sobota, 2 maja 2020

Dziwne dni

Dziwne dni
W normalnych okolicznościach przyrody na tym blogu powinny znaleźć się wpisy z półmaratonu w Gdyni (marzec) i Biegów w Szczawnicy (kwiecień). Pewnie wpadłyby jeszcze w międzyczasie jęczy -wpisy o braku formy, albo wręcz przeciwnie, że forma rośnie i żedajciemitenbiegjużjamupokażę.
W normalnych okolicznościach przyrody właśnie byłabym w trakcie przygotowań się do Hungary Ultra Trail (maj) i cieszyła się w duchu na lato w cieniu Eigeru (lipiec).

Ale nie mamy normalnych okoliczności przyrody i dlatego żaden z tych wpisów nie powstał.
Żaden z wymienionych biegów albo się nie odbył albo nie odbędzie się w terminie.
Przyczynę wszyscy znamy. Nazywa się Covid-19.

Z tego też powodu musiałam najpierw mocno odkurzyć bloga z pajęczyn. Ostatni wpis jest ze stycznia.
Zbierałam się, żeby coś napisać, ale sytuacja jest na tyle dynamiczna, że moje wnioski z lutego, marca są już zupełnie nieaktualne w maju. Najprawdopodobniej, to co sobie wydumałam dziś, będzie można o kant dupy potłuc za miesiąc, dwa.
Jedno jest pewne. Nastały dziwne dni, świat stanął na głowie, a my cały czas, trochę po omacku usiłujemy dostosować się do nowej i wciąż zmieniającej się rzeczywistości.

Lockdown przyniósł mi nadprogramowe kilogramy -  pewnie nie tylko mnie ;). Bo chociaż staram się ruszać, ćwiczyć - to 20 dni przerwy od biegania i ogólnie mniej ruchu niestety widać na wadze.
Szukanie miejsc z mniejszą ilością ludzi zaowocowało lepszym poznaniem okolicy. Zapuszczam się w uliczki, ścieżki, które do tej pory omijałam, trzymając się utartych, dobrze znanych szlaków.
Aktualnie biegam po lesie na spokojnie, bez żadnych straszliwych jednostek treningowych. Biegam, cieszę się zielenią i chłonę zapachy - bo wiosenny las pachnie niesamowicie!

Z jednej strony czasem ciężko się zmobilizować bez widocznego celu na horyzoncie. Z drugiej strony - właśnie wracamy do pierwotnej istoty biegania. Bo do niego nie potrzeba żadnych karnetów, skomplikowanego i drogiego sprzętu. Nie potrzeba szkoleń, certyfikatów. Trzeba po prostu założyć na nogi buty, wyjść z domu i ruszyć przed siebie tam, gdzie ma się ochotę.
Więc po prostu to róbmy! Run!



poniedziałek, 6 stycznia 2020

2019

2019
Co prawda moja aktywność na blogu mocno spadła, bo w roku 2019 pojawiło się tylko 10 wpisów (dla porównania rok 2013 - to 62 wpisy!), ale to wcale nie znaczy, że nic a nic się u mnie nie działo. Powiedziałabym, że wręcz przeciwnie :)

Poprzedni rok stał pod znakiem emocji. Trochę zatrzęsły moim światem, wyrwały z mojego grajdoła, zmusiły do przemyśleń na tematy najróżniejsze: i te biegowe i te dotyczące mnie samej i ogólnie relacji międzyludzkich. Poprzedni rok to też dość spory kryzys biegowy, z którym musiałam się jakoś uporać.
O rany - przeczytałam to wszystko i zabrzmiało bardzo poważnie :)

Jak prześledzę moją biegową przygodę to da się zauważyć taką sinusoidę. Jak tylko wchodziłam na utarte biegowe tory, COŚ się działo. A to wsadziłam sobie patyk w achillesa, a to okazało się, że jestem w ciąży. W ubiegłym roku tym CZYMŚ były skoki spadochronowe. To one mocno mną zatrzęsły i sprawiły, że od nowa muszę znaleźć sobie miejsce na współrzędnych szeroko rozumianego życia i świata.

Ale zanim nadeszły skoki, rok zaczął się biegowo i z dużym przytupem. Niespodziewanie dla samej siebie, wygrałam Zimowego Janosika na dystansie 45 km. Piękny bieg, cudowna pogoda, cudne widoki (ach, te Tatry!) i pieruńsko zimno.



Potem była Norwegia. Miała być pełna skiturów, gór, być może mojej wymarzonej zorzy polarnej, ale pogoda pokazała środkowy palec ;)







Następny w kolejce był Półmaraton Warszawski. Bieg z którego jestem bardzo zadowolona. Nie dosyć, że wskoczyła bardzo ładna życiówka, to jeszcze został przebiegnięty w dobrym stylu, równym tempem, bez kryzysów.



Przełom kwietnia i maja- to Innsbruck. Tam również na nic nie mogłam ponarzekać: ani na widoki, ani na zajęte miejsce (siódme). Zresztą sam Innsbruck był taką kropką nad i całego wyjazdu, bo zanim zawitaliśmy w Alpach, był krótki pobyt w niemieckiej Frankenjurze (wspinanie), a potem we włoskim Arco (również wspinanie).









A potem zaczął się kurs spadochronowy, po którym wszystko się zmieniło ;)
Nie sądziłam, że będę musiała zmierzyć z tak dużymi emocjami. Że będę musiała tam mocno skupiać się na pokonywaniu własnego strachu. Nie sądziłam, że skoki tak mocno zabełtają mi w głowie i jak na dłoni pokażą wszystkie moje mocne i słabe strony. Nie sądziłam, że bezlitośnie pokażą jak po prostu funkcjonuję na co dzień.
Po początkowym mega stresie, zwątpieniu czy to dla mnie, zakochałam się w tym całym skydivingowym świecie. W ludziach, emocjach, przestrzeni, trzasku otwieranego spadochronu nad głową. I powiedzenie, że to adrenalina, jest dużym spłyceniem i uproszczeniem.

