czwartek, 8 listopada 2018

Harpaganowe harce

Harpaganowe harce
Wiosną tego roku mój mąż dopiął wreszcie swego i udało mu się zdobyć tytuł Harpagana na trasie mieszanej (czyli 50 km pieszo i 100 km na rowerze). Nie pożegnaliśmy się jednak z tą imprezą, gdyż dziecię nr 1 zażyczyło sobie udziału na trasie rowerowej. Tibor z Wiktorem zapisali się więc na rowerową pięćdziesiątkę, a ja sobie pomyślałam, że może skorzystam z okazji i spróbuję pobawić się z mapą na czymś dłuższym niż dziesięciokilometrowy harpuś.
Ponieważ Harpagan wypadał zaledwie tydzień po Łemkowynie, myślałam o najkrótszej możliwej wersji, czyli 25 kilometrach. Ale mąż mój zaczął gderać, że bez sensu, że po co się rozdrabniać i tak jakoś mnie nakręcił, że zapisałam się na 50 km.

I nie chcecie wiedzieć co myślałam o tym pomyśle i moim rozumie, gdy umierałam na ostatnich dwudziestu kilometrach Łemko.
I nie chcecie wiedzieć co myślałam, gdy przez następne trzy dni chodziłam tak, że mogłabym bez problemu robić jako zombie w każdym horrorze. Źle myślałam ;)

Ale równo tydzień później, wczesnym i dość chłodnym rankiem, wytarabaniłam się z naszego autka zaparkowanego przed bazą usytuowana w szkole podstawowej w miejscowości Kwidzyn i poszłam odebrać swój numer startowy i czip. Ruszałam o 7.30 rano.
Byłam bardzo ciekawa jak mi pójdzie, jak bardzo będę się gubiła (bo, że będę, to było pewne) i czy jednak nie wyjdzie zmęczenie po poprzednich zawodach.

Na pięć minut przed startem zostały rozdane mapy. Zerknęłam na rozmieszczenie punktów i trochę jęknęłam. Trasa była bardzo rozciągnięta. Podejrzewałam, że zamysł był taki, żeby najpierw zebrać część punktów, potem zrobić w tył zwrot i zebrać pozostałe. Były one jednak w moim odczuciu tak rozstrzelone, że bałam się, że po prostu ominę któryś (zapamiętać: następnym razem zabrać ze sobą jakiś mazak do kreślenia na mapie). Wymyśliłam więc sobie, że postaram się zebrać wszystkie, na sam koniec zostawiając sobie punkt, który był dość mocno oddalony od mety, ale jednocześnie z tego miejsca można było się szybko wydostać z lasu na szosę, która prowadziła z powrotem do Kwidzyna. Owszem, może to nie był najbardziej optymalny wariant, ale na zmęczeniu i z kilkudziesięcioma kilometrami w nogach, odpadało mi nawigowanie. Musiałam po prostu dreptać przed siebie.
I tak zaczęłam swój plan realizować.
Jak mi szło? Pierwsze cztery punkty w sumie bez problemu. Był tłum ludzi (na trasę ruszyło 230 osób). Potem zaczęło robić się ciekawiej, rozmieszczenie punktów dawało różne możliwości i ludzie zaczęli się po lesie rozchodzić.



Nie będę omawiać całej trasy po kolei, wszystkich szesnastu punktów. Podsumuję tylko takie przemyślenia i spostrzeżenia debiutantki.
Przede wszystkim muszę sobie wbić do głowy, żeby bardziej zaufać sobie i uwierzyć we własne siły. Bo jak się skupiłam, wszystko sprawdziłam, to ta nawigacja szła mi całkiem, całkiem. Ale jak tylko następowało rozprężenie, albo bardziej szłam za ludźmi niż kontrolowałam mapę - to zaczynały się wtopy :)





Przeliczanie odległości na mapie i ich pilnowanie to podstawa. Zegarek biegowy bardzo się tu przydaje. Muszę jeszcze o końca ogarnąć zapamiętywanie do czego się właściwie liczy (tak, miałam akcje typu: "pamiętaj Aga, 42 kilometr i 250 metrów, 42 km i 250 metrów. 42... kurde, ale co tam miało być na tym 42 kilometrze?? Aaaa, miała odchodzić ścieżka z lewej strony!)
Drugą podstawą to kontrolowanie kierunku. Czy aby na pewno ta świetna droga, którą tak fantastycznie ci się biegnie idzie na zachód,  jak chciałaś...
W ogóle bieganie to osobna kwestia. Trzeba być czujnym. I na przykład zatrzymać się i zastanowić, że może te dwie osoby, które nagle wyleciały z lasu coś oznaczały (na przykład punkt), a nie lecieć dalej, bo taka fajna droga z górki...Ech, wracałam się z kilometr wtedy :)
Trzeba być również czujnym, gdy po podbiciu punktu trzeba wrócić kawałek tą samą drogą - i sprawdzić czy aby na pewno wracasz po własnych śladach czy może właśnie skręciłaś w jakąś dziwną drogę i za moment mocno się zdziwisz, że las ci się skończył.
Życie uratowały mi kilkukrotnie takie słupki z numerami oznaczające kwartały lasu. Sprawdzasz numerki na słupku, szukasz takich samych na mapie i dokładnie wiesz, gdzie jesteś. I oczywiście zdarzyło się, że po takim porównaniu okazało się, że jestem w innym miejscu niż myślałam.

Jak widać,  było różnie. Były punkty, na które trafiałam jak po sznurku, a były takie, gdzie szukałam, szukałam i szukałam. Cóż, po prostu nie mam wprawy i doświadczenia w samodzielnym nawigowaniu.



Ostatecznie moje błądzenia plus te nie do końca optymalne warianty, zaowocowały prawie 63 kilometrami w nogach (ała).
Zebranie wszystkich punktów zajęło mi 10 godzin z małym haczykiem. To wystarczyło na 35 miejsce open i 5 wśród kobiet, co bardzo mnie ucieszyło.  Nie nastawiałam się na nic. To miała być po prostu zabawa z mapą. Nie miałam pewności czy nie będę wcześniej schodzić z trasy, z powodu zmęczenia po Łemkowynie.



Jestem z siebie naprawdę dumna. Uważam, że jak na pierwszy raz nie poszło mi źle. Tym bardziej, że byłam chyba jedną z nielicznych kobiet, które trasę pokonywały same.

W tym samym czasie, gdy ja szlajałam się pieszo, męska reprezentacja rodziny zwiedzała okolicę na rowerach. Nawigatorem był syn (owszem, parę razy mąż coś tam podpowiedział, ale generalnie mapę dzierżył Wiktor) i zebrał sporo pochwał od innych uczestników.
Trasa poszła im bardzo sprawnie, dzięki czemu mogli sobie na matkę poczekać pięć godzin :)) (zapamiętać: wysyłając do męża smsa z informacją "właśnie szukam ostatniego punktu", dodać jeszcze, że ten punkt jest 12 kilometrów od bazy ;)








Generalnie wszyscy wróciliśmy zadowoleni, pogoda dopisała, las o tej porze roku był tak malowniczy, że nawet gubienie się tak bardzo nie wkurzało.
Czy zawitamy jeszcze na Harpaganie? Z pewnością, aczkolwiek niekoniecznie na wiosnę, bo ani termin, ani miejsce następnego rajdu nie do końca nam pasują.

Co teraz? Coż- mój mąż szykuje się do Biegu Niepodległości, a ja aktualnie roztrenowywuję się (choć szczerze mówiąc za moment jajko zniosę z nudów ;). Plany na przyszły rok powoli się krystalizują - i te biegowe i te nie biegowe. Ale o wszystkim będę informować w stosownym czasie.




piątek, 19 października 2018

Join the mudness!

Join the mudness!
Dalej nie mogłam w to uwierzyć. Miało mnie tu nie być. Na cztery dni przed startem została podjęta decyzja, że tym razem pass, logistyka nas przerosła.
A teraz -  byłam tu. Z czołówką na głowie, wśród migających czerwonych lampek innych biegaczy, właśnie wybiegiwałam swoją wielką łemkowską przygodę.
Zakręt i skręt w polną drogę. Na zakręcie ktoś stał i kibicował. Wariat. Przecież jest środek nocy.
"Brawo, jesteś druga" - usłyszałam. Fajnie, fajnie, pomyślałam. Ale to żadna sztuka być drugą na piątym czy szóstym kilometrze. Zobaczymy, gdzie będę, gdy w nogach będzie setka.
Na razie jednak po prostu biegłam pod czarnym, rozgwieżdżonym beskidzkim niebem.




