środa, 26 kwietnia 2017

Harpaganowo

Rok temu małżonek usiłował zdobyć tytuł Harpagana na trasie mieszanej 150 (50 km pieszo, 100 km roweru). Żeby uzyskać ten tytuł trzeba zebrać wszystkie punkty w limicie czasu, co wcale nie jest takie łatwe..
Teraz podjął kolejną próbę, a ja z dzieciakami po raz kolejny pojawiłam się na starcie najkrótszego dystansu, Harpusia. Nie sama. Po pierwsze zachęciłam znajomą, u której nocowaliśmy (jej mąż zresztą startował na trasie rowerowej 100 km). Znajoma z trójką dzieci, najmłodszy półtora miesiąca młodszy do mojej Matyldy. "Chodź!" mówiłam. "Jasne, że dasz radę z wózkiem! Rok temu przez wszystkie punkty przenawigował mój Jasiek, wtedy siedmioletni. Widziałam osoby z wózkami. Fajnie będzie!"
Chyba w podobny deseń zachęcałam Pawła - połówkę teamu Słomiane Bambusy, który zastanawiał się czy jego młodsza pociecha, czterolatek da radę przejść trasę.
Chłop mój zaczął zmagania dzień wcześniej, o dwudziestej pierwszej, zaliczając frontową ulewę przewalającą się w nocy nad okolicą. My mieliśmy już ładną pogodę, ale wiało przeokrutnie. O 11, sporą gromadką, bo w trzy osoby dorosłe, dziewięcioro dzieci i dwa wózki ruszyliśmy na spotkanie z trasą.

Początek był całkiem przyjemny i z dwoma pierwszymi punktami nie było żadnych problemów




Dzielny, mały piechur

Pierwsza przygoda zaczęła się w trakcie człapania ku punktowi trzeciemu, gdy dobra wydawałoby się droga, nagle i niespodziewanie zmieniła kierunek na zupełnie niedobry. Krótka konsternacja - ale jak to? Dlaczego?
 Ponieważ mieliśmy przeciąć szosę, która była w zasięgu naszych oczu, została podjęta decyzja, że nie marnujemy czasu na szukanie, tylko leziemy na skróty (sprawdziłam później w domu. Tej drogi nie było na mapie. Podejrzewam, że powstała, żeby podjechać pod karczowany kawałek. Nauczka na przyszłość: sprawdzać dokładniej odległości na mapie)

Część ekipy zastanawia się co to za droga...


...a część korzysta z przerwy na najwspanialszą zabawę świata :)



Skróty

Myślałam, że emmaljunga jest czołgiem. Ale TO, to jest naprawdę czołg.


Przechodzenie przez wykarczowany las pokazało, że wózek koleżanki jednak aż tak terenowy nie jest i trzeba było go po prostu przenieść. Ja natomiast coraz bardziej doceniałam wielkie koła w moim.

Dojście do punktu czwartego wprowadziło nas w jeszcze większą konsternację, bo z mapy jak wół wynikało, że organizator wymyślił atrakcję pod postacią strumienia

To teraz tam, przez strumień. A potem pod górę.






Paweł podjął się przeniesienia dzieci przez wodę i po prostu wlazł do strumienia. Ja za długo nie cieszyłam się suchymi butami. Próbując skorzystać z pnia, władowałam się po kostki w mega błocko. Mój wózek dzięki wielkim kołom został po prostu do strumienia wstawiony :)
Zaczęliśmy wszyscy dostawać głupawki chichrając się z harpusiowej, rodzinnej trasy :)
Po wodnej przeprawie nie dane nam było odpocząć. Punkt był około 200 metrów od nas. Tylko, że oddzielało nas od niego spore zbocze. Było tak strome, że wózki musieliśmy wnosić, bo nie dało się ich pchać. I tu po raz pierwszy zdaliśmy sobie sprawę, że poruszamy tak wolno, że nie wiadomo czy zmieścimy się w limicie (5 godzin)

Wiola targa gondolkę

Mamo! Znaleźliśmy punkt!


Dalsza trasa również obfitowała w niespodzianki. Przede wszystkim często wskazania mapy nijak się miały do tego co w terenie. Ledwo zaznaczona dróżka w realu okazywała się szeroką drogą, a dobrze zaznaczona drogą, zarośniętym chaszczami szlakiem. Zaznaczone na mapie przecinki czasem były okazałe, łatwe nie tylko do zlokalizowania ale i do przejścia, a czasem istniały tylko na papierze. Czasem wszystko się zgadzało - ale spowalniały nas na przykład takie rzeczy:

Wycięte krzaki po bokach drogi zostały rzucone na nią. Żeby przedostać się dalej z wózkami, trzeba było drogę choć trochę oczyścić.


Te różnice pomiędzy oznaczeniami na mapie, a tym co przed oczami,  spowodowały, że pomiędzy punktem piątym a szóstym po raz drugi się "zakapućkaliśmy". Pomimo, że patrząc na mapę nie powinniśmy mieć żadnych problemów z nawigacją, jakimś cudem znaleźliśmy się na zupełnie innej drodze. Punkt został ostatecznie znaleziony, zresztą bardzo urokliwy, nad jeziorem, ale w tym miejscu stało się dla nas jasne, że limit jest poza naszym zasięgiem. Postanowiliśmy nie rezygnować i tak znaleźć wszystkie punkty, dla własnej satysfakcji.