Skoki spowodowały, że zaczęło brakować i czasu i chęci na treningi biegowe. Z jednej strony mózg dostał już to, co wcześniej dostawał z biegania, a z drugiej: byłam zwyczajnie, po prostu zmęczona, tak fizycznie jak i psychicznie.
Sprawy nie ułatwiał fakt, że następne dwa biegi, w których wzięłam udział, były nie tylko bardzo trudne, ale dzielił je tylko tydzień. Mówię o norweskiej Strandzie i Biegu Ultra Granią Tatr.






fot. Piotr Dymus


BUGT był takim pythonowskim opłatkiem miętowym, po którym miałam dosyć. Nie chciało mi się jechać na zaplanowanego Muflona (dwudniowa imprezę na orientację w masywie Śnieżnika) i pogoda okazała się dobrym pretekstem, żebyśmy zrezygnowali z udziału. Podobnie stało się z Łemkowyną. Czysto fizycznie na pewno byłabym w stanie zmierzyć się ze 150 kilometrową trasą. Głowa powiedziała zdecydowanie NIE. Zrezygnowałam wtedy nie tylko z samego biegu, ale również z rozpisywanych treningów. Musiałam mieć czas, żeby w głowie uporać się z tym co się zadziało - bo nie do końca akceptowałam ten stan rzeczy. Chciałam biegać - a jednocześnie nie chciałam, nie czułam tego. Kochałam skoki - a jednocześnie miałam do nich duży żal, że zepsuły mi mój dotychczasowy świat.


fot. Artur "Bravos" Ceran


Cóż...Zmiany są wpisane w nasze życie. To one przyczyniają się do naszego rozwoju, gdy musimy adaptować się do nowych warunków.



Z nowym rokiem, wracam do rozpisanych treningów. Kalendarz biegowy został rozpisany z uwzględnieniem sezonu spadochronowego i kończy się w lipcu :).
Będzie pod koniec marca półmaraton w Gdyni, będzie kwietniowy Wilczy Groń, 64 km, w ramach Biegów w Szczawnicy, będzie w maju Hungary Ultra Trail (już brałam udział w tej imprezie, ale tym razem to będzie najdłuższy, 113 km dystans) i będzie wreszcie w lipcu  Eiger Ultra Trail, 51 km biegane w parach (z mężem). Dalej zobaczymy - ale sztywnych planów brak.
Myślę, że będzie w tym wszystkim mniej napinki, więcej luzu. Nic nie muszę - wszystko mogę, co najwyżej :) I tego Wam wszystkim (i sobie) życzę w nowym roku: spokoju, luzu i radości z tego co się robi, o!

wtorek, 8 października 2019

You know nothing...

You know nothing...

Łemkowyna


Fejsbunio załadował mi wspomnienia sprzed roku. A tam z każdego kąta zaczęła wyskakiwać Łemkowyna 100, do której się wtedy szykowałam.
W tym roku też tak miało wyglądać. O tej porze powinnam żyć już najdłuższym biegiem ultra w moim życiu. Miałam się stresować i podniecać 150 kilometrami..
Ale...nic z tego, moi drodzy. Czas powiedzieć to głośno wszem i wobec, a sobie przede wszystkim: nie będzie w tym roku walki z łemkowskim błotem na Głównym Szlaku Beskidzkim.
Czemu?






Stranda i Grań Tatr na pewno się przyczyniły. Dwa trudne biegi w krótkim odstępie czasu, sprawiły, że poczułam się zmęczona. To były fantastyczne imprezy z jeszcze fantastyczniejszymi widokami. Niby nie działo się na nich nic strasznego, nie miałam żadnych potężnych kryzysów, a jednak...po nich poczułam się zmęczona.
Jeszcze nie przyjmowałam tego do wiadomości, udawałam, że wszystko jest ok. Że ta przemożna niechęć do kolejnych startów, która zakiełkowała we mnie w trakcie przedzierania się przez Tatry, to przecież taki standard ultrasa, nie? Każdy ma takie myśli, które potem przechodzą. Mnie nie przeszły. To nie była tylko niechęć do startu. Na samą myśl, że mam znów wyjść na trening, że mam iść na Moczydło i ćwiczyć podbiegi, robiło mi się słabo. Głowa powiedziała nie. A z takim nastawieniem nie ruszę w piatek o północy z Krynicy ku Komańczy, bo to się źle skończy.
Nie powiem, że jest to dla mnie łatwa decyzja, tym bardziej, że całe moje bieganie, wszystkie sukcesy i porażki, odbywają się niejako publicznie. Social media to presja, to "podziwiam", to "gratuluję" to "fuck the comfort zone". A tu nagle okazało się, że wychodzenie poza strefę komfortu, może oznaczać nie tylko walkę ze zmęczeniem i czasem na jakimś hardcorowym biegu, ale także nie zrobienie nic. Powiedzenie: nie tym razem.


Ale jeśli ktoś ostrzy sobie zęby na moje biegowe spódniczki, to informuję, że nic z tego :P Mam parę biegowych pomysłów na wiosnę :)


Skydiving my love, you bitch!


Taaak. Myślę, że to kolejna przyczyna mojego stanu. Niby to czułam, niby pisałam, że spadochroniarstwo jest zaborcze, że będę musiała na nowo się odnaleźć z nową pasją, ale...you know nothing, Jon Snow.


