piątek, 24 marca 2017

Relaks przed biegiem

Pojutrze półmaraton. Zgodnie z zasadami powinnam już powoli leżeć i pachnieć :) No, miałam zamiar jutro naprawdę na króciutko wyjść i przewietrzyć nogi.
Ale jak to u mnie już bywa: zasady zasadami, a życie swoje.

Parę dni temu okazało się, że chłop mi wybywa na cały dzień służbowo do Katowic. To oznaczało, że coś koło 5.30 rano znika na pociąg, a pojawi się po dwudziestej. A to oznaczało, że całą logistyką dzieciową muszę zająć się ja.

Na co dzień odprowadzaniem dzieciaków do szkoły zajmuje się mój mąż, ja jestem zarządzającą wszystkim co przed wyjściem - czyli budzeniem, popędzaniem, robieniem kanapek. I przyznaję się bez bicia-  robię to jeszcze piżamie :) Dopiero po zamknięciu się drzwi za mężem i dzieciarnią, po nakarmieniu Matyldy, odłożeniu jej na poranną drzemkę - biorę się za swoje ubieranie.
Teraz musiałam się spiąć - ubrać siebie, Matyldę, rozwiązać kwestię zaginionych skarpetek najstarszego, zająć się "nie mam spodni mamo!" Zrobić kanapki, zlokalizować porzucone dzienniczki, podręczniki, kredki, gdzieś w tym wszystkim nakarmić Matyldę i nie pozwolić jej odpłynąć. Wyjść z domu,biorąc poprawkę na potrzebny dodatkowy czas na  zapakowanie do wózka panny.
Pierwsza część poranka odhaczona.

Miesiąc temu umówiłam sobie wizytę u dermatologa w związku z moimi wypadającymi po porodzie włosami. Godzina wizyty nie pozwoliła mi na długi pobyt w domu. Zdążyłam zjeść kanapkę i popić kawą. Znów - ubieranie dziecka nr 4, po raz kolejny w dół po schodach z trzeciego piętra.
Od lekarza wyszłam z listą różnych specyfików do kupienia i z myślą, że chyba bardziej ekonomicznie wyjdzie mi jednak wyłysieć :].
Ponieważ znalazłam się w stosunkowo bliskiej odległości od biura zawodów, które za godzinę miało otworzyć swe podwoje - postanowiłam odebrać swój pakiet. Wybrałam dojazd drugą linią metra. Ominę niezliczoną ilość wind, którymi musiałam zjeżdżać i wjeżdżać, ominę te kilka, które akurat były "chwilowo nieczynne, przepraszamy", ominę moje odkrycie, że na powierzchnię wychynęłam z nie z tej strony jezdni.
W końcu znalazłam się koło Stadionu Narodowego, w którego trzewiach mieściło się biuro zawodów. Stadion musiałam obejść prawie cały, bo z metra wylazłam dokładnie  drugiej strony.
Kto okolice tego przybytku zna, ten wie, że dookoła najeżony jest licznymi schodami. O, ale ja chciałam być sprytna i gdy tylko pojawiały się podjazdy/rampy, korzystałam z nich, żeby jak najszybciej znaleźć się jak najwyżej. Pamiętałam odbieranie pakietów sprzed dwóch lat bodajże i wejście na górę po schodach.
No i cóż. Gdy już obeszłam cały ten stadion, gdy już znalazłam się na samej górze, dostrzegłam balony reklamowe przy wejściu do biura.

Dwa poziomy niżej.

Nie chcecie wiedzieć co mełłam pod nosem szarpiąc się z wózkiem na schodach - bo obchodzić stadion po raz drugi w poszukiwaniu ramp już mi się nie chciało.
Potem okazało się,że nie tylko ja wpadłam na pomysł, żeby pakiet odebrać tuż po otwarciu biura. Dużo osób tak pomyślało. Zaskakująco dużo :) Na szczęście biegacze to ludek życzliwy i w kolejce stać nie musiałam :)

