wtorek, 15 maja 2018

Kopenhaga

Kopenhaga
Pod Gran Canarię mieliśmy wklepane tyle kilometrów, nabitą taką bazę, że aż żal było jej nie wykorzystać. Gdyby tak popracować nad szybkością - to mógłby z tego wyjść fajny maraton. Tak też zrobiliśmy :)
Czemu akurat Kopenhaga? Bo trzeba było wziąć pod uwagę regenerację. Baliśmy się, że zbyt wcześnie wprowadzony trening maratoński skończy się  kontuzją. Dodatkowo wydawało nam się, że w tym mieście nie będzie może zbyt gorąco, pomimo połowy maja. He, he, he. Dobre :))

Nie powiem - przeżyłam pewien szok, gdy zamiast komfortowego klepania kilometrów nagle w Planie pojawiły się treningi, które prawie zawsze oznaczały wyjście poza strefę komfortu.
I to nie był tylko żarcik, gdy na fejsbuku pisałam o wizytach w toalecie. Naprawdę zdarzało mi się patrzeć co tam Piotr wymyślił i... musiałam trochę opóźnić wyjście z domu.
Treningi przynosiły efekty, widziałam to. Wchodziłam na tempa, o których kiedyś mogłabym tylko pomarzyć. Łapały mnie czasem wątpliwości czy uda mi się to wszystko poskładać w 42 kilometry. Ale im bliżej było startu, tylko bardziej wierzyłam, że to ma szansę się udać.
Najbardziej obawiałam się wiatru. W końcu Kopenhaga to miasto portowe. O słońcu jakoś nie myślałam. A to ono, jak się okazało, rozdawało tego dnia karty.

Ja już pisałam, że żeby rzucać się na życiówki, na łamanie jakiś cyferek - trzeba mieć dzień konia. I ten dzień to nie tylko szczyt formy, dobre rozplanowanie żeli, odpowiednie nawodnienie, sprawne przebieganie przez punkty z wodą. To również pogoda. A ta może w bezlitosny sposób wystawić na ciężką próbę ciało i umysł maratończyka.

Niestety po zachmurzonym niebie, które wisiało nad miastem dzień wcześniej, w niedzielny poranek nie było ani śladu. Cieniutkie chmurki rozwiały się definitywnie na jakąś godzinę przed startem i na biegaczy czekało błękitne niebo. I słońce.
Z mężem startowaliśmy z różnych miejsc. Tibor poszedł do przodu, a ja stałam tuż przed pomarańczowymi balonami na 3:30. I....tuż za zającami na 3:20. Maraton kopenhaski nie dorównuje liczbą uczestników do takich tuzów jak Berlin czy Paryż (30-40 tysięcy biegaczy) i na starcie stawiło się niecałe 7900 ludzi. Stąd pewnie szybsze strefy były bardzo krótkie. To pewnie też spowodowało, że pierwsze kilometry, niesiona tempem innych biegaczy, przebiegłam o wiele szybciej niż zakładałam. Jak mi drugi i trzeci kilometr wpadły w 4:34 i 4:37, zaczęłam się w głowie stopować. Z takim tempem to się nie mogło udać. Zwolniłam i pilnowałam średniego tempa. Przez liczne zakręty na trasie wskazania zegarka i oficjalne oznaczenia kilometrów zaczęły się dość szybko rozjeżdżać. Wiedziałam więc, że moje "zegarkowe" średnie tempo musi być szybsze, muszę mieć zapas na te nadprogramowe metry, które do mety się uzbierają. Uznałam, że nie mogę biec wolniej niż 4.50 - 4.52 min/km. Na piętnastym kilometrze rozjazd był już ponad dwieście metrów. Starałam się te różnice zmniejszyć, wybierać najbardziej optymalny tor biegu. Patrzyłam w którą stronę skręcają biegacze, żeby w jak najlepszy sposób ścinać zakręty i jak najmniej dokładać metrów. Udawało się to do czasu, niestety. Pogoda była dalej stabilna: lampa po prostu i bardzo ciepło. O dziewiątej trzydzieści, gdy bieg ruszał, słońce było jeszcze na tyle nisko, że biegnąc pomiędzy budynkami biegacze mieli sporo cienia. Niestety wraz z upływem czasu i wędrówką słońca w górę - ten komfort się skończył. Powoli nie tor biegu, a cień, cień jak najdłużej stał się priorytetem.
Już kiedyś biegłam maraton w takich warunkach. W Budapeszcie w 2014 roku. W październiku było wtedy 27 stopni. Myślę, że teraz w słońcu warunki były podobne.

Coraz bardziej zdawałam sobie sprawę, że to będzie ciężka walka. I że cholera wie jaki czas do mety dowiozę. I obym do tej mety dotarła w jednym kawałku.

Siódmy kilometr. Jaka jest pogoda - widać.


Strefy z wodą i izotonikami były dość często, co jakieś trzy kilometry. Mój mąż przed biegiem trochę kręcił nosem, że po co tak często, czemu nie co pięć kilometrów. Że tyle punktów, to większa strata czasu przecież. Cóż, okazało się, że całe szczęście, że było ich tyle (w sumie dwanaście). Szkoda, że były dość krótkie. Przy takiej temperaturze powietrza, na wodę rzucali się praktycznie wszyscy. Kocioł przy kubkach robił się straszny i nawet jak człowiek nie wiem jak się starał - to nie dało rady przez strefy przebiec płynnie, łapiąc picie w locie. Cenne sekundy uciekały, ale ominięcie takiego punktu - to było proszenie się o kłopoty. Zresztą w miarę upływu czasu na piciu się nie kończyło. Zawsze przed wodą stała kurtyna wodna, z której również korzystałam. Potem polewałam się wodą, a potem dopiero piłam: wodę albo izo, w zależności od tego co udało mi się dorwać przed końcem strefy.
Starałam się jakoś odwrócić uwagę od tego gorąca. Odliczałam sobie w duchu kilometry, rozglądałam się dookoła (Duńczycy cała trasę przeprowadzili przez miasto, bez wyprowadzania biegaczy na jakieś opłotki, czy obwodnice. Dzięki temu było naprawdę dużo kibiców. Czasami aż za dużo ;), patrzyłam na stroje biegaczy przede mną, odczytywałam napisy na koszulkach. O, tu pani ma ładny tatuaż na łopatce. Z lewej strony biegnie Hiszpan. A tutaj maszerujący gość ma na plecach wypisane Tibor. Tibor? Tibor??? Mój Tibor???? No, mój...
I tak gdzieś między 17 a 22 kilometrem (oboje pamiętamy to różnie), minęłam mojego męża, który pożalił się, że zabetonowało mu łydki. Przesłałam mu pocieszającego całusa i pobiegłam dalej.
Było coraz ciężej. Zbliżało się południe i właściwie nie miało już znaczenia czy trasa prowadziła wąskimi czy szerszymi uliczkami, z drzewami czy bez. Słońce było wszędzie. I wybierało siły w tempie błyskawicznym. I to widać było po tempie. W okolicach 27-28 kilometra zaczęłam zwalniać. Dramatycznie wzrosła też liczba maszerujących ludzi. Dla mnie zaczęło się bieganie od punktu z wodą do punktu z wodą. Nie mogłam się ich doczekać. I odliczałam w głowie. Za moment trzydziestka. Zostanie tylko dwanaście. Zrobisz to. Trzydziesty drugi. Już tylko dyszka! Trzydziesty piąty, tylko siedem...


Czerwona spódniczka to ja. Jeszcze nie wiem, że pomarańczowe balony są tak blisko. Jeśli zdjęcie wydaje Wam się bardzo podobne do poprzedniego - to macie rację :) Część trasy pokonywało się dwukrotnie.


Trzydziesty szósty...i widzę z boku pomarańczowe balony. Balony prowadzące ludzi na 3:30...
Gdy zobaczyłam grupkę bez problemu mnie mijającą na sześc kilometrów przed metą, najpierw chciałam machnąć ręką. A potem postanowiłam zawalczyć. Przecież tak niewiele brakuje...
Udało mi się utrzymywać tempo grupy, przy następnej strefie nawadniania nawet zostawiłam ich z tyłu. Ale czułam, że to już nie jest moje komfortowe tempo. Z niepokojem obserwowałam też swoje tętno. Przez większość czasu udawało mi się je utrzymywać w ryzach, tuż poniżej 160 uderzeń, albo nieznacznie je przekraczając. Teraz jednak niepokojąco zaczynało rosnąć, 164, 166, 167... Średnie tempo za to nieubłagalnie spadało... 4.51...4.52...4.53...Organizm zaczął dawać mi do zrozumienia, że ma dość. Obie łydki miałam zmasakrowane, na granicy skurczu. Zaczynało kręcić mi się w głowie. W dodatku z kieszeni wyleciała mi ostatnia deska ratunku, tabletka dextrozy. Musiałam do mety dolecieć bez żadnych wspomagaczy i żeli - bo już nic nie miałam.
Na trzydziestym dziewiątym kilometrze pomarańczowe baloniki wyprzedziły mnie po raz drugi. Przy tętnie 171 nie podjęłam wyzwania. Zaczęłam się bać, że skończę jak ta kenijka na maratonie warszawskim. Czułam, że stąpam po bardzo cienkiej linii. Na razie jestem tylko bardzo zmęczoną słońcem, odwodnioną biegaczką na końcówce maratonu. Biegnącą na oparach, ale dalej całkiem niezłym tempem. Jak rzucę się w pogoń - mogę szybko stać się biegaczką, która tej mety nie przekroczy o własnych siłach. To tylko bieg. Będą inne okazje, żeby zmierzyć się z wymarzonym czasem.
Ostatni punkt nawadniania był na 40,5 km. Stanęłam przed kubkami z wodą. Dwa wylałam sobie na głowę. Trzecim polałam kark i ramiona. Czwarty wypiłam. Potruchtałam parę kroków do izotoników i powoli idąc, starając się nie uronić ani kropelki, wypiłam następny kubek. I dopiero potem pobiegłam dalej. Na końcówce wykrzesałam z siebie nawet jakiś sensowny finisz. Metę przekroczyłam po trzech godzinach, trzydziestu minutach i dwudziestu sześciu sekundach. Z tętnem 174 (mój hrmax to 175).
Część w wody w butelce, którą dostaję za metą do łapy, wylewam na głowę. Resztę wypijam w kilka sekund.
Potem przyssaję się do kubeczków z wodą. Nie wiem ile wypijam. Cztery? Pięć? Poprawiam izotonikiem. Idę pod kurtynę wodną i bardzo długo pod nią stoję. Wraca mi zdolność logicznego myślenia, odkrywam, że w amoku niepotrzebnie wywaliłam butelkę po wodzie. Podnoszę sobie z ziemi czyjąś pustą i znów wracam do obsługi prosząc o dolewkę. Dopiero z takim zapasem wlokę się na umówione miejsce na trawce, żeby czekać na męża. Zastanawiam się czy jakoś odżył, czy może w ogóle zszedł z trasy. Ale po niecałych dwudziestu minutach dołącza do mnie. Pomimo mega zgonu maraton ukończył w 3:47:59. Nie wiadomo co się u niego stało. Bo źle zaczęło być już na ósmym kilometrze. Tibor ma różne teorie, ale podobnie skończył się u niego Budapeszt, odbywający się w podobnych warunkach pogodowych.