Gdy już przedrzesz się przez własne lęki, zaczynasz marzyć. Zaczynasz tęsknić, by znów poczuć ciężar spadochronu na plecach, Zaczynasz marzyć, by znów znaleźć się w samolocie, obserwować jak przesuwa się wskazówka na wysokościomierzu. Chcesz znów poczuć ten zimny powiew powietrza, gdy roleta idzie w górę. Chcesz stanąć w drzwiach i śmignąć w chmury, które masz pod nogami. Tu wszystko jest proste, bez fałszu,  możesz być po prostu sobą, nie musisz niczego udawać.


fot. Olga "Wiewiórka" Żaglewska


W powietrzu wszystko jest w twoich rękach. Jesteś sam za siebie odpowiedzialny, za to, żeby całym i zdrowym wylądować. Nikt tego za ciebie nie zrobi.
Z jednej strony radość i fun, z drugiej strony skupienie i analiza. Przewidywanie, podejmowanie decyzji. Myślę, że to, że cały czas uwaga musi być napięta, przyczyniła się do mojego psychicznego zmęczenia.
Nie da się z równą intensywnością ciągnąć dwóch aktywności, które mocno angażują i psychicznie i fizycznie.

Pod koniec sierpnia zdałam egzamin państwowy. Z licencją spadochronową, jako samodzielny skoczek, mogę trochę więcej niż jako uczeń- skoczek.
Na przykład wyskoczyć z inną osobą.

fot. Artur"Bravos" Ceran


Gdy już myślisz, że ogarniasz jako tako to co robisz w powietrzu, wtedy wyskakujesz z drugą osobą, na podobnym poziomie do twojego i... you know nothing, Jon Snow.
Bo nagle okazuje się, że spadanie samemu to zupełnie inna historia. Tu trzeba dopasować prędkość do drugiej osoby. Nie mówiąc już o tym, żeby złapać się za ręce. Nagle okazuje się, że ganiacie się po całym niebie i że jeszcze dużo trzeba się nauczyć. I chcesz się uczyć.
Więc zamiast o bieganiu, myślisz o tym co zrobiłaś nie tak w powietrzu, jak to poprawić i od poniedziałku wpatrujesz się we wszystkie serwisy meteo i co mówią na temat pogody w kolejny weekend.
Myślę, że tego "you know nothing" będzie jeszcze dużo, bardzo, bardzo dużo.

Skydiving to nie tylko skoki. To ludzie. Tak samo zakręceni jak ty. Czas spędzony na lotnisku, to nie tylko ładowanie się do samolotu i opuszczanie go na czterech tysiącach. To miliony rozmów, przebywania razem. Bieganie jest jednak bardziej samotne.

Lewis Carroll "Alicja w Krainie Czarów"


Przez parę ostatnich lat byłam mocno zafiksowana na bieganiu. Ostatnie dwa lata to bieganie pod opieką trenerską. Były tego efekty. Życiówki, pudła. Ale życie nie lubi monotonii i właśnie wykonuje salto.
Skydiving zabrał mi jakąś część mojego życia. Tą znaną, oswojoną. Mój wygrzany grajdołek. Dał coś nowego, innego. Wyrwał z bezpiecznego, utartego toru.
Widzę, że zamiast stresować się zmianami, muszę po prostu obserwować co nowego życie przyniesie. Nowe, inne, wcale nie musi oznaczać gorsze.
Niezależnie od tego co to będzie - stay tuned :)

środa, 4 września 2019

Bieg Ultra Granią Tatr

Bieg Ultra Granią Tatr
Bieg Ultra Granią Tatr. Impreza, która powoduje przyspieszone bicie serca chyba każdego ultrasa. Raz na dwa lata 350 szczęśliwców próbuje swoich sił w jednym z najtrudniejszych i najpiękniejszych biegów ultra w Polsce. 70 kilometrów, 5 tysięcy metrów przewyższeń.
Siwa Polana, Dolina Chochołowska, Grześ, Rakoń, Wołowiec, Starorobociański Wierch, Siwa Przełęcz, Iwaniacka Przełęcz, Hala Ornak, Dolina Tomanowa, Ciemniak, Małołączniak, Kopa Kondracka, Kasprowy Wierch, Murowaniec, Dolina Pańszczyca, Przełęcz Krzyżne, Dolina Pięciu Stawów, Dolina Roztoki, Wodogrzmoty Mickiewicza, Psia Trawka, Polana Kopieniec, Polana Olczyska, Nosalowa Przełęcz, Kuźnice.
Brzmi jak niezły plan na kilkudniową wycieczkę. Limit jest o wiele krótszy: siedemnaście i pół godziny. Najlepsi zawodnicy pokonują trasę w dziewięć godzin z kawałkiem...