***



Plan A był prosty. Ja jadę na Łemkowynę, a mąż zostaje z dziećmi w Warszawie. Żeby nie ciągać ich przez pół Polski samochodem, bo nie wiadomo jaka będzie pogoda, bo taniej.
Plan A zaczął się sypać, gdy okazało się, że Tiborowi odwołali bieg we Wrocławiu, Spartan Race i w zamian zaproponowali zniżkę na start na Węgrzech, w Miskolcu. W tym samym terminie co moje Łemko...
Zrodził się plan B. Do dzieci zgarniamy jedną z babć, która zostaje z nimi w domu. My jedziemy w czwartek do Krynicy, ja zostaję, Tibor po przespanej nocy leci na swojego Spartana. Startuje, dobiega, wsiada w samochód i odbiera mnie na mecie.
Plan B zaczął się sypać, gdy okazało się, że niestety ale opieka na miejscu nad dziećmi jest niemożliwa, musimy je zawieźć na działkę do moich rodziców. Dziecko nr 2, które ledwo co wróciło do szkoły po dwóch tygodniach zapalenia krtani - znów by opuściło dzień. Dzieciaki miały swoje zajęcia pozalekcyjne, klasówki. Jak ważne są nasze starty? Ważniejsze od lekcji, zajęć judo, modelarni? Im bardziej zastanawialiśmy się jak to ugryźć - tym bardziej dochodziła do nas gorzka prawda, że musimy odpuścić. Tak, jesteśmy biegaczami, ultrasami. Ale jesteśmy też rodzicami.
I choć obiektywnie wiedziałam, że ta decyzja jest słuszna, całe moje ja buntowało się przeciwko takiemu obrotowi sprawy. Niby to tylko bieg, ale w głębi duszy czułam, że właśnie omija nas, mnie, coś wyjątkowego.
Trzy dni przed startem po dłuugiej rozmowie, pierdylnastym rozważeniu wszystkich możliwości, mój mąż dokonał niemożliwego. Ułożył plan C.
Plan ten co prawda był potwornie napięty, nie dawał nam praktycznie jakiegokolwiek odpoczynku przed startami, ale minimalizował niedogodności dla dzieci.
Nie będę tu tłumaczyć jak ostatecznie ogarnęliśmy kwestię dzieciarni. Jak próbowałam opowiedzieć to kilkorgu znajomym na żywo, gubili się gdzieś przy drugim dziecku :))

W Krynicy zamiast w czwartek, pojawiłam się w piątek, po dwudziestej drugiej, na 40 minut przed zamknięciem biura zawodów. Miałam 2,5 godziny do startu. Małżonek po wysadzeniu mnie, pojechał dalej w kierunku Węgier, żeby zdążyć na swój start o siódmej rano...







***




Pomimo tego przedstartowego szaleństwa, nie czułam zmęczenia w nocy. Pewnie dlatego, że nie mogłam sobie pozwolić na jakieś wyłączenie się. Najpierw skupienie, bo inni biegacze dookoła, trzeba uważać. Część mnie wyprzedzała, część wyprzedzałam ja. Czarna noc dookoła, zbiegi. Żeby tylko nie wywinąć kozła.
A potem były długie fragmenty, gdy biegłam sama. To moja czołówka, tylko i wyłącznie moja, oświetlała mi drogę i to ja musiałam w ciemności wypatrywać różowych wstążek z odblaskami. Chyba jeszcze nigdy na tak wczesnym etapie biegu nie biegłam zupełnie sama. Wtedy nie do końca rozumiałam czemu, dopiero teraz wiem, że po prostu biegłam raczej bliżej przodu stawki, więc ludzi z mojego dystansu było mało.
Koło dwunastego kilometra samotność się skończyła - zaczęłam doganiać pierwsze osoby z najdłuższego dystansu, 150, który ruszył godzinę przed nami.

W głowie mam takie migawki z tej nocnej części. Gwiazdy, miliard gwiazd nad głową. Aż chciało się wyłączyć czołówkę, podnieść głowę i po prostu pogapić się. Zdarzyło mi się parę razy zauważyć i taką spadającą.
Mgły, w które od czasu do czasu wbiegaliśmy i tańczące kropelki w świetle czołówki.
Niesamowity, tajemniczy cmentarz na Rotundzie.
I świt. Gdy nagle wyleciałam z lasu, przed sobą zobaczyłam czarny zarys gór, a nad nimi niczym najcenniejszy klejnot, niczym korona, niebo płonęło czerwienią. Wstawał nowy dzień.






***



Świt był pieruńsko zimny. Pomimo, że większość nocy przebiegłam z podwiniętymi rękawami  rozpiętej bluzy, teraz nie tylko zapięłam się pod szyję i opuściłam rękawy, ale jeszcze całe dłonie schowałam w rękawy, bo mi zgrabiały. W nogi mi tylko nie było zimno, bo cały czas byłam w ruchu. Naprawdę sporo biegłam. Nie widziałam dookoła siebie nikogo z mojego dystansu. Widocznie znalazłam swoje miejsce, idealnie wpasowując się między innych. Natomiast cały czas wyprzedzałam ludzi z najdłuższej trasy. Od paru osób znów usłyszałam, że jestem druga.

Na drugi punkt kontrolny na 42 kilometrze dotarłam wczesnym rankiem, po szóstej rano. Zgodnie z założeniami. I było to jedyne moje założenie, jakie robiłam przed startem :) Dalsze snucie planów chyba mnie przerosło :).
Za Wołowcem można było powoli wyłączać czołówki i zacząć podziwiać Beskidy. W świetle budzącego się dnia widać było snujące się mgły po łąkach, skąpane w złocie drzewa, wijący się szlak. Jeszcze było chłodno, ale niebo bez ani jednej chmurki zapowiadało, że będzie ciepło. Pamiętam, że pomyślałam, że trzeba jak najwięcej zrobić dystansu póki jeszcze słońce nie zaczęło grzać, bo może być ciężko.






***



Pięćdziesiąty pierwszy kilometr. Tylko ja i las. Jestem sama. Biegnę grzbietem wśród rudej buczyny. Jest cisza, spokój, dookoła mnie lecą liście. Chwila dekoncentracji. Chwila nieuwagi. Kamień, który na mnie czekał, na moją zmęczoną stopę. Lecę do przodu jak wystrzelona z katapulty. Nie wiem co mnie bardziej boli: skamieniała w skurczu łydka, czy kolano, które pali żywym ogniem.
Chyba tylko długim skarpetom na nogach zawdzięczam to, że po chwili wstałam i pobiegłam dalej. Trochę zamortyzowały uderzenie. Ale lekkość w zbieganiu się skończyła. Lewe kolano przy każdym stromszym zbiegu, przy każdym krzywym postawieniu nogi zaczynało boleć. Jeszcze byłam w stanie to jakoś ignorować, nadrabiać innym ustawieniem, innymi mięśniami, ale z każdym kilometrem było coraz ciężej i gorzej.



***




Do Chyrowej, na ostatni punkt kontrolny na 82 km docieram w południe. Przeczochrana przez dwa upadki (drugi na sześćdziesiątym kilometrze, na szczęście bez kolejnych obrażeń), przeczochrana przez fragment w okolicach 70 kilometra. Piękny widokowo - ale idący łąkami, otwartym terenem, w pełnym słońcu.
I wtedy mijam się z dziewczyną z czarnym numerem startowym, z setki. Ja na punkt zmierzam, ona właśnie przed chwilą z niego wybiegła. Pierwsza kobieta.
Uśmiecham się do niej, klaszczę w dłonie i biję brawo. Jej wzrok z miejsca podąża w kierunku mojego numeru. Ups! Chyba ją trochę zestresowałam :)
Niepotrzebnie. Po międzyczasach później było widać, że przez większość trasy trzymałyśmy do siebie podobny dystans. A od Chyrowej dla mnie zmieniło się dużo...