To teraz do domu. Przecież mam bezpośredni tramwaj. Niestety okazało się, że oddzielało mnie od niego przejście podziemne, takie klasyczne: ze schodami i bez windy. Miałam dość schodów - wybrałam podwózkę autobusem i przesiadkę.
A potem Matylda zaczęła coraz bardziej oznajmiać, że jest głodna. Wytrwałyśmy jeszcze parę przystanków, wysiadłam na szczęście już jakby w mojej okolicy, na wysokości Lasku na Kole. Z przystanku popędziłam  w jego kierunku szukać jakiejś miłej ławeczki.
Na przystanek nie wróciłam. W tym miejscu wsiadanie i wysiadanie z tramwaju odbywa się na jezdni. Nawet przy niskopodłogowym pojeździe manewry z wózkiem są mocno utrudnione. Przeszłam przez cały Lasek ku bardziej przyjaznemu przystankowi i już bez dalszych przygód dotarłam do domu.
Dotarłam akurat po to, żeby zjeść kanapkę, napić się herbaty, przyszykować rzeczy na basen (bo młodsi po szkole mają zajęcia z nauki pływania), ubrać z powrotem Matyldę i ruszyć po chłopaków do szkoły.

W szkole okazało się, że dziecko nr 2, które dziś miało wycieczkę, jeszcze z niej nie wróciło. W wyniku obsuwy zdałam sobie sprawę, że najprawdopodobniej na basen nie zdążymy. Gdybym jeszcze te rzeczy miała przy sobie - ale nieopatrznie zostawiłam je w domu, nie przewidziawszy opóźnień.
Z 40 minutowym niedoczasem ruszyliśmy w kierunku przystanku. O dziwo szybko przyjechał tramwaj. Stwierdziłam, że może nie wszystko stracone. Oczywiście znów wszystko odbywało się na wariata. Wystrzeliliśmy z tramwaju w kierunku domu. Chłopcy zostali z wózkiem przed klatką, ja wykonałam mega sprint na górę po rzeczy basenowe. Zdążyliśmy!
Wolną godzinę wykorzystałam na zakupy w pobliskim markecie. Powrót do domu nie był spokojny, bo zmęczona Matylda głośno oznajmiała okolicy swoje niezadowolenie.

I tak o godzinie 18.30 wreszcie mogłam troszkę pomieszkać :)




Nie, nie idę jutro wietrzyć nóg. Dziś je wywietrzyłam wystarczająco.
Nie, nie stresuję się biegiem, nie myślę o tym co będzie. Skoro przeżyłam dzisiejszy dzień - przeżyję i półmaraton :)))




wtorek, 14 marca 2017

Weekend pod znakiem Młocin

Miniony weekend sponsorowała literka M. Jak Młociny. I liczba pięć. Jak pięć kilometrów.
Sobota. Impreza dla kobiet - czyli Kobieta na Piątkę. Panowie mogli pobiec tylko w parach ze swoimi połówkami. W porównaniu z innym znanym mi kobiecym biegiem - czyli Samsung Irena Women's Run - tu mniej było tej całej kobiecej otoczki, co akurat bardzo mnie ucieszyło. Trasa nie była atestowana. Ba - wyniosła więcej niż 5 kilometrów, do czego przyznali się sami organizatorzy, ale za to w przeciwieństwie do Samsungowej mierzono czasy netto.

Właściwie więcej niż z samego biegu do opowiadania jest z szykowania. Bo w chałupie czwórka dzieci. Z czego pierwsze trzeba było przypilnować, żeby w porę wyszło na swoje zajęcia komputerowe i nie zapomniało wziąć kluczy do mieszkania. Drugiemu trzeba było załatwić transport na zawody judo, które w tym samym czasie odbywały się w drugim końcu aglomeracji warszawskiej. Trzeciego trzeba było tylko z lekka popędzać przy ubieraniu, bo aktualnie jest w wieku, w którym dzieci ubierają się baaaaardzoooooo wooooolnoooo. Przy czwartym było krótkie miotanie się czy zakładać jeszcze zimowy kombinezon czy bardziej na lekko. I wreszcie ja. Krótki czy długi rękaw? Trzy stopnie... długi. Getry długie czy krótkie? Trzy stopnie... trzy czwarte. Trzy czwarte.... kur*a! Nogi! Nie ogoliłam nóg! Za pięć minut wychodzimy!
Golę na szybko tylko to co wystaje spod getrów (mam nadzieję, że nikogo nie obrzydziłam tym opisem - ale wybaczcie - życie ;).

