stojąc koło mojego męża, Ewy, mojej rzeźnickiej partnerki, wśród innych ludzi, czułam już tylko pozytywną ekscytację, to ostatniej nocki byłam kłębkiem nerwów. Nie wiem czy bardziej zawiniły teksty pt: "o, masz szansę na podium" (to mój mąż), czy zawirowania z pogodą. Efekt był taki, że chłop koło mnie dawno już chrapał, a ja przewracałam się z boku na bok, z sercem chcącym wyrwać się z piersi z jakiegoś dziwnego stresu. Szczęśliwie zdołałam wytłumaczyć swojej głowie, żeby nie odwalała kichy. To tylko bieg, w fantastycznych okolicznościach przyrody, a ja mam po prostu dobrze się bawić. Pomogło. Zasnęłam.


Tradycyjnie nie jestem w stanie opowiedzieć całej trasy kilometr po kilometrze. Nie jestem moim mężem ("bo ja po przebiegnięciu jeszcze raz sobie w głowie odtwarzam trasę, dopasowuję kawałki i dzięki temu pamiętam potem całą" - zastrzelił mnie ostatnio. To ja tak nie umiem).

Pierwsza część trasy kojarzy mi się ze stromymi podejściami i stromymi zbiegami wśród drzew, najeżonymi kamieniami i korzeniami. Z irytacją, że tuż za plecami mam biegacza, a jego czołówka o wiele silniejsza od mojej powodowała, że mój cień przeszkadzał w zbieganiu. Kojarzy mi się ze świtem, który przyszedł niepostrzeżenie, bez słonecznych fajerwerków. Po prostu po cichutku ciemność zamieniła się w szarość.
Ten etap kojarzy mi się z mgłą tak dużą, że ledwo widać było las przez który biegliśmy. Ze śniegiem, który coraz większymi płatami zaczął się wokół nas pojawiać, aż w końcu trasa zaczęła prowadzić po nim (obstawiam, że to dla tego fragmentu wymagano raczków - ale spokojnie wystarczały buty z solidnym bieżnikiem - kocham moje mudclawy!)




Druga część trasy to stokówki, wąziutkie singletracki trawersujące zbocza, na których człowiek biegł z bananem na twarzy. To zwalone, przez burze albo lawiny, drzewa, przez które trzeba było przechodzić albo obchodzić. To te wymarzone alpejskie łąki pełne żółtych mleczy, rozgadane, brzęczące, buczące, to wreszcie ośnieżone szczyty - bo pogoda zaczęła się poprawiać.
Pamiętam jak po raz pierwszy wbiegłam na taką łąkę, kolorową, z Alpami w tle. To był ten moment, że chciało mi się krzyczeć z radości, tylko, że nie mogłam, bo w gardle miałam gulę.

były jeszcze inne singletracki: takie bardzo pod górę



to nie ta łąka od guli w gardle, ale też ładnie ;)


Z trzeciej części najbardziej utkwiła mi w głowie końcówka, ostatnie 7-8 kilometrów. Spojrzałam się na czas i stwierdziłam w duchu: "wooow ! Babo, jak ściśniesz poślady, to masz szansę na złamanie dwunastu godzin". Ha, ha, ha. Niby wiedziałam, że na koniec będą jeszcze jakieś podejścia. Ale na siedem kilometrów do mety, to już nie może być trudno, prawda? Przecież już widać przede mną majaczący Innsbruck, a droga, którą aktualnie truchtałam była taka przyjemna...


Tak, to tu myślałam, że to co najtrudniejsze to już za mną :)


Ha! To na ostatnich kilometrach czarno na białym wychodziło ile jeszcze zostało ci sił i jak mocną masz głowę. Z niedowierzaniem patrzyłam się na kolejne podejścia, zaciskałam zęby, gdy kolana i czwórki błagały na litość na kolejnych stromych jak pierun zbiegach. Mój zapas czasu szybciutko topniał i walka o złamanie dwunastu godzin zamieniła się w walkę, żeby po tej dwunastce była jak najmniejsza liczba.
Trzy kilometry do mety, to już na pewno jest ostatni zbieg, przecież między drzewami, w dole, prześwituje miasto. No, nie był...

Wreszcie doczekałam się finalnego zbiegu do miasta. Ostatnie metry - to ciary wszędzie. Rząd kibiców walących rytmicznie rękoma w reklamowe bandy. Meta. Czas 12:24, siódma kobieta.







Piętnaście minut po mnie wpadł na metę mój mąż. W normalnych warunkach powinniśmy powlec się do pokoju/motelu i zająć się pometowym umieraniem. Nie mogliśmy tak zrobić z dwóch względów. Po pierwsze spaliśmy w aucie ;) Po drugie - trzeba było ruszyć choć kawałek w kierunku Polski, żeby o rozsądnej porze następnego dnia odebrać dzieciaki od dziadków.
Już nie mówiąc o tym, że musiałam jakoś ogarnąć się fizycznie do wtorku wieczorem - bo tego dnia czekało mnie coś, co wymagało w miarę sprawnie działających mięśni. Ale to już zupełnie inna historia, o której pewnie wkrótce opowiem :)




A to jeszcze taki widoczek z trasy na zakończenie

środa, 3 kwietnia 2019

14. Półmaraton Warszawski

14. Półmaraton Warszawski
To, że wystartuję w tym roku w Półmaratonie Warszawskim wcale nie było takie oczywiste. Pierwotnie planowany był rajd przygodowy, Krajna AR, impreza odbywająca się w ten sam weekend w Wielkopolsce. Może i rok temu miałam na niej potężny kryzys, ale jak to z nimi bywa, w miarę upływu czasu "ja się chyba do tego nie nadaję", zmieniło się we"wróćmy tam i pokażmy na co nas stać". Nie da się ukryć, że duży wpływ na moje postrzeganie czym jest kryzys i trudne warunki, wpłynął późniejszy start w Adventure Trophy ;) (Jak ktoś chce - może sobie poczytać o naszych zeszłorocznych AR: KLIK i KLIK).
Plany planami, a życie życiem. Ostatecznie ze względów logistycznych, czasowych i finansowych z Krajny zrezygnowaliśmy. Nie chcieliśmy znów rozwozić dzieciaków po babciach, tym bardziej, że za 4 tygodnie czeka nas wyjazd bez nich.

To może zamiast tego pobiegnę półmaraton w Warszawie? Ładnie by się wpisał w schemat, że starty w tej imprezie wychodzą mi co drugi rok. Bieg na własnych śmieciach, nawet rodziny nie trzeba będzie ciągnąć na start. Przy okazji powalczę o nową życiówkę, bo moja dotychczasowa pokryła się już prawie czteroletnim kurzem.
Ogólna wizja została przedstawiona trenerowi, znaczy, że chcę złamać 1:40 i pod to zostały ułożone treningi. Jak bardzo chcę tą godzinę czterdzieści łamać postanowiłam zdecydować po pierwszym treningu, po sprawdzeniu jak mi się biega i na jakie tempa jestem w stanie wejść. Wcześniej przygotowywałam się przecież do biegu górskiego, Janosika - więc to co robiłam miało trochę inny charakter.

Pierwsze bieganie tempem półmaratońskim wprowadziło mnie w euforię. Dwa czterokilometrowe odcinki pobiegłam tempem 4:32 - 4:33 min/kilometr. Wooow! To jak tak się zaczyna na początku lutego, to ja pod koniec marca zrobię TAKI wynik! Jeśli tylko  nie będzie żadnych zawirowań, chorób i niespodzianek, będzie super bieg, rozwalę system, skopię tyłek tej czwórce, z takim przytupem, że sama zakryję się nogami, o!