Jeśli ze kwintesencję górskiego ultra uznamy flow, stan, w którym czujesz, że jesteś po prostu we właściwym miejscu tu i teraz, gdy każdą komórką swojego ciała chłoniesz otoczenie, gdy stopy znajdują idealne miejsce pomiędzy korzeniami, kamieniami, gdy przepełnia cię szczęście, nawet, gdy właśnie wyplułeś płuca na podejściu, a teraz zarzynasz czwórki na zbiegu -  to dla mnie ultra skończyło się w tym miejscu.

Jeśli za kwintesencję górskiego ultra uznamy ból ogarniający całe ciało, walkę o wszystko: o każdy następny krok, o to, by nie upaść po kolejnym potknięciu, żeby się nie poddać. Jeśli za kwintesencję uznamy nienawiść do każdego kolejnego zbiegu i każdego kolejnego podejścia, gdy cały świat znika i jesteś tylko ty i twoje cierpienie - to dla mnie ultra właśnie się zaczynało.







***




In my mind
Im my head
This is where we all came from
The dreams we have, the love we share
This is what we're waiting for

In my mind
In my head...

In my mind
Im my head


Nie jestem w stanie odczepić się od tej piosenki. Z każdym krokiem brzęczy w mojej głowie, wciąż i wciąż. In my mind....
Jest mi źle. Jest mi bardzo, bardzo źle. Podejście za Chyrową, znów przez łąki, w samo południe, ze słońcem, które świeciło zupełnie jakby to był środek lata a nie połowa października, wybrało mnie totalnie. Jeśli miałam jeszcze jakieś ukryte pokłady energii - zabrała mi je Cergowa.

Już schowałam się między drzewami w lesie, już Cergowa ze swoim podejściem - kilerem za mną, ale już nic nie pomaga.
Jestem wściekła na moje ciało, które właśnie teraz, na kilkanaście kilometrów do mety zaczyna mnie zawodzić. Boli mnie każde włókienko w nogach. Każde przejście do truchtu jest mordęgą.
In my mind, in my head...
Na widok zbiegu chce mi się płakać. Stromy, gładki. Nie jestem w stanie w sensowny sposób zbiec na wprost. Zygzakiem też nie mogę - bo jak tylko ustawię się bokiem do stoku zaczyna protestować potłuczone lewe kolano.
Toczę walkę, potworną walkę ze swoją głową. Żeby jednak biec. Nawet najbardziej pokraczny trucht jest lepszy od marszu. Dawaj, Aga. No pain - no gain. Rusz się, szybciej będziesz na mecie.
This is where we all came from...This is what we're waiting for...
Odliczam kolejne metry na ekranie zegarka, z utęsknieniem czekam na każdy kolejny kilometr. Każdy szelest za mną wprowadza mnie w lekki popłoch. Mam wrażenie, że zaraz wszyscy mnie przegonią, zaraz zobaczę za plecami dziewczyny z czarnymi numerami. Na razie mijają mnie tylko panowie i to głównie z najdłuższej trasy. I jednak nie jest ich tak dużo, jak spodziewałabym się po swoim żałosnym tempie...
Dalej toczę walkę ze swoją głową i prawie płaczę na widok kolejnego podejścia. Dlaczego? Już go nie powinno być! Mijany rowerzysta pociesza: jeszcze trochę i będzie zbieg, odpoczniesz!"
Odpocznę...na widok tego "odpoczynku" zaczyna mnie wszystko mocniej boleć, o ile to jeszcze możliwe. Kulawo drepczę w dół. Pamietaj: no pain no gain. Tam czeka meta. This is what we're waiting for...







***




- Ale wiecie, że to jeszcze nie jest Iwonicz?
Na dobre opuściliśmy już góry i właśnie razem z kilkoma panami ze stopięćdziesiątki uprawiałam jakiegoś kulawego gallowaya na asfalcie. Przed chwilą wbiegliśmy pomiędzy pierwsze domy.
Jak to, kurwa, nie Iwonicz?? To po cholerę przed chwilą zacisnęłam zęby i cały zbieg asfaltem pokonałam truchtem? To gdzie my jesteśmy? "Lubatowa" - przeczytałam na jakimś szyldzie. Yy? Oj, Aga, trzeba było przejrzeć przed startem mapę, którą dostałaś w pakiecie...

Zegarek pokazywał już setkę - więc do mety nie mogło być daleko. Ale ile konkretnie? Ile przekłamie gps w zegarku i w którą stronę? Został kilometr czy może trzy? Drept, drept, drept do najbliższej różowej tasiemki z charakterystycznym logiem Łemkowyny powiewającej na płocie. Pięć kroków marszu. Drept, drept, drept do najbliższej latarni. Znów marsz. Na asfalcie widzę wymalowaną sprejem strzałkę z napisem ŁUT. Strzałka nakazuje skręcić w prawo. Pod górę. Aaaaa !! Skąd znów pod górę?  Miało już nie być górek! Zrezygnowana wlokę się krok za krokiem, z bukłaka wyciągając ostatnie krople izotonika. We flasku mam resztki coli. W Chyrowej zatankowałam do pełna - ale w słońcu i na zmęczeniu zapotrzebowanie na wodę jest o wiele większe. Gdzie ta meta?
Wreszcie szosa zaczyna iść w dół i zaczyna wyglądać, że tym razem naprawdę zbliżamy się do Iwonicza. Zaczynają pojawiać się spacerowicze. Część przystaje i kibicuje, klaszcze. Jest mi wszystko jedno, nie mam nawet siły uśmiechać się do tych ludzi. Dajcie mi tą cholerną metę.
Wreszcie widzę. Deptak. W dmuchanej bramce stoją wolontariuszki i brzęczą dzwonkami - medalami. Mijam pomiar czasu i... już nic nie muszę.
Wymęczone, wycierpiane na końcówce - ale jest: drugie miejsce wśród kobiet, czternaste open.
Czas: 14:35:01.




***




Lubię ładnie rozegrane biegi. Takie, gdzie człowiek, nawet jeśli zmęczony, od początku do końca kontroluje sytuację.
To nie był taki bieg.
Końcówką czuję się z lekka zniesmaczona i obrażona na samą siebie. Coś gdzieś poszło nie tak. Co? Ha! Na  maratonie ulicznym, takim 42 kilometrowym ;), tyle rzeczy może zaważyć o końcowym wyniku, o samopoczuciu na ostatnich kilometrach. A co dopiero na stukilometrowym górskim ultra. Było parę rzeczy, które mogły złożyć się do kupy na kryzys w końcówce -ale równie dobrze żadna z nich mogła nie mieć znaczenia. Kryzysy mniejsze, większe są po prostu w takie biegi wpisane i muszę się z tym pogodzić.
Pewnie jeszcze trochę będę sobie marudzić, ale spokojnie, przejdzie mi. Bo obiektywnie rzecz biorąc, zdaję sobie sprawę, że pier...olę jak potłuczona :))

Dwa lata temu o tej porze jeszcze nie biegałam po porodzie. Gdyby ktoś mi wtedy powiedział, że za dwa lata stanę na podium stukilometrowego biegu- pewnie bym nie uwierzyła :) Zresztą teraz przed startem też bym nie uwierzyła w pudło - choć była osoba, która zadała mi to pytanie (pozdrawiam, Asiu:). Z tymi wszystkimi przygodami przedstartowymi, rozwożeniem dzieci, siedmiogodzinną jazdą do Krynicy, ze stresem czy zdążę do biura zawodów. Naprawdę nie mam na co narzekać. A i czasu, pomimo zgonu na koniec, chyba nie mam się co wstydzić :)

Jednym słowem, muszę sama wziąć sobie do serca słowa, którymi pocieszałam swego czasu Alę po jej Biegu Ultra Granią Tatr. A co jej wtedy napisałam? Że ambicja to fajna sprawa - bo pozwala się rozwijać. A jednocześnie to przekleństwo - bo nie pozwala dostrzec sukcesu tam gdzie on jest.
Więc idę pogapić się na moją śliczną statuetkę :)



czwartek, 4 października 2018

40. Maraton Warszawski

40. Maraton Warszawski
Pozwolicie, że na początek zacytuję samą siebie?
"Już kiedyś pisałam: do życiówki trzeba mieć dzień konia, musi się zgrać wszystko. Treningi, forma, zdrowie, pogoda, jedzenie, strategia.
Dziś mialam dzień konia. "

Tak pisałam na FB po dotarciu na metę. To teraz to rozwinę :)

Pogoda była prawie idealna. Może gdyby ciut mniej wiało wzdłuż Wybrzeża Gdyńskiego, napisałabym, że była idealna ;) Było słońce, ale nie przeszkadzało, bo temperatura około 12 stopni skutecznie równoważyła ciepełko. Przed startem, szczególnie w cieniu, było na pewno jeszcze chłodniej. Rozgrzewkę robiłam w kurtce puchowej i rękawiczkach :)



Nic nie popsuło mi przygotowań. Nie chorowałam, nie złapałam żadnej kontuzji. Owszem, czasem życie weryfikowało Plan i czasem musiałam pożonglować treningami czy coś tam odpuścić - ale większość tego co miałam rozpisane przez Piotra Tartanusa - zrealizowałam. Biegałam te wszystkie podprogowe tysiącdwusetki, tysiącsześćsetki, trzykilometrówki, robiłam wybiegania, szlifowałam tempo maratońskie. I za cholerę nie wiedziałam na co to się przełoży jak przyjdzie co do czego. I chyba do końca nie chciałam wiedzieć - ale o tym jeszcze wspomnę dalej.