Pierwszy raz myśl o BUGT przewinęła mi się przez głowę w 2016. Przewinęła króciutko i czysto teoretycznie, bo nie dosyć, że nie miałam wystarczającej ilości punktów, żeby w ogóle przystąpić do losowania, to właśnie hodowałam w brzuchu Matyldę.
Pomysł wrócił, gdy ruszyły zapisy na edycję tegoroczną. W ciąży nie byłam, wymaganą ilość punktów ITRA miałam. Dalej wiadomo jak się potoczyło. Mąż wskoczył na listę startową, ja znalazłam się na liście rezerwowej. Plan był taki, że trenuję i liczę na to, że do sierpnia przesunę się wyżej. I nie przejmuję się faktem, że tydzień wcześniej biegniemy 48 km w Norwegii.
Co się działo potem, też pisałam: że kurs spadochronowy i skoki wybiły mnie z rytmu i części treningów nie robiłam.
Mieliśmy w planach zrobić rekonesans trasy w czerwcu. I akurat w wybrany przez nas weekend, gdy mieliśmy opiekę dla dzieci, w Tatrach przyszło załamanie pogody. I to takie z przytupem.  Znaczy niżej lało, a wyżej spadł śnieg :)

Po Strandzie byłam z lekka przerażona. Bo nie dosyć, że dostałam w dupę w terenie mocno przypominającym tatrzański, to jeszcze nogi bolały mnie tak, że miałam poważne wątpliwości czy zdołam dojść do siebie przez tydzień.
Nie miałam żadnych ambitnych planów na Tatry. Dotrzeć do mety, tylko tyle.  W głowę wbiłam sobie limity na poszczególnych punktach: Ornak -  sześć i pół godziny, Murowaniec - dwanaście godzin, Wodogrzmoty - czternaście godzin. I meta - siedemnaście i pół godziny.
Tylko to się dla mnie liczyło: urwać jak najwięcej z limitów, nie dać się im.

Zaczęło się "nieźle". Wychynąwszy z auta o godzinie 3 w nocy, już, już mając iść w kierunku miejsca, gdzie uczestników miały zabrać autokary, olśniło mnie, że nie zapakowałam do plecaka mapki, która była w obowiązkowym wyposażeniu. Szukanie w środku nocy, w świetle czołówki, wśród masy rzeczy kawałka kartki, taaa...
W autokarze odkryłam brak mojej czapki z daszkiem. Wiem gdzie została. Sama ją tam wieszałam: na zagłówku fotela w aucie.. No, tu się zmartwiłam. Zawsze mam na biegu czapkę. Trochę chroni przed wiatrem, osłania przed słońcem, trzyma w ryzach niesforne kosmyki włosów. Czuję się bez niej jak bez ręki.
W strefie startu po odpaleniu zegarka, następna niespodzianka: czujnik tętna nie działa. Kilkukrotne próby włączenia zakończyły się sukcesem - ale bardzo chwilowym. W domu po zgraniu tracka, okazało się, że to była agonia. Czujnik po chwili znów się wyłączył, tym razem na dobre. Dzięki temu algorytm wyliczający ilość spalonych kalorii stwierdził, że przez 70 kilometrów spaliłam ich całe trzy :))

Ale wróćmy do Doliny Chochołowskiej, którą własnie truchtałam razem z innymi śmiałkami. Tibor gdzieś pognał do przodu, a ja w swoim tempie biegłam starając się ignorować łapiącą mnie właśnie kolkę... Co jeszcze, ja się pytam, co jeszcze?? Na szczęście to był koniec nadprogramowych atrakcji.

Wreszcie koniec Doliny, zaczyna się podejście. Karnie wyciągam kijki i zaczyna się mozolne zdobywanie wysokości. Zaczyna świtać a potem wschodzi słońce.
Niesamowity spektakl. Z jednej strony niebo jest krwisto czerwone, z drugiej nad cichymi górami wisi księżyc. Z jednej strony dzień - z drugiej noc. A po środku my, biegacze, na granicy obu światów, rozciągnięci cienkim sznureczkiem na grani...


fot. Jacek Deneka




Grześ, Rakoń, Wołowiec i inne szczyty Tatr Zachodnich. Może nie ma tu skał, kamiennych płyt, ale piach zmieszany z luźnymi kamyczkami i kamieniami działa pod butami jak łożyska. Trzeba bardzo, ale to bardzo uważać, bo kozła fiknąć niezmiernie łatwo.
Wieje zimny, przenikliwy wiatr. Cieszę się, że jednak nie zdjęłam z siebie jeszcze bluzy i żałuję, że ściągnęłam z głowy opaskę. Ach, gdyby miała swoją czapkę z daszkiem...Już mnie wkurzają wyciągnięte przez wiatr kosmyki włosów.

to pierwsze wystające to Wołowiec





Kilometry mijają, zbiegam wśród kosówek, po kamulcach. Trzeba uważać, skubane śliskie są. Skupiona na patrzeniu pod nogi nie mam czasu na zastanawianie się gdzie jestem. Nagle rozpoznaję teren. Właśnie wbiegliśmy na Iwaniacką Przełęcz. Byłam tu z Hanią rok temu. Tylko wtedy na Przełęcz podchodziłyśmy od strony Hali Ornak. Teraz do niej zbiegamy.
W głowie usiłuję sobie przypomnieć jak wyglądał teren. Kamienie... Płaskie kamienie, takie schodki..Chyba nie było trudno... Ha! Wtedy podchodziłam, teraz zbiegam. To jest zasadnicza różnica. A może wtedy nie było tak mokro? A może rok temu moje buty (bo mam te same) były mniej zużyte, lepiej trzymały się podłoża...? Mam wrażenie, że zbiegam jak ostatnia łamaga, ale po kilku poslizgach, gdy z trudem łapię równowagę,  jakoś nie mam ochoty sprawdzać czy jak będę bardziej odważna to nic się nie stanie czy wręcz przeciwnie. Wreszcie widać schronisko i wbiegam na odgrodzony teren dla zawodników.

Hala Ornak. Czas 4:53, 16/39 kobieta, 190/338 open

Od razu dostaję od jednego z wolontariuszy kubek z...ciepłym kompotem? Tego się nie spodziewałam!
Zerkam na zegarek. Nie jest źle! Półtorej godziny przed limitem! Szybciutko piję colę, daję do napełnienia flask i ruszam dalej. Czas na Czerwone Wierchy.