Czy jestem rozczarowana? Troszeczkę tak :) Uważam, że byłabym  w stanie pobiec szybciej. No ale pewnych rzeczy się nie przeskoczy. Pogoda była jaka była i trzeba było w takich warunkach wyrwać to co się dało. Nie udało mi się złamać 3:30 - ale mam nową życiówkę :)
Na razie liżę rany (dosłownie. Upał plus spocone i polewane wodą ciało równa się masakra od czujnika i stanika), upajam się nicnierobieniem. A z tematem maratońskim wrócę na jesień. Najprawdopodobniej w Warszawie :)






PS. Wiecie, że byłam setną kobietą na 2022 startujących i 10 w swojej kategorii wiekowej?
Ponad czterystu biegaczy z 7885, którzy wystartowali nie ukończyło biegu.

środa, 9 maja 2018

Wiosna u Matki

Wiosna u Matki
Matka biega jest w strasznym niedoczasie i nie ma kiedy na dłużej przy komputerze zasiąść. Ostatnio jakoś ciągle albo w rozjazdach, albo szykuje się do następnego, albo ogarnia po poprzednim. A tu śmignęły i odlatują powoli w niebyt Harpagan (w moim przypadku Harpuś) i majówka, którą spędziłam z mężem i połową dzieci we Włoszech. Szkoda, że tak średnio słonecznych ;)
Wielkimi, naprawdę wielkimi krokami zbliża się maraton w Kopenhadze (to już w ten weekend, aaaaa!) i głupio byłoby łączyć relacje z trzech różnych wydarzeń.  Połączę więc dwie :P

Harpagan. Prawie jak w zegarku dwa razy do roku pojawiamy się na Kaszubach korzystając z gościny dobrych znajomych. I tradycyjnie - ja ruszam z dziećmi na trasę rodzinną, dziesięciokilometrową, a mąż mój usiłuje zdobyć tytuł Harpagana na trasie mieszanej 150. Czyli 50 kim na nogach i setunia na rowerze. Co trzeba zrobić, żeby ten tytuł zdobyć pisałam już w przeszłości, ale wspomnę jeszcze raz: trzeba w limicie czasu zaliczyć wszystkie punkty kontrolne (bo Harpagan jest imprezą na orientację, lata się z mapą generalnie). Nie jest to łatwe, o czym mój mąż przekonał się już trzykrotnie. Tu musi się zagrać wszystko: pogoda, trasa, orientacja w terenie i szybkość. I do tej pory zawsze zdarzało się coś, co decydowało o niepowodzeniu. A to lejący przez całą noc deszcz, który spowalniał i wyziębiał. A to wiatr, który powodował, że jazda na rowerze była mordęgą. A to jakieś błędy w nawigacji. Tym razem zagrało wszystko, Choczewo okazało się szczęśliwe i mój mąż wreszcie uzyskał upragniony tytuł:) A przez te wszystkie edycje moje chłopaki na tyle wciągnęli się w to latanie po lesie, że najstarsi na jesieni zażyczyli sobie ruszyć z tatą na najkrótszą trasę rowerową.
Gdy mój mąż z powodzeniem odhaczał kolejne punkty, my rozpoczynaliśmy kolejne spotkanie z Harpusiem. Tym razem udało nam się nie spóźnić (co ostatnio było normą), numery startowe i karty odebraliśmy o czasie (czujnie nie dałam się wpakować, tak jak pół roku wcześniej do gigant- kolejki dla osób nowozapisujących się). Ruszyliśmy większą grupką, z koleżankami i ich dziećmi, ale w miarę posuwania się, rozdzieliliśmy się i ostatecznie każdy szedł swoim tempem.




Trasa Harpusia wiodła głównie dookoła bardzo malowniczego Jeziora Choczewskiego



Powiem, że chłopaki dziarsko już maszerują. Pamiętam edycję sprzed dwóch lat, kiedy non stop chcieli się zatrzymywać a to na picie, a to na jedzenie - a teraz większość kanapek, które zrobiłam przeniosłam przez całą trasę. Pierwszy raz udało nam się ukończyć Harpusia poniżej 3 godzin (a przypomnę, że na przykład rok wcześniej nie zmieściliśmy się w pięciogodzinnym limicie). To, że chłopaki są coraz starsze i tuptanie przez las idzie nam coraz sprawniej, nawet z wózkiem, to jedno. Ale dużo też zależy od trasy. A ta w tej edycji była mało wymagająca nawigacyjnie, właśnie taka rodzinna. Starszaki ogarniały mapę, całkiem sprawnie nawigując do kolejnych punktów. Do mety dotarliśmy akurat, żeby chwilę później bić brawo wjeżdżającemu na metę Tiborowi :)

powitanie Harpagana :)


I tylko jedno mam znów do zarzucenia orgom: czemu zarzucili dobry zwyczaj wypisywania harpusiom dyplomów od razu na mecie?? Znów naczekaliśmy się na ich odbiór.





Ledwo wróciliśmy do domu z Kaszub, ogarnęliśmy ciuchy do prania, a tu majówka zaczęła się zbliżać wielkimi krokami. Pierwotne plany obejmowały wyjazd ze znajomymi na wspinanie do Włoch. Niestety znajomi w ostatniej chwili musieli wyjazd odwołać. Do tego dołożyły się prognozy pogody, z których wynikało, że najcieplej i najsłoneczniej to będzie w...Warszawie. Wszędzie indziej być raczej mokro łamane przez bardzo mokro. Zostać? Rozczarowane byłoby dziecko nr 1, które miało z nami jechać jako następne w kolejce (tak, od jakiegoś czasy zabieramy dzieciaki na tego typu wypady pojedynczo. I my wtedy lepiej z takiego wyjazdu skorzystamy i dziecko ma rodziców bardziej na wyłączność). Mój mąż chyba by jajko zniósł siedząc w domu, bo też marzył mu się odpoczynek od kieratu pracowo - domowego. Tylko ta pogoda... Burza mózgów była straszna i rozważane były różne kierunki, włącznie z Norwegią. Ostatecznie stanęło na pierwotnie planowanych Włoszech, tylko inny rejon. Prognozy były co prawda średnie, no ale jak mąż chce poczuć włoski klimat w deszczu i uważa, że będzie szczęśliwy - to niech ma ;) Zapakowałam do toreb więcej ciuchów przeciwdeszczowych i dokupiłam Matyldzie w ostatniej chwili kalosze. I ruszyliśmy. W kierunku Arco - miejsca, w którym byliśmy dwa lata wcześniej.

Przerwa w drodze. W dole Innsbruck, przed nami Alpy. Chmury zwiastują deszcz - i tak rzeczywiście było. Arco również przywitało nas deszczem.


Jak było? Cóż... Pogoda w Warszawie była zdecydowanie lepsza :) Ale tragicznie nie było. Mieliśmy jeden dzień naprawdę słoneczny i dwa znośne. Potem pogoda zaczęła się psuć, zaczęły nas wykurzać burze, przelotne opady, aż wreszcie zlewa bez perspektyw na poprawę wykurzyła nas na dobre dzień wcześniej niż planowaliśmy.
Pobiegałam sobie troszeczkę - trochę rozjeżdżając się z moim Planem. Powypadały biegania przez dojazd, który trwał przecież kilkanaście godzin. Jeden trening samowolnie sobie skróciłam  (za to nie było po płaskim i o wiele szybciej niż trener kazał), jedno bieganie wyszło nadprogramowe. Ale to było rodzinne truchtanie, to się nie liczy :)). To wszystko działo się na niecałe dwa tygodnie przed maratonem, właściwie na etapie wchodzenia w tapering - więc mam nadzieję, że za dużo zmiany i samowolki nie namieszały i uda mi się nabiegać wymarzony czas.






Było trochę wspinania - choć najbardziej owspinane wyjechało dziecko nr 1. Tu jednak karty rozdawała Matylda i większość rzeczy było robionych tak, żeby jej było dobrze.


Jezioro Garda

Autoportret wspinaczkowy :))

a tu zostałam "złapana" przez dziecko nr 1








Arco żegnało nas deszczem

Zrobiliśmy sobie też wycieczkę do Wenecji. I po niej - pomimo, że Wenecja jest bardzo malowniczym miastem - wiem jedno: małe miasteczka tak, duże turystyczne metropolie, niekoniecznie. Ilość ludzi na miejscu poraża. A przecież to nie była pełnia sezonu.
Cena za trzy godziny parkowania również porażała ;) 29 euro...
Tak, wiem, na zdjęciach poniżej tłumów aż tak bardzo nie widać, ale to moje celowe zabiegi :)










Tyle w wielkim skrócie ostatnio się u nas działo. Zostawiam Was z widoczkami z Wenecji.
A ja zaczynam stresować się  przed maratonem :)

czwartek, 5 kwietnia 2018

Krajna AR

Krajna AR
Skąd pomysł na udział w rajdzie przygodowym trzy tygodnie po Transgrancanarii?
Wszystko zaczęło się od naszego znajomego Pawła, któremu zamarzył się udział w imprezie AR Adventure Trophy. Rajd ten będzie się odbywał w lipcu w okolicach Krakowa, a udział wymaga skompletowania czterosobowego teamu, w tym jednej kobiety. I tak Paweł wraz ze swoim rajdowym towarzyszem Bartkiem, znani jako Słomiane Bambusy oraz ja z mężem - No Risk - No Fun, postanowiliśmy połączyć swoje siły w lipcu  i spróbować złomotać jak nigdy przedtem (300-400 km, limit 72 godziny).
Ponieważ wypadałoby jednak przed tym lipcem obwąchać się trochę w terenie, zobaczyć jak nam się ze sobą współpracuje (albo i nie), co trzeba dograć, dopracować, postanowiliśmy zapisać się na odbywający się pod koniec marca w Wielkopolsce rajd Krajna AR.Wybraliśmy trasę długą, 150 km z 24 godzinnym limitem czasu. Zapisaliśmy się jako osobne, dwuosobowe zespoły (innej opcji zresztą nie było), ale trasę chcieliśmy pokonać wspólnie, oczywiście bez łamania różnych zapisów regulaminu.