Oprócz biegania muszę wspomnieć o treningach uzupełniających, które na stałe zawitały w moim życiu. Najpierw były to zajęcia ze sztangami, potem przerzuciłam się na trx, a od września postawiłam na kettle. Wierzę, że to też miało wpływ na moją formę.

No i jeszcze jedna rzecz, której nie planowałam jakoś specjalnie, samo wyszło. Waga :)
Gdy rozpoczynałam treningi pod Transgrancanarię rok temu, po cichu liczyłam, że to całe bieganie pomoże mi pozbyć się ostatnich pociążowych kilogramów. Nic takiego się jednak nie stało. Owszem, przyczyna mogła tkwić w jakiś moich błędach żywieniowych, mogła  tkwić w tym, że karmiłam jeszcze piersią Matyldę - ale na wszelki wypadek przebadałam się wtedy, włącznie z tarczycą. Byłam zdrowa jak rydz :) Podjęłam więc jedyną słuszną decyzję. Obraziłam się na wagę ;)) i temat olałam. Olałam, ale w którymś momencie dotarło do mnie, że od jakiegoś czasu praktycznie wszystkie spodnie i spódnice lecą mi z tyłka. No i okazało się, że nie wiem jak, nie wiem kiedy, zgubiłam jakieś 4 kg. Może jednak musiał minąć dłuższy czas od ciąży i karmienia i organizm poluzował cugle? Nie wiem. W każdym razie spadek wagi na pewno przełożył się na mój VO2max i moją szybkość.

Na trasie skorzystałam ze wszystkich punktów z piciem, przez wszystkie przelatując prawie bez zwalniania. Po pierwsze biegłam w tej części stawki, gdzie jeszcze nie jest gęsto od ludzi, a po drugie na biegach Fundacji Maraton Warszawski są długie strefy i dość komfortowo się z nich korzysta. 
O, jakże inaczej było w Kopenhadze, gdzie cenne sekundy traciłam wpadając na ludzi, zwalniając, żeby na nikogo nie wpaść, zatrzymując się, żeby w ogóle dopchać się do kubka, czy po prostu dlatego, że wtem okazywało się, że strefa już się skończyła.
Do tej pory na maratony zabierałam ze sobą trzy żele. W Kopenhadze miałam cztery plus dwie tabletki dextrozy. Jedną wtedy zgubiłam i do mety naprawdę doleciałam na oparach. Teraz miałam podobny zapas, ale tym razem nic nie pogubiłam :)


Tu muszę znów wrócić do maja, do Kopenhagi. To tam ostrzyłam sobie zęby na łamanie trzy trzydzieści. Ba, ostrzyłam sobie po cichu zęby na konkretne cyferki. Uważałam, że jak wszystko dobrze pójdzie - to jestem w stanie pobiec w granicach 3:25 -3:26. W tym dniu jednak pogoda rozdawała karty. Nie tylko nie wykręciłam wyniku marzeń, ale i tych 3:30 nie udało się złamać.
Byłam zła na siebie. Nie, nie o to, że pobiegłam wolniej. Byłam zła na siebie, że za bardzo zafiksowałam się na cyferkach. I przez to radość z życiówki popsuło mi trochę rozczarowanie. 
Tak więc teraz miałam ciężki orzech do zgryzienia. Z jednej strony treningi szły mi dobrze, robiłam je z zapasem. A z drugiej strony bardzo, bardzo, sama przed sobą, nie mówiąc już o innych, unikałam deklaracji jaki czas tym razem mi się marzy. Chciałam złamać 3:30. A jednocześnie chciałam pobiec z luzem, który towarzyszył mi poprzednim startom maratońskim, gdzie potrafiłam dopiero w trakcie biegu zastanawiać się jakim ja właściwie tempem mam biec?
Forma teraz była, czułam to. Ale, heloł. To maraton. Przez 42 kilometry może dużo się zadziać.

Jak ostatecznie poradziłam sobie z presją? Ustawiłam sobie ekran zegarka tak, żeby nie widzieć czasu :) Na ekranie wyświetlał mi się dystans, średnie tempo i tempo chwilowe. Dwie ostatnie pozycje dawały mi dość ogólne pojęcie jak szybko biegnę - bo przecież zawsze wskazania zegarka rozmijają się z oznaczeniem na trasie. Miało mi to tylko dać pojęcie czy nie zwalniam za bardzo. 
Tak więc biegnąc nie znałam swoich międzyczasów na matach pomiarowych, nie wiedziałam jakie mam tętno. Czasem, jak akurat usłyszałam pikanie zegarka udawało mi się zerknąć na tempo z ostatniego kilometra. Ale generalnie cały dystans przebiegłam bardziej na czuja i  na samopoczucie niż kierując się wskazaniami zegarka.

Na starcie musiałam jednak podjąć decyzję gdzie się ustawić. I ostatecznie ustawiłam się za zającami na 3:25. Uznałam, że jak dobrze pójdzie - to dobiegnę w tym czasie, który marzył mi się w Kopenhadze, a jak nie - to będę miała pewien zapas nad tym nieszczęsnym 3:30.
Na początku trzymałam się za zającem. Ale dość szybko dotarło do mnie, że zaczynam hamować, próbując trzymać jego tempo. Dodatkowo trasa szła lekko z górki i nogi same rwały się do przodu. Najpierw więc znalazłam się między zającami (bo biegło dwóch, jeden bardziej z przodu), a przez zoo, na ósmym kilometrze, biegłam już z przodu zupełnie. Co wtedy myślałam? "Oddychaj Aga, oddychaj. Właśnie wyprzedziłaś zające na 3:25. Albo będzie piękny wynik, albo piękna katastrofa" ;). 
Nie jestem w stanie w czasie umiejscowić kibicującego Tibora, który za trzecim razem o mały włos mnie nie przegapił, bo spodziewał się, że przebiegnę koło niego później :)

Tu jeszcze lecę schowana za zającem :)


No więc biegłam sobie na tego czuja, ciesząc się, że jest dobrze, że biegnie mi się lekko, kilometry się nie dłużą. Co wcale nie było takie oczywiste, bo w maju dłużyło mi się okropnie. Nawet mówiłam Tiborowi, że jak dla mnie to mogłabym zmęczyć się w jakiś inny sposób i od razu niech mnie ktoś wstawi na trzydziesty kilometr, bo wtedy zaczyna się najciekawsze :) A teraz nie dosyć, że nic mi się nie dłużyło - to jeszcze zdarzało mi się dziwić, że cooo? Chorągiewka z 27 kilometrem? Myślałam, że to dopiero 25...
Trudniejsze fragmenty? Podbieg na Belwederskiej na 16 kilometrze. Niewdzięczny, twardy. Jako dość męczące pamiętam też podbiegi na Most Gdański. Długa prosta wzdłuż Wybrzeża Gdyńskiego też nie była najprzyjemniejsza - bo niestety było pod wiatr. Szczęśliwie znalazłam  trzech panów biegnących w podobnym tempie i większość tego fragmentu przebiegłam chowając się za ich plecami.