O jakże długie jest podejście na Ciemniak. Mam wrażenie, że wlokę się potwornie. Słońce zdecydowanie nie pomaga. Ech, moja czapka... Jakiś facet pokrzykuje w moją stronę, że już niedługo będę na grani i tam sobie odpocznę, bo będzie łatwo. W końcu ląduję na górze. To teraz granią przed siebie, ku niewidocznego Kasprowemu. Czerwone Wierchy robiłam rok temu podczas Adventure Trophy, tylko w drugą stronę, w totalnej zlewie i mgle. Naprawdę tu miało być łatwo?? Może i nie muszę się wdrapywać jak na taki Wołowiec, ale tu wcale nie ma terenu do odpoczynku. Cały czas trzeba być skupionym. Szlak prowadzi to lekko w dół, to znów pod górkę, po to by wspiąć się na kolejny wierch. Czasem prowadzi wygodnym trawersem, czasem podnosi się na grań i robi się powietrznie, czy wręcz wspinaczkowo. Coraz więcej turystów, na których trzeba uważać. Słońce świeci prosto w twarz, włosy wpadają w oczy. Ech, gdybym miała swoją czapkę...




I wtedy zauważam ją. Leży sobie jak gdyby nigdy nic na środku szlaku. Biała czapka z daszkiem...Obejrzałam się za siebie, ale akurat nikogo nie było. Przede mną było dwóch zawodników, ale obaj mieli czapki na głowach. Przystanęłam i podniosłam znalezisko. Jeśli zgubił ją ktoś, kto szedł w drugą stronę, pewnie nie będzie się wracał, bo zazwyczaj człowiek nie wie, w którym momencie doszło do zguby. Jeśli to ktoś przede mną, jest szansa, że się spotkamy. Jeśli ktoś rozpozna swoją czapkę - oddam ją. A na razie założyłam ją na głowę i ruszyłam dalej. Świat od razu stał się piękniejszy :))


fot. Timelapse Factory


Pamiętam jak po jakimś potwornie długim czasie przebierania nogami zobaczyłam wreszcie na horyzoncie Kasprowy Wierch. Był strasznie daleko! Przede mną ciągnęła się wstęga szlaku nieskończenie długa. Zaczynałam marzyć o coli. A osiągnięcie Kasprowego to przecież połowa sukcesu, potem trzeba jeszcze zbiec na Halę Gąsienicową.



Taki widok to znak, że gdzieś komuś góry pokazały swoją potęgę...



Wreszcie mijam stację kolejki i rozpoczynam męczący truchto - marszo - nie- wiadomo- co w dół. Kamienie, wszędzie kamienie. Płaskie, wystające, ostre. I ludzie, masa ludzi. Klaszczą, dopingują, ale jest ich tak dużo, trzeba być czujnym, mocno czujnym! Dobiegam do potoczku płynącego nad Murowańcem. Pamiętam go z Adventure Trophy. Przechodziłam go wtedy brodząc w wodzie do połowy uda, teraz przeskakuję po kamieniach suchą nogą.
Koło Murowańca biegnę w szpalerze ludzi, niesamowite! Wpadam na punkt.

Murowaniec. Czas: 8:32, 15/39 kobieta, 166/338 open

Znów zerknięcie na zegarek. Półtorej godziny do limitu. Jest dobrze, myślałam, że będzie gorzej. Ale przede mną Krzyżne...
Cola, iso do flaska, opycham się brzoskwiniami i jakimiś pysznymi ciasteczkami. Tłumię w sobie chęć udania się do toalety. Ta chęć trzyma mnie właściwie od samego startu - ale w tłumie ludzi na początku średnie były warunki do wypinania tyłka. Teraz biegnie się ponad linią lasu, z mnóstwem turystów. Toaleta w schronisku równa się cofnięcie do budynku i pewnie odstanie swoje w kolejce. Eeeee, wytrzymam. Byle tylko  po drodze nie było za dużo szemrzących strumyków ;)
Czas na clue tej imprezy, ruszam dalej.

Powoli noga, za nogą zagłębiam się z innymi zawodnikami w Dolinę Pańszczycy. W miarę zdobywania wysokości znika kosówka. Krajobraz robi się księżycowy. Tylko skały i kamienie.
Wreszcie z zza zakrętu wyłania się ONO. Podejście na przełęcz Krzyżne. Niby wiem jak ono wygląda. Parę lat temu szłam tędy - a jakże, w drugą stronę :)) Ale widok zygzaku ścieżki ciągnącej się stromo, o jakże stromo, hen po samo niebo, z maluśkimi jak mróweczki ludźmi robi wrażenie.
Z miejsca czuję się malutka, czuję się takim pyłkiem, nic nie znaczącym paprochem wobec ogromu gór.
Przestałam patrzeć się w górę. Lepiej nie. Wzrok pod nogi i zaczęło się mozolne zdobywanie tej cholernej przełęczy. Dowlokłam się w takim stanie, że nie poznałam znajomego, który na górze robił zdjęcia :)

fot. Paweł Łuczak


Teraz trzeba było z niej zejść do Doliny Pięciu Stawów. A droga była równie stroma w dół jak chwilę wcześniej w górę. Znów skupienie level master, bo upadek na tym fragmencie na bank skończyłby się złamaniem. Do strachu przed upadkiem dochodzi jeszcze ból (no, dzień dobry, mój przyjacielu). Coraz bardziej bolą mnie stopy. Inov8, które mam na nogach raczej nie mają dużej amortyzacji. Łupanie przez te wszystkie kilometry po nierównościach i kamulcach, zaczyna zbierać żniwo. Ja znam już ten ból. Na Transgrancanarii podobnie cierpiałam. I wiem, że trzeba zacisnąć zęby i robić swoje. Ten fragment z przełęczy do Piątki wspominam najgorzej. Ewidentnie to był czas na mały kryzysik. Na szczęście nie taki obezwładniający, dołujący, gdzie człowiek zastanawia się co tu robi i ma ochotę usiąść i zapłakać. Ale ewidentnie zwolniłam. Niedaleko schroniska usiadłam na kamieniach i wytrzepałam buty, które wyglądały jak obraz nędzy i rozpaczy. Ostre kamienie zrobiły swoje. Dziura na dziurze, przez które oczywiście wpada piasek, drobne kamyczki. Zastanawiam się czy one w ogóle wytrzymają do mety. Ruszam dalej, skacząc z kamienia na kamień, omijając turystów, uśmiechając się na oklaski i życzenia powodzenia. I cierpiąc.