Jezioro Brody


Dalsza droga nawigacyjnie przebiegała bez większych wtop, ale dostarczyłam Pawłowi atrakcji stwierdzając przed dziewiątym punktem, że brakuje mi dwóch kart. Podejrzewałam, że mógł je zgubić Jasiek, który ostatnio je podbijał. Paweł westchnął i  dzielnie zawrócił do poprzedniego punktu szukając zguby. Nie znalazł i nic dziwnego, bo po kolejnym przetrząsaniu rzeczy, znalazłam je w swojej torbie.... cud prawdziwy, że nie zostałam uduszona :)

Rzadko kiedy mieliśmy tak komfortowy szlak :)





W Cewicach, w bazie Rajdu,  pojawiliśmy się prawie godzinie po limicie. Dzieci przeżyły. Aż się dziwiłam, że żadne specjalnie nie marudziło, choć zrobiliśmy więcej niż dziesięć kilometrów (mnie wyszło około 14, Pawłowi 16). Wózkowe brzdące cierpliwie zniosły pomysły ich matek, w wielu miejscach po prostu śpiąc. Jest co opowiadać - to jest pewne, ale tegoroczny Harpuś wcale łatwy nie był. Szczególnie gdy się lezie z wózkiem:)
Jedno jest pewne. Jeśli kiedykolwiek będę Cię do czegoś przekonywać, że coś jest łatwe i że matki z wózkami to robią - możesz się spodziewać wszystkiego ;)


A jak tam mój Harpagan? Cóż - będzie próba nr 3 na jesieni. Za długo mężowi poszła część piesza. Wpływ na pewno na to miała pogoda. Pierwszą część ukończył godzinę po otwarciu części rowerowej (rok temu miał dwie godziny zapasu). Na części rowerowej wiedząc już, że szans na komplet punktów nie ma, odpuścił starając zmieścić się w limicie i zająć jak najlepsze miejsce. Nie przewidział, że wiatr jest tak silny, że przejechanie piętnastu kilometrów zajmie ponad godzinę. Z zebranych punktów wychodziło drugie miejsce. Przekroczenie limitu o 15 minut spowodowało spadek na jedenaste.
Jesień znów upłynie pod znakiem Harpagana. Ja tam się nie martwię. Kaszuby jak zawsze będą piękne.






Wyjazdowo

Ostatnie trzy tygodnie obfitowały w wyjazdy.
Był Kraków, była dolina Chochołowska i były Kaszuby.

Jedną z rzeczy, które bardzo chciałam zobaczyć to kwitnące na wiosnę w tatrzańskich dolinach krokusy. Pierwszy weekend kwietnia był idealny. Była piękna pogoda, słońce, ciepło. Nic tylko jechać, przymknąć oczy na pierdyliard turystów i zobaczyć na własne oczy te fioletowe kobierce. I co? I gucio. Najstarszy syn oświadczył, że jego najlepszy kumpel z klasy ma urodziny i on wali krokusy (znaczy - nie powiedział tego tymi słowami. To już moja dowolna interpretacja). Dziecię me jest już na tyle duże, że jednak wypadałoby respektować jego plany, nawet jeśli są tak odmienne od marzeń matki. Krokusy i pierdyliard turystów obejrzałam sobie w necie.

A potem w górach przyszło załamanie pogody i spadł śnieg.

Do Krakowa jechaliśmy na Spartan Race (bieg z przeszkodami organizowany przez Reebok), w którym startowali mąż z dzieckiem nr 1.
Na bieg męża, który startował z pierwszej porannej fali się nie załapałam, ale dziecię nr 1 już dopingowaliśmy wszyscy, drąc się i obserwując jak genialnie rozłożył siły i w końcówce łykał rywali i rywalki jak pelikan, jak rzutem na taśmę, na ostatnich metrach zdobył drugie miejsce w swojej grupie wiekowej :)





Z Krakowa w Tatry to już rzut beretem, Postanowiliśmy pojechać do Doliny Chochołowskiej na te wymarzone krokusy. A nóżwidelec śnieg już stopniał?
Nie do końca, jak widać po zdjęciach :) Ale przy okazji przetestowaliśmy nowy nabytek, Matyldowóz napędzany głównie matką - czyli wózek biegowy. Wózek został zakupiony używany od innego biegacza - ale jestem nim coraz bardziej zachwycona.






Następny weekend to była wielkanoc, którą spędziliśmy u moich rodziców na działce. Oczywiście w planach było aktywne spędzanie, choć pogoda dawała popalić.
 Na pierwszy ogień poszła nasza standardowa pętelka wśród pół - 13 km. Pętelka zawsze, ale to zawsze dostarcza jakiś atrakcji. Gdy jest słońce biega się ciężko - bo otwarte przestrzenie i słońce dalej popalić. Jak nie ma słońca najczęściej wieje - a ponieważ otwarte przestrzenie, to wiatr potrafi dać do wiwatu. Jak nie wiatr i słońce - to może na przykład padać grad. A ponieważ to pola, więc nie ma jak przed nim uciec. Tym razem mieliśmy wariant drugi czyli wiatr. Był tak męczący, że mąż, który teoretycznie miał jeszcze sam dobiec do 15 km, a potem wsiąść na szosę, wrócił ze mną i zakładki nie zrobił. Stwierdził, że przełoży ją na drugi dzień.