Most Gdański po raz drugi, czyli jakiś 33 kilometr

Takie prawdziwe zmęczenie poczułam po 35 kilometrze. Żeli już nie miałam, więc tu poszła już w ruch dextroza i szukanie następnych panów, którzy pomogliby mi w utrzymaniu tempa. No i gadanie po cichu ze swoją głową. "Trzydziesty piąty kilometr. Jeszcze dwa i będzie tylko piątka do mety. Trzydziesty siódmy, za trzy kilometry będzie czterdziestka. Tu jest z górki, pamiętaj tu jest z górki."

I wtedy, na tym trzydziestym piątym kilometrze, zobaczyłam spacerującego dużego, białego penisa...
Nie, nie miałam halucynacji ze zmęczenia :))) Z boku trasy spacerował facet  ubrany w dmuchany organ męski i w ten sposób zachęcał do badania prostaty. Nie wiem czy którykolwiek z uczestników zapamiętał coś z tego przekazu, ale widok był tak absurdalny, że dostałam ataku śmiechu i na moment zapomniałam o zmęczeniu.


Proszę, nawet mam dowód na obecność penisa na trasie :) Lewy górny róg :)


Na tym etapie wzbudzałam wśród widzów żywiołową reakcję.  Bo pań dookoła mnie prawie nie było :) Na metę dobiegłam jako trzydziesta trzecia kobiałka - więc większość otaczających mnie biegaczy było płci męskiej. Miało to swoje dobre strony: rzucałam się w oczy - swoje pewnie też robiła różowa spódniczka (Polka Sport :) i warkoczyki - więc byłam żywiołowo dopingowana przez kibiców zgromadzonych wzdłuż trasy (wszystkim znajomym również dziękuję za doping!). Ale made my day pewna starsza pani, która na mój widok krzyknęła: "brawo, dziewczynko!" :))


Pod koniec wydawało mi się, że zwolniłam. Na pewno musiałam już wkładać w biegnięcie sporo wysiłku. Bolały mnie łydki, kłuło coś po pośladkiem i powoli nie mogłam doczekać się mety. Maraton, panie :) 
Musiałam być zmęczona, bo przegapiłam chorągiewkę z 41 km, a wybiegając z ostatniego zakrętu nie od razu zorientowałam się, że to już ostatnia prosta i przede mną widać metę :) 
Starałam się biec ładnie, przyspieszyć. W końcu to finisz. Jak zobaczyłam cyferki na bramie od mety - wiedziałam, że jest dobrze. Ale dopiero jak za linią mety przeklikałam się przez ekrany zegarka i wreszcie zobaczyłam to 3:21:44, to w ułamku sekundy rozkleiłam się :) Szłam przed siebie i łzy normalnie leciały mi po policzkach z emocji i ze wzruszenia. Bo nie spodziewałam się, serio się nie spodziewałam, że to wszystko skończy się aż takim czasem :)







Znaleźliśmy się z Tiborem, na świeżo wymieniałam wrażenia. Na moje stwierdzenie, że pod koniec to chyba zwolniłam, mąż spojrzał się na mnie dziwnie i powiedział, żebym sprawdziła międzyczasy w wynikach. To sprawdziłam. I zaliczyłam drugi opad szczęki :)

Tak trochę równo mi się biegło :) Drugą połówkę przebiegłam o 6 sekund szybciej niż pierwszą. W obu ocierając się o moją życiówkę półmaratońską, co dalej mocno mnie bawi :)


Co tu dużo mówić. Wyszło wszystko rewelacyjnie. Nie dosyć, że czas wykręciłam taki, że sama jestem w lekkim szoku, to jeszcze to wszystko zostało zrobione w dobrym stylu: bez kryzysów, umierania. Widocznie Warszawa tak na mnie działa - bo swój debiut sprzed pięciu lat wspominam równie miło :)







Chciałam podziękować wszystkim, którzy dołączyli się do akcji #biegamdobrze i wpłacili datki. To dzięki Wam udało mi się zebrać ponad 700 zł!

Co teraz? Cóż, ostatnie długie wybieganie przed Łemkowyną za mną :))) Za 9 dni zmieniam klimaty na górskie. Na razie upajam się słodkim nicnierobieniem :).


środa, 3 października 2018

Pedzo konie Pą betonie

Pedzo konie Pą betonie
Jeśli ktoś zgłupiał widząc tytuł wpisu i zaczął się zastanawiać co to ma wspólnego z Maratonem Warszawskim - to uprzejmie informuję, że nic :) Zanim zacznę opisywać maraton, cofnę się w czasie do lipca. Wiem, wiem - to bardzo odgrzewane kotlety - ale te kotlety były tak dobre, że po prostu muszę do nich wrócić.
O czym mowa? A o triatlonie w Bydgoszczy. A konkretnie mówiąc o sztafecie na dystansie 1/2, w którym nieoczekiwanie z mężem wystartowałam.
Pewnego pięknego lipcowego dnia na fejsbuczku rzucił mi się w oczy wpis Krasusa, który pilnie potrzebował dwóch ludków do uzupełnienia sztafety triatlonowej, gdyż ekipa z różnych powodów mu się wysypała.
Weekend mieliśmy wolny. I, że co? Że my z marszu nie przejedziemy 90 kilometrów na rowerze i nie siekniemy półmaratonu? Potrzymajcie nam dzieci :)

Dzieci potrzymali nam moi rodzice, a my ruszyliśmy w kierunku Bydgoszczy, po drodze odkrywając, że nie zdążymy do biura zawodów po odbiór pakietu (dryń, dryń - Krasus, pomóż) i że na styk zdążamy ze wstawieniem roweru o strefy zmian (15 minut zapasu). Potem miłe piwko i pizza z Pąpkinsami, jeszcze milsze oglądanie meczu piłkarskiego, gdzie Chorwaci eliminowali z Mistrzostw Rosję. Na nocleg ruszyliśmy do naszego apartamentu czyli auta zaparkowanego pod Mostem Uniwersyteckim ;) Jak na wariackich papierach - to na wariackich papierach :)

Założenie było takie, że mamy się po prostu dobrze bawić. Rankiem następnego dnia mega więc wyluzowana obserwowałam pływaków i wypatrywałam Marcina. Szybka wymiana czipa w strefie zmian i mój mąż ruszył na rower. Trochę mu pokibicowałam na trasie, a potem sama udałam się w kierunku strefy, żeby tam na niego czekać.




I żeby uprzyjemnić sobie oczekiwanie, odpaliłam net i podejrzałam nasze wyniki.
I wtedy zrobiło mi się gorąco z wrażenia. Będziemy się dobrze bawić?? No, to się właśnie BARDZO dobrze bawimy... Marcin z wody wyszedł jako trzeci mix, a mój mąż na trasie oscylował pomiędzy drugim a czwartym miejscem.
Jednym słowem wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, że ode mnie będzie zależało bardzo, bardzo dużo...