Sam start jak podsumuję? Po pierwsze wyrwałam za szybko. Więc po pierwszym kilometrze zaliczyłam lekki zgon. Zwolniłam. A wtedy zaczęły wyprzedzać mnie inne kobiałki. Przyspieszyłam trochę i lekko rzężąc i sapiąc już  w miarę równym tempem dotrwałam do mety. Ba, udało mi się wyprzedzić te panie, które wcześniej mnie przegoniły ;) Ogólnie nie wyszło źle. Dystans prawie trzysta metrów dłuższy niż tytułowe pięć kilomerów, czas 26:25. Dwudziesta trzecia baba na ponad dwieście czterdzieści :)

Mistrzyni pierwszego planu ;)


Wnioski? Nie wyrywać do przodu. I jeszcze dużo wody w Wiśle upłynie, zanim zacznę biegać w miarę swobodnie poniżej 5 minut na kilometr (ten zgon po pierwszym kilometrze zaliczyłam przy tempie 4:50, przy następnych nawet się nie zbliżyłam do tych cyferek). A na mecie medal w kształcie serducha i goździk :)
Do przygód okołobiegowych mogę zaliczyć jeszcze pierwsze postartowe karmienie Matyldy. Gdzie przekonałam się, że stanik biegowy do biegania może i się nadaje, ale, żeby z niego jakoś sensownie i dyskretnie wysunąć zawartość, coby nakarmić głodomorkę - to już nie bardzo. Skończyło się na tym, że pod warstwami ciuchów mąż odpinał mi na plecach zapięcie. Ot - takie problemy biegającej matki karmiącej ;)



Niedziela. Pojawiliśmy się w tym samym miejscu, tym razem na ostatni bieg z cyklu City Trail. Starowali tym razem moi faceci :)

Dziecko nr 3 z numerem 24

Dziecko nr 2 z numerem 19

A tu leci najstarszy syn


Czekamy z niecierpliwością aż orgowie opracują wyniki z biegów dziecięcych, bo dziecko nr 1 gdzieś tam pałęta się w czubie z pewną szansą na podium.
A mąż poleciał jak torpeda robiąc życiówkę 19:05. Aż strach pomyśleć ile wykręci na asfalcie :)

Po biegu - spacer nad Wisłę

Klony :P


A teraz...czas powoli zacząć się stresować Półmaratonem Warszawskim. Start za 12 dni!!!

I nieustająco zachęcam do wpłacania na Fundację Wcześniak: https://rejestracja.maratonwarszawski.com/pl/charity/2042


Matylda też zachęca :)

czwartek, 16 lutego 2017

Co tam u nas

Za moment minie miesiąc od ostatniego wpisu, a ja totalnie nie mogę się zebrać, żeby coś skrobnąć. Zupełnie nie zamilkłam - na Facebooku się odzywam. Ale jakoś nie mogę się zebrać, żeby wszystko ładnie podsumować w jednym miejscu.
Biegam. Wypuszczam się na dalsze wycieczki. Matylda rośnie i jej rozkład dnia stał się bardziej przewidywalny. Po kąpieli i wieczornym karmieniu wiem, że mogę bez stresu wyjść i nie muszę krążyć dookoła bloku. Spokojnie swoje zrobię i zdążę na następne karmienie. Ostatnio nawet wyszłam w ciągu dnia, gdy Matylda nie spała. Przeżyła, mój mąż też :) Ale po powrocie przyssała mi się do biustu tak, jakbym głodziła ją przez tydzień co najmniej :)

Zwiększyłam trochę kilometraż (w sumie już za miesiąc z kawałkiem półmaraton - aaaaaa!). Mam za sobą trzy biegi leciutko przekraczające 10 kilometrów, ale staram się nie szarżować za bardzo. Niech to moje ciało ma czas na przypomnienie sobie wszystkiego.

Postanowiłam wziąć się również za resztę mojego organizmusa.
Przed ciążą regularnie chadzałam na treningi w ramach Power Training. Pozwalało mi to wzmocnić resztę ciała: nogi, brzuch, cały core.
Na powrót do "Powerków" jest jeszcze za wcześnie. Po pierwsze tryb dnia Matyldy mi to uniemożliwia. Po drugie - myślę, że na dzień dzisiejszy mogłabym się po prostu uszkodzić ;) Chciałam ambitnie sama ćwiczyć w domu  - ale leń jest ze mnie taki, że nic z tego nie wychodziło.
Ja muszę mieć bat nad głową, kogoś kto mi powie "jeszcze osiem powtórzeń!" - i nie ma że boli, trzeba robić. Jednym słowem przeprosiłam się z osiedlowym klubem fitness :).