Przy schronisku obsługa rozłożyła ponadprogramowy mały punkt odżywczy. A na nim cola. Ta cola uratowała moją głowę i wzmocniła.
Niby najgorsze było za mną, ale teraz trzeba było zbiec Doliną Roztoki w kierunku Wodogrzmotów. Najpierw znów po szlaku ułożonym z kamieni, a potem drogą. A jak wyglądają drogi w dolinach, szlaki położone niżej? To znów kamień na kamieniu, nierówność na nierówności. Ostre, ustawione na sztorc kamulce, połączone z luźnym tłuczniem. Jęczałam w duchu i pod nosem. Czasem wymsknęło mi się niecenzuralne słowo. Stopy piekły i błagały o litość, a ja starając się o tym nie myśleć, robiłam wszystko, żebym po tym upiornym podłożu jak najwięcej biec. Bałam się, że podejście na Krzyżne i ten kryzys przy Pięciu Stawach, spowodował, że mój zapas czasu się za bardzo skurczył. Naprawdę na tym odcinku dałam z siebie dużo.
Wreszcie wylatuję z lasu prosto na asfalt i punkt. Widzę zegar odliczający czas i mocno mi ulżyło


Wodogrzmoty Mickiewicza. Czas 12:02, 14/39 kobieta, 153/338 open


Myślałam, że będzie źle, że ten odcinek to była jakaś katastrofa w moim wykonaniu. A tymczasem na punkt wbiegłam dwie godziny przed limitem. Miałam teraz ponad pięć godzin na pokonanie ostatnich kilometrów. O ile nie zdarzy się nic nieoczekiwanego, wiedziałam, że nawet cały czas idąc, dojdę do tej mety w limicie :)

Nie należy lekceważyć tego ostatniego fragmentu. Niby wszystko co najgorsze za nami. Ale te ostatnie kilkanaście kilometrów potrafi dać w kość. Wielki szacun dla tych, którzy pokonywali go po ciemku.
Szlak właściwie przez cały czas idzie przez las. Nie wiem czy ze wglądu na porę dnia, czy mniejszą jego popularność, ale prawie w ogóle nie ma turystów. Na tym docinku tasowałam się z dwoma chłopakami, ale dużą część trasy szłam, podchodziłam, biegłam sama. To tu mój pęcherz powiedział w końcu zdecydowanie dość  i w panice leciałam w krzaczki, zastanawiając się czy zdążę podciągnąć, za przeproszeniem, gacie, zanim chłopaki depczący mi po piętach pokażą się na szlaku ;)(zdążyłam).
Niższe partie Tatr - to znów droga wykładana kamieniami w każdą możliwą stronę. A jak nie droga to ścieżynki z milionem korzeni czyhających na nieuważne stopy. Niby nie stromo, choć podejścia jeszcze są, ale cały czas trzeba uważać, żeby się nie wywalić.

Końcówka dłużyła mi się okropnie. Do mety zostało kilka kilometrów, a ja cały czas miałam wrażenie, że jestem pośrodku niczego, w środku lasu, w środku gór.
W końcu do moich uszu zaczęła dobiegać muzyka z mety. Chłopaki dostali szwungu i mnie wyprzedzili. Jedyne co mogłam zrobić to zacisnąć zęby i ruszyć za nimi. Ostatnie kilkanaście metrów to droga koszmar, z wielkimi głaziorami. Wreszcie meta, na której wita mnie mąż.

Meta. Czas 14:41, 14/39 kobieta, 148/338 open



fot. Karolina Krawczyk




To był niesamowity bieg. Bieg - marzenie. Bieg - hardcore. Bieg, który mógł skończyć się różnie. Góry przemieliły mnie totalnie. Fizycznie nie było źle, aż się zdziwiłam. Okazało się w następnych dniach, że w miarę normalnie chodzę. Ale psychicznie... Za krótki minął czas od Strandy. Głowa musi mieć czas, żeby odpocząć i zatęsknić. Tu tego czasu zabrakło.
BUGT to bieg, gdzie cały czas trzeba być skupionym. Teren jest tak zróżnicowany i trudny, dochodzą później turyści, że chwila rozprężenia i nieuwagi może drogo kosztować.
Tatry i Stranda pokazały mi, że w trudnym, stromym i eksponowanym terenie kiepsko idzie mi zbieganie. No cóż... żeby dobrze zbiegać w takich górach, trzeba w nich trenować. Inaczej można tylko obserwować jak ludzie, których wyprzedziło się na podejściach, odjeżdżają ci na zbiegach. Taki lajf :) Z drugiej strony widać, że dobrze rozłożyłam siły i pomimo mojego kiepskiego stylu zbiegania, z punktu na punkt byłam ciut wyżej w klasyfikacji (przyjęłam liczbę uczestników, którzy wystartowali. 55 osób niestety zobaczyło przy swoich nazwiskach najbardziej znienawidzone trzy literki: dnf).