A na drugi dzień wsiedliśmy na rowery i pojechaliśmy do Płocka, od którego dzieliło nas jakieś 30 km. Dla mnie to była pierwsza jazda na szosówce po porodzie i mąż pogardliwie prychnął, gdy posadziwszy cztery litery na siodełku, z przerażeniem krzyknęłam "nie pamiętam jak się zmienia biegi!"
Manetki udało się opanować i jak strzała pomknęliśmy ku Wiśle. Lekko z górki, pchana z wiatrem ukręciłam średnią powyżej 30 km/h i byłam bardzo z siebie dumna.
Niestety. Z powrotem było i pod górkę i pod zimny wiatr. Plus mój tyłek zorientował się wreszcie na czym go posadziłam i gwałtownie zaczął protestować. Oszczędzę szczegółów. Powrót był długi, bolesny i pełen słów nie nadających się do zacytowania. Tibor po powrocie zawinął się w kołdrę, żeby odtajać i tyle było jego zakładki :)



Powrót do domu, gdzie po raz kolejny zamieniłam się w praczkę, żeby zdążyć przed następnym wyjazdem. Pobiłam nawet rekord, bo udało mi się jednego dnia zrobić cztery prania - a zaznaczę, że pralkę mamy słuszną, z 9 kg wsadem. To jest mój najmniej ulubiony aspekt posiadania dużej rodziny, w dodatku takiej co ja ciągle gdzieś nosi i to w dodatku w takie miejsca, gdzie wszystko albo się brudzi, albo przepaca, albo wszystko razem.
I w ostatni weekend po raz kolejny zapakowawszy nasze autko, ruszyliśmy tym razem na Kaszuby, na kolejne spotkanie z Harpaganem.
Hm... Chyba zrobię to w następnym wpisie, bo będzie co opowiadać :)

sobota, 1 kwietnia 2017

OS po latach

O co chodzi z tytułem? Pozwoliłam sobie sięgnąć do wspinaczkowego nazewnictwa. OS w żargonie wspinaczy oznacza najbardziej pożądane, czyste przejście drogi, bez jej wcześniejszej znajomości, on sight - od strzału. Jak się domyślacie taki styl jest możliwy tylko raz, gdyż każda następna wspinaczka na danej drodze będzie już pozbawiona tej "dziewiczości". Nieoficjalnie, żartobliwie, czasami używa się określenia "OS po latach". Czyli niby się tą drogę już robiło - ale było to tak dawno temu, że człowiek ni huhu nie pamięta trudności, kluczowych chwytów, patencików. Świeżynka - mimo, że oficjalnie on sightu po raz drugi w kajeciku przejść wpisać sobie nie można.

26 marca stając na starcie mojego siódmego półmaratonu czułam się taką świeżynką z odzysku. I co z tego, że półmaratonów na koncie mam kilka. Że dłuższe dystanse już biegałam, a 21 kilometrów to treningowo byłam w stanie pyknąć, ot, tak z marszu niemalże. Ciąża, cesarka i połóg wszystko zmieniły. I to jak i czy w ogóle przebiegnę ten dystans było dla mnie  jedną wielką niewiadomą.

Na półmaraton zapisałam się 11 listopada, zanim zaczęłam biegać po porodzie. Byłam pełna nadziei, że wszystko pójdzie dobrze.
Że Matylda - wtedy potwornie do mnie przyklejony niemowlaś - mając pół roku wytrzyma beze mnie te dwie godziny.
Że dam radę jako tako ogarnąć bieganie na tyle, by moje nogi dały radę kręcić przez 21 kilometrów.
Że się nie skontuzjuję przed zawodami, tak jak przed debiutem (klasyka gatunku: shin splints)
Że moje stawy wytrzymają nadprogramowe kilogramy. Bo w dniu zapisów ważyłam 10 kilo więcej niż przed ciążą.

Zaczęłam biegać 13 listopada. Do dnia startu wykonałam 49 treningów biegowych i 6 treningów ogólnorozwojowych (zapisałam się do klubu fitness, żeby wzmocnić inne części mojego ciała - na przykład brzuch). Przebiegłam prawie 380 km.  Dwa razy wzięłam udział w zawodach na 5 km. Mój pociążowy balast zmniejszył się o 8 kg,

Niewiele tych kilometrów- ale zaczynałam od zera. Nie chciałam przegiąć - musiałam wziąć pod uwagę Matyldę przede wszystkim, musiałam wziąć pod uwagę moje ciało, które cały czas dochodzi do siebie po trudach ciąży i czwartym cesarskim cięciu. No i bałam się ewentualnej kontuzji.

W planach miałam powoli, powoli zwiększać maksymalny dystans, tak, żeby dojść do 15 kilometrów. Nie udało się. A to czasu nie było, a to Matylda kwękała, a to pogoda nie pozwalała. A gdy raz jeden jedyny wszystko się zgrało: czas, pogoda, moja forma - to jelita me się zbuntowały i musiałam wcześniej pędzić do domu :)
Najdłuższe moje bieganie wyniosło 12,2 km. Tyle mi musiało wystarczyć do przebiegnięcia półmaratonu.