Z dostępnego grafiku poszukałam czegoś co zaczynało się przynajmniej o godzinie dwudziestej i nie było aerobikiem (usiłowałam kiedyś chodzić na aerobik. Okazało się, że jestem antytalenciem, jeśli chodzi o zapamiętywanie choreografii. Gdy tylko układy wyszły poza "step touch" - czyli przestępowanie z nogi na nogę, pogubiłam się totalnie. Robiłam nie to co trzeba i nie w tą stronę co trzeba. Wpadałam na inne uczestniczki- jednym słowem to była porażka).
Z tego grafiku wyszły mi zajęcia, których opis wydawał się zachęcający. ("proste kroki, proste ćwiczenia")  na których można rozruszać wszystkie mięśnie. Jest trochę skakania, różnych przysiadów, są zabawy ze sztangami, ćwiczenie brzucha.
No właśnie. Brzuch. Dość brutalnie przekonałam się, że na dzień dzisiejszy moje mięśnie brzucha nie istnieją. Gdy padło hasło, żeby leżąc na plecach z podniesionymi nogami, unieść do góry samą pupę, odkryłam, że równie dobrze można by mnie poprosić o pomachanie ogonem. Efekt byłby taki sam. Czyli żaden ;) Jeszcze duużo wody w Wiśle upłynie zanim moja forma zacznie przypominać tę przedciążową:)
Pomimo, że skakanie w dusznej salce nie jest szczytem moich marzeń (jednak wolę ćwiczyć na powietrzu), widzę, że zapisanie się na takie zajęcia, to było dobre posunięcie, szczególnie, że Półmaraton Warszawski zbliża się coraz większymi krokami.

A skoro już przy Półmaratonie jesteśmy to przypominam, że dalej można wspomóc Fundację Wcześniak, dla której będę biegła.




środa, 18 stycznia 2017

Bieg o Puchar Bielan

Zapisanie się na styczniowy Bieg o Puchar Bielan na dystansie 5km uznałam za świetny pomysł. Podobnie jak za świetny pomysł uznałam wkopanie się w Półmaraton Warszawski. Obydwa pomysły były w mojej głowie rewelacyjne, dopóki po raz pierwszy po porodzie nie odziałam butów biegowych i nie wyszłam zrobić z nich użytku.
Uuuuuu, panie! Bolało. Bardzo bolało. Po przetruchtaniu z przerwami na marsz trzech i pół kilometra, na drugi dzień ledwo co mogłam z łóżka wstać. Zaczęłam rozumieć, że powrót do jakiejkolwiek formy będzie trudniejszy niż myślałam. I przebiegnięcie pięciu kilometrów może być niezłym wyzwaniem, nie mówiąc już o dłuższych dystansach.
Szczęśliwie do stycznia ogarnęłam się na tyle, że te pięć kilosków jestem w stanie przetruchtać.
Niepokój jakiś jednak został i moja podświadomość na dwa dni przed imprezą uraczyła mnie snem w którym gubię się, mylę trasę, wchodzę po jakiś schodach, nie jestem w stanie biec i różne takie.

Pozowanie przed startem

Matyldziątko kibicuje



Ale pojawienie się na starcie było fajne. Jednak stęskniłam się za tym kolorowym tłumem, wypatrywaniem znajomych twarzy, zapachem maści rozgrzewającej. Stęskniłam się za tymi motylkami w brzuchu, gdy człowiek wciska guzik "start" w zegarku i wychodzi poza swoją strefę komfortu. I za widokiem mety i palącym ogniem w płucach i nogach. I ciężarem pamiątkowego medalu na szyi.
No. A realnie wyglądało to tak, że zegarek włączyłam za późno, bo przegapiłam czujniki do mierzenia czasu. I za późno go wyłączyłam na mecie, bo coś źle mi się kliknęło. I ustawiłam się za bardzo z tyłu, zapominając, że sporo ludzi piątkę traktuje jako rozgrzewkę przed dystansem 15 km, który startuje nieco później. Więc brnąc nieodśnieżonym poboczem wyprzedzałam te rozgadane dwójki, trójki a nawet czwórki truchtające tempem mocno konwersacyjnym całą szerokością odśnieżonej trasy. Potem biegacze się rozciągnęli i zrobiło się luźniej.