Przyznam się szczerze, że bardzo długo Krajna nie zaprzątała jakoś moich myśli. W głowie miałam głównie Transgrancanarię. Jedyne co wzbudzało mój niepokój to fakt, że nigdy nie miałam na nogach rolek - a jeden z etapów był rolkowy właśnie...
Rolki po powrocie z Kanarów zostały zakupione i odbyłam na nich jedną, dosłownie jedną jazdę. Jazdę, podczas, której przekonałam się, że lepiej, żeby trasa była prosta, bez zakrętów i nie za bardzo z górki, gdyż absolutnie nie potrafiłam na tym ustrojstwie zahamować (dla chętnych instagramowy filmik jak próbuję zatrzymać się przy naszym aucie :) KLIK ). Myślałam, że jeszcze uda mi się te rolki oswoić, wyjdę sobie z wózkiem biegowym i jakoś poćwiczę - no ale w Polsce zaczęła się typowa wiosna - czyli spadł śnieg i zrobiło się minus dziesięć stopni :). A oprócz tego pochłonęło nas tak zwane życie: praca, dzieciaki. Powiem szczerze, że chyba żadne z nas nie żyło za bardzo tym startem.
Pakowanie odbyło się w pośpiechu w dzień wyjazdu, rowerów mój mąż nie zdołał oporządzić i pojechały zasyfione po jakiś poprzednich niezbyt czystych i suchych jazdach.

Jadąc w kierunki Złotowa, gdzie była baza zawodów, bez dzieciaków, Matyldy na głowie, zaczęłam bliżej interesować się trasą, logistyką. I im bardziej się we wszystko wgryzałam, tym większa ogarniała mnie panika. W co ja się wpakowałam?? Na zewnątrz temperatura niewiele powyżej zera, jeszcze z tydzień temu organizator donosił, że rzeczkę, którą ma się odbyć etap kajakowy, to raczej na łyżwach można przebyć. Na rolkach ledwo co umiem równowagę utrzymać.Na rowerze ostatni raz jeździłam, yyyy.... na jesieni? 150 kilometrów, jak dobrze pójdzie, oczywiście. Noc w plecy. Czy ja jestem normalna??
No i tak panikując, a jednocześnie próbując ogarnąć w co mam się ubrać na kolejne etapy, co wpakować na zmianę na strefy zmian, dojechaliśmy na miejsce.
Była dwudziesta pierwsza i było po prostu zimno. Temperatura zdecydowanie bardziej kojarząca się z zimą, niż rozpoczętą dopiero co wiosną.

Tibor, czy ja dam radę? Nie bój żaby, żona!
Fot. Krzysztof Zaniewski www.chrisactive.pl


Trochę teraz podam trochę szczegółów co do trasy.
Start był o 24. Najpierw mieliśmy szybkie BnO. Czyli bieg na orientację. Pięciokilometrowa trasa w okolicznym lasku i piętnaście punktów do odnalezienia. Powrót na miejsce startu i hop na rowery. Siedemdziesiąt kilometrów i 14 punktów do odnalezienia. Plus dla chętnych jeden bonus - oczywiście oddalony od pozostałych. Potem zmiana na rolki lub nogi (tak, regulamin dawał możliwość pokonania etapów rolkowych pieszo). I tu zgodnie zdecydowaliśmy, że rolki nie mają w naszym przypadku sensu - bo na 23 kilometrowej trasie było bardzo mało odcinków, które dało radę na rolkach pokonać. A dygać z nimi trzeba. Więc wybraliśmy nogi. Pięć punktów do odnalezienia plus jeden bonusowy. Potem zmiana na kajaki i spływ przeraźliwie krętą rzeczką Łobżonką. Ten etap miał mieć 25 kilometrów, ale ze względu na to, że część trasy nie odmarzła, został skrócony. Ostatnie trzy z ośmiu punktów miały być odnajdywane więc pieszo. I ostatni etap, rolkowy. 29 kilometrów. Dwa punkty i pięć bonusowych. I doba na to wszystko.

Pierwszy etap to było takie obwąchiwanie się. Plus dyskusje nad mapą trzech ludków. Ja się z aktywnej nawigacji wyłączyłam - uznałam, że trzech nawigatorów wystarczy. Tylko zerkałam na mapę, żeby ogarnąć gdzie mniej więcej biegniemy. Jak nam wyszło? Wolno :) Jednak co cztery osoby, w dodatku pierwszy raz poruszające się razem, to nie dwie. Pewien szok przeżyłam, gdy po dotarciu do rowerów okazało się, że stoją już tylko nasze ;) Ale spoko - mieliśmy nadrobić na rowerach.
Nie nadrobiliśmy. Tym razem głównie przeze mnie. Czemu? Im bardziej nad tym myslę, tym bardziej stwierdzam, że nie było jednej przyczyny. Nałożyło się kilka rzeczy, które razem wzięte do kupy spowodowały, że spowalniałam chłopaków.
Forma. Nie miałam stricte rowerowej formy, samo bieganie to nie wszystko.
Stan roweru. Rower miałam brudny, nieczyszczony, niesmarowany od... nie wiem kiedy. W trakcie jazdy okazało się, że tylna przerzutka działa mi źle. Wrzucanie na wyższe przełożenia jakoś szło. Zrzucić, w dodatku w ujemnej temperaturze, to była rosyjska ruletka. Manetka dostawała przeraźliwych luzów. Czasem po kilkunastokrotnych próbach coś załapywało. A wtedy często okazywało się, że jest już za późno. I na przykład spadałam z roweru zakopana w jakimś piachu :)
Słaba czołówka. Mam model Black Diamonda Spot sprzed ładnych paru lat. Te parę lat temu była jednym z mocniej świecących modeli. Teraz... Cóż... Miałam świadomość jej niedociągnięć przy naładowanych bateriach. Jak te zaczęły słabnąć - było gorzej. Dodatkowo w ujemnej temperaturze w świetle czołówki widziałam głównie parę wylatującą z moich ust. A teren był wybitnie niesprzyjający. Przedzieraliśmy się przez leśne drogi, część z nich to były jakieś trasy przeorane przez ciężki sprzęt do zrywek leśnych. To wszystko zostawiało kosmiczne koleiny. Zamarznięte koleiny. Jak człowiek w porę nie zorientował się, że właśnie w nie wpadł - to robiło się zabawnie. Wystarczyło, że tylne koło musnęło ścianki takiego błotozmrożonego korytarza - i człowieka wywalało z roweru. Właściwie każdy z nas zaliczył przynajmniej jedną taką glebę - ale ja chyba najwięcej razy traciłam równowagę. Raz nawet lecąc udało mi się urwać lampkę rowerową Tibora, który nieopatrznie znalazł się za blisko trajektorii mojego lotu.
Zdecydowaliśmy się zgarnąć bonusowy punkt - i tu wariant wybrany przez chłopaków prowadził dla odmiany przez drogę, która nie była zamarznięta, za to oferowała jakieś kosmiczne ilości błota. Po tym fragmencie praktycznie do końca etapu rowerowego nie zdołałam wpiąć się lewą nogą w spd: pedał i bloki były tak zawalone błotem, piachem, że żadne na szybko przeprowadzane próby pozbycia się choć części balastu nie dawały rezultatu.
Zmęczenie. Pewnie każdy z nas był zmęczony całonocną jazdą. Ale ja mam chyba najmniejsze doświadczenie w takim zarywaniu nocy. Właściwie to był drugi raz po TGC, gdy musiałam zmobilizować się do wysiłku, bez snu. Nad ranem zasypiałam na rowerze. Bez żadnej przenośni. Budziłam się, gdy ostatnia komórka mojej świadomości, rejestrowała, że przestawałam kręcić pedałami. Oczywiście morale wewnętrzne też spadało. Zaczynałam myśleć, że mogłoby mi się coś w tym rowerze popsuć na amen. Tak, żebym już nie musiała kręcić, żeby przerwać to. Na szczęście jakieś resztki rozsądku mi podpowiedziały, żebym ostrożnie wypowiadała swoje życzenia, bo właśnie jesteśmy w środku lasu i w przypadku awarii będę musiała ten rower dalej pchać. Ok, przestałam marzyć o awarii :)
Jedno co mnie pocieszało, to fakt, że skoro mam taki kryzys -to znaczy, że niedługo świt. W dzień będzie więcej bodźców, które odgonią zmęczenie. Rzeczywistość nie będzie ograniczona do tych kilu metrów widocznych w świetle czołówki.
I rzeczywiście za jakiś czas czerń przeszła w szarość i spokojnie, bez fajerwerków, bo niebo było zachmurzone, nastał nowy dzień. Rzeczywiście zrobiło mi się lepiej - ale w dalszym ciągu zachodziły pozostałe okoliczności - brak formy, nie do końca sprawny rower- więc nasze tempo w dalej było wolniejsze od wymarzonego.
Na przepak dostarliśmy sporo po ósmej rano. Pierwszy zespół był trzy godziny przed nami.
Rozpoczęliśmy etap pieszy - i chociaż tu ciała nie dałam :)
To był to najwdzięczniejszy krajobrazowo etap. Był dzień, wszystko było widać. Lasy, jeszcze bez liści czy nawet zielonej mgiełki a wśród nich jeziorka i rozlewiska skute srebrną taflą lodu. Łąki, żółte od zeschniętej, zeszłorocznej trawy, które wprowadzały jakiś spokój swoim kolorem. Rzeczka malowniczo wijąca się wśród traw. Przed udziałem w imprezie moja świadomość na temat krainy, w którą się właśnie zanurzalismy była praktycznie zerowa. Po raz kolejny przekonałam się jak mało znam Polskę, która kryje tyle uroczych miejsc i zakątków.