Następny trening tempem półmaratońskim zrobiłam 27 dni później...


Weszły jeszcze dwa biegi regeneracyjne, jedno wybieganie, dwa razy poszłam na kettle i ścięło mnie zapalenie zatok. Przez dziewięć dni nie robiłam nic, grzecznie się kurowałam, łykałam antybiotyk i nawet niespecjalnie ciągnęło mnie do biegania, bo po prostu czułam się źle.
Oczywiście, że po takim chorowaniu nie wyszłam i nie sieknęłam sobie na dzień dobry jakichś hardcorowych treningów. Znów weszło jedno wybieganie, dwa krótkie biegi regeneracyjne, dwa razy zajęcia z kettlami i... wyjechaliśmy do Norwegii.
Gdyby pogoda dopisała, najeździlibyśmy się na skiturach po kokardę i oprócz dobrej zabawy, byłby z tego niezły trening wydolnościowy. No ale aura była jaka była.

Tak więc, gdy ostatniego dnia lutego udało mi się znów wbić w trening stricte półmaratoński, mogłam tylko pomarzyć o szybkości i lekkości, z początku miesiąca.
Z planów łamania 1:40 nie zrezygnowałam, ale oswoiłam się z myślą, że może być po prostu różnie. Na treningach robiłam tyle ile byłam w stanie. Co z tego wyjdzie - to wyjdzie, stwierdziłam.

wspólna focia przed startem z Pąpkinsami
fot. Smashing Pąpkins



Na na linii startu ustawiłam się gdzieś pośrodku pomiędzy zającami na 1:35 a 1:40. Zegarek przestawiłam tak, żeby nie było widać czasu i tętna. Jednym słowem pobiegłam podobnie jak pół roku wcześniej maraton: trochę zezując na średnie tempo, a trochę na czuja. Tempo znów dawało mi tylko ogólny pogląd, bo tradycyjnie wskazania zegarka rozjechały się z oznaczeniami kilometrów (na koniec różnica wynosiła 200 metrów). Tętna dobrze, że nie widziałam - bo na metę wparowałam z pikawą pracującą powyżej mojego HR max :)

Co mogę napisać o samym biegu? To był mój czwarty półmaraton warszawski (2013, 2015, 2017). Każdy z nich miał inną trasę, ale ta jest chyba najfajniejsza. W miarę płaska, bez zbędnych zakrętów, bez agrafek. Jedyne co było trochę niefortunne, to umiejscowienie pierwszego punktu nawadniania: tuż przed zakrętem i podbiegiem na Most Gdański. Człowiek łapał kubek w locie, próbował pić - więc już tętno skakało- po czym od razu wpadał na ślimak wyprowadzający na most, wypluwając płuca do tego kubeczka :)
Dawał też popalić ostatni podbieg, po wybiegnięciu z tunelu na Wisłostradzie. To był dwudziesty kilometr, więc bieganie było już na oparach.




Biegłam cały czas w miarę równo (choć nie przypuszczałam, że aż TAK równo jak pokazały oficjalne międzyczasy). Nie miałam żadnego typowego kryzysu, choć były momenty, gdy biegło mi się gorzej. Ciężko wspominam fragment Mostem Świętokrzyskim, który był idealnie pod wiatr. Ostatnia prosta, gdy z zakrętu wybiegliśmy na Czerniakowską, to był prawdziwy test głowy. Nogi już ciężkie, zaczęły się pierwsze skurcze w łydkach, przeszkadzały podmuchy bocznego wiatru. To była  walka, żeby utrzymać tempo. Do mety zostały cztery kilometry.
O, doceniłam wtedy wszystkie treningi półmaratońskie (oczywiście te, które udało mi się zrealizować :), wszystkie moje zmagania z wiatrem, wszystkie pętle wokół Fortów, gdy w głowie po kilka razy stwierdzałam, że odpuszczam, nie dam rady, ale nogom kazałam biec dalej.
Teraz też kazałam, choć ostatni kilometr dłużył mi się jak dziewiąty miesiąc ciąży ;)


W co się wpatruję? Oczywiście w zegar nad linią mety :)


1:36:51. 82 kobieta na 3406 startujących. Podoba mi się. Tak, po prostu. Bez żadnego jęczenia, że, gdyby wszystko poszło zgodnie z planem, to nie wiadomo co by było. Ale nie poszło. Rzadko kiedy u nas idzie wszystko zgodnie z planem ;)







Co teraz? Teraz przeproszę się z Moczydłem, pagórkami na Forcie Bema i generalnie terenem. Czas wrócić w góry, za miesiąc bieg w Innsbrucku.


sobota, 16 marca 2019

Norwegia - prezent urodzinowy

Norwegia - prezent urodzinowy
Zimowy wyjazd do Norwegii na skitury był moim gwiazdkowym prezentem na urodziny od męża. Jak otworzyłam kopertę i zobaczyłam, że lot jest zarezerwowany do Narwiku, dreszcz podniecenia przeleciał mi po plecach. Kawał za kołem podbiegunowym. Przy odrobinie szczęścia będzie kupa śniegu i zorza polarna, moje wielkie, na razie niepełnione marzenie. Wybraliśmy sobie dwa potencjalne cele: albo po wylądowaniu w Narwiku wsiadamy w autobus i kierujemy się w kierunku Lofotów i prawie u samej ich nasady wbijamy się w park narodowy Moysalen. Albo  w Narwiku wsiadamy w pociąg, wysiadamy na stacyjce Katterat i tam wchodzimy w górską dolinę.
Ostateczną decyzję mieliśmy podjąć jak już będą znane dokładne prognozy pogody i po prostu uderzyć tam, gdzie warunki będą lepsze.

Wyjazd był planowany na 21 lutego, na tydzień. Dwa tygodnie wcześniej chcieliśmy na weekend wyjechać na skitury, żeby się dotrzeć ze sprzętem.
Wszystko zaplanowane, a potem...zaczęły się schody.
Trzy tygodnie przed wyjazdem z niedowierzaniem wpatrywaliśmy się w urywki lokalnych wiadomości wyświetlanych przez norweski portal meteo o ogromnych opadach śniegu i o tym, że w wielu miejscach nastąpiła ewakuacja ludności.
Potem kwestia pogody przestała mnie interesować, albowiem przeziębienie, z którego ledwo się wygrzebałam powróciło z mocą zapalenia zatok. I to takiego, że zamiast docierać narty w górach, umierałam z 39 stopniami gorączki. Tydzień przed wyjazdem, też się nie udało wyjechać, nawet na jeden dzień - bo wtedy umierał mój mąż. Ot, koniec zimy, spadek odporności i kaszlące dzieci, które parę bakterii i wirusów podarowany rodzicom.
A w tak zwanym międzyczasie pogoda w Norwegii odwróciła się o 180 stopni i wszystkie serwisy zapowiadały wzrost temperatury, opady deszczu i zagrożenie lawinowe w porywach do 4. Supcio.