Dzieci nr 2 i 3 wypatrują matki



Cztery lata temu, gdy zaczynałam biegać, moim pierwszym ulicznym biegiem była również Chomiczówka.
Przez cały czas ani razu nie zerknęłam jak szybko biegnę. Niezależnie do tego co bym zobaczyła byłabym pewnie zestresowana. Albo tym, że biegnę za wolno, albo tym, że za szybko :) Zerknięcie za metą na zegarek też mi nic nie dało, z racji mojego zaplątania się w jego obsłudze. Dopiero sms od firmy obsługującej pomiar czas przyniósł  lekkie zdziwienie na plus.

Bo okazało się, że nie dosyć, że przebiegłam ten dystans lepiej niż te cztery lata temu, to jeszcze - rzutem na taśmę, ale jednak - tempo z całego dystansu było lekko poniżej 5 min/km.
Nie wiem jakim cudem - bo naprawdę wychodząc na te moje wieczorne truchtanka tempo mam głęboko w nosie. Uznałam, że jeszcze przyjdzie czas na jakieś szlifowanie prędkości, teraz jest jeszcze dla mojego organizmu za wcześnie. Biegnę tak, żeby mi było dobrze. Czasem jest to bliżej 5:30/km, a czasem powyżej 6 min/km. W dodatku nie da się ukryć, że ważę więcej, co ma wpływ na kondycję.
Tak więc nawet biorąc pod uwagę, że adrenalina i bieganie w tłumie powodują szybsze tempo, moje 24:53 było bardzo miłą niespodzianką i fajnym bonusem.

Ostatni raz wspólne zdjęcie z Rakietą miałam po Wings For Life :)


To teraz mogę zacząć się stresować marcowym półmaratonem. Bo niezależnie od zadowolenia z własnego tempa, kończąc pięciokilometrową pętlę, bardzo, ale to bardzo się cieszyłam, że nie muszę robić ich jeszcze dwóch :) A półmaraton to jednak więcej niż 15 km.


I na koniec tradycyjnie się przypominam. Wchodząc pod poniższy link można wspomóc fundację Wcześniak, a mnie przybliżyć do stanięcia na starcie Półmaratonu Warszawskiego




poniedziałek, 2 stycznia 2017

2016

Najwyższy czas, żeby wziąć się za najbardziej zaskakujący i oryginalny wpis roku. Czyli podsumowanie i plany.
Od razu chcę przeprosić, jeśli wpis wyjdzie mi chaotycznie. Nie wiem jak to się dzieje, ale najlepsze wpisy rodzą się w mojej głowie w czasie biegania. W myślach układam zdania godne nagrody Pulitzera co najmniej. A potem siadam przed kompem i mam wrażenie, że te zdania dalej sobie biegają po Warszawie, podczas, gdy ja już wróciłam do domu ;)


Rok 2016 miał być rokiem z przytupem. Rokiem z pierdolnięciem, za przeproszeniem.
No i w sumie było jak planowałam ;) Choć nie sądziłam, że temu przytupowi będzie na imię Matylda :)



Oto największa przygoda, najwspanialsza życiówka, najpiękniejszy bieg, najbardziej wypasiony medal minionego roku.


To teraz wróćmy do mniej istotnych osiągnięć ;)

Jaki był ten rok pod względem aktywności sportowej? A wielkim skrócie taki:






Przyznaję się bez bicia: nie chce mi się opisywać wszystkiego od nowa.
Generalnie, pomimo ciąży, chciałam wyrwać z tego roku tyle ile się dało, bez uszczerbku dla lokatorki na pokładzie. Nie byłam w stanie zaciągnąć hamulca i ot tak zamienić się w stateczną ciężarówkę. Czas ciąży to był też okres godzenia się z ograniczeniami, układania sobie w głowie wszystkiego na nowo.

Jak ktoś jest ciekawy szczegółów zapraszam pod poniższe linki:

Rajd Czterech Żywiołów
Icebug
Półmaraton Lizbona
Harpuś
MIUT Madera 
Ekiden
Arco



Co mi dała ta niespodziewana przerwa od ścigania, biegania? Cóż...myślę, że do wielu rzeczy nabrałam dystansu. Nagle na różne rzeczy zaczęłam spoglądać nie jako uczestnik siedzący w samym środku - ale tylko i wyłącznie jako obserwator. A to spowodowało, że zaczęłam na różne rzeczy związane z bieganiem, blogowaniem, obecnością w mediach społecznościowych patrzeć w trochę inny sposób.
Bieganie lubię. Cieszę się, że te cztery lata temu zaczęłam na nowo, po latach, swoją przygodę z tą aktywnością. Cieszę się, że pomimo trójki dzieci byłam w stanie coś robić i nawet odnosić mniejsze lub większe sukcesy. Zdaję sobie jednak sprawę, że być może przez długi czas moje różne życiówki się nie zmienią, a trzecie miejsce w Biegu Rzeźnika może okazać się moim największym sukcesem sportowym ever.