Tatry trochę zmodyfikowały mi plany na przyszłość. Chodziło mi po głowie spróbowanie szczęścia w losowaniu na UTMB (punkty mam), ale... uważam, że nie jestem gotowa na takie wyzwanie. Możliwe, że nigdy nie będę.

Czy wrócę jeszcze na trasę BUGT? Nigdy nie mów nigdy :) Na razie muszę wykrzesać siły na Muflon Trail Orienteering, dwudniową imprezę na orientację w masywie Śnieżnika (impreza dla zespołów dwuosobowych, więc polatamy sobie z Tiborem z mapą) oraz na Łemkowynę 150 (co mnie podkusiło, że zapisywać się na najdłuższy dystans?).
A potem chcę odpocząć :)






środa, 21 sierpnia 2019

Stranda cz. 2

Stranda cz. 2
Długo, bardzo długo o biegu w Strandzie myślałam, że "to tylko 48 km". I pocieszałam się myślą, że przecież rok wcześniej pobiegłam Łemkowynę 100 dwa tygodnie po maratonie. Więc teraz też da radę. Po prostu trzeba to pobiec na pół gwizdka.
I moje dobre samopoczucie trwało do chwili, gdy na jakieś dwa tygodnie przed startem małżonek wlazł na stronę organizatora, zaczął ją dokładnie wertować.
"Ale wiesz, że tu jest 3800 przewyższeń?" - zastrzelił mnie (siebie pewnie też), pierwszą informacją. 3800? Na 48 km? No ładnie.... Trzy osiemset, chyba nawet nie, to mieliśmy w Innsbrucku, na biegu, który miał prawie dwa razy dłuższy dystans. Skąd mi się wzięło w głowie, że to nie będzie taki trudny bieg? To się chyba nazywa wyparcie.

A potem było jeszcze zabawniej, bo zaczęliśmy czytać opis trasy a w nim takie kwiatki jak "long ascents and descents, and technical parts",  "you will need to use your hands on some parts of the course " , "the course starts to get even more rugged and alpine" i inne temu podobne.

I zaczęło do mnie docierać, że, ekhm, chyba trochę przesadziliśmy. Taki bieg na tydzień przed Granią Tatr? To sobie wymyśliliśmy...
Pocieszające było to, że pogoda okazała się łaskawa (to była podobno pierwsza edycja, gdzie nie padało). 






Start nastąpił jakoś nieoczekiwanie. Staliśmy raczej z tyłu, Tibor ledwo co zdążył schować wiatrówkę do plecaka, a tu padł strzał. Bez żadnych okrzyków, muzyki, odliczania. 

Na początku trasa szła taką szutrową drogą, lekko po d górę. Postanowiłam na niej raczej truchtać niż iść, żeby trochę przesunąć się do przodu. Potem skręciliśmy w szlak, cały czas zdobywając wysokość. Gdzieś koło 5 kilometra dogonił i przegonił mnie mąż. Jego "pół gwizdka" było ewidentnie szybsze niż moje. W okolicach szczytu Fremste, gdzie była nawrotka, zobaczyłam jak bardzo. Ja dopiero do szczytu zmierzałam, starając się nie połamać nóg, nie fiknąć kozła na tej ruszającej się kupie kamieni, po której się poruszaliśmy, Tibor był już po. Oceniłam czas jaki nas dzieli. No, to sobie chłopie trochę na mnie poczekasz na mecie, pomyślałam (czekał godzinę).

I tu mogę przejść do terenu jakim się poruszaliśmy.
Ujmę to tak: szlaki tatrzańskie są bardzo komfortowe ;) Tu nikt nie bawi się w jakieś układanie ścieżek, kamieni na piargach. Szlaki są oznaczone kropkami na kamieniach, kopczykami (trasa biegu była oznaczona taśmami - i nie zawsze jej przebieg był tożsamy ze przebiegiem szlaku). I to wszystko. Idzie, biegnie się tak ja teren puszcza. A teren był mocno techniczny.
Forma - formą. Ale ja po prostu bałam się puścić szybciej. Tu wszędzie czyhały pułapki. Wszechobecne głazy, kamienie, piargi ze wszystkim ruszającym się w każdą możliwą stronę. Nawet płaskie fragmenty, przez takie podmokłe łąki nie przynosiły ukojenia - bo te łąki były całe usiane kamieniami, z których większość była pokryta grubą warstwą mchu i trawy. Z daleka wyglądało na płasko i równo - w rzeczywistości to były nieskończone muldy góra- dół, z nieoczekiwanie pojawiającymi się dziurami i wodą.
I w tym terenie, gdzie non stop miałam wizję swoich połamanych nóg wyprzedzały mnie Norweżki. Gadając... Chyba największe wrażenie zrobiła na mnie taka para, matka z córką ewidentnie. Śmignęły koło mnie zgrabnie przeskakując przez te cholerne piargi. No cóż... Dla Norwegów taki teren to chleb powszedni :) Powiem jeszcze, że większość zawodników pomykała bez kijków.
Ale to wszystko działo się w niesamowitych okolicznościach przyrody. Bo filmik, który tak mnie zachwycił rok temu, nie kłamał. Dookoła widoki były takie, że niezliczoną ilość razy wydawałam jęki zachwytu i zatrzymywałam się, żeby porobić zdjęcia.




to tego fragmentu trasy dotyczył opis dotyczący używania rąk. Ale w wielu innych miejscach te ręce, a przynajmniej jedna, też się przydwałay


Wszechobecne, luźne kamienie. Moje przekleństwo



Człowiek w zielonej kamizelce, to obsługa trasy. Żółte coś koło niego, to bezprzewodowe, przenośne urządzenie zliczające nasze czasy z czipów.