Obiektywnie rzecz biorąc powinniśmy przeboleć te bilety lotnicze i pojechać w jakieś polskie góry, bo pogoda była o niebo lepsza. No ale moim prezentem urodzinowym nie był wypad w polskie góry. To miała być Norwegia. Za kołem podbiegunowym. Góry, dzikość, surowa północ. Zwyciężyło serce, wbrew prognozom. Miałam cichą nadzieję, że gdzieś tam w Japonii jakiś motylek machnie skrzydełkami i pogoda nie będzie tak tragiczna.

Do Narwiku (właściwie to do Evenes) przylecieliśmy późnym wieczorem, co oznaczało nockę na lotnisku.
Rano mieliśmy autobus do miasta, do Narwiku, albo drugi, trochę później, w kierunku Moysalen. Do ostatniej chwili dyskutowaliśmy, którą opcję w końcu wybrać: kierunek Lofoty czy pociąg do Katterat?
Ostatecznie wybraliśmy drugą opcję, ze względu na obecność stacji kolejowej. Jakby coś szło nie tak - po odwrocie mieliśmy gdzie się schronić. Gdybyśmy wbili się w park narodowy, po zrobieniu w tył zwrot, lądowaliśmy na szosie, pośrodku niczego, z autobusem jeżdżącym dwa razy dziennie.


Jedziemy w kierunku miasta. A może nie będzie tak źle z pogodą, myślałam, oglądając przez okno autobusu wschód słońca


Pociąg w kierunku Katterat odchodził po godzinie 10 rano. Drugi był pięć godzin później. To były zresztą jedyne pociągi, które z Narwiku kursowały. Pogoda na razie nie była zła. Mieliśmy szansę zdążyć przed pogorszeniem się warunków i dotrzeć do chatki turystycznej, Hunddalshytta.

I wtedy odwołano nam pociąg.

Serio. Najpierw zaczęły pojawiać się komunikaty, że pociąg jeszcze nie jest gotowy i wyświetlały się kolejne opóźnienia: 5 minut, 10 minut, 15 minut... A potem oznajmiono, że lokomotywa się popsuła...
No, powiem szczerze, że z Tiborem zdębieliśmy. Nie dosyć, że uciekały nam ostatnie godziny sensownych warunków, to mijały nam cenne godziny dnia. Kolejny pociąg był po 15. Do chatki było 10 kilometrów.
Szybko zostały sprawdzone autobusy w kierunku Lofotów - ale time is over. Poranny już odjechał, następny odchodził wieczorem. No co zrobisz? No nic nie zrobisz. Siedzieliśmy w poczekalni i czekaliśmy.




Gdy wyszliśmy na peron w oczekiwaniu na drugi (i ostatni) pociąg i na tablicy wyświetliło się opóźnienie a z głośników poleciał znajomy komunikat- nie wiedziałam czy śmiać się czy płakać. Jakie jest prawdopodobieństwo, że Norwegom wysiądą obie lokomotywy?
Na szczęście w końcu, z dwudziestominutowym poślizgiem, pociąg podstawiono. Pół godziny później wysiedliśmy na naszej stacyjce, zaczęliśmy nerwowy przepak i szykowanie do startu.




Musieliśmy przyszykować narty, buty, a zawartość trzech plecaków przepakować do dwóch. Zajęło nam to więcej czasu niż myślałam. Gdy ruszyliśmy spod budynku, powoli zaczynało się ściemniać.
Przed nami ktoś szedł w kierunku chatki i szliśmy po założonym śladzie. Dawało nam to trochę otuchy, że jednak nie jest źle, skoro ktoś przed nami wybrał ten sam cel.
Minusem były nasze plecaki, szczególnie Tibora. Szło się z nimi ciężej i trzeba było częściej robić przystanki.
Po trzech kilometrach odpaliliśmy czołówki, bo zrobiło się ciemno. Zaczął padać śnieg - ale nie taki puszysty, tylko mokro - marznący. Cały czas szliśmy po śladach poprzedników.

Nie czułam się do końca komfortowo. Wiedziałam, że dla tego rejonu w związku z pogorszeniem pogody została ogłoszona "czwórka". Co prawda teren, którym szliśmy, to była szeroka dolina i do tej pory dookoła nas nie było żadnych zboczy, z których mogłoby coś wyjechać - ale teraz zrobiło się ciemno i nie widziałam co jest dookoła nas. Musiałam zaufać Tiborowi, który był w tym miejscu latem z dzieckiem nr 2.
Po przejściu 6 kilometrów natknęliśmy się na mocno wydeptany śnieg. Nasi poprzednicy zatrzymali się na odpoczynek. Nie mogliśmy jednak znaleźć żadnych śladów dalej. Ruszyliśmy jeszcze kawałek do przodu, trochę w lewo (za bardzo, dotarliśmy do strumienia), potem kawałek w prawo do góry. Dalej żadnych śladów, a torowanie w śniegu po ciemku nie było już takie fajne. Stanęliśmy. Ewidentnie nasi poprzednicy w tym miejscu zawrócili. Czemu? Czy zobaczyli coś, co zniechęciło ich do kontynuowania wędrówki? W tym miejscu dolina zwężała się i zbocza robiły się stromsze i były bliżej nas. Po ciemku mogliśmy władować się w miejsce, w którym przy takim zagrożeniu lawinowym nie powinno nas być. Decyzja mogła być tylko jedna: odwrót.




Stacja Katterat dawała nam luksus ciepłego miejsca do spania i namiastki cywilizacji, ale jednocześnie byliśmy odcięci od świata. Ta stacyjka u ujścia doliny, pomiędzy dwoma tunelami, powstała chyba tylko i wyłącznie na potrzeby turystyki. Domki widoczne na zdjęciach - to norweskie hytty - czyli takie chatki letniskowe, nie zamieszkałe na stałe. W to miejsce nie można dostać się inną drogą, bo po prostu jej nie ma.
Z taką prawdziwą cywilizacją, Narwikiem, łączył nas tylko pociąg kursujący dwa razy dziennie. O ile oczywiście lokomotywa się nie popsuje ;)
Od czasu do czasu ciszę przerywały przejeżdżające pociągi towarowe z rudą żelaza wydobywaną w szwedzkiej Kirunie. W Narwiku, porcie niezamarzającym przez cały rok, ruda była przeładowywana (i tu właściwie w jednym zdaniu streściłam przyczyny bitwy o Narwik w trakcie II Wojny Światowej). Więc ta cywilizacja była - ale tak nie do końca. Ruszyć się bez nart, czy rakiet śnieżnych poza obręb dworca też się nie dało. Moja próba następnego dnia rano zakończyła się zapadnięciem w śnieg po pachwinę. A chciałam tylko dojść do znaków z oznaczeniem szlaków turystycznych 20 metrów dalej :) Przestałam się dziwić Norwegowi, który przyjechał porannym pociągiem sprawdzić czy wszystko w porządku z jego hyttą stojącą 50 metrów od dworca i na ten krótki fragment wyciągnął rakiety śnieżne.

Udało się przedrzeć do znaków :)  Hunddalshytta 10 kilometrów...W zastanych przez nas warunkach nie do przejścia. Widoczne w tle domki są puste.