Jak mi poszło? No muszę powiedzieć, że w swoim debiucie sprzed czterech lat wykazałam się większą dozą rozumu :)) Stanęłam sobie wtedy grzecznie z tyłu, przez pół dystansu biegłam nie szarżując, potem uznałam, że mogę przyspieszyć, bez problemu to zrobiłam i wykrzesałam jeszcze siły na ładny finisz. Czas wtedy osiągnęłam gorszy niż teraz, 1:58 z kawałkiem, ale po prostu ładnie pobiegłam.
Teraz... cóż... Teraz zdecydowanie do głosu doszło serce i to ono rządziło moimi poczynaniami:)
Tak więc stanęłam w strefie na godzinę pięćdziesiąt - pomimo, że głowa stłumionym głosem próbowała mi powiedzieć, że nie ma szans, żeby taki czas zrobić. Ale co tam głowa - niech siedzi cicho! Obok siebie miałam Ewę, moją rzeźnicką partnerkę, która biegła półmaraton treningowo. Ostatni raz biegłyśmy razem właśnie na Rzeźniku - więc jakże mogłam podreptać do dalszych stref czasowych, no jak?
No i jeszcze ta atmosfera, ten tłum. Heloł - to półmaraton! Tu się walczy, tu się biega. A ja ostatni raz taki dystans biegłam rok temu, a walczyłam o cokolwiek jeszcze dawniej.

Pomimo zimna humory przed startem dopisywały
fot. Ren A.Gąs


Do 12 kilometra biegło mi się wyśmienicie. Ze średnim tempem około 5:10 min/km. (chyba nawet szybciej, bo sprawdzałam potem  międzyczasy. Do 10 kilometra prognozowano mi złamanie 1:50) To się musiało źle skończyć - ale tak jak mówiłam serce dyktowało warunki. Na zbiegu przy Agrykoli tak puściłam nogi swobodnie, że tempo z całego kilometra wyszło 4:38! Super było, biegło się świetnie, nawet pogoda coś zaczęła się poprawiać i moje ręce przestały być zgrabiałe.
Na 13 kilometrze pożegnałam się z Ewą, która wg swoich zaleceń treningowych miała przyspieszyć. A ja poczułam pierwsze delikatne wrażenie, że dotychczasowe tempo utrzymać będzie trudno.
Na piętnastym kilometrze byłam już tego pewna. Na tyle pewna, że postanowiłam posilić się żelem, który szczęśliwie przed startem dostałam od Kasi- Rakiety. Pomimo tego tempo powoli, powoli szło w dół.
A potem był siedemnasty kilometr, a na nim podwójny podbieg: na estakadę nad Rondem Starzyńskiego i zaraz za nim na most Gdański.
I to był koniec. Jeśli ten żel cokolwiek mi dał, to wszystko zostało na tych dwóch podbiegach.
Przebierałam nogami prawie zmuszając się do każdego kroku. Oczywiście w duchu stwierdziłam, że to bieganie jest przereklamowane, do bani, ja się do tego już chyba nie nadaję i na ch...olerę mi te półmaratony i maratony.

Końcówka, za mną z lewej strony znacznik 20 kilometra. Że jestem zmęczona można poznać po mojej prawej ręce. Nie kontroluję jej wtedy, wywijam wtedy dłoń do góry , a całą rękę podkurczam.


A potem na sam koniec pojawiła się kostka brukowa na Bonifraterskiej. I to już był gwóźdź do mojej biegowej trumny. Nie wykrzesałam ani grama siły na finisz, nie byłam w stanie. Wlokąc się dotarłam aż do mety. Czas? 1:52:12.  Jak na czwórkę dzieci i pół roku po porodzie - czas na szóstkę. Ale wykonanie i styl: pała.

Jak to wszystko wytrzymało dziecię nr 4?
Na start udaliśmy się całą rodziną. Plan był taki, żeby jeszcze przed startem Matyldę zatankować. Ta jednak popsuła mi szyki, bo zasnęła. Postanowiliśmy jej nie budzić. Jej pierwsza drzemka jest najdłuższa. Przy dobrych wiatrach mogła dospać do mojego finiszu.

Kibice


Mąż z dzieciakami miał stać w różnych miejscach na trasie i kibicować. Zobaczyliśmy się tylko raz, na samym początku. Potem gdzieś mu zniknęłam w tłumie. Ponieważ nie był pewien czy mnie przegapił czy biegnę wolniej, na wszelki wypadek poczekał tak długo, aż pojawiły się zające z czasami powyżej dwóch godzin. Uznał, że tak wolno to chyba nie biegnę i z dzieciakami ruszył w kierunku mety.  Nie wiem jak to się stało, ale nie ustaliliśmy z mężem gdzie się spotykamy po wszystkim. Ale spokojnie - mój mąż był przewidujący. Wysyłał smsy mojej komórce. Komórka tkwiła w torbie, która z kolej kołysała się przy wózku prowadzonym przez mojego męża :))
Jakimś cudem udało nam się odnaleźć (facet z czwórką dzieci jednak rzuca się w oczy). Trwało to jednak dłużej niż zakładaliśmy. Matylda zdążyła się już obudzić, zgłodnieć i zniecierpliwić. Na tyle bardzo, że jak mnie zobaczyła, zamiast oszaleć z radości, że przybył drink bar, zrobiła mi karczemną awanturę. Łaskawie zjadła z jednej piersi, przeszła do ciągu dalszego awantury, a następnie odmówiła odłożenia do wózka :)



Ot i cała historia mojego pierwszego po porodzie półmaratonu. Z jednej strony ten start pokazał, że pod wieloma względami nie jest tak źle z moją formą. Z drugiej pokazał miejsce w szeregu :)

Co dalej? Cóż...będę dalej biegać, choć to takie przereklamowane :P W połowie maja będę szlajać się po Kampinosie na Biegu Łosia.