2016 rok zamknęłam 559 przebiegniętymi kilometrami, z sześciomiesięczną dziurą w środku roku. Bo jednak nadszedł czas na zwolnienie i bycie statecznym inkubatorem ;)
Powrót do truchtania osiem tygodni po porodzie bardzo mnie ucieszył, ale i pokazał miejsce w szeregu.
Zaczynam od zera i widzę, że dużo wody w Wiśle upłynie, zanim zbliżę się do mojej maksymalnej formy sprzed ciąży. O ile w ogóle to nastąpi. Dziecko nr 4 absorbuje dość mocno, nie mówiąc już o starszych pociechach. Muszę również wsłuchiwać się w swoje ciało, które, nie oszukujmy się, czwartą ciążą i czwartą cesarką dostało mocno w kość. Staram się nie przesadzać i pamiętać, że na dzień dzisiejszy jestem TYLKO trzy miesiące po porodzie.

Z drugiej strony to byłoby nudne nie? Na blogu pewnie królowałyby wpisy o coraz dłuższych biegach, coraz bardziej ekstremalnych pomysłach. Kiedyś moja znajoma powiedziała mi, że lubiła mnie czytać, ale odkąd przebiegłam Rzeźnika, to przestała. Bo dla niej odskoczyłam z bieganiem w kosmos. Droga Asiu, wracaj! Znów jestem zwykłą truchtaczką kręcącą kółka między blokami osiedla :)


Jeśli ktoś odniósł wrażenie,że mój wpis jest jakiś taki pesymistyczny i że już do końca życia będę dreptać po osiedlu - to się myli :) Plany są - i jak na to co powyżej naplotłam i biorąc pod uwagę moje aktualne możliwości biegowe, dość ambitne. Ale więcej nie napiszę. Bo...sama się boję. I nie wiem co z tego wyjdzie. I nie chcę zapeszyć. Nie, nie - do UTMB tym moim planom daleko - ale pozwólcie, że o wszystkim będę informować w stosownym czasie.
Na razie tylko wspomnę o najbliższych trzech miesiącach.

Na dobry początek będzie młodszy brat (a może młodsza siostra?) Biegu Chomiczówki - czyli Bieg o Puchar Bielan na dystansie 5 km. To był pierwszy bieg uliczny , w którym wzięłam udział, gdy zaczynałam biegać - więc będzie sentymentalny come back.
W marcu mam zamiar poumierać na Półmaratonie Warszawskim - i przy tym starcie zatrzymam się na dłużej.

Wybrałam charytatywną ścieżkę uzyskania numeru startowego. Co to oznacza? Ano to, że muszę uzbierać 300 zł na wybraną przeze mnie fundację. Wybrałam Fundację Wcześniak.
Moi drodzy znajomi i nieznajomi. Pal diabli, że wpłacając nawet piątaka, pomożecie spełnić fanaberię matki czwórki dzieci, żeby poszlajać się trochę po ulicach Warszawy. Ważne jest to, że pomożecie organizacji, która pomaga dzieciom, przy których moja Matylda - też wcześniak - wyglądałaby jak olbrzym.

Tu możecie sobie poczytać o Fundacji KLIK

A tu bardzo, bardzo proszę klikać i dorzucić parę groszy:) #biegamdobrze
Z góry z Matyldą dziękujemy :)





środa, 14 grudnia 2016

Druga kosmiczna

Druga kosmiczna. Tak określił małżonek moje wczorajsze bieganie. Było ono o tyle szczególne, że po raz pierwszy nie krążyłam dookoła bloku, tylko pobiegłam ciut dalej. Druga kosmiczna, jednym słowem :) A poza tym wczoraj minął równo miesiąc od mojego poporodowego powrotu na biegowe ścieżki.

Jakie mam przemyślenia po miesiącu?