Noc spędziliśmy w poczekalni. Dach nad głową był, ciepełko było, więc ciuchy elegancko schły (po ten nocnej eskapadzie okazało się, że byliśmy przemoczeni do samych majtek, za przeproszeniem), toaleta była. No, twardo było na ławkach, plus światło było upierdliwe, bo sprzężone z czujnikiem ruchu. Jak siedzieliśmy i czytaliśmy, światło oczywiście po pewnym czasie gasło. Nie pomagało machanie rękoma. Trzeba było się zwlec i przedreptać parę kroków, dopiero wtedy czujki działały. Ale oczywiście, gdy poszliśmy spać, wystarczyło, że człowiek zbyt energicznie przewrócił się z boku na bok - a czujnik tym razem działał bezbłędnie ;)

nasz Hilton :))


Ranek przywitał nas deszczem. Ale potem przejaśniło się i to tak mocno. Zaczęło mnie nosić i zaczęłam namawiać Tibora na wycieczkę. Chodźmy w kierunku tej chatki. Zostawmy plecaki, zróbmy po prostu wycieczkę. Padł jednak argument: a jak dojdziemy? To co zrobimy bez ubrań, jedzenia? Ostatecznie więc przyszykowaliśmy się ze wszystkimi bambetlami. I wyszliśmy.

Gdy pojawiliśmy się na stacji Katterat, peron, pomimo, że odśnieżony, był przysypany warstwą śniegu. Deszcz spowodował, że to wszystko zamieniło się w lód. Trzeba było mocno uważać wychodząc na zewnątrz i wyszukiwać miejsca, gdzie jeszcze uchowały się resztki śniegu.
I na ten lód, z nartami w reku i plecakiem na plecach dziarskim krokiem wszedł mój mąż... W ułamku sekundy wywinął takiego orła, że myślałam, że się połamał.
Razem z Norwegiem od hytty, porannym pociągiem przyjechała osoba odpowiedzialna za sprzątanie, więc z przerażeniem i przejęciem w oczach, sprzątający chłopak obsypał leżącego Tibora dookoła żwirkiem (Norwegowie nie używają soli ani piasku, chodniki i ulice posypują takim żwirkiem - kamyczkami). Gdy mąż, stękając i jęcząc w końcu wstał, teren wokół niego wyglądał jak scena zbrodni: białe miejsca, z obrysem plecaka i Tibora, dookoła czarne kamyczki :))

Ruszyliśmy znaną nam droga. Przynajmniej dokładnie mogłam obejrzeć, którędy szliśmy po nocy dzień wcześniej. Zanurzaliśmy się w totalne pustkowie. Za nami zostawała nitka torów, by po kolejnych zakrętach zniknąć nam z oczu. Mijaliśmy następne hytty, których w nocy nie miałam szans zobaczyć, były oczywiście puste.  Dookoła nas spod śniegu wystawały charakterystyczne dla północy chuderlawe, rachityczne pnie brzózek. Nad nami przewalały się chmury, ale było widać też fragmenty błękitnego nieba. Niestety warunki śniegowe były o wiele gorsze. Po opadach deszczu śnieg był pełen wody,ciężki i zapadał nam się pod nartami. Szliśmy jednak dalej.

Byłam ciekawa jak wygląda za dnia to miejsce, z którego zawróciliśmy. Czy to przewężenie da radę jakoś bezpiecznie obejść? (na ten dzień zmniejszono stopień zagrożenia lawinowego do 3, ale jednocześnie ostrzegano, że mokry śnieg może zjechać ze zbocza niezależnie od kąta nachylenia, niezależnie od wystawy i niezależnie od wysokości nad poziomem morza).





Nie dane nam jednak było tam dotrzeć. Na jakiś kilometr przed miejscem naszego nocnego odwrotu, po 5 kilometrach marszu, okno pogodowe się zamknęło. Spowiły nas niskie chmury, zerwał się wiatr i zaczął padać deszcz. Zrobiło się mocno niekomfortowo. Jeszcze przez chwilę postaliśmy zastanawiając się co robić, ale dotarło do nas, że to nie ma sensu. Zafiksowaliśmy się na tej chatce, ale przecież dotarcie do niej to połowa sukcesu. Dwa dni później będziemy musieli tą samą drogą wrócić - i wtedy nie będzie możliwości zrezygnowania. Pociąg, a potem samolot ustalał nam dead line. Nie wiedzieliśmy również co czeka nas dalej. Podobno chatka była położona w bezpiecznym miejscu. Ale z drugiej strony Norweg (ten od rakiet śnieżnych) mówił, że w dalszej części doliny na pewno zobaczymy ślady po lawinach i żebyśmy uważali.
Decyzja znów mogła być tylko jedna: w tył zwrot i powrót do poczekalni. I znów suszenie wszystkich ciuchów, które mieliśmy na sobie.



W takich warunkach zdecydowaliśmy o zawróceniu. Zła widoczność spowodowana jest deszczem.


Niżej widoczność była lepsza, ale dalej siąpił deszcz


Jak się przyjrzycie, zobaczycie nitkę linii kolejowej - naszym jedynym łącznikiem z cywilizacją


Zastanawialiśmy się czy popołudniowym pociągiem nie ruszyć od razu do Narwiku, ale jak jak usłyszałam ceny noclegu, uznałam, że nasza stacja jest bardzo milusia, ławki wcale nie są takie twarde, światło na fotokomórkę wcale tak bardzo nie wkurza w nocy i ja bardzo chętnie zostanę tu jeszcze jedną noc ;)

Odjazd z Katterat umilało (a może wkurzało?) słońce. Wiedzieliśmy jednak, że to okno pogodowe zamknie się za 2-3 godziny, a warunki w górach są jakie są.


Słonko na pożegnanie. 


Ostatnie dwa dni spędziliśmy w Narwiku, włócząc się po mieście i usiłując nie zabić bez raczków na oblodzonych chodnikach i ulicach (chwilami nawet tony żwirku nie pomagały na odwilż i wahania temperatury). Lokalsi oczywiście w ogóle się tym nie przejmowali. Zimowe opony z kolcami w samochodach i szesnaście rodzajów raczków na buty w sklepach załatwiały kwestię sprawnego poruszania się :)
Norwegia pożegnała nas wichurą i ulewnym deszczem.




Miasto najkorzystniej wyglądało od strony fiordu i przystani jachtowej

Polski akcent - czyli pomnik i tablica pamiątkowa ku czci załogi ORP Grom zatopionego podczas bitwy o Narwik



Cztery dni różnicy


Dwa dni po naszym powrocie do Polski pogoda się poprawiła.

No cóż... Obiektywnie rzecz biorąc można powiedzieć jaka piękna katastrofa. Ale mnie się naprawdę podobało. Ta dzikość, to wrażenie przebywania na końcu świata, te wszystkie góry, szczyty dookoła... Nawet Narwik, który szczerze mówiąc, nie jest najbardziej urokliwym norweskim miastem, to wszystko, nawet przy odwilży, były po prostu piękne.


Ps. Norweg od rakiet śnieżnych oznajmił nam, że najlepsze warunki na skitury są w maju :)

środa, 23 stycznia 2019

Bedzies Kwicoł, hej!