Jeszcze nie odchodźcie. Jeszcze jedna ważna rzecz związana z Półmaratonem Warszawskim.
Jak wiecie wybrałam charytatywną ścieżkę startu w ramach akcji #biegamdobrze. Wybrałam Fundację Wcześniak i na jej konto starałam się wszystkich dookoła namówić na wpłatę. Uzbierane przynajmniej 300 zł oznaczało dla mnie pakiet startowy.
Udało się zebrać dwa razy więcej:) Dokładnie 600 zł :)
Dostałam takie oto podziękowanie - ale tak naprawdę należy się ono Wam - moi drodzy wpłacający Znajomi i Nieznajomi. Dziękuję.




piątek, 24 marca 2017

Relaks przed biegiem

Pojutrze półmaraton. Zgodnie z zasadami powinnam już powoli leżeć i pachnieć :) No, miałam zamiar jutro naprawdę na króciutko wyjść i przewietrzyć nogi.
Ale jak to u mnie już bywa: zasady zasadami, a życie swoje.

Parę dni temu okazało się, że chłop mi wybywa na cały dzień służbowo do Katowic. To oznaczało, że coś koło 5.30 rano znika na pociąg, a pojawi się po dwudziestej. A to oznaczało, że całą logistyką dzieciową muszę zająć się ja.

Na co dzień odprowadzaniem dzieciaków do szkoły zajmuje się mój mąż, ja jestem zarządzającą wszystkim co przed wyjściem - czyli budzeniem, popędzaniem, robieniem kanapek. I przyznaję się bez bicia-  robię to jeszcze piżamie :) Dopiero po zamknięciu się drzwi za mężem i dzieciarnią, po nakarmieniu Matyldy, odłożeniu jej na poranną drzemkę - biorę się za swoje ubieranie.
Teraz musiałam się spiąć - ubrać siebie, Matyldę, rozwiązać kwestię zaginionych skarpetek najstarszego, zająć się "nie mam spodni mamo!" Zrobić kanapki, zlokalizować porzucone dzienniczki, podręczniki, kredki, gdzieś w tym wszystkim nakarmić Matyldę i nie pozwolić jej odpłynąć. Wyjść z domu,biorąc poprawkę na potrzebny dodatkowy czas na  zapakowanie do wózka panny.
Pierwsza część poranka odhaczona.

Miesiąc temu umówiłam sobie wizytę u dermatologa w związku z moimi wypadającymi po porodzie włosami. Godzina wizyty nie pozwoliła mi na długi pobyt w domu. Zdążyłam zjeść kanapkę i popić kawą. Znów - ubieranie dziecka nr 4, po raz kolejny w dół po schodach z trzeciego piętra.
Od lekarza wyszłam z listą różnych specyfików do kupienia i z myślą, że chyba bardziej ekonomicznie wyjdzie mi jednak wyłysieć :].
Ponieważ znalazłam się w stosunkowo bliskiej odległości od biura zawodów, które za godzinę miało otworzyć swe podwoje - postanowiłam odebrać swój pakiet. Wybrałam dojazd drugą linią metra. Ominę niezliczoną ilość wind, którymi musiałam zjeżdżać i wjeżdżać, ominę te kilka, które akurat były "chwilowo nieczynne, przepraszamy", ominę moje odkrycie, że na powierzchnię wychynęłam z nie z tej strony jezdni.
W końcu znalazłam się koło Stadionu Narodowego, w którego trzewiach mieściło się biuro zawodów. Stadion musiałam obejść prawie cały, bo z metra wylazłam dokładnie  drugiej strony.
Kto okolice tego przybytku zna, ten wie, że dookoła najeżony jest licznymi schodami. O, ale ja chciałam być sprytna i gdy tylko pojawiały się podjazdy/rampy, korzystałam z nich, żeby jak najszybciej znaleźć się jak najwyżej. Pamiętałam odbieranie pakietów sprzed dwóch lat bodajże i wejście na górę po schodach.
No i cóż. Gdy już obeszłam cały ten stadion, gdy już znalazłam się na samej górze, dostrzegłam balony reklamowe przy wejściu do biura.

Dwa poziomy niżej.