Na trasę wybiegłam jako czwarta drużyna mieszana, mając w głowie, że muszę gonić każdą dziewczynę, która będzie przede mną. Z wrażenia zapomniałam o paru rzeczach. O tym, że w Bydgoszczy był rolling start, więc niekoniecznie osoba przede mną ma lepszy czas. I że nie jest powiedziane, że w każdym mixie na ostatniej zmianie zawsze będzie dziewczyna ;)
W każdym razie biegłam sobie żwawo, starając się trzymać tempo poniżej 5 minut na kilometr i coraz bardziej przekonując się, że to będzie trudny bieg. Trasa wiodła nabrzeżem rzeki Brdy. Miałam do pokonania cztery okrążenia. Teren był dość  zróżnicowany. Był asfalt, czasem mocno dziurawy i nierówny, były fragmenty przez miasto - po chodnikach, krawężnikach i schodach, była szutrowa droga, były podbiegi, zakręty. To wszystko za każdym razem lekko wybijało z rytmu. Ale przede wszystkim było gorąco. Błękitne niebo bez chmurek, patelnia. A ja już po majowym maratonie w Kopenhadze wiedziałam jak takie słonko wybiera siły.
Na drugim okrążeniu zaczął koło mnie truchtać Krasus i zaczął zdawać relację. Z jego gadania zrozumiałam, że mam robić swoje i dogonić dziewczynę, która aktualnie biegnie pierwsza, do której mam 15 minut straty. Tak, tak - przytaknęłam. Ale w duchu pomyślałam, że Marcin zwariował. Mam odrobić piętnaście minut?? Ha ha!
Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że już nadrobiłam, bo na trasę wyruszyłam 20 minut po niej.
Biegłam więc swoje, nie omijając żadnej kurtyny wodnej, polewając się obficie wodą na punktach i pijąc. Biegłam i czułam, że jest coraz ciężej. Biegłam i wypatrywałam tej dziewczyny, usiłowałam sobie przypomnieć jak wyglądały osoby ze strefy zmian, które wyruszyły na trasę przede mną.
W końcu od tego słońca, upału i  - co tu dużo mówić - nieprzygotowania - bo przecież wtedy nie trenowałam do półmaratonu, wtedy szykowaliśmy się do Adventure Trophy, gdzie szybkość nie była tak ważna - zaczęłam zwalniać. Z niepokojem zarejestrowałam również, że moje łydki są mocno na granicy skurczu. To było ostatnie okrążenie. Jeszcze kawałek szutrem, króciutki podbieg, kurtyna wodna i picie, zakręt na most, za mostem skręt do parku i tym parkiem już kawałek do mety. Zostało  może 1,5 kilometra. Dziewczyny, którą podobno miałam dogonić ani widu ani słychu.
I wtedy, gdy zaczęłam się ciut nad sobą użalać, zastanawiać czy się nie zatrzymać i nie spróbować tych łydek rozciągnąć, zerknęłam w kierunku mostu, na który za chwilę miałam wbiegać.
I zobaczyłam JĄ.
Z miejsca zapomniałam, że złowrogo szumią wierzby i że duch mój na rozżażone węgle usiadł ;)
Zaczęłam na serio gonić.
Wpatrzona w charakterystyczną chustkę na głowie, grzałam tak szybko, jak tylko moje wymęczone upałem ciało pozwalało. Dystans pomiędzy nami zmniejszał się bardzo szybko, ale fizycznie nie udało mi się mojej rywalki dogonić. Gdyby meta była dwadzieścia metrów dalej...



Nie miało to jednak żadnego znaczenia dzięki rolling startowi :) Okazało się, że nie tylko odrobiłam te dwadzieścia minut straty, ale jeszcze dołożyłam dwie!
Uwierzylibyście? Odrobić w półmaratonie 22 minuty??
Tym sposobem zajęliśmy trzecie miejsce w mixach :)

Nie chciałabym jako podsumowania pisać, że nigdy nie ma rzeczy niemożliwych, albo, że zawsze należy walczyć do końca. W kontekście biegania i wcale nie tak rzadkich przypadków, gdy ludzie pomimo kontuzji, robią różne głupie rzeczy - to byłoby niebezpieczne.
Ale w granicach zdrowego rozsądku, tak - należy wierzyć w siebie i nie poddawać się. Bo mogą z tego wyjść całkiem fajne rzeczy :)






PS. A tytułowe konie to nazwa naszego teamu :)

piątek, 7 września 2018

Matki na gigancie

Matki na gigancie
W środę 15 sierpnia skoczyłam ze spadochronem, a w sobotę wsiadłam razem z Hanią w auto i pognałyśmy w kierunku gór.
Wyjazd zaplanowałyśmy kilka tygodni wcześniej. Padło na Tatry, bo...to Tatry :)
Podróż dla mnie była dość ciekawym przeżyciem - bo z jednej strony nie mogłam się odczekać ubrania butów, założenia plecaka, a z drugiej w mojej głowie wciąż wszystko buzowało po skoku.
Wiecie, że w McDonald's w Częstochowie jedna ściana to wielkie zdjęcie ze skydiverami? Nigdy na to nie zwróciłam uwagi - teraz rzuciło mi się w oczy od progu :)

Pogoda była diametralnie inna od tej na Adventure Trophy. czyste, błękitne niebo, piękna panorama gór, gdy zbliżałyśmy się do Zakopanego.

widok z naszego balkonu


W miejsce naszego zakwaterowania w Kościelisku dotarłyśmy późnym popołudniem. Hania niestety musiała przysiąść do pracowego komputera, a ja w ramach rozpisanego treningu przez Piotra poleciałam Drogą pod Reglami do Doliny Kościeliskiej i z powrotem. Następne dwa dni miała być uprawiana samowolka niezgodna z Planem zupełnie :)

Droga pod Reglami


Na pierwszy ogień postanowiłyśmy pojechać na słowacką stronę. Hania pokazała na mapie Dolinę Rohacką, podejście na jakieś dwutysięczniki, pętęlkę do Rohackich Ples i powrót na dół.
Gdzieś tam z tyłu głowy mi pykło, że jak szczyty powyżej 2 tysięcy, to może być ciekawie - ale generalnie chyba żadna z nas nie zastanowiła się jak to może wyglądać w realu. A informacji o naszej trasie Hania zaczęła szukać już po powrocie do pokoju. Może to i dobrze :))

Najpierw kilka rozgrzewkowych kilometrów asfaltem, potem skręt na szlak i od razu zaczęło się zdobywanie wysokości. Żadne bieganie nie wchodziło w grę. Było żmudne, przy pomocy kijków drept, drept, pod górę. Z coraz piękniejszymi widokami dookoła.





Gdy wyhynęłysmy ponad linię lasu, widać było z daleka grań, którą prowadziła nasza trasa. Myślałam, że jeszcze chwileczka i będzie można zacząć coś truchtać, ale okazało się, że w dalszym ciągu biegania miałyśmy ilości homeopatyczne. Pod górę - wiadomix. Ale nawet jak szlak prowadził w miarę po płaskim, albo w dół, był tak najeżony głazami, luźnymi kamieniami, że bardziej efektywny i bezpieczny był po prostu szybki marsz.



to my musimy gdzieś tam :)




Znajdź Hanię na zdjęciu :)


A potem zrobiło się ciekawie... Grań zaczęła się coraz bardziej zwężać, po bokach nagle zrobiło się tak...przestrzennie, a zamiast ścieżki trzeba było wyszukiwać szlak pomiędzy blokami skalnymi. Powiem Wam, że po tym skoku miałam ewidentnie przesunięcie jeśli chodzi o wrażliwość na ekspozycję (no jakoś mi te przestrzenie zmalały), ale Hania chwilami miała dość niepewną minę. Tym bardziej, że buty, które miała na nogach nie do końca dawały jej takie oparcie, jakiego by oczekiwała.
Na deser czekał nas fragment z łańcuchami - najpierw do góry, a potem trawers nad bardzo ładniutką przepaścią. To se matki trasę biegową wybrały...


Kijki się chwilowo nie przydadzą. Lepiej mieć wolne ręce

Mnie się podobało :)

doszłyśmy do łańcuchów




To jednak nie był koniec atrakcji. Gdy już wykaraskałysmy się z tych łańcuchów i dalej kontynuowałyśmy naszą wycieczkę granią, dobiegło do naszych uszu grzmienie. Ha, tylko tego nam brakowało, burzy...
Tak jakby przyspieszyłyśmy, żeby jak najszybciej z tej grani zejść. Wybrałyśmy w związku z tym drogę na skróty. Szlak trawersował zboczem w kierunku Przełęczy Banikowskiej a potem schodził w dół. Ale naszym oczom ukazał się skrót wydeptany przez ludzi, który od razu schodził niżej. Wybrałyśmy skrót.
Zejście z grani z jednej strony uspokoiło, z drugiej strony, przestałyśmy widzieć czy chmury, które widziałyśmy dalej nadpływają w naszą stronę. Na szczęście burza przeszła bokiem, mocząc nas tylko kilkoma kroplami deszczu.

Zwiałyśmy z grani. to teraz w dół. O bieganiu można zapomnieć :)


Niestety podczas naszej ucieczki przed burzą, Hania wywróciła się. Postanowiłyśmy zmodyfikować więc nasze plany i Rohackie Plesa sobie odpuścić. Poczekają na inny raz. I bez nich wyszła nam zacna 24 kilometrowa wycieczka.
Hania po powrocie zagłębiła się w net i wyczytała, że wpakowałyśmy na trasę określaną mianem "Orlej Perci Tatr Zachodnich". Taaa :)))



Następny dzień dla odetchnięcia zaplanowałyśmy w niższych partiach. Dolina Małej Łąki, Przysłop Miętusi, Dolina Kościeliska, Przełęcz Iwaniacka, Dolina Chochołowska. W sumie 21 kilometrów. Było zdecydowanie bardziej biegowo. Szczególnie miło wspominam zbieg z Przełęczy Iwaniackiej. Kurczę, jak ja lubię zbiegać! Było też o wiele więcej ludzi. W Dolinach - wiadomo. Ludź na ludziu - i tu śmiałyśmy się z Hanią, że przydaje się doświadczenie ze biegów ulicznych. Na podejściach czy w dół - trochę lepiej, ale ludzi o wiele więcej niż na słowackiej stronie (inna sprawa, że porównuję szlaki o innej trudności).