Bedzies Kwicoł, hej!
Już kilka razy kręciłam się koło telewizora wystawionego za linią mety, na którym z lewej strony wyświetlano pierwszą piątkę mężczyzn i kobiet z każdego z dystansów, a z prawej powoli przewijała się alfabetycznie lista finiszerów wraz z dystansem, czasem i miejscem. Nie było mnie po żadnej stronie ekranu. Ba, nie było wpisanej żadnej kobiety z pierwszej piątki na dystansie Bedzies Kwicoł.
Nie wiedziałam czemu. Przecież na metę musiały dotrzeć już jakieś kobiety, dotarłam ja. Chciałam wiedzieć jak bardzo byłam w czubie. Zmieszczę się na podium? Jakoś wychodziło mi, że mogę być druga albo trzecia. A może nie? Czemu nie ma wyników? Może pomiar mnie nie zczytał?
Po paru minutach zrobiłam kolejną rundkę koło ekranu, trzymając w ręku dwa kubki z gorącą herbatą dla siebie i męża.
Zerknęłam. Są! Zerknęłam po raz drugi i...przestałam rozumieć co widzę.
Zaliczyłam autentyczny opad szczęki. Z ust, jak to zazwyczaj rodakom w sytuacjach wyjątkowych, wyrwało mi się jedno krótkie, dobitne słowo. Cud prawdziwy, że tych kubków z rąk nie wypuściłam.
Potem sobie pomyślałam, że może coś źle zrozumiałam, że może to są jakieś wyniki kategorii wiekowych, a nie open. Przecież to niemożliwe, przede mną na bank powinna być przynajmniej jedna dziewczyna, taka w jaskrawej kurtce.
Ale im bardziej wpatrywałam się w ekran, tym bardziej do mnie dochodziło, że ja ten bieg wśród kobiet wygrałam.




***


Tak, trenowałam pod okiem Piotra Tartanusa do Janosika. Ale warunki w jakich biegałam odbiegały od tego co czekało na uczestników. W Warszawie zima raczej mizerna. Właściwie miałam jeden trening, gdy śniegu spadło tyle, że latając po moich pagórkach na Forcie Bema, musiałam jako tako skupić się na utrzymywaniu równowagi. Ale opad sięgający trochę za kostki miał się nijak do warunków, o których alarmowali organizatorzy. Zima w górach dopisała na tyle skutecznie, że dwa najdłuższe dystanse Zimowego Janosika: Spacer Murgrabiego 50+ i Bedzies Kwicoł 45+ (czyli mój), zostały skrócone.

Powiem Wam, że byłam nie raz w górach, ale chyba pierwszy raz widziałam tyle śniegu. Pierwszy raz widziałam odśnieżanie przy pomocy koparek. Pierwszy raz widziałam maszynę odśnieżającą wielkości kombajnu, która zwały śniegu wyrzucała na wielkie wywrotki. Zaczęło do mnie dochodzić przed jakim wyzwaniem stanęli organizatorzy próbując przygotować i oznaczyć trasy. Zrozumiałam, że może być ciekawie. I że nie mam absolutnie żadnego doświadczenia w szybkim poruszaniu się w takich masach śniegu.
Do tej pory startowałam w dwóch zimowych biegach. W 2015 roku w Icebugu, 21 km dookoła Turbacza, gdzie śnieg owszem był, ale o wiele mniej, trasa była mocno udeptana i komfortowa, a temperatura była leciuchno powyżej zera. Teraz termometry pokazywały poniżej -10 stopni. Drugi raz, to zeszłoroczne piętnastokilometrowe Wilcze Gronie, gdzie śniegu było jak na lekarstwo, większym wyzwaniem był lód na trasie i podobnie: nie było tak zimno.
Jak się ubrać na minus jedenaście czy minus dwanaście stopni? Co zabrać ze sobą do jedzenia? Jak ogarnąć picie? Całe szczęście, że przed startem udało się wyhaczyć promocję i jechałam uzbrojona w nowiuteńkie Inov8 Mudclawy, o mocno agresywnej podeszwie oraz ostatnim rzutem na taśmę, w dniu wyjazdu dokupiłam jeszcze biegowe stuptuty (tak, do tej pory nie miałam).


z PĄdziewczynami przed startem




***


Ostatecznie kwestie ubraniowe zostały ogarnięte. Do plecaka zostało władowane mnóstwo żeli. A bo to wiadomo jak mi będzie wybierało siły przekopywanie się przez śnieg? (Ha, ha - ostatecznie zjadłam jeden. Temperatura była za niska, żel zmienił konsystencję, umordowałam się straszliwie wyciskając go z tubki. Większość trasy pokonałam na pomarańczach z punktów żywieniowych). W kieszonkę włożyłam półlitrowego flaska, licząc, że od ciągłych ruchów woda mi w środku nie zamarznie (no i w sumie nie zamarzła. Ale ustnik po pierwszym i ostatnim łyku na drugim kilometrze a i owszem :)) Resztę trasy przeleciałam na coli i soku jabłkowym pitym na punktach). Na starcie ustawiłam się bliżej przodu, ale jakoś nie w czubie. Punkt ósma rano wybiegliśmy sprzed zamku w Niedzicy.


***


Jak mi się biegło? Całkiem dobrze. Śniegu rzeczywiście dowaliło mnóstwo, ale to wcale nie oznaczało monotonii. Trasa była śnieżnie urozmaicona. W lesie to było chodzenie/truchtanie w wąskich tunelach, z zaspami po bokach sięgającymi mi chwilami bioder. Człowiek skipował, albo chodził jak bociek wsadzając nogi w dziury wydeptane przez poprzedników. Czasem tunel był płytszy, ale trzeba było cały czas zachować czujność, bo dziury były nierówne, a od czasu do czasu noga natrafiała na jakiś mniej stabilny fragment i się zapadała. Niektóre fragmenty były przejeżdżone przez skute śnieżny. I choć w takich przypadkach kusił szeroki środek - należało go unikać. Śnieg był tam głęboki, niewygodny. Trzeba było trzymać się dwóch wąskich rynienek zostawionych przez płozy. Problem był tylko taki, że rynienki były węższe niż rozstaw nóg, więc trzeba było truchtać trochę jak kaczka: stawiać jedną nogę za drugą.  Trasa wiodła też polami (zazwyczaj z pięęęknym widokiem na Tatry). Tu albo trzeba było albo wskakiwać w ślady poprzedników, albo można było próbować biec po zmrożonej, nietkniętej powierzchni. Tylko znów trzeba było być czujnym, bo co któryś krok zmrożona warstwa nie wytrzymywała ciężaru biegacza i noga nagle zapadała się w puch. Mniej więcej ostatnie 12 kilometrów trasy to była walka z rozdeptanym śniegiem przez biegaczy z pozostałych dystansów. Od trzeciego punktu odżywczego uczestnicy wszystkich dystansów biegli razem i to była masakra. Nie tylko dlatego, że bardzo trudno było wyprzedzać takie masy ludzi, ale rozdeptany, w dalszym ciągu dość głęboki śnieg miał konsystencję mokrej soli. Nie dawał absolutnie żadnego oparcia, nogi uciekały, człowiek czasem miał wrażenie, że stoi w miejscu. Cały ten bieg to było jedno wielkie ćwiczenie stabilizacji, ale na tym ostatnim fragmencie to był level hard expert.
No i góra Żar, dorzucona przez orgów na otarcie łez za skrócenie dystansu. Nie wiem ile metrów robi się w górę, ale po moich tracku od razu widać, w którym momencie zaczęłam na nią podchodzić. Bo kilometr robiłam w blisko 20 minut :) Piekielnie strome podejście, zabezpieczone w górnej części linami. Człowiek czuł się jak himalaista. Trzy kroki w górę i wypluwał płuca. Zdecydowanie to było creme de la creme dystansu Bedzies Kwicoł.