Nie chcecie wiedzieć co mełłam pod nosem szarpiąc się z wózkiem na schodach - bo obchodzić stadion po raz drugi w poszukiwaniu ramp już mi się nie chciało.
Potem okazało się,że nie tylko ja wpadłam na pomysł, żeby pakiet odebrać tuż po otwarciu biura. Dużo osób tak pomyślało. Zaskakująco dużo :) Na szczęście biegacze to ludek życzliwy i w kolejce stać nie musiałam :)

To teraz do domu. Przecież mam bezpośredni tramwaj. Niestety okazało się, że oddzielało mnie od niego przejście podziemne, takie klasyczne: ze schodami i bez windy. Miałam dość schodów - wybrałam podwózkę autobusem i przesiadkę.
A potem Matylda zaczęła coraz bardziej oznajmiać, że jest głodna. Wytrwałyśmy jeszcze parę przystanków, wysiadłam na szczęście już jakby w mojej okolicy, na wysokości Lasku na Kole. Z przystanku popędziłam  w jego kierunku szukać jakiejś miłej ławeczki.
Na przystanek nie wróciłam. W tym miejscu wsiadanie i wysiadanie z tramwaju odbywa się na jezdni. Nawet przy niskopodłogowym pojeździe manewry z wózkiem są mocno utrudnione. Przeszłam przez cały Lasek ku bardziej przyjaznemu przystankowi i już bez dalszych przygód dotarłam do domu.
Dotarłam akurat po to, żeby zjeść kanapkę, napić się herbaty, przyszykować rzeczy na basen (bo młodsi po szkole mają zajęcia z nauki pływania), ubrać z powrotem Matyldę i ruszyć po chłopaków do szkoły.

W szkole okazało się, że dziecko nr 2, które dziś miało wycieczkę, jeszcze z niej nie wróciło. W wyniku obsuwy zdałam sobie sprawę, że najprawdopodobniej na basen nie zdążymy. Gdybym jeszcze te rzeczy miała przy sobie - ale nieopatrznie zostawiłam je w domu, nie przewidziawszy opóźnień.
Z 40 minutowym niedoczasem ruszyliśmy w kierunku przystanku. O dziwo szybko przyjechał tramwaj. Stwierdziłam, że może nie wszystko stracone. Oczywiście znów wszystko odbywało się na wariata. Wystrzeliliśmy z tramwaju w kierunku domu. Chłopcy zostali z wózkiem przed klatką, ja wykonałam mega sprint na górę po rzeczy basenowe. Zdążyliśmy!
Wolną godzinę wykorzystałam na zakupy w pobliskim markecie. Powrót do domu nie był spokojny, bo zmęczona Matylda głośno oznajmiała okolicy swoje niezadowolenie.

I tak o godzinie 18.30 wreszcie mogłam troszkę pomieszkać :)




Nie, nie idę jutro wietrzyć nóg. Dziś je wywietrzyłam wystarczająco.
Nie, nie stresuję się biegiem, nie myślę o tym co będzie. Skoro przeżyłam dzisiejszy dzień - przeżyję i półmaraton :)))




wtorek, 14 marca 2017

Weekend pod znakiem Młocin

Miniony weekend sponsorowała literka M. Jak Młociny. I liczba pięć. Jak pięć kilometrów.
Sobota. Impreza dla kobiet - czyli Kobieta na Piątkę. Panowie mogli pobiec tylko w parach ze swoimi połówkami. W porównaniu z innym znanym mi kobiecym biegiem - czyli Samsung Irena Women's Run - tu mniej było tej całej kobiecej otoczki, co akurat bardzo mnie ucieszyło. Trasa nie była atestowana. Ba - wyniosła więcej niż 5 kilometrów, do czego przyznali się sami organizatorzy, ale za to w przeciwieństwie do Samsungowej mierzono czasy netto.

Właściwie więcej niż z samego biegu do opowiadania jest z szykowania. Bo w chałupie czwórka dzieci. Z czego pierwsze trzeba było przypilnować, żeby w porę wyszło na swoje zajęcia komputerowe i nie zapomniało wziąć kluczy do mieszkania. Drugiemu trzeba było załatwić transport na zawody judo, które w tym samym czasie odbywały się w drugim końcu aglomeracji warszawskiej. Trzeciego trzeba było tylko z lekka popędzać przy ubieraniu, bo aktualnie jest w wieku, w którym dzieci ubierają się baaaaardzoooooo wooooolnoooo. Przy czwartym było krótkie miotanie się czy zakładać jeszcze zimowy kombinezon czy bardziej na lekko. I wreszcie ja. Krótki czy długi rękaw? Trzy stopnie... długi. Getry długie czy krótkie? Trzy stopnie... trzy czwarte. Trzy czwarte.... kur*a! Nogi! Nie ogoliłam nóg! Za pięć minut wychodzimy!
Golę na szybko tylko to co wystaje spod getrów (mam nadzieję, że nikogo nie obrzydziłam tym opisem - ale wybaczcie - życie ;).