Magiczne podejście do Doliny Małej Łąki

Przysłop Miętusi

Czekam na Hanię

Tłumy przed schroniskiem na Hali Ornak

Zniszczony szlak przez wodę. Pamiętacie zdjęcia i filmy z Adventure Trophy? to skutki tamtej pogody


Jak wrażenia? Nie jest źle z moją formą. Treningi te biegowe jak i niebiegowe (czyli trx-y, na które regularnie chadzałam) działają. W ogóle nie bolały mnie czworogłowe, pośladki czy łydki. Problem natomiast objawił się poniżej łydek. Miałam w dolnej części nóg takie zakwasy, że przy wstawaniu uginały się pode mną nogi. Wyszedł brak treningów w mocno nierównym i wymagającym terenie. Mięśnie odpowiedzialne za utrzymanie równowagi, stabilizację, dostały mocno w dupę.


Następnego dnia z wielkim żalem ruszyłyśmy w kierunku domu. Z miła chęcią to jeszcze kiedyś powtórzę :)

PS. W zdjęcia polecam się wklikać

sobota, 18 sierpnia 2018

Sky is the limit

Sky is the limit
Nie pamiętam od kiedy bąkałam, że chciałabym kiedyś skoczyć ze spadochronem. Od dawna. Bąkałam - ale przyznaję się bez bicia, że nie robiłam nic w kierunku, żeby to "chcenie" zrealizować.
Aż tu w lutym, na swoje czterdzieste urodziny zostałam zaskoczona na amen. Mąż wręczył mi voucher na skok w tandemie. O, w mordę...
Voucher został odłożony na półkę - bo trzeba było poczekać na cieplejsze dni. A te przyszły i zaczęły przelatywać z prędkością błyskawicy. W końcu zmobilizowałam się i data TEGO dnia stała się znana. 15 sierpnia.
Na lotnisko Chrcynno pojechaliśmy cała rodziną. Moja cierpliwość, głowa i psyche została jednak wystawiona na próbę. Gdy poznałam swojego instruktora, Sławka, gdy poznałam Mirka, który miał robić zdjęcia i filmować, gdy zostałam ubrana w kombinezon, zostałam ubrana w uprząż, przeszkolona "na sucho", gdy zaczęło się odliczanie do naszego lotu - przestrzeń powietrzna została zamknięta na dwie godziny z powodu odbywającej się w Warszawie defilady wojskowej i planowanego w związku z tym pokazu lotniczego. A potem dodatkowo przylazło jakieś chmurzysko i zaczęło padać. Dzieciaki zaczęły się nudzić, ja się stresowałam i czarnowidziłam, że nic z tego nie będzie.







Ale wreszcie zapaliło się zielone światło. 15 minut do wylotu...10 minut do wylotu...5 minut do wylotu...Z głośników dobiegało odliczanie.
Poszłam w kierunku ławeczek, gdzie czekali i skoczkowie i ludzie tacy jak ja. Nie pamiętam ile w sumie było osób w naszej serii. Tandemy były cztery, z tego co pamiętam. 

Idziemy cała grupą w kierunku samolotu, stroję do kamery jakieś głupie miny. Czas jakoś nagle przyspieszył, jestem skupiona i łapię lekkiego stresa. Podobno Tibor mnie wołał, żebym odwróciła się do zdjęcia. Nie słyszałam.





Siadamy okrakiem jeden za drugim na wąskiej ławeczce. Lecą rubaszne dowcipy dla rozładowania atmosfery. Startujemy. Wyglądam przez okienko i obserwuję coraz bardziej oddalającą się ziemię. Sławek szturcha mnie w ramię i mówi, że jesteśmy na 1000 metrów. Naprawdę dopiero tysiąc?? Skok ma być z 4 tysięcy... Zauważam wysokościomierz na ramieniu osoby obok i sobie na niego zerkam. 1500...1700...1800... O, to taki Turbacz. Znów wyglądam przez okienko. No, wysoki ten Turbacz, cholercia...
Zaczyna się ruch. Pasażerowie od tandemów są przypinani do instruktorów. Wszyscy przybijają sobie piątki, żółwiki. Zakładam okulary ochronne. Za oknem pięknie od góry widać chmury. Jest 4000...
Nie pamiętam momentu w którym wyjście z samolotu zostało otwarte. Czas znowu zaczyna płynąć jakoś inaczej, jakby poza mną. Giełgamy się w kierunku wyjścia.




Wiecie, wydawało mi się, że wysokość 4 tysięcy metrów jest już tak absurdalna, że mnie nie ruszy, że to będzie jakaś abstrakcja. Nic bardziej mylnego. Wiszę nogami na zewnątrz i z oczami jak spodki wpatruję się w te cztery kilometry powietrza pode mną. To nie jest abstrakcja. Ta przestrzeń, ta wysokość jest realna. O, kurwa, jak bardzo realna. Czy się boję? Tak. To jednak nie jest standardowe zachowanie homo sapiens, że na własne życzenie chce porzucić bezpieczne schronienie samolotu i rzucić w tą czeluść. Każda komórka mojego ciała jest zestresowana. Ale z drugiej strony ten stres jest jakby taki przytłumiony. Tak, jakby organizm broniąc się przed tym co się dzieje, powyciągał część wtyczek z kontaktu.




Staram się pamietać o tym co przekazywał mi Sławek na ziemi. Ręce na szelkach od uprzęży. Głowa odchylona do tyłu, biodra wypchnięte. Z lewej strony, trzymając się pewnie jakiegoś relingu, wisi za samolotem kamerzysta. Sławek przytrzymując się rękoma bierze zamach. Moją twarz z miejsca owiewa zimny pęd powietrza utrudniając oddychanie. Cofnięcie. I znów czuję zimny powiew. Znów spokój. I nagle nie ma samolotu pod tyłkiem, nie ma Mirka - kamerzysty z lewej strony, nie ma spokoju. 




Pamiętam przez chwilę widziany kątem oka obraz malejącego samolotu. Ten punkt odniesienia sprawia, że mózg z miejsca zostaje poinformowany, że spadamy. Żołądek boleśnie się kurczy.
A potem wszystko wraca na swoje miejsce. 





Niebo nad głową, ziemia, gdzieś tam hen pod nami. W uszach huk powietrza. Instruktor odrywa mi ręce od uprzęży i rozkłada na boki. Przed nami pojawia się Mirek. Staram się uśmiechać w jego kierunku, w kierunku kamery i pokazywać, że jest dobrze. 

Czas nie istnieje. Sławek, do którego jestem przypięta gdzieś niknie z mojej świadomości. Nie ma spadania - jest tylko uczucie zawieszenia w przestrzeni i ten huk w uszach.









Kamerzysta nagle znika jakby zmieciony jakąś niewidzialną siłą. Teraz myślę, że po prostu otworzył spadochron. A może to nasz otworzył się pierwszy? Nie wiem. Po prostu nagle się rozjeżdżamy, a chwilę później czuję gwałtowne szarpnięcie do góry. Świat zwalnia, zatrzymuje się wręcz w miejscu i zapada niesamowita cisza. Ten kontrast pomiędzy hukiem i tym spokojem jest obłędny. Przypomina mi się film z Sandrą Bullock "Grawitacja". Oglądaliście? Tam też była taka cisza.
Dopiero teraz zdaję sobie sprawę, że mam zatkane uszy. W sumie w ciągu niecałej minuty zlecieliśmy ze dwa kilometry.