fot. Tomek Sowiński



***

Czy zdawałam sobie sprawę jak bardzo jestem z przodu? Nie. Nie stałam na starcie w pierwszym rzędzie, przede mną poleciało kilkanaście osób, nie miałam pojęcia ile wśród nich było kobiet. Na pierwszych kilometrach też nie szalałam. Przyzwyczajałam się do warunków, wpadłam nawet w swego rodzaju trans skupiając się na tym, żeby lądować w śladach biegacza przede mną. Z tej swoistej strefy komfortu wyrwał mnie mój mąż, który pojawił się za moimi plecami, wyprzedził i mnie i ludzi przede mną. Jakoś to mnie otrzeźwiło. Heloł, ale to są zawody, rusz tyłek babo! Poleciałam za mężem. Parę kilometrów biegliśmy razem, tam gdzie się dało wyprzedzając kolejne osoby. Koło piątego kilometra biegliśmy w dół stokówką i o mały włos, a przegapilibyśmy odbicie trasy w bok. No dobra: nie o mały włos. My ją przegapiliśmy, podobnie jak kilka osób przed nami. Gwizdnięcie jednego z uczestników, który taśmy zauważył,  spowodowało, że zawróciliśmy po kilkunastu metrach. Przez to zamieszanie zbliżyliśmy się do grupki, w której biegła dziewczyna w jaskrawej kurtce. Jakoś nabrałam przekonania, że ci biegacze to czołówka, a dziewczyna jest najprawdopodobniej pierwsza. Ta grupka jednak poruszała się ciut szybciej, ja potem zwolniłam, bo po wybiegnięciu z lasu ukazała się panorama Tatr i usiłowałam zrobić zdjęcie (efekty można podziwiać na fejsuniu: kawał rękawiczki w kadrze, ostrość ustawiona na pole śniegu i gdzieś tam w rogu widać kawałek gór. Nie próbujcie tego robić: cykać zdjęć w biegu, pod słońce, w podwójnych rękawiczkach. I tak nic z tego nie wyjdzie ;)). Przez zabawy z aparatem odjechała mi i dziewczyna i mój mąż. Mąż, który miał ostatnio przerwę w treningach z powodu kontuzji, a na starcie ustawił się gdzieś z tyłu, nie dosyć, że mnie dogonił, to jeszcze leciał szybciej. Tak marudził, a tu proszę jak mu idzie :) Zaczęłam go jednak powolutku, powolutku, biegnąc swoim tempem, doganiać. Na pierwszy punkt kontrolny wbiegliśmy razem, ale potem znalazłam się przed nim. W zasięgu mojego wzroku pojawiła się biegaczka w pomarańczowej kurtce i zajęłam się jej doganianiem (ale gdzie jesteś Jaskrawa Kurtko??). Za plecami słyszałam oddech innego biegacza i myślałam, że to Tibor.
Leciało się fajnie, pętla dookoła Dursztyna była raczej płaska, skupiłam się tylko na uważnym stawianiu nóg i biegłam, biegłam, starając się ciutkę zezować na widoki. Gdy w końcu przeszłam do marszu ze względu na ukształtowanie terenu, okazało się, że za mną nie ma Tibora, tylko inny biegacz. Mój nieoczekiwany towarzysz zaczął mi dziękować, że jestem, bo w życiu by nie przypuszczał, że można tak długo biec i w ogóle same ochy i achy usłyszałam. I tak poznałam Witka, z którym biegłam już do samej mety (pozdrawiam i dziękuję za wspólny bieg). Ilość komplementów spowodowała, że naprawdę starałam się nie obijać i napierać. Nie można zawieść kompana, który zwierza się, że nie poszedł się wysikać na punkcie, żeby tylko mnie nie zgubić :))
Po drugiej wizycie w Dursztynie (punkt kontrolny nr 1 i 2 były w tym samym miejscu) znów się zgubiłam (albo raczej: zgubiliśmy)! Na punkcie kazali skręcić przy kościele. Polecieliśmy z Witkiem za taśmami i... znów trafiliśmy na początek pętli dookoła Dursztyna. Zawróciliśmy. Podobno przy kościele miał stać jakiś Darek do kierowania biegaczami, ale nie było nikogo. A taśmy kierujące w kierunku góry Żar zasłoniła ogromna wywrotka, na którą ładowano śnieg. Dużo czasu nie straciliśmy - ale patrząc teraz po wynikach, kto wie czy mojego towarzysza ta pomyłka nie kosztowała miejsca na podium w kategorii wiekowej.
O podejściu na Żar już wspominałam: ciężkie, strome, potem granią w kopnym śniegu do uda. Niby płasko - a biegać się w tym nie dało ni hu, hu. Potem zbieg do Łapsze Niżne, ostatniego punktu - i tak jak już wspominałam, jakikolwiek komfort się skończył. Ludzie z innych dystansów, rozdeptany śnieg. Gdy tylko warunki jako tako pozwalały, sadziliśmy susy przez te zaspy starając się wyprzedzać jak najwięcej "pociągów". Z ulgą witaliśmy fragmenty ubite przez skutery - przeskakiwaliśmy wtedy z jednego toru do drugiego, cały czas wyprzedzając i biegliśmy, jak najwięcej biegliśmy. Moje nogi to niekończące łapanie równowagi, balansowanie, odczuły mocno. Pod koniec zaczęły się skurcze na dole łydek, w kostkach.
Najgorzej wspominam fragment jakieś 3-4 km od mety. Stokówka ciągnąca się w górę, rozdeptany śnieg, na którym non stop uciekały nogi. Uznałam, że nie będę podbiegać, bo większość pary z odbicia szła w gwizdek. Po prostu maszerowałam jak najszybciej się dało, starając się stawiać nogi od góry i wyszukując jak najmniej rozdeptane płaty śniegu. Czy to była słuszna taktyka? Nie wiem. Ale nikt tam nas nie wyprzedził, a my dalej mijaliśmy ludzi.
Jak wbiegliśmy na asfalt w Niedzicy, mój towarzysz zaproponował finisz. Wydawało nam się, że meta była już na wyciągnięcie ręki, daliśmy z siebie wszystko (ja tam leciałam poniżej 4 minut na kilometr!) Nie zdawałam sobie sprawy, że do mety jeszcze kilometr i że na koniec czekają nas niespodzianki. Z szosy można było od razy skręcić na tamę - ale organizator poprowadził trasę bokiem parkingu, który był poniżej niej. Trzeba było więc jeszcze wbiec po schodkach, przegrzać przez koronę zapory, a potem bardzo stromymi, kolejnymi schodkami zbiec w dół i jeszcze kawalątek po płaskim do hali maszyn, gdzie była meta. Po tym sprincie na asfalcie, na tych schodach, nogi się pode mną uginały ze zmęczenia.
Po pięciu godzinach i dwudziestu sześciu minutach, po ponad 41 km,  zakończyłam swoją przygodę z Zimowym Janosikiem :) Wpadłam na metę równo z Witkiem, wśród ludzi z innych dystansów. Konferansjer, który zapowiadał biegaczy na mecie nie zauważył mnie, więc długo byłam nieświadoma tego, jak to wszystko się zakończyło. Brak wyników na ekranie też niczego nie ułatwił (a wyników nie było, bo obsługa od pomiaru czasu czekała aż pierwsza piątka kobiet pojawi się na mecie - ale tego też nie wiedziałam).