To był jeden z bardziej malowniczych punktów na trasie


Etap kajakowy też  mnie trochę niepokoił, głównie ze względu na temperaturę. Czy nie zmarznę, gdy od lodowatej wody będzie oddzielała tylko cienka warstwa burty kajaka? A co jeśli zmokną ciuchy? A jeśli zmarzną ręce? Z niepokojem obserwowałam patenty bardziej doświadczonych Bambusów, którzy na zwykłe rękawiczki zakładali gumowe rękawice kuchenne. Ja rękawiczki na zmianę miałam dopiero na następnym przepaku.
Nie zmarzłam. Łobżonka (swoją drogą niesamowicie malownicza rzeka!) przez swoje liczne zakręty dostarczała tylu emocji i tyle trzeba było namachać się wiosłami, że nie miałam za bardzo czasu mysleć czy jest mi zimno. Zmarzłam dopiero po wyjściu z kajaka.

Rzeka Łobżonka w całej okazałości
fot. Krzysztof Zaniewski www.chrisactive.pl


na etapie kajakowym mieliśmy również zadanie specjalne. Trzeba było z kajaka w drapać się po drabince na górę mostu.
fot. Paweł Słoma


Rękawiczki nawet długo miałam suche. Buty też. Do pierwszej przenoski kajaka - a tych mieliśmy w sumie z kilkanaście. Bobry i przyroda zrobiły swoje i wiele razy powalone drzewa stanowiły przeszkodę nie do pokonania dla kajakarzy. Niestety większość przenosek odbywała się w terenie mocno podmokłym, bagiennym wręcz.
Na tym etapie nie trzymalismy się razem z chłopakami. Im sprawniej szło pokonywanie meandrów rzeki i właściwie spotykaliśmy się tylko na punktach, w okolicy których na nas czekali.
No właśnie. Na jednym nie czekali. Zaangażowali się w pościg za innym zespołem i punkt przegapili. My również. Trochę dlatego, że podświadomie spodziewaliśmy się ich widoku w jego okolicach. Trochę dlatego, że źle odczytaliśmy mapę i wydawało nam się, że jesteśmy bliżej.
A potem nagle zobaczyliśmy stojący w oddali samochód do transportu kajaków, okazało sie, że właśnie tu dobiega końca skrócony etap kajakowy. A na brzegu Słomiane Bambusy drą się czy udało nam się znaleźć dwudziestkę. Ups.
Przez chwilę była burza mózgów i różne plany. Wrócić kajakami w górę rzeki. Poszukać punktu od strony lądu. Ostatecznie zrezygnowaliśmy. Trudno - za gapowe się płaci.
Dzięki temu, że kajaki zostały skrócone, zyskały zespoły, które na pierwszy rolko-treking zabrały rolki. Bo to oznaczało, że mieli je ze sobą na kajakach i do ostatnich punktów "kajakowych", usytuowanych niedaleko szosy, mogli dotrzeć szybciej.

Ostatnia strefa zmian usytuowana była w bardzo sympatycznej knajpce. Widać było, że mieszkańcy Łobżenicy bardzo przeżywają całą imprezę i robią wszystko, żeby pozostawić w uczestnikach jak najmilsze wspomnienia z pobytu na Krajnie. Udało im się w 150 procentach. Nie dosyć, że szukając strefy zmian, byliśmy nakierowywani przez zupełnie obcych ludzi, to na miejscu spotkaliśmy się z taką serdecznością, że aż żal było wychodzić.
Zanim się obejrzałam miałam podstawione dwa krzesła, żebym sobie usiadła, a sekundę później miałam w ręku kubek z gorącą herbatą i talerzyk z domowym ciastem. Za plecami wesoło trzaskał kominek, było ciepło, błogo i zupełnie, ale to zupełnie nie chciało mi się wychodzić na zewnątrz.

Trzeba ruszyć tyłek sprzed kominka :)
fot. Towarzystwo Miłośników Łobżenicy


Tym bardziej, że teraz był etap rolkowy. Bałam się go. Bałam się tym bardziej, że na rolki wyruszaliśmy już po zachodzie słońca, po ciemku, a moja czołówka coraz bardziej przygasała. Przed nami było prawie 30 kilometrów do pokonania i możliwe, że jeszcze taplanie się po ciemku w błocie - jeśli zdecydujemy się na szukanie pięciu bonusów.
Oj, zabawnie było chwilami. Naprawdę nie wiem jakim cudem, ale nie przewróciłam się ani razu, choć w wielu momentach było bardzo, bardzo blisko. Zaskakiwały dziury w asfalcie. Albo nagła zmiana nawierzchni na o wiele gorszą (asfalt składający się z samych drobnych kamyczków. I to wrażenie, że zaraz całe nogi wyskoczą mi z tyłka, a z mózgu zrobi się kogel - mogel). Zaskakiwały zakręty, nachylenie (tu mój mąż pewnie długo będzie pamiętał moje rozpaczliwe okrzyki "Tibor, ratuj", gdy rozpędzałam się na jakimś spadku i miałam wrażenie, że na pewno za moment wywinę orła, wpadnę pod samochód, albo odjadę w siną dal).
W końcu trzeba było podjąć również decyzję czy grzejemy na metę, czy szukamy bonusów. I decyzję podjęłam ja. Miała ona niestety wpływ na naszą klasyfikację wśród zespołów. Nie mogliśmy sobie pozwolić na spędzenie jeszcze godziny czy dwóch na trasie. Po zakończeniu rajdu czekała nas jeszcze noc w samochodzie. Naszymi dziećmi na czas Krajny opiekowała się teściowa, która w niedzielę  miała zawody nordic walkingowe, na których bardzo jej zależało. Mieliśmy  twardy godzinowy deadline, kiedy musieliśmy się pojawić w domu.
Po 22 godzinach i 7 minutach zameldowaliśmy się na mecie. Punkty, które zebraliśmy dały nam 15 miejsce wśród 19 zespołów. I piąte, przedostatnie wśród mixtów :)

Meta, słodka meta :)
fot. Krzysztof Zaniewski www.chrisactive.pl


Nie wiem do końca jak mój mąż zaprawiony w harpaganowych bojach ocenia trudność Krajny. Dla mnie to była niezła wyrypa. Próbowałam ocenić co było dla mnie trudniejsze: Transgrancanaria czy taka Krajna - bo czas wysiłku był podobny. I doszłam do wniosku, że chyba jednak Krajna. Ze względu na różnorodność dyscyplin na takich rajdach przygodowych człowiek angażuje naprawdę całe ciało i chyba w o wiele większym stopniu głowę. Tu jeszcze dodatkowo dochodził aspekt pory roku. Było po prostu zimno.
Oczywiście po powrocie rozmowom  i analizom- i w czwórkę i w dwójkę - nie było końca. Co poprawić, co zmienić, na co zwrócić uwagę, co bardziej wytrenować (rower, rower!). Pojawiła się nowa lista zakupów. Sto pięćdziesiąt kilometrów trasy w brutalny sposób obnażyło nasze braki sprzętowe, na przykład za słabe czołówki.
To była dla mnie niezła przygoda i niezła lekcja, również pokory.
Nie muszę oczywiście mówić, że pod koniec miałam myśli, że ja się do tego nie nadaję i niech chłopaki znajdą sobie jakąś inną babę na to Adventure Trophy? Już mi przeszło :) Bo rajdy przygodowe, z ich intensywnością, przyrodą, po prostu wciągają.