W dłonie dostaję linki do kierowania. Zgodnie z poleceniem Sławka ciągnę jedną z nich w dół - ale chyba robię to zbyt niemrawo, bo ten przejmuje inicjatywę, a niech go gęś kopnie ;)
Już nie ma spokoju, już nie ma ciszy. Kręcimy się w jakimś szalonym korkociągu, świat wiruje, głowa mi wiruje, żołądek mi wiruje. Sławek świetnie się bawi, ja trochę mniej ;)

Nie wiem jak to jest. Jako dziecko uwielbiałam karuzele. W Łodzi, skąd pochodzę, działał swego czasu park rozrywki, Lunapark. Była tam na przykład taka karuzela łańcuchowa: siedzenia zawieszone na długich łańcuchach. Moja mama nie mogła się nawet na nią patrzeć - a ja uwielbiałam się kręcić. Albo Filiżanki. Nie dosyć, że wszystko kręciło się w kółko, to jeszcze te filiżanki każda w swoją stronę. Uwielbiałam.
Jak dorosłam - moje upodobania się zmieniły. Pamiętam, jak mając lat dwadzieścia kilka zostałam namówiona na wakacjach na Mazurach na wejście do tzw. diabelskiego młyna. Tak, dobrze kojarzycie. To coś zaczyna kręcić się tak, że w którymś momencie człowiek lata do góry nogami. Cóż - dowiedziałam się wtedy jednego. W trakcie kręcenia nie można zwymiotować, bo siła odśrodkowa to uniemożliwia ;)
Drugie zdarzenie, które zweryfikowało moją odporność na gwałtowne zmiany kierunku jazdy, to była wizyta z dziećmi w Legolandzie. Nieopatrznie władowałam się z dzieckiem nr 2 na niewinnie wyglądające autka. Autka były zakamuflowaną kolejką górską. Nie dosyć, że gwałtownie na torach zakręcały, to na koniec fundowały błyskawiczny zjazd w dół. Nie wiem kto wtedy głośniej krzyczał: ja czy Jasiek :)

W tym korkociągu, tej spirali,  czułam się jak w skrzyżowaniu diabelskiego młyna i tego zjazdu na samochodzikach.

Na szczęście Sławek zorientował się, że nie podzielam jego zachwytu tymi hołubcami i przestał.
Jeśli to czytasz - nie miej wyrzutów sumienia. Ja wiem, że chciałeś mi pokazać mega atrakcję :)

Potem było już nudno i statecznie. Łagodnymi łukami schodziliśmy niżej. Pod nogami mieliśmy trawę lotniska. Niestety nie mogłam za długo gapić się pod nogi, bo od razu zaczynałam się zastanawiać czy komuś zdarzyło się puścić pawia w powietrzu. Patrzyłam więc sobie  w kierunku Warszawy, której wieżowce bardzo ładnie rysowały się na horyzoncie.
Potem przećwiczenie manewru lądowania (nogi w górze) i wreszcie samo lądowanie.








Leżałam czekając aż odczepią mnie od instruktora i... nie mogłam zebrać myśli. Mirek, Sławek pytali się mnie czy było fajnie, czy podobało mi się, a ja... nie wiedziałam. Czułam się oszołomiona, przygnieciona tym wszystkim. Nawet zostałam zapytana czy nie żałuję. O, nie. Ja staram się niczego w życiu nie żałować.

Gdy podczas Adventure Trophy wylądowałam po szyję w tym tatrzańskim potoku, adrenalina aż się ze mnie wylewała. Stałam na brzegu po wyciągnięciu mnie z nurtu, ociekałam wodą, trzęsłam się z zimna,a a jednocześnie było mi gorąco, łzy mi leciały po twarzy, a jednocześnie śmiałam się do rozpuku. Te emocje - strach, nagłość tego co się stało, ulga, że nic się nie stało, śmiech, że ale przygoda - to wszystko wylewało się ze mnie na zewnątrz.

A teraz czułam, że tego było tyle i to było tak intensywne, tak nowe, nieznane, tak straszne chwilami, ale i piękne, że zapadło się we mnie, w środku pod ciężarem intensywności. Tak jakby moja głowa nie była w stanie przetworzyć tego, co się przed chwilą działo. Nie wiedziałam co powiedzieć, co myśleć.


A poza tym chciało mi się rzygać ;)


Niestety, ta spirala spowodowała, że mój błędnik i żołądek śmiertelnie się na mnie obraziły. Jeszcze w części przeznaczonej do lądowania za radą moich powietrznych opiekunów kładę się z powrotem na trawie. Ale nie mogę tam wiecznie leżeć. Wstaję i idziemy w kierunku rodziny
Wydaje mi się, że opanowałam żołądek - ale po wejściu do hangaru, żeby zdjąć uprząż i kombinezon, okazuje się, że jest inaczej. Wylatuję jak wystrzelona z procy, w panice szukając miejsca, gdzie mogę w miarę dyskretnie sobie ulżyć. Ha! To jest lotnisko. Płaska łąka. Tu wszędzie jest się na widelcu. W końcu chowam się za zaparkowanymi samochodami. Robi mi się lepiej. Chyba. Udaje mi się rozebrać z tego całego rynsztunku, ale czuję, że znów muszę się położyć. Porywam pamiątkowy dyplom od Sławka i kładę się na trawie. Tibor robi mi zdjęcie. Wyglądam zabawnie - bo widać moje opalone nogi  i ręce i zupełnie nie pasującą blado- zieloną twarz. No dobra: bardzo ładnie komponuje się z trawą ;)

Nie wdając się w szczegóły - jeszcze raz w panice leciałam na bok, bo mój żołądek nie powiedział ostatniego słowa. Nie dane mi było dalej dogorywać na trawie, bo dzieciaki nad głową darły się, że są głodne i chcą do domu. 
Wracałam w obstawie dwóch torebek - rzygałek. Z każdej zrobiłam użytek. A potem poszłam spać.

Sorry - drodzy czytelnicy. Jeśli spodziewaliście się standardowych endorfin, zachwytu - to przepraszam za rozczarowanie :)) Bo u mnie to wszystko było bardziej skomplikowane.

Dopiero jak objawy choroby lokomocyjnej przeszły, jak wyspałam się, głowa odpoczęła, zaczęłam żyć tym skokiem, dumać i odtwarzać to wszystko co zapamiętałam.

We wspinaczce są dwie osoby związane liną. Musisz ufać swojemu partnerowi. Ale i on musi ufać tobie. Panuje symetryzm. Tu ode mnie zależało niewiele. Musiałam pamiętać o prawidłowej pozycji podczas opuszczania samolotu.
A poza tym byłam takim robaczkiem przypiętym do uprzęży faceta, którego poznałam trzy godziny wcześniej i z którym zamieniłam kilkanaście słów. A zaufałam mu bezgranicznie. Widocznie dobrze mu z oczu patrzyło :) Moje życie było w jego rękach. Jego błąd - oznaczałby moją śmierć. No, ok - jego też :) Ale kiepskie to pocieszenie ;) Wiem, wiem - brzmi to bardzo dramatycznie i górnolotnie, ale wypadki się zdarzają. Wychodzę jednak z założenia, że przy zachowaniu odpowiednich procedur, ryzyko przy uprawianiu sportów ekstremalnych minimalizuje się.
Teraz stwierdzam, że chciałabym dowiedzieć się ciut więcej o moim tandem- pilocie. Jak zaczęła się jego przygoda ze skokami, ile ma skoków, od kiedy skacze w tandemach. Przed skokiem jakoś nie miałam głowy do zadawania pytań, po wszystkim byłam kiepskim partnerem do jakichkolwiek rozmów :)

Zdecydowanie najbardziej emocjonującym momentem jest chwila tuż przed wyskoczeniem z samolotu. Nawet teraz oglądając w sieci filmiki z takich skoków, siedząc w pokoju na wygodnej kanapie, gdy widzę moment, gdy kamerzysta nagrywa tę lufę, czuję podobne mrowienie w całym ciele jak wtedy. To jest straszny moment - bo chce się zrobić coś zupełnie wbrew instynktowi, który nastawiony jest na ucieczkę - a jednocześnie ekscytujący i pociągający. Cały czas odtwarzam go w głowie.

No właśnie. Czy chciałabym to powtórzyć? Ha! Pomimo tych atrakcji po wylądowaniu...tak. Tak. Chciałabym to powtórzyć. Mam wrażenie, że połowa rzeczy umknęła z mojej głowy przez emocje i stres. Mam dziury w pamięci, zastanawiam się nad jakimiś fragmentami i nic nie kojarzę. Myślę, że za drugim razem to wszystko działoby się bardziej świadomie. 

Jedno jest pewne: już nigdy moje patrzenie się w niebo nie będzie takie samo. Ja tam byłam.












Sławku, Mirku - dziękuję!
Copyright © 2016 Matkabiega , Blogger