Przede wszystkim bardzo bym chciała podziękować firmie DuPont za wynalezienie lycry :)) Dzięki temu nie musiałam na dzień dobry kupować nowych ciuchów. W większość z pewnym trudem - bo parę kilo po ciąży mi jeszcze zostało -  ale jednak się wciskam. Szczególnie uroczo wyglądam w górnej części garderoby. Z racji mlecznego biustu, koszulki zrobiły się dziwnie przykuse ;)

Pierwsze wyjście było dla mnie pewnego rodzaju szokiem. Nie tyle z powodu żółwiej prędkości przerywanej jeszcze marszem, ile z tego, że tej żółwiej prędkości nie odczuwałam. Po kilku krokach pomyślałam sobie: "wow. Wcale tak wolno nie truchtam!" A potem zerknęłam na zegarek i okazało się, że tempo jest grubo powyżej 6 minut na kilometr... Moje odczucia nijak się miały do formy i to mnie mocno zdziwiło.
No i zakwasy... To było trzy i pół kilometra marszobiegu, a zakwasy zaczęłam mieć już tego samego dnia...Następnego dnia stękałam, jakbym co najmniej maraton przebiegła.

W sumie nie wiem czego oczekiwałam :) Miałam pół roku absolutnej przerwy od biegania, a wcześniejsza aktywność była przecież też mocno okrojona i spowolniona przez ciążę.
No i nie mogę zapominać, że jestem po cesarskim cięciu. Czwartym w dodatku.To operacja, z rozcinaniem powłok brzusznych, zszywaniem i tak dalej. Moje ciało to poczuło.

Szok na szczęście szybko minął, a ja zaczęłam oswajać się z dolą truchtacza krążącego wokół domu. To krążenie wynikało nie tylko z braku formy, ale też z powodu Matyldy, która idealnie wyczuwała kiedy mnie nie było w domu i dość szybko wszczynała alarm


Często moje wykresy z biegania wyglądają jak powyżej. Od razu widać, w którym miejscu zadzwonił telefon, że dziecię nr 4 chce powiadomić cały blok, że wyrodna matka gdzieś sobie poszła i musiałam w szybkim tempie ewakuować się do domu :)



W dalszym ciągu mój czas treningu, wliczając w to wyjście z domu, rozgrzewki, rozciągania nie przekracza 35-40 minut. Po pierwsze przez Matyldę, a po drugie, mnie samej nie jest spieszno do szybkiego wydłużania biegania. Już raz zrobiłam ten błąd trzy lata temu. Skończyło się nabawieniem shin splits i przymusowym uziemieniem.

Czy widzę postępy? Tak. Biegam szybciej. W dalszym ciągu moje tempo jest o wiele wolniejsze od okresu, gdy byłam w wysokiej formie, ale widzę, że przyspieszyłam przy tych samych wartościach tętna. Moje pierwsze truchtanie zrobiłam w tempie 6,52 min/km, ostatnie - 5,33 min/km. Jest różnica.

Czy mi się chce?
Nie. Często mi się bardzo, bardzo nie chce. Stoję przed blokiem czekając aż zegarek złapie satelity. Jest zimno, ciemno i paskudnie. A ja się pytam samą siebie w duchu, naprawdę? Naprawdę tego chcę i to mi się podoba? Po prostu za*ebista pora roku na comebacki i wracanie do formy...

Czasem odpuszczam. Gdy w piątek przed osiemnastą, po całym dniu ciężkim logistycznie,  czekam na dzieci nr 2 i 3 aż skończą zajęcia na basenie i już, już zaczynam cieszyć się nadchodzącym weekendem, a tu okazuje się, że młodszy nie doczekał się wolnej toalety i suche ma tylko skarpetki - to nie mam siły wdziewać ciuchów do biegania. Marzę o ciepłej herbacie i gorącej wodzie w wannie.
Gdy Matylda ma kolkowy wieczór i albo ją noszę, albo karmię przez 3 godziny nonstop - to po wszystkim zasypiam ze zmęczenia na kanapie, a nie pędzę na trening.
Gdy właśnie zaliczam z najmłodszą wizytę u lekarza, do którego jadę z przesiadką komunikacją miejską w godzinach popołudniowego szczytu, a potem w te pędy tą samą komunikacją usiłuję zdążyć po starsze przed zamknięciem szkoły - to ostatnia rzecz na jaką jeszcze mam ochotę to biegać.

Ale równie często przełamuję się i wychodzę. Tą cała logistykę dzieciowo - biegowo - rodzinną traktuję jako takie specyficzne ultra. Czasem jest fajnie, czasem