poniedziałek, 5 marca 2018

Transgrancanaria - rycząca czterdziestka

Transgrancanaria - rycząca czterdziestka
Na punktach starałam się nie siadać i generalnie cały czas się ruszać. A i tak z punktu na punkt coraz ciężej było po tych paru, parunastu minutach przerwy rozruszać nogi. W Tejedzie musiałam usiąść, bo po pierwsze przebierałam się (zdejmowałam długi rękaw i zmieniałam getry 3/4 na spódniczkę), a po drugie po raz pierwszy dopadły mnie skurcze w stopie, konkretnie w łuku stopy. Ból niesamowity, musiałam to rozmasować jakoś. Udało się na szczęście. Zwiększyłam spożycie saltsticka i zaczęłam częściej korzystać z izotonika z bukłaka (do tej pory leciałam głównie na ładowanej co punkt do flaska coli).
Ruszyliśmy dalej. Nie wiem, nie pamiętam, w którym momencie zorientowałam się, że jest źle. Podejścia były strome, ja szłam wolno, ale w którymś momencie to wolno zamieniło się w bardzo wolno. Zaczęliśmy przepuszczać coraz więcej osób. W głowie pojawiły się czarne myśli i ogólne zniechęcenie. Chyba nawet spytałam się Tibora czy może mi przypomnieć czemu na czterdzieste urodziny nie wybrałam sobie wizyty w spa ;). Szło mi się ciężko, każdy krok to była mordęga. Wydawało mi się, że to wszystko nie ma sensu, że to była pomyłka, nie nadaję się do tego. Dupa wołowa ze mnie a nie ultraska. Przed nami majaczyło Roque Nublo, a mnie wydawało się, że jest strasznie daleko (logika ultrasa w kryzysie: widzisz swój cel oddalony o 30 km - nie, no spoko- luz. Masz kryzys i dzieli Cię od niego parę kilometrów: matko, jak to daleko!). A jak się zorientowałam, że trasa nie prowadzi do niego najkrótszą drogą, tylko okrążamy ten cały płaskowyż od dołu - to już w ogóle mój dół sięgnął zenitu. Dodatkowo byliśmy sami. Ci co mieli nas wyprzedzić - wyprzedzili. Ten brak ludzi, innych zawodników z naszego dystansu powodował, że czułam się jakbym szła na szarym końcu. To wtedy w rozpaczy spytałam się męża czy mamy jeszcze szansę na  zmieszczenie się w 24 godzinach (to był mój cel, moje marzenie). Ten spojrzał się na mnie dziwnie i odpowiedział, że jak na razie to w dalszym ciągu poruszamy się na czas poniżej 22 godzin.
Wow. Serio?? Nie, nie odzyskałam nagle sił. Nie pobiegłam jak torpeda. Ale głowa, głowa, która chwilami jest ważniejsza od mocnych nóg - ona się podniosła, uwolniła od tego marazmu, czarnych myśli.
Weszliśmy wreszcie na szlak, który kilka dni wcześniej pokonywałam z rodziną i upartą Matyldą, która wszystko chciała sama. Jak nie zaciskać zębów i nie próbować walczyć, kiedy dokładnie w ten sposób mobilizuje cię mąż: że to droga, którą pokonują półtoraroczne dziewczynki na swych krótkich nóżkach. Oczywiście ta dziewczynka nie miała za sobą zarwanej nocy, ani osiemdziesięciu kilometrów w nogach, no ale ;)
Ostatnie podejście na płaskowyż przed skałą było upierdliwe. Dotarliśmy tam po trzynastej, więc dookoła oprócz zawodników było mnóstwo turystów. Trzeba było przystawać, przepuszczać ludzi w przewężeniach. Wreszcie ostatni fragment. Nic tu nie ma. Trzeba tylko dotrzeć do gościa, który zczyta twój czip.
Te parę dni temu wyobrażałam sobie, jak skaczę sobie zgrabnie omijając dziury (bo teren niby płaski, ale przypomina ser szwajcarski). Ha! A co robię teraz? Po prostu maszeruję podpierając się kijami, starając się bardziej nie zmoczyć butów, bo wszystkie niecki wypełnione są wodą.
Powrót. Mobilizuję się do podbiegania, mijamy parking, kawałek asfaltem i znów skręcamy w teren, trawersujemy zbocze wąską ścieżką. Byle do następnego punktu, już za chwileczkę, już za moment powinien być.
Jest. wbiegamy na camping Garanon, tam mamy przepak. Ja postanawiam z niego nie korzystać, Tibor zostawia część rzeczy, zmienia buty, wyciąga powerbanka.
W czasie, gdy on ładuje zegarek i zajada się makaronem z warzywami i kurczakiem (jak on to może przełknąć?? Mnie na sam widok czegoś co nie jest ani pomarańczą ani bananem, robi się niedobrze ;), ja walczę znów ze skurczami. I tym razem jest mniej zabawnie, bo nie jestem w stanie sobie z nimi poradzić. Znów daje do wiwatu łuk stopy i łydka dodatkowo. Zdejmuję buta, ale nawet jak udaje mi się rozmasować napięty mięsień, problem wraca przy próbie włożenia z powrotem buta.
Znów ładuję podwójną dawkę saltsticka, wyciągam żel wzbogacony w elektrolity, pomagam sobie izotonikiem i czekam aż zaskoczy. Udaje się, ale cały czas czuję, że moje nogi, szczególnie lewa jest w bardzo kruchej równowadze. Popędzam Tibora, bo sporo czasu tu zmarudziliśmy i uciekamy dalej. Nogi jak kołki nie chcą współpracować. Tak już zostanie do końca. Po każdym postoju na punkcie, nawet najkrótszym, potrzebuję kilkunastu minut, żeby nogi znów zechciały jako tako robić to co ja chcę.
Powtarzam sobie, że teraz to już z górki. Za nami prawie 90 kilometrów, to już niewiele. Z górki, z dwoma podejściami tylko. Zbiegi, przecież lubię zbiegi, na pewno uda się coś  nadrobić.
O, jak bardzo się myliłam! Przede wszystkim, pomimo, że czytałam przed wyjazdem relację Krzyśka Dołęgowskiego, jakoś wyrzuciłam z pamięci opis tej ostatniej części biegu. A Krzysiek pisał:

"Od kempingu Garagnon zaczyna się właściwy wyścig. To tu Gediminas Grinius przejął prowadzenie by wygrać edycję 2015. To tu może zacząć się poważny kryzys, bo jest bardzo słonecznie, a teren robi się bardzo kamienisty. Na początku to są skały wulkaniczne – całkiem miłe, ale potem trafiają się koszmarne kocie łby. Takie z piekła rodem – z rogami. Warto je przebiec w czasie rekonesansów by wiedzieć na co się szykować. Ja wiedziałem i dlatego nie obiecywałem sobie dużo na zbiegach z Pico de Las Nieves"

Skały wulkaniczne na zboczach Pico de Las Nieves nie byłyby złe, gdyby nie płynęły po nich potoki i potoczki wody i nie było błota. Czasem nie dało się tego ominąć, czasem ja się nie starałam. Znów fundując skarpetkom i stopom moknięcie. Stopom, które już swoje przeszły. 
Nagle do mnie doszło, że poruszanie się na granicy skurczu jest moim najmniejszym problemem. Mokre skarpetki, buty i moje stopy przestały współpracować i wszystko poruszało się niezależnie od siebie. Z każdym krokiem stopy piekły coraz bardziej, aż wreszcie poczułam, że mam na spodzie, na śródstopiu pęcherze.
I co teraz? Czterdzieści kilometrów do mety. Suche skarpetki, buty, zostały na przepaku. Nie mam pojęcia jak wyglądają spody moich stóp. A może mam tam bąble podobnej wielkości jak po skiturach? A co będzie jak pękną? Mam niby przy sobie plastry na pęcherze, ale nie przewidziałam, że w grę będzie wchodziło obklejenie nimi spodów stóp. Jaka jest szansa, że na wilgotnej, spoconej, cały czas ruszającej się stopie taki plaster się utrzyma? A jeśli się zroluje i pogorszy sytuację? Postanawiam nie robić nic. O normalnym zbieganiu mogę zapomnieć. Każde stąpnięcie na wystający, nierówny kamień równa się potworne pieczenie. Oczywiście staram się - wszędzie tam, gdzie robi się bardziej gładko staram się podbiegiwać, staram się szybko maszerować, pomagać kijkami, oszukiwać - ale w głowie mam też, że muszę to wszystko jakoś wypośrodkować, żeby moje stopy wytrzymały do mety. 


te kocie łby też były straszne


O czasie rzędu 20- 21 godzin możemy zapomnieć. Widzę jak wygląda teren. No, owszem: cudnie jest. Ale trasa to cały czas taki górski gemel, jak to nazwałam. Kamienie pod każdą możliwą postacią. Uznaję, że priorytetem jest teraz zejście jak najniżej jak najszybciej, żeby na tych zejściach nie zastała nas noc. A ta, jak pisałam już, zapada bardzo szybko, nie ma co liczyć na długi zmierzch.
No i szliśmy, podbiegaliśmy, odliczając kilometry do następnego, przedostatniego już punktu. Był moment, że uznaliśmy, że Hiszpanie chyba mają jakieś inne kilometry. Niby 2 km do punktu - a my dalej wysoko trawersujemy zbocze, dolina hen, pod nami i gdzieś tam na horyzoncie majaczy miasteczko, nasz cel.


Niech was nie zmyli ten uśmiech. Jak robią zdjęcie - trzeba trzymać fason ;)


Wreszcie jest. Staramy się szybko ruszyć dalej, bo za moment zrobi się ciemno. Przed nami ostatnie, najmniejsze podejście, a potem już tylko w dół. Do mety: 17,5 km. Do następnego, ostatniego punktu kontrolnego, już w Maspalomas, zostało 14 km.
Ile może zająć pokonanie czternastu kilometrów? Ano, moi drodzy, może zająć dwie i pół godziny...
Podejście weszło gładko. Ostatni zbieg - z syczeniem, puszczaniem "panienek", jęczeniem i krzywieniem się, jakoś też. 
A potem weszliśmy w dolinę. Dolina miała z dziesięć kilometrów i przez ten cały czas szła dnem wyschniętego strumienia. Ja już wcześniej miałam dość tych wszystkich kamieni. Teraz znienawidziłam je nienawiścią czystą i bezkresną. To był koszmar dla nóg i dla głowy. Dziesięć bitych kilometrów po ruszających się, nierównych kamorach. Po ciemku, w świetle czołówki. Nie było przed nimi ucieczki. Droga od czasu do czasu wychodziła ponad to dno strumienia (co wcale nie oznaczało końca kamieni. Po prostu było ich troszkę mniej, a i to nie zawsze), po to by za parę metrów znów prowadzić jego dnem. 


Teraz pragnę przeprosić, ale od tej pory w tekście zaczną pojawiać się słowa powszechnie uważane za obelżywe ;)


Byłam mega wkurwiona. Inaczej nie jestem w stanie opisać tego stanu. Permanentny wkurw na ten teren, który jednocześnie popychał mnie do działania. Stopy wołały o litość. Palce, które dostawały łupnia za każdym razem, gdy się potykałam, gdy jakiś kamień spadał mi na buta, też błagały o litość. A ja starałam się maszerować tak szybko jak tylko się da. Co by mi dało wolniejsze poruszanie się? Tylko to, że w tej pieprzonej dolinie spędziłabym więcej czasu. Starałam się odizolować od odczuć bólowych i gnać do przodu, do końca tej doliny. Głowa się buntowała. Co podnosiłam wzrok, w świetle czołówki widziałam tylko bambusy, kamienie przed sobą i ciemny zarys gór po bokach. Nie było widać końca tej drogi. 
Wybuchła radość wśród innych towarzyszy niedoli (bo maszerowaliśmy w takim pociągu złożonym z kilku osób, czasem kogoś doganialiśmy), gdy minęliśmy tabliczkę informującą, że jeszcze tylko 10 kilometrów do mety. Ha! I co z tego jak teren nic a nic się nie zmieniał. Czułam się jak w jakimś Dniu Świstaka. 


Znalezione w necie. Dziesięć kilometrów dnem potoku po ciemku...


Wreszcie po jakimś okropnie długim czasie, po puszczeniu pod nosem niezliczonej ilości kurw, zobaczyłam przed sobą daleko światło latarni.
Trasa skręciła na szutrową drogę. Wreszcie! Z boku stali ludzie i kibicowali. Byłam wtedy w takim  stanie, że pomyślałam sobie, że mam w dupie ich okrzyki. 
Skupiłam się, żeby zacząć podbiegać. Nogi się trochę rozruszały. Zaczęłam wydłużać odcinki biegnięte. Przed nami zamajaczył jakiś wiadukt. Cywilizacja!
I wtedy trasa znów skręciła do strumienia...