***



Oczywiście cały czas frapowało mnie co się stało z dziewczyną w jaskrawej kurtce, która biegła przede mną. Nigdzie nie minęłam jej na trasie. Okazało się, że zgubiła się, pomyliła trasę. 
Ale ta historia pokazała, że w biegach górskich, oprócz formy, trzeba mieć również odrobinę szczęścia. I że nawet większa ilość punktów ITRA, wyśrubowane życiówki (a pod tym względem Gosia, bo tak ma na imię ta biegaczka, bije mnie na głowę, jeśli nie na dwie), nie dają pewności, że właśnie ta, a nie inna zawodniczka dotrze pierwsza na metę.
Tym razem pierwsza dotarłam ja :)





fot. Edyta Gogół







niedziela, 30 grudnia 2018

Jaki byłeś roku 2018?

Jaki byłeś roku 2018?
Kalendarz nieubłaganie pokazuje, że grudzień ma się ku końcowi. A to znak, że wszystkie szanujące się blogery ruszają z rocznymi podsumowaniami :) Ruszę i ja, tym bardziej, że ostatni wpis jest z początku listopada i już trochę wiatr zaczął na blogu hulać :)

W 2016 roku urodziłam czwarte dziecko. Końcówka 2016 plus 2017 rok, to było dochodzenie do siebie po porodzie i cesarce, powrót do formy, szukanie na nowo swojego miejsca w szeroko rozumianej biegowej rzeczywistości, pogodzenie wszystkiego z rodziną i wszystkimi ograniczeniami, które niesie ze sobą życie.
W tym roku ewidentnie ruszyłam z kopyta.

Pod względem treningów nic się nie zmieniło. W dalszym ciągu cierpliwie Plan rozpisuje mi Piotr Tartanus z Power Training. Staram się być zdyscyplinowaną zawodniczką, nie opuszczać treningów, nie kombinować, ufać doświadczeniu trenera i patrzeć co z tego fajnego wyjdzie :) Całe to trenowanie z Planem przynosi mi naprawdę sporo frajdy, a przy okazji pomaga poukładać nasze logistyczne klocki.
Zmieniło się pod względem ćwiczeń uzupełniających. Po okresie sztang, potem TRX, zapuściłam korzenie przy kettlach. Chyba zawsze miałam ciągoty ku takim siłowym treningom i kettelbell sprawdza się tu znakomicie. Po każdych zajęciach czuję się sczochrana, wymęczona, ale co najlepsze - widzę efekty.

W tym roku zostałam jedną z ambasadorek marki Polka Sport. Spódniczki, kolorowe skarpety, opaski na głowę na dobre zagościły w mojej biegowej garderobie i testowałam rzeczy od Polki wszędzie: zaczynając od zajęć w fitness klubie, a kończąc na ponad stukilometrowych biegach ultra :).

Jaki był ten rok?
To był rok długich (z małymi wyjątkami) imprez. To był rok przekraczania granic, sprawdzania własnych możliwości i pokonywania kryzysów. To był rok wychodzenia poza strefę komfortu zdecydowanie. To był rok robienia wielu rzeczy po raz pierwszy. To był ciekawy rok.


Kurczę, nie wiem od czego zacząć...Trzeci raz próbuję napisać, streścić co się u mnie działo i mam problem jak się za to wszystko wziąć. Powymieniać wszystkie rzeczy, które robiłam po raz pierwszy? Polecieć chronologicznie? A może zgrupować razem imprezy tego samego typu? Mam mętlik w głowie, bo to był naprawdę intensywny rok, który przyniósł też kupę przemyśleń.

To może zacznę od mojego wieku. W tym roku skończyłam czterdzieści lat. To okrągła liczba, dość symboliczna i dla wielu osób, dla wielu kobiet, taka trochę dołująca. Symboliczne pożegnanie z młodością. Granica, od której wszelkie szalone pomysły zalicza się do kryzysu wieku średniego. Czterdziestolatka? W dodatku z czwórką dzieci? Mamuśka.

Jako czterdziestolatka jestem w swojej życiowej formie. Po raz pierwszy wzięłam udział w biegach górskich, których długość była trzycyfrowa.
Po raz pierwszy brałam udział w imprezach, w których trzeba było zarwać cała noc. Ba, okazało się, że jestem też w stanie wziąć udział w zawodach, w których trzeba było operować przez trzy doby prawie bez snu. Nauczyłam się jeździć na rolkach (nie nauczyłam się hamować, niestety ;)). Po raz pierwszy spróbowałam jazdy na nartach skiturowych. Nie przeraża mnie wizja wskoczenia do kajaka na początku marca przy częściowo zamarzniętej rzece. Mogę się przeprawiać przez górskie potoki, brodzić po błocie, wodzie, łazić po górach przez 30 godzin opadów. Przebiegłam maraton w czasie, który był...nawet trudno powiedzieć, że marzeniem, bo nawet nie śmiałam marzyć o takim czasie. Wyskoczyłam (albo raczej: dałam się wyskoczyć) z 4 km ze sprawnego samolotu :) Nauczyłam się, że należy walczyć do końca i nie poddawać się. Nauczyłam się, że warto spełniać marzenia. Nawet te, o których w duchu się myśli, że to są do spełnienia na  tak zwany święty nigdy.

Jeśli ktoś Ci powie, że jak pojawią się dzieci, to wszystko się skończy - nie wierz mu. Wiele rzeczy się zmieni, wiele rzeczy trzeba robić inaczej, inaczej rozplanować, ale da się.

Jeśli ktoś Ci powie, że czegoś w Twoim wieku nie wypada robić - nie wierz mu. Życie masz tylko jedno, drugiej szansy nie będzie.


Żyj, baw się, kochaj, czuj, chłoń, spełniaj marzenia, nie poddawaj się. O, taki ze mnie Coelho :))


No dobra, wystarczy tych motywacyjnych pierdololo - polecę jednak chronologią. Co matka zdziałała w tym roku.


Styczeń.
Bieg Chomiczówki czyli piętnaście kilometrów uliczkami warszawskiego osiedla. Ku swojemu zdziwieniu wybiegałam trzecie miejsce w kategorii wiekowej (nowej dla mnie, K-40).

Pudło osłodziło nową kategorię wiekową. Bieg Chomiczówki, fot. maratończyk.pl


Luty.
Wilcze Gronie, również 15 km, ale tym razem w Beskidach. Sprawdzian mojej formy przed zbliżającą się wielkimi krokami Transgrancanarią. Test wypadł dobrze, nawet bardzo dobrze, przybiegłam jako piąta kobieta.
Skitury. Pierwszy raz miałam okazję sprawdzić czym zachwycił się mój mąż. I też się zachwyciłam. Mojego zachwytu nie umniejszyły nawet pęcherze - giganty na stopach, efekt zbyt grubych skarpet i butów z wypożyczalni.
Transgrancanaria. To od przygotowań do tego biegu zaczęła się moja współpraca z Piotrem Tartanusem i bieganie z rozpisanym Planem (wybaczcie, ale dalej nie potrafię napisać tego wyrazu z małej litery :)). Impreza zaliczana do cyklu UTWT (Ultra Trail Word Tour). Pierwsza całkowicie zarwana noc, pierwsze spotkanie z trzycyfrowym dystansem. Termin biegu pokrył się z dniem moich urodzin, więc czterdziestkę świętowałam w biegu :)






Marzec.
Krajna AR, czyli rajd przygodowy. O ile godzinowy limit (24 h) nie robił na mnie wrażenia, to dystans do pokonania już tak. 200 km na nogach, rowerze, rolkach i w kajaku. Po raz kolejny bez przespanej nocy, z potężnym kryzysem, na który mocny wpływ miała minusowa temperatura. Udział razem z Bartkiem i Pawłem (i moim mężem, oczywiście), miał dać odpowiedź na pytanie czy damy radę razem działać i nie pozabijać się na zmęczeniu podczas innego planowanego AR, o wiele dłuższego i trudniejszego. Test wypadł pomyślnie :)