Po powiększeniu zdjęcia warto poszukać ludzi. Wtedy widać skalę.

Skupisko ludzi w tle, to kolejny punkt kontrolny i żywieniowy. Zastanawialiśmy się jak przetransportowano tu żywność dla biegaczy. Okazało się, że po prostu śmigłowcem :)

Nie, zdjęcie absolutnie nie oddaje upiorności tego terenu :)




Po zdobyciu kolejnego szczytu, Rødsethornet, zaczął się zbieg do Strandy. Tam krótsza trasa miała metę, my tylko kolejny punkt kontrolny i ruszaliśmy dalej w góry na drugie, dziewiętnastokilometrowe kółko.

Zbieg był taki jaki lubię. W dół, ale nie za ostro, piaszczysta dróżka poprzetykana tu i ówdzie korzeniami i kamieniami.  Lubię takie. Natomiast Norwegowie przede mną zaczęli zachowywać się jak by fakt, że kamieni jest mało i że się nie ruszają był jakimś mega utrudnieniem. To od tego zbiegu zaczęło się moje wyprzedzanie ludzi na trasie (te dwie Norweżki, matkę z córką, też udało mi się wyprzedzić :).
Nie wiem czy ja zyskałam drugi oddech (choć nie mam odczucia, żebym przechodziła jakiś kryzys), czy to, że zniknęły te kamienie, a druga część trasy była w moim odczuciu ciut łatwiejsza, czy część osób po prostu źle rozłożyła siły, nie wiem. Ale od tego zbiegu, do samej mety, nie wyprzedził mnie nikt, natomiast ja dziewiętnaście osób.

Po zaliczeniu punktu kontrolnego w Strandzie ruszyłam zdobywać Roaldshorn. Na punkt miałam resztą epicki wjazd, bo kilometr wcześniej zaliczyłam glebę. Rozumiecie: nie w tym mega trudnym terenie wcześniej, tylko na przedmieściach, na kawałku szutrowej, prostej drogi...
Lewe kolano wyglądało, jakby ktoś próbował mi je odciąć, z cieknącymi strużkami krwi. Na szczęście nic poważnego się nie stało, po obmyciu nogi ruszyłam dalej.

To o podejściu na Roaldshorn była mowa na odprawie, że na czterokilometrowym odcinku robi się kilometr w górę. Bałam się tego fragmentu, ale o dziwo podchodziło mi się całkiem dobrze. Może dlatego, że nie były to piargi, tylko taka raczej piaszczysta ścieżka, kojarząca mi się z naszym Beskidem. Tylko stroma.  Potem oczywiście znów pojawiły się kamienie. Zmieniła się też ciut pogoda. Niebo było zachmurzone, nawet zaczęło coś kropić. I wiatr. Nie było zbyt ciepło. Marzyłam, żeby trasa wreszcie zeszła niżej. 

I w którymś momencie, wśród tej pustki, skał, kamieni, ośnieżonych szczytów dookoła, wiejącego wiatru, zobaczyłam nad głową dwa orły...I wiecie, to są takie chwile, gdy człowiekowi z wrażenia podnoszą się włosy na rękach i cieszy się, że robi to co robi i że jest tu gdzie jest.

Ostatnie kilometry to już było odliczanie do mety. Oczywiście nie tak szybko, bo organizatorzy zastosowali stary numer fundując uczestnikom już czujących się finiszerami ostatnie podejście :) O, nie było ono łatwe. W norweskim stylu, po kamieniach, piargach, kamulcach porośniętych mchem. Informację od sędziów stojących na szczycie, że to był "last peak", przyjęłam z wielką ulgą. 
Ostatni zbieg do miasteczka, to była dla mnie walka, żeby zmieścić się w 10 godzinach. Walka wygrana, bo na metę wpadłam po dziewięciu godzinach i pięćdziesięciu minutach jako czternasta kobieta. 



Zerknięcie za siebie


Stranda została w dole




W dół, w dół, do mety



No, jestem :)


Przyznam się szczerze, że przez moment miałam pewien problem z tym biegiem. Chyba jednak w głębi duszy sądziłam, że to bieganie na pół gwizdka będzie ciut szybsze, że te dziewięć godzin będzie z mniejszym haczykiem. Bo z jednej strony- czternaste miejsce to brzmi dumnie, z drugiej do mety dobiegło 18 kobiet, więc raczej byłam na końcu stawki. 
Ale potem zaczęłam dumać, przeglądać wyniki i mi przeszło :)
Wśród pań przede mną była tylko jedna nie- Norweżka. Szwajcarka :)) 
No, nie przeskoczę tego, że mieszkam na nizinach, do technicznych gór mam blisko 500 kilometrów, mam czwórkę dzieci i inne pasje. 
Wzięłam udział w fantastycznym biegu, z takimi widokami, że szczęka opada do samej ziemi, nie uszkodziłam się (za bardzo ;), nie miałam kryzysów, dobiegłam do mety - czego 20% uczestników nie mogło powiedzieć. Jeśli już bardzo chciałam się czymś przejmować - to czekającym za tydzień BUGT-em ;)

Po biegu zmodyfikowaliśmy nasze plany na dalszy pobyt.  Zmieniliśmy schronisko na takie, do którego podchodziło się pięć kilometrów, a nie trzynaście ;) i tam zalegliśmy liżąc rany, obolałe nogi i moknąc - bo pogoda postanowiła zmienić się na norweską.






nasza chatka













Copyright © 2016 Matkabiega , Blogger