Sam start jak podsumuję? Po pierwsze wyrwałam za szybko. Więc po pierwszym kilometrze zaliczyłam lekki zgon. Zwolniłam. A wtedy zaczęły wyprzedzać mnie inne kobiałki. Przyspieszyłam trochę i lekko rzężąc i sapiąc już  w miarę równym tempem dotrwałam do mety. Ba, udało mi się wyprzedzić te panie, które wcześniej mnie przegoniły ;) Ogólnie nie wyszło źle. Dystans prawie trzysta metrów dłuższy niż tytułowe pięć kilomerów, czas 26:25. Dwudziesta trzecia baba na ponad dwieście czterdzieści :)

Mistrzyni pierwszego planu ;)


Wnioski? Nie wyrywać do przodu. I jeszcze dużo wody w Wiśle upłynie, zanim zacznę biegać w miarę swobodnie poniżej 5 minut na kilometr (ten zgon po pierwszym kilometrze zaliczyłam przy tempie 4:50, przy następnych nawet się nie zbliżyłam do tych cyferek). A na mecie medal w kształcie serducha i goździk :)
Do przygód okołobiegowych mogę zaliczyć jeszcze pierwsze postartowe karmienie Matyldy. Gdzie przekonałam się, że stanik biegowy do biegania może i się nadaje, ale, żeby z niego jakoś sensownie i dyskretnie wysunąć zawartość, coby nakarmić głodomorkę - to już nie bardzo. Skończyło się na tym, że pod warstwami ciuchów mąż odpinał mi na plecach zapięcie. Ot - takie problemy biegającej matki karmiącej ;)



Niedziela. Pojawiliśmy się w tym samym miejscu, tym razem na ostatni bieg z cyklu City Trail. Starowali tym razem moi faceci :)

Dziecko nr 3 z numerem 24

Dziecko nr 2 z numerem 19

A tu leci najstarszy syn


Czekamy z niecierpliwością aż orgowie opracują wyniki z biegów dziecięcych, bo dziecko nr 1 gdzieś tam pałęta się w czubie z pewną szansą na podium.
A mąż poleciał jak torpeda robiąc życiówkę 19:05. Aż strach pomyśleć ile wykręci na asfalcie :)

Po biegu - spacer nad Wisłę

Klony :P


A teraz...czas powoli zacząć się stresować Półmaratonem Warszawskim. Start za 12 dni!!!

I nieustająco zachęcam do wpłacania na Fundację Wcześniak: https://rejestracja.maratonwarszawski.com/pl/charity/2042


Matylda też zachęca :)

czwartek, 16 lutego 2017

Co tam u nas

Za moment minie miesiąc od ostatniego wpisu, a ja totalnie nie mogę się zebrać, żeby coś skrobnąć. Zupełnie nie zamilkłam - na Facebooku się odzywam. Ale jakoś nie mogę się zebrać, żeby wszystko ładnie podsumować w jednym miejscu.
Biegam. Wypuszczam się na dalsze wycieczki. Matylda rośnie i jej rozkład dnia stał się bardziej przewidywalny. Po kąpieli i wieczornym karmieniu wiem, że mogę bez stresu wyjść i nie muszę krążyć dookoła bloku. Spokojnie swoje zrobię i zdążę na następne karmienie. Ostatnio nawet wyszłam w ciągu dnia, gdy Matylda nie spała. Przeżyła, mój mąż też :) Ale po powrocie przyssała mi się do biustu tak, jakbym głodziła ją przez tydzień co najmniej :)

Zwiększyłam trochę kilometraż (w sumie już za miesiąc z kawałkiem półmaraton - aaaaaa!). Mam za sobą trzy biegi leciutko przekraczające 10 kilometrów, ale staram się nie szarżować za bardzo. Niech to moje ciało ma czas na przypomnienie sobie wszystkiego.

Postanowiłam wziąć się również za resztę mojego organizmusa.
Przed ciążą regularnie chadzałam na treningi w ramach Power Training. Pozwalało mi to wzmocnić resztę ciała: nogi, brzuch, cały core.
Na powrót do "Powerków" jest jeszcze za wcześnie. Po pierwsze tryb dnia Matyldy mi to uniemożliwia. Po drugie - myślę, że na dzień dzisiejszy mogłabym się po prostu uszkodzić ;) Chciałam ambitnie sama ćwiczyć w domu  - ale leń jest ze mnie taki, że nic z tego nie wychodziło.
Ja muszę mieć bat nad głową, kogoś kto mi powie "jeszcze osiem powtórzeń!" - i nie ma że boli, trzeba robić. Jednym słowem przeprosiłam się z osiedlowym klubem fitness :).



Z dostępnego grafiku poszukałam czegoś co zaczynało się przynajmniej o godzinie dwudziestej i nie było aerobikiem (usiłowałam kiedyś chodzić na aerobik. Okazało się, że jestem antytalenciem, jeśli chodzi o zapamiętywanie choreografii. Gdy tylko układy wyszły poza "step touch" - czyli przestępowanie z nogi na nogę, pogubiłam się totalnie. Robiłam nie to co trzeba i nie w tą stronę co trzeba. Wpadałam na inne uczestniczki- jednym słowem to była porażka).
Z tego grafiku wyszły mi zajęcia, których opis wydawał się zachęcający. ("proste kroki, proste ćwiczenia")  na których można rozruszać wszystkie mięśnie. Jest trochę skakania, różnych przysiadów, są zabawy ze sztangami, ćwiczenie brzucha.
No właśnie. Brzuch. Dość brutalnie przekonałam się, że na dzień dzisiejszy moje mięśnie brzucha nie istnieją. Gdy padło hasło, żeby leżąc na plecach z podniesionymi nogami, unieść do góry samą pupę, odkryłam, że równie dobrze można by mnie poprosić o pomachanie ogonem. Efekt byłby taki sam. Czyli żaden ;) Jeszcze duużo wody w Wiśle upłynie zanim moja forma zacznie przypominać tę przedciążową:)
Pomimo, że skakanie w dusznej salce nie jest szczytem moich marzeń (jednak wolę ćwiczyć na powietrzu), widzę, że zapisanie się na takie zajęcia, to było dobre posunięcie, szczególnie, że Półmaraton Warszawski zbliża się coraz większymi krokami.