Ja chyba wtedy przeszłam jakieś miniaturowe załamanie nerwowe, bo pamiętam, że pod nosem zaczęłam łkać. A jednocześnie para poszła mi z uszu. 
Tak ze mną pogrywasz, Transgrancanario?? Chcesz mnie zniszczyć? Chcesz sprawdzić na ile możesz mnie wgnieść w ziemię? Chcesz sprawdzić czy wytrzymam?? OK. Challenge accepted!!! Ukończę cię. Na MOICH zasadach, nie na twoich!

Jednym słowem postanowiłam do samej mety nie przechodzić do marszu.

Zaczęłam biec. Kamienie? Pierdolę was! Boli? To nie mój ból, there is no spoon! Schody? Walę schody, wbiegnę sobie na nie!
Droga szła generalnie kanałem burzowym, od czasu od czasu wyprowadzając na chwilę na chodnik, po to, żeby znów zejść w dół. Zamknęłam się w sobie i na tym mega wkurwie cały czas biegłam.
Wreszcie widzimy ostatni checkpoint, trzy kilometry przed metą.  Ileś tam kilometrów wcześniej omawialiśmy czy się na nim zatrzymujemy czy nie. Tibor coś wspominał o pomarańczach, ale w tej sytuacji dla mnie jest oczywiste, że biegniemy dalej. Dla mnie może tak, ale nie dla mojego męża.
Przelatuję przez punkt z lewej strony i mknę ku schodom - bo trasa znów schodzi w kanał burzowy, a małżonek skręca w prawo wołając do mnie "ej, a pomarańcze?"
Ja pierdolę! W dupie mam wszystkie pomarańcze świata! Nie chcę żadnych pomarańczy! Chce na tą pieprzoną metę!!!
Zlatuję po schodach i całą siłą woli zatrzymuję się. Jestem tak nabuzowana, że byłabym w stanie pobiec dalej sama. No ale nie po to przez te ponad 80 km biegliśmy razem, żebym teraz zwiała. Stoję i wrzeszczę do Tibora, żeby złaził. Możliwie, że bluzgam jak szewc, nie pamiętam. Zbiega zdziwiony i skruszony.
Chcę. Na. Metę. Biegniemy. Nie. Zatrzymujemy. Się.
Biegniemy. Mijamy po drodze jakieś zombie również zmierzające ku mecie. Wreszcie trasa wyszła z tego pieprzonego kanału burzowego. Chodnik. Długi, nudny. Skręcamy w prawo. Znów długa, długa prosta na tyłach jakiś zabudowań. Mijamy następnego idącego biegacza odprowadzanego do mety przez kibicującą partnerkę. Następna prosta - ale już na horyzoncie widać budynek expo, przy którym jest meta. Przechodnie biją nam brawo. Ostatni zakręt. Przed nami inny zawodnik. Moglibyśmy go wyprzedzić. Do mety zostało może z 10 metrów, facet już wyciąga ręce w górę. Wydaje mi się, że wyprzedzanie w takiej chwili to byłoby ostatnie buractwo. Jakie ma znaczenie czy wpadnę na metę ileśtamsetna czy ileśtamsetna plus jeden? 

Wiecie, wiele razy wyobrażałam sobie moment przekraczania linii mety. Ale w życiu bym nie przypuszczała, że będę ją przekraczać na takim wkurwie ;)


Że się uśmiecham? To uśmiech nienawiści :P


Udało się, tak. Za metą odbieram fanty dla finiszerów, siadam na murku i... to już koniec. Organizm z miejsca wyczuł, że koniec mobilizacji, że już nic nie musi, bo gdy kilka minut później Tibor proponuje zrobienie zdjęć, nie jestem już w stanie z tego murka zejść o własnych siłach :)
Średnio reaguję na prośby odwrócenia się, lepszego ustawienia, w końcu mówię, żeby mi dał spokój, nie chcę żadnych zdjęć. Chcę po depozyt, po kurtkę, sandałki, chcę zdjąć te pieprzone buty i spać do hotelu. Taksiarz chyba pobił jakiś rekord trasy pomiędzy metą a naszym hotelem. Powiedział, że wyglądamy na takich, którzy szybko chcą pójść spać :)


Jakieś podsumowanie?
Długi, trudny, mocno techniczny bieg. Druga część daje popalić - bo na trudny teren mocno nakłada się zmęczenie.
Na dystansie 125 km (oficjalnie, bo kilometrów było więcej. Nam wyszło prawie 128. Ba, organizator przyszłoroczną edycję też już reklamuje jako 128 kilometrową) wystartowało 895 osób.  Do mety dotarło 679 zawodników. Wystartowało 99 kobiet, z czego do mety dotarło 75. 
Przybiegliśmy na 312 i 313 pozycji. Byłam 37 kobietą i 15 w swojej kategorii wiekowej. Cieszę się, że nie byłam na szarym końcu :)

Ciężko mi podsumować mój start. To było moje pierwsze spotkanie z tak długim dystansem. Poza tym człowiek, im dłuższy okres czasu mija od przekroczenia mety, im bardziej jest wypoczęty, tym większą ma tendencję do rozkładania wszystkiego na czynniki pierwsze i zastanawiania się czy mógłby gdzieś zrobić coś lepiej, mocniej, szybciej. Staram się pamiętać, że gdybym była w stanie zrobić coś szybciej - to na pewno bym to zrobiła i nie gdybać "co byłoby gdyby". Choć to trudne :)

Na pewno ten start był dobrą lekcją. Co się może przydać, a co nie. Na co zwrócić uwagę. Gdzie uważać. Już wiem, że na tak długich dystansach suche stopy są na wagę złota. Przez kałuże to można lecieć na krótszych dystansach. Na długich - można mocno zapłacić na niefrasobliwość, więc cieszę się, że pomimo wszystko udało się dotrzeć do mety i to w czasie nie najgorszym. 
Właśnie! Nie podałam czasu :) 
22 godziny i 26 minut. A pomyśleć, że marzyłam o 24 godzinach :) Uważam, że z tymi wszystkimi przygodami, to całkiem niezły wynik.

Transgrancanarię polecam, mimo wszystko :) Ale to bieg, do którego trzeba się dobrze przygotować.





Transgrancanaria- miłe złego początki

Transgrancanaria- miłe złego początki

Ha! No to teraz będzie zabawnie. I co teraz? Tibor na twarzy miał uśmiech dokładnie w takim stylu: " I co teraz Pani_Chcę_Biec_Sama?"
No, nie wiedziałam co teraz. Przede wszystkim chciało mi się siku, więc poprosiłam męża o popilnowanie plecaka. A potem się zestresowałam, że własnie go niepotrzebnie zatrzymałam, bo zgodnie ze swoimi zapowiedziami chce pobiec dalej sam a ja mu dupę zawracam plecakiem. A z drugiej strony skoro już się spotkaliśmy, chciałam mu zadać tyle pytań: czy widział tego dopingującego dziadka, czy jego też rozśmieszyła tabliczka, że do mety zostało 120 kilometrów, czy widział ten księżyc niziutko nad wzgórzem, czy spojrzał się choć raz do góry na gwiazdy? Byłam też ciekawa jaka była pomiędzy nami różnica na wcześniejszych punktach. Może okaże się, że tej ciemności biegliśmy w odległości pięciu metrów od siebie? (Sprawdziliśmy później. Na pierwszych dwóch punktach meldowałam się 11 minut przed Tiborem. Na trzeci wpadł 2 minuty po mnie - i się spotkaliśmy)
Taka byłam zestresowana, że szybko założyłam plecak i wybiegłam z punktu za nim, zapominając, że oprócz tych paru łyków coli nic nie zjadłam.
Pierwsze kilometry to było takie obwąchiwanie się. Niby razem, ale trochę osobno. Bez deklaracji, bez szczegółów. Życzenia urodzinowe. I krok za krokiem pod górę, przed siebie. Wymienianie wrażeń z przebytych kilometrów.
Usłyszałam od męża, że właśnie mamy za sobą maraton. To jeszcze tylko dwa i będzie meta :) I trochę się zdziwiłam, bo mój zegarek wskazywał mniej kilometrów... Jasny gwint! Bojąc się, że nie wytrzyma mi bateria, przestawiłam suunto w bardziej oszczędny tryb. Efekt tego własnie widziałam: zaniżał dystans (z całego biegu obciął mi ponad 20 km). Powiedziałam tak pół żartem - pół serio, że nie możemy się teraz rozstać, bo nie będę wiedziała za ile kilometrów będzie następny punkt kontrolny. To zdanie, mam wrażenie, jakoś oczyściło do końca atmosferę i oboje przestawiliśmy się w tryb "jeśli nie zdarzy się jakaś katastrofa, idziemy razem".