Że wyglądam na niewyspaną? Może dlatego, że jestem niewyspana :) Noc spędziłam w siodełku rowerowym



Kwiecień.
Tradycyjnie, Kaszuby. Mąż znów próbował zdobyć tytuł Harpagana na 150 km pieszo - rowerowej trasie, ja z dzieciakami szukałam punktów na Harpusiu. Do domu wróciliśmy mając Harpagana w rodzinie :)

Powitanie świeżo upieczonego Harpagana


Maj.
Kopenhaga i próba złamania 3:30 w ulicznym maratonie. Próba zakończyła się niepowodzeniem, słońce i temperatura skutecznie zniweczyły plany. Na pocieszenie przywiozłam nowiutką życiówkę: 3:30:26.

zmęczona, odwodniona i...trochę rozczarowana


Czerwiec.
Debiut jako oficjalny support dla męża na Karkonoszmanie. Liczyrzepa pokazał co sądzi o intruzach w swoim królestwie i finisz na Śnieżce mieliśmy epicki: w gradzie, deszczu i grzmotami nad głową.
Czerwiec to również bieg w Polkasportowym teamie, pierwszy raz oficjalnie jako ambasadorka, w sztafecie na Nocnym Kusym

Tak, jesteśmy jakby trochę przemoczeni :) A będzie gorzej. Karkonoszman, fot. Tomasz Raczyński

Nocny Kusy i kobiałki w Polkowych Irenach


Lipiec.
Spontaniczny start w sztafecie triatlonowej. Kolega Krasus pływał, mąż jechał na rowerze, ja byłam odpowiedzialna za przebiegnięcie półmaratonu. Jak na spontan wyszło nam nieźle -  trzecie miejsce wśród mixów :)
Adventure Trophy. Adventure Race przez duże A i przez duże R. Prawie 400 km przez góry (Tatry, Spisz, Gorce, Beskid), pieszo, na rolkach i na rowerach. Przez pierwsze 30 godzin padało, kropiło, mżyło lub lało jak z cebra, do wyboru :) To było prawdziwe wyjście poza strefę komfortu. Jeszcze nigdy nie operowałam tak długo na takim zmęczeniu (prawie 72 godziny z sumie 4 godzinami snu). Pierwszy raz zasypiałam w marszu i jadąc na rowerze, pierwszy raz miałam halucynacje ze zmęczenia. Odsypiałam to tydzień. Stopy dochodziły do siebie dłużej.

Spontan i trzecie miejsce w mixach, wielka radość na mecie. To tu nauczyłam się walczyć do końca. Odrobiłam 22 minuty i wskoczyliśmy na podium!


Tak się wygląda po prawie 72 godzinach napierania przez góry z homeopatyczną ilością snu. Jak siedem nieszczęść :)




Sierpień.
Ten miesiąc, a konkretnie piętnasty dzień sierpnia już zawsze będzie mi się kojarzył z jednym. Skokiem ze spadochronem w tandemie. Skok był prezentem urodzinowym od mojego męża. Prezentem, którego się bałam (choć sam skok był na mojej liście marzeń). Skok, po którym na początku kategorycznie stwierdziłam, że wolę biegać i przez trzy noce nie spać. Skok, który zrył mi głowę i wyzwolił nieznane mi wcześniej emocje. Skok, po którym zapragnęłam powtórki z rozrywki :)
Sierpień to również akcja nazwana roboczo"matki na gigancie" - czyli weekend z koleżanką Hanią w Tatrach. Moje pierwsze spotkanie z tymi górami na biegowo. Mam nadzieję, że nie ostatnie.


Nie spodziewałam się, że przestrzeń będzie tak...przestrzenna


Matki na gigancie i..."Orla Perć Tatr Zachodnich". Niezła przygoda.






Wrzesień.
Po raz drugi popędziłam ku ziemi z wysokości czterech tysięcy metrów. Było chłodniej, bardziej kameralnie, bez kamerzysty, z niesamowitymi chmurami. Bardziej świadomie i z bananem na gębie.
Maraton Warszawski i druga próba zmierzenia się z magicznymi cyferkami 3:30. Próba udana i to jak bardzo. Czas na mecie 3:21:44 dalej budzi we mnie zdziwienie i, co tu dużo mówić, dumę.

Pięć godzin czekania na odpowiednie warunki dla paru minut przyjemności. To nie jest normalne :)



Październik. 
Łemkowyna 100. Drugi górski start sezonu. Start, który ze względów logistycznych wisiał na włosku. Niesamowity bieg. I ze względu na magiczną noc z miliardem gwiazd nad głową i ze względu na to, że po raz pierwszy biegłam tak bardzo w czubie. I to nie tylko wśród kobiet (2). Z 13 miejsca open również jestem bardzo dumna.
Harpagan 50. Mój pierwszy samodzielny start w imprezie na orientację. Jeszcze dużo się muszę nauczyć, na pewno pewności siebie, uważności w czytaniu mapy. Za błędy płaci się nadprogramowymi kilometrami. Piątego miejsca wśród kobiet nie muszę się wstydzić.

Jakiś masochista wymyślił tak wysokie podium :))



Listopad, grudzień.
Nuuudy, panie. Zasłużone roztrenowanie i rozkręcanie się do nowego sezonu.


A co szykuje się w 2019 roku?
Opowiem tylko o imprezach, które mamy opłacone.
W styczniu jadę z mężem do Niedzicy na Ultrajanosika. Wybraliśmy dystans 45+. Będą znajomi z Power Training i Smashing Pąpkins - będzie więc na pewno wesoło.
W długi weekend majowy zawitamy do Insbrucka, na Insbruck Alpine Trailrun Festival. Zmierzymy się z 85 km dystansem - bardzo jestem ciekawa wrażeń po. To będzie moje pierwsze spotkanie z Alpami.
W sierpniu śmigniemy do Norwegii na Stranda Fjord Trail Race, 48 km. Jeśli pofarci nam się z pogodą - będzie bieg z przepięknymi widokami. Jeśli aura będzie norweska - dostaniemy w dupę :)

No i październik. Oszalałam - ale znów mam zamiar zajrzeć do Krainy Łemków. Tym razem idę na całość: Łemkowyna 150 km. 

Mamy też inne plany biegowe i AR- owe - ale na razie są w fazie omawiania i zastanawiania się, więc nie będę nic pisać. Jest też plan niebiegowy - ale też na razie szczegółów nie zdradzę, nie chcę zapeszyć, bardzo mi zależy, żeby to wypaliło. Wszystko w swoim czasie :)


Cóż... moi drodzy znajomi i nieznajomi, komentujący i podczytujący cichaczem. Jeśli 2018 rok nie był dla Was łaskawy - to życzę Wam fantastycznego Nowego Roku. Jeśli Stary Rok był udany - to życzę Wam równie udanego 2019 roku.

A na koniec znów polecę cytatem, podobno samego Henry Forda (coś mam dziś motywacyjne zapędy):

„Kiedy wszystko zdaje się działać przeciwko Tobie, pamiętaj, że samolot startuje pod wiatr, nie z wiatrem” 

Copyright © 2016 Matkabiega , Blogger