A skoro już przy Półmaratonie jesteśmy to przypominam, że dalej można wspomóc Fundację Wcześniak, dla której będę biegła.




środa, 18 stycznia 2017

Bieg o Puchar Bielan

Zapisanie się na styczniowy Bieg o Puchar Bielan na dystansie 5km uznałam za świetny pomysł. Podobnie jak za świetny pomysł uznałam wkopanie się w Półmaraton Warszawski. Obydwa pomysły były w mojej głowie rewelacyjne, dopóki po raz pierwszy po porodzie nie odziałam butów biegowych i nie wyszłam zrobić z nich użytku.
Uuuuuu, panie! Bolało. Bardzo bolało. Po przetruchtaniu z przerwami na marsz trzech i pół kilometra, na drugi dzień ledwo co mogłam z łóżka wstać. Zaczęłam rozumieć, że powrót do jakiejkolwiek formy będzie trudniejszy niż myślałam. I przebiegnięcie pięciu kilometrów może być niezłym wyzwaniem, nie mówiąc już o dłuższych dystansach.
Szczęśliwie do stycznia ogarnęłam się na tyle, że te pięć kilosków jestem w stanie przetruchtać.
Niepokój jakiś jednak został i moja podświadomość na dwa dni przed imprezą uraczyła mnie snem w którym gubię się, mylę trasę, wchodzę po jakiś schodach, nie jestem w stanie biec i różne takie.

Pozowanie przed startem

Matyldziątko kibicuje



Ale pojawienie się na starcie było fajne. Jednak stęskniłam się za tym kolorowym tłumem, wypatrywaniem znajomych twarzy, zapachem maści rozgrzewającej. Stęskniłam się za tymi motylkami w brzuchu, gdy człowiek wciska guzik "start" w zegarku i wychodzi poza swoją strefę komfortu. I za widokiem mety i palącym ogniem w płucach i nogach. I ciężarem pamiątkowego medalu na szyi.
No. A realnie wyglądało to tak, że zegarek włączyłam za późno, bo przegapiłam czujniki do mierzenia czasu. I za późno go wyłączyłam na mecie, bo coś źle mi się kliknęło. I ustawiłam się za bardzo z tyłu, zapominając, że sporo ludzi piątkę traktuje jako rozgrzewkę przed dystansem 15 km, który startuje nieco później. Więc brnąc nieodśnieżonym poboczem wyprzedzałam te rozgadane dwójki, trójki a nawet czwórki truchtające tempem mocno konwersacyjnym całą szerokością odśnieżonej trasy. Potem biegacze się rozciągnęli i zrobiło się luźniej.

Dzieci nr 2 i 3 wypatrują matki



Cztery lata temu, gdy zaczynałam biegać, moim pierwszym ulicznym biegiem była również Chomiczówka.
Przez cały czas ani razu nie zerknęłam jak szybko biegnę. Niezależnie do tego co bym zobaczyła byłabym pewnie zestresowana. Albo tym, że biegnę za wolno, albo tym, że za szybko :) Zerknięcie za metą na zegarek też mi nic nie dało, z racji mojego zaplątania się w jego obsłudze. Dopiero sms od firmy obsługującej pomiar czas przyniósł  lekkie zdziwienie na plus.

Bo okazało się, że nie dosyć, że przebiegłam ten dystans lepiej niż te cztery lata temu, to jeszcze - rzutem na taśmę, ale jednak - tempo z całego dystansu było lekko poniżej 5 min/km.
Nie wiem jakim cudem - bo naprawdę wychodząc na te moje wieczorne truchtanka tempo mam głęboko w nosie. Uznałam, że jeszcze przyjdzie czas na jakieś szlifowanie prędkości, teraz jest jeszcze dla mojego organizmu za wcześnie. Biegnę tak, żeby mi było dobrze. Czasem jest to bliżej 5:30/km, a czasem powyżej 6 min/km. W dodatku nie da się ukryć, że ważę więcej, co ma wpływ na kondycję.
Tak więc nawet biorąc pod uwagę, że adrenalina i bieganie w tłumie powodują szybsze tempo, moje 24:53 było bardzo miłą niespodzianką i fajnym bonusem.

Ostatni raz wspólne zdjęcie z Rakietą miałam po Wings For Life :)


To teraz mogę zacząć się stresować marcowym półmaratonem. Bo niezależnie od zadowolenia z własnego tempa, kończąc pięciokilometrową pętlę, bardzo, ale to bardzo się cieszyłam, że nie muszę robić ich jeszcze dwóch :) A półmaraton to jednak więcej niż 15 km.


I na koniec tradycyjnie się przypominam. Wchodząc pod poniższy link można wspomóc fundację Wcześniak, a mnie przybliżyć do stanięcia na starcie Półmaratonu Warszawskiego