Dziury mam straszne w pamięci. Nie poskładam tego biegu w całości, kilometr po kilometrze. Przez głowę przelatują mi obrazy, urywki, których nie potrafię dokładnie umiejscowić na naszej trasie.
Inny biegacz, który non stop robił zdjęcia. Noc, człowiek skupiony na wysiłku - a tu nagle bach! Bach! Twój świat raz po raz jest rozrywany światłem lampy błyskowej. Miałam dużą ochotę wyrwać mu ten aparat i wyrzucić, wrr. Zamiast tego postaraliśmy się go wyprzedzić.
Zejście. Ale jakie! Prawie pionowe zbocze. Pięć kroków i zakręt. Pięć kroków - i znów nawrotka. I tak pierdyliard razy w dół, w dół. Po wyślizganej glinie, po śliskich kamieniach, po nie wiadomo czym, bo gęsta, egzotyczna roślinność wszystko zasłaniała, przytrzymywała kijki, usiłowała wyrwać z rąk. Trzeba było bardzo, bardzo uważać. Dziewczyna przede mną nagle straciła przyczepność i pojechała kawałek na tyłku. Miała szczęście, bo nasz kolega był świadkiem jak zawodnik przed nim zatrzymał się trzy metry niżej na jakimś aloesie. Pamiętam jeszcze moje przerażenie, gdy wypłaszczyło się, parę razy trasa zakręciła i nagle w tej ciemności przed sobą zobaczyłam rząd czołówek ułożonych w zygzak jakby do samego nieba. Zamarłam. Coo? Ja mam TAM się wdrapać? Po chwili uświadomiliśmy sobie, że przez te zakręty właśnie, widzimy trasę po której przed chwilą schodziliśmy w dół. Ulżyło mi, ale co z tego. Za moment wdrapywaliśmy się na inne zbocze, równie strome.
Pamiętam, że jadłam żel, pomimo, że Tibor twierdził, że niedaleko jest punkt. Jadłam, bo zapomniałam cokolwiek zjeść na poprzednim przez to nasze spotkanie i zaczęło mnie odcinać.
Następny obrazek: tama, po której biegliśmy. Na środku wieeelka kałuża, którą postanowiłam olać i przelecieć przez jej środek. Bo przecież to tylko woda i wszystko wyschnie. Gdybym wiedziała, że będę później za swoją niefrasobliwość drogo płacić...
Wstający dzień nad górami. Tu, na Kanarach i zmierzch i świt trwa bardzo krótko. Podchodzimy przez fajny, pachnący las. Tibor nagle każe mi iść samej. Ma kryzys, chce zwolnić i coś zjeść. Mówi, że mnie dogoni. Ale jak to? Już oswoiłam się z myślą, że biegniemy razem. Ruszam do przodu, ale oglądam się za siebie. Dogonił mnie.Uff.
Z daleka widać fantazyjnie owianą chmurami skałę Roque Nublo. Mieliśmy tam dotrzeć za jakieś trzydzieści kilometrów.
A potem świat zalały promienie słońca barwiąc las przez który podchodziliśmy na złoto. Wstawał nowy, słoneczny dzień, a my...wyciągnęliśmy rękawiczki. Było chłodno, bo cały czas zdobywaliśmy wysokość. Wchodziliśmy powoli w najwyższe partie gór.
Na którymś punkcie Tibor jadł ryż z warzywami. Po spróbowaniu go zdecydowanie stało się dla mnie jasne, że oprócz bananów, pomarańczy i coli nie powinnam próbować nic innego. Te trzy ziarenka, które zjadłam dłuugo czułam w żołądku.
A po piątym punkcie zgubiliśmy się (powiem szczerze, że nie wszędzie trasa była oznaczona idealnie). Wyszliśmy z Artenary, zaczęliśmy iść w górę szeroką, piaszczystą drogą. Widzieliśmy taśmy znakujące, wszystko się zgadzało. Aż tu nagle zniknęły. Nie wiadomo w którym momencie, bo skupiliśmy się na drodze, która była oczywista. Konsternacja, tym bardziej, że za nami poszło parę osób. Chwila zastanawiania i poszliśmy dalej, w górę, rozglądając się na boki. W końcu oznaczenia znów się pojawiły. Okazało się, że trasa w którymś momencie odbijała bardziej na skróty. Nie zauważyliśmy tego i poszliśmy kawałek naokoło.

Początek podejścia za Artenarą. Widok po-wa-lał. Na zdjęciu nikt znajomy.


Potem pamiętam fragment w chmurach. Było wilgotno, chłodno. Ścieżka, którą biegliśmy była mocno błotnista, śliska, z kałużami. Nie wiem czy tylko po tej burzy, która przeszła dzień wcześniej czy później też coś padało. Trzeba było uważać, bo trasa prowadziła wzdłuż urwiska. Od czasu do czasu mijaliśmy kartki organizatorów ostrzegające przed niebezpiecznymi miejscami.
A potem zaczął się długi zbieg do następnego punktu, w Tejedzie. Zapamiętałam go bardzo dobrze, bo świetnie mi się zbiegało. Tam zaliczyłam zdecydowanie zbiegowy flow.
Wyszliśmy z chmur, najpierw był zbieg przez las, a po przeleceniu przez maleńką miejscowość Cruz de Tejeda (geograficzny środek wyspy, swoją drogą), zaczęło się najlepsze. Przynajmniej dla mnie, bo Tibor po fakcie stwierdził,że miał po dziurki w nosie tego zbiegu i jeszcze trochę a był bliski odpuszczenia. Chmury zostały już dawno za nami, więc oczy cieszyły świetne widoki na góry. A my opłotkami, wśród kaktusów i innej roślinności skacząc po kamieniach lecieliśmy w dół. To był taki ukochany przeze mnie rodzaj zbiegu: stromy, ale nie za bardzo, piaszczysty, ale z kamieniami, od których można się odbić, zmienić krok. Sporo osób wtedy wyprzedziliśmy.

Muszę się guglem posiłkować, bo sami nie robiliśmy zdjęć. (Raz próbowałam. Zanim wyciągnęłam aparat i cyknęłam, zamiast miejscowości na tle gór wyszły mi krzaki :). Taki mniej więcej mieliśmy widok zbiegając do Tejedy.

Przecinaliśmy szosę i w dół, ścieżką

W Tejedzie, na szóstym punkcie kontrolnym zameldowaliśmy się po 12 godzinach i 19 minutach. Wspominam o tym dlatego, że był to mniej więcej dystans odpowiadający Biegowi Rzeźnika z 2015 roku. Czas mieliśmy niewiele gorszy niż ten, z którym zameldowałam się wtedy na mecie. Tylko Rzeźnik miał 3675 metrów przewyższeń, a my już mieliśmy w nogach coś koło pięciu tysięcy.
Przed nami był jeszcze kawał drogi, ponad pięćdziesiąt kilometrów.
Czułam się dobrze, nie mogłam doczekać się Roque Nublo. To był najwyższy punkt na naszej trasie. Stamtąd miało nam zostać tylko (he,he: logika ultrasa) 40 km, niby też z paroma podejściami, ale generalnie w dół.
Ale z rogiem czaił się ON.
O kim mowa? Moi drodzy: czymże byłaby relacja z biegu ultra bez kryzysu :)
Ale o tym w następnej części, już ostatniej, obiecuję :)



Część ostatnia ====>

piątek, 2 marca 2018

Transgrancanaria - razem czy osobno?

Transgrancanaria - razem czy osobno?
Jeśli ktoś z Was ma ze współmałżonkiem takie same techniczne koszulki, różniące się tylko rozmiarem i ta koszulka Wam zginie, a poszukiwania prowadzone od co najmniej pół roku nie dają pożądanych efektów - zapiszcie się wspólnie na jakiś fajny, górski, długi bieg w drugim końcu świata. Jest szansa, że koszulka cudownie się znajdzie :) Oznajmi to wam soczysta kurwa puszczona przez współmałżonka ubierającego się w ciuchy startowe. Nie powiem: ucieszyłam się ze znalezionej zguby ;) Choć Tibor w koszulce sięgającej mu nad pępek wyglądał zabawnie :)

Doszliśmy ostatecznie od ładu: Tibor się ubrał, ja przestałam latać do toalety na samo spojrzenie na kijki i żele. Stres związany z wyjściem i jazdą do Las Palmas opisałam w poprzednim wpisie.
Czas poruszyć temat, który wisiał nad nami i przed biegiem i w jego trakcie. Temat, który dyskutowałam i z moim mężem i ze znajomymi, którzy dopytywali się: biegniecie razem czy osobno?

To skomplikowane :)

Chciałam osobno. Tibor chciał razem. Moją odpowiedź potraktował chyba trochę jako próbę jakiegoś wywyższenia się - bo w przeszłości zdarzyło się, że mąż mój przez nieodpowiednie odżywianie i nawadnianie zaliczył mega zgon na schodach na Szczeliniec podczas Maratonu Gór Stołowych. Bo przybiegłam przed nim na metę Ultramaratonu Bieszczadzkiego. Bo byłam trzecia wśród teamów kobiecych na Biegu Rzeźnika i poczułam się wtedy bardzo pewnie, zbyt pewnie.
A to nie do końca tak.
Od tamtych startów minęło parę lat. Mój mąż przebiegł kilka ultra, kilka krótszych biegów górskich. Trzy razy podchodził do Harpagana - który trwa przecież przez cała noc i pół dnia. Ma na koncie kilka pełnych dystansów w triatlonie. Trenował do tego biegu równie ciężko jak ja. Szanse na dobry bieg jak i zgon na trasie były moim zdaniem wyrównane. Transgrancanaria jest długim i trudnym biegiem. Żadne z nas nigdy wcześniej nie pokonało takiego dystansu. Nie wiadomo było co się stanie w trakcie, jak zareagują nasze organizmy. Mogła się zdarzyć powtórka z rozrywki z Gór Stołowych. Ale mogło być i w drugą stronę: to ja w którymś momencie mogłam stać się kulą u nogi, która tylko wstrzymuje będącego w lepszej dyspozycji męża. Nie chciałam żadnemu z nas odbierać szansy na pokonanie tego dystansu na miarę własnych możliwości. I pomyślałam, że powinniśmy spróbować wystartować osobno.
 Co z tego wyjdzie - nie wiedziałam i dopuszczałam do siebie taki rozwój sytuacji, że ostatecznie skończymy razem. Mój mąż chyba nie był przekonany, bo stwierdził, że ok - ale jakbyśmy się spotkali na trasie, to każde z nas robi swoje. Zabrzmiało to dość kategorycznie i nie o to mi chodziło, szczerze mówiąc. Miałam nadzieję, że ten pewnego rodzaju konflikt sam się jakoś rozwiąże w trakcie biegu i nikt do nikogo nie będzie miał pretensji, niezależnie od tego czy tę metę przekroczymy ostatecznie razem czy nie.






Po starcie, z plaży zresztą, starałam się wmieszać w tłum, żeby zgubić się z Tiborem. Trudne to nie było, bo wystartowało ponad tysiąc osób. Zabawne jest to, że w tym miejscu, deptakiem,  trzy lata wcześniej finiszowałam w półmaratonie. Teraz deptak oglądałam z wysokości plaży, a bieg dopiero zaczynałam. W dodatku lekką ręką licząc sześć razy dłuższy niż wtedy :)
Tradycyjnie nie pamiętam wszystkiego co się działo na trasie. W głowie zostały migawki. Bieg na przedmieściach Las Palmas wśród jakiś nieużytków, koszy na śmieci, nic ciekawego. Wkurzanie się trochę na ludzi, którzy w tym jeszcze nie rozciągniętym tłumie już sięgnęli po kijki. Przelot jakimś zaśmieconym lekko dnem wyschniętego potoku. Ludzie, fantastyczni ludzie kibicujący na trasie, czasem naprawdę niezłe tłumy. Wąż czołówek za mną i migających czerwonych lampek przede mną. Kilometry leciały, czas niezauważalnie również. Coraz mniej było kibiców, coraz mniej cywilizacji, ludzie coraz bardziej się rozciągali. Na pierwszych dwóch punktach nie zabawiłam długo. Pomarańcze, banany, cola do kubeczka, izotonik do flaska - i dalej w drogę. Gdzieś koło siedemnastego kilometra przestałam chojraczyć i wyciągnęłam kijki. Zaczęło robić się trudno. Nie padało - ale ślady burzy widać było na trasie. Kałuże, mokra trawa, śliskie kamienie czy wręcz gliniaste, rozmięknięte podłoże. Jak się leci taką śliską ścieżką, ewidentnie zboczem, a po stronie spadku w świetle czołówki widać kaktusy - to rurka trochę mięknie ;) Gdy zaczęły się solidne, kamieniste podejścia, niestety zwolniłam. Dwie rzeczy się na to złożyły: to, o czym wspominałam w poprzednim wpisie, czyli pewne braki w treningu oraz niewyspanie. To  musiało być koło 3-4 nad ranem i mój organizm z lekka się zaczął buntować.
Wychynęliśmy po podejściu z jakiś krzaków na obrzeżach uśpionego miasteczka. To był prawie czterdziesty kilometr. A tam stał dziadek. Stał i szeptem, żeby nie pobudzić sąsiadów, dopingował nam, wyłaniającym się z nocy szaleńcom. To było strasznie wzruszające.
Przelot przez miasteczko, wbiegłam na punkt - napiłam się coli, odwróciłam się i zobaczyłam Tibora.





w ładnym momencie przerwę relację? :)



część trzecia=========>

Transgrancanaria - przygotowania

Transgrancanaria - przygotowania
Transgrancanaria powoli przechodzi do historii, choć oczywiście w mojej głowie jeszcze dłuuugo będzie się kłębić milion myśli i obrazów.
Moją opowieść zacznę od podsumowania przygotowań - bo stanowiły one sporą rewolucję w moim biegowym życiu.
Nigdy wcześniej nie korzystałam z usług trenera. Ba, uważałam, że w sumie takie usługi niespecjalnie są mi potrzebne. Sądziłam, że najprawdopodobniej przez dzieciaki  i tak pozawalałbym treningi. Bałam się również, że gdyby przyszło mi biegać pod linijkę, straciłabym przyjemność z tego całego przebierania nogami.
Gdy jednak stało się, szaleństwo zostało popełnione, karta kredytowa łyknęła opłatę startową, zrozumiałam, że sama do tego biegu, do najdłuższego i najtrudniejszego biegu w moim dotychczasowym biegowym życiu nie zdołam się sama przygotować. Tym bardziej, że jakby nie było od mojego porodu minął wtedy niecały rok i w dalszym ciągu byłam na etapie powrotu na biegowe ścieżki. Zrozumiałam, że potrzebuję i bicza nad głową i mądrego podejścia, żeby po prostu się nie skontuzjować. I tak jako treser... yyyy trener ;) został wybrany Piotr Tartanus, który przez następne pół roku układał nam, mnie i mężowi, treningi.
Była to dla mnie spora zmiana, bo nagle z 2-3 treningów tygodniowo wskoczyłam na 5-6. Plus jeszcze sztangi, na które chadzałam raz w tygodniu do pobliskiego klubu.
Powiem szczerze, że początkowo z pewnym przerażeniem ale i fascynacją wpatrywałam się w wykresy. Bo okazywało się, że tygodniowo biegałam niewiele mniej niż poprzednio przez cały miesiąc. I żyłam! I miałam się dobrze!
No właśnie. Czy spełniły się moje obawy? Zawalałam treningi? Obrzydziłam sobie bieganie? Nie :) Wręcz przeciwnie - widzę dużo plusów w takim trenowaniu pod okiem trenera.
Mobilizuje. Ktoś poświęcił swój czas i ułożył plan, skrojony specjalnie pode mnie, ktoś wziął pod uwagę moje ograniczenia, różne starty po drodze. Głupio byłoby w takiej sytuacji zawalić. Więc robiłam wszystko, żeby treningi realizować. Jak nie mogłam w dzień, zdarzało się, że wychodziłam po dwudziestej drugiej. Zdarzało się, że wychodziłam w totalną zlewę. albo w taką śnieżycę, że ledwo widziałam gdzie biegnę.  Przed przygotowaniami na bank bym bieganie odpuściła. Teraz wyglądałam przez okno, dobierałam ubranie do warunków i robiłam swoje.
Zwalnia z myślenia. Może to brzmi głupio, więc już rozwijam. Nie wierzę, że nikt nigdy nie wyszedł przed dom i nie zaczął się zastanawiać co by tu dziś zrobić... wyjść na godzinkę? Na pół? Pobiec do lasu? A może przez miasto? Patrzyłam w Plan i wiedziałam. Dziś dwanaście podbiegów na Moczydle. Jutro krótki bieg regeneracyjny. Pojutrze wytrzymałość. Nie musiałam się zastanawiać co robić. Czytałam, ubierałam buty, wychodziłam i robiłam. Nie musiałam myśleć jak dostosować treningi do zbliżającego się startu na 10 km czy maratonu. Piotr był od tego, żeby tak dopasować treningi, żeby zawody się udały.
Prrr, szalona! Trzyma w ryzach. To trener pilnował, żeby i przed Transgrancanarią i przed wcześniejszymi zawodami zmniejszać obciążenie treningowe. To on powiedział stop, gdy z półpaśccem usiłowałam go przekonać, że przecież tak na pół gwizdka to mogłabym biegać, bo przecież czuję się dobrze. To on mnie wykopał do fizjoterapeuty, gdy gruchnęłam kolanami o kamienie.
Modyfikuje. Trochę ma to związek z poprzednim wpisem. Czyli zmienia ustalenia treningowe w zależności od mojego samopoczucia czy choroby, tak, żeby to wszystko miało ręce i nogi.

Jednym słowem - spodobało mi się bieganie z trenerem. Choć pewne minusy też są. Trzeba przede wszystkim przygotować się na pewien wydatek finansowy. Po drugie - spróbuj się umówić na wspólne bieganie z koleżanką, która też realizuje plan treningowy ;) "No wiesz, pojutrze to mam zrobić podbiegi, ale jutro wybieram się na dłuższe wybieganie, może wtedy? No, niestety - jutro to ja mam dwusetki zadane" ;) Albo za oknem pięękne słońce, nogi aż rwą się do biegania - a tu w Planie stoi jak byk: odpoczynek. Biegać będziesz jutro. Gdy będzie padać ;).

Wracając do tematu przygotowań. Trwały pół roku, od września. Przez ten czas pokonałam, na nogach lub rowerze, ale większość na nogach, ponad 1500 km. Spędziłam na treningach ponad 153 godziny. To był dobrze wykorzystany czas. Nie sądziłam, że tak dobrze mi pójdzie realizacja tych treningów. Nieprzewidziane wypadki były dwa. Upadek na kamienie w październiku, który spowodował przesunięcie rzepki w kolanie i potem w listopadzie półpasiec, z którego i tak wywinęłam się obronną ręką.
Czy coś był zmieniła, dodała? Tak. Za mało poświęciłam uwagi sile. Chodziłam na sztangi raz w tygodniu. Te zajęcia sporo mi dały, bo odczułam różnicę w podbiegach na Wilczym Groniu chociażby.  Ale robienie raz w tygodniu przysiadów i wykroków z obciążeniem wystarczyło na bieg w Beskidach. Na podejścia na World Tourowej imprezie, z siedem i pół tysiącem przewyższeń - to było ciut za mało. Tiborowi podejścia szły lepiej. Niby na siłę też poświęcał jeden dzień w tygodniu (oczywiście nie licząc podbiegów ma Moczydle czy latania w górę i dół po Fortach), ale to był trening Power Trainig. Moje sztangi trwały 45 minut, PT - 1,5 godziny.
Czemu nie chodziłam również na zajęcia PT? Cóż - prawie do samego końca moich przygotowań karmiłam Matyldę piersią. Logistycznie prościej było mi wyjść na zajęcia do klubu, który miałam 10 minut od domu spacerkiem, niż jechać autem kawał i w razie czego nie być w stanie szybko dotrzeć do domu (a zdarzały się awarie z cyklu "mama potrzebna od zaraz"). Pewnie powinnam się sama zmobilizować i coś porobić. No ale wiecie. Jestem tylko człowiekiem. Z czwórką dzieci. I z dwudziestoczterogodzinną dobą. Moja mobilizacja też ma jakieś swoje granice :)
To był jedyny aspekcik, nad którym muszę w przyszłości z trenerem zwrócić większą uwagę. Znaczy, siła. Bo to nie koniec :) Nie zniechęciłam się do tak długich biegów. Będzie ciąg dalszy w przyszłości na pewno.

To było wiele godzin treningów w każdych warunkach pogodowych


Pomimo tylu wypracowanych godzin na treningach, im bliżej było startu, tym bardziej trzęsłam portkami. Nie byłam w stanie plecaka zapakować na raz - bo co zaczynałam, to musiałam iść do toalety:) Sprawy nie ułatwiała jeszcze pogoda. O Kanary ogonem swym zahaczyła jakaś potężna burza, mieszając trochę szyki organizatorom. Jeden z dystansów został przełożony na inny dzień, a nam wydano rekomendację zabrania spodni przeciwdeszczowych ze względu na warunki w górach.
Deszcz nam lunął chwilkę po wejściu do autokaru, który miał nas zabrać na start i lało z krótkimi przerwami prawie przez całą drogę do Las Palmas. Tam, o dziwo, widać było gwiazdy na niebie - ale pojęcia nie miałam co się dzieje wyżej.
To wszystko: bieg, jego długość, przewyższenia, pogoda i Matylda (dwa tygodnie wcześniej bez żadnych oporów została na weekend sama u babci, mojego powrotu jakby nie zauważyła - a tu w dniu startu była cały czas do mnie przyklejona, a naszemu wyjściu z hotelu towarzyszył wielki, wielki płacz),  spowodowały, że stres mnie nie opuszczał prawie do samego końca.
W końcu jednak trzeba było ustawić się starcie i zacząć realizować swój urodzinowy prezent :)

A o samym biegu będzie następnym razem :)


Część druga ======>
Copyright © 2016 Matkabiega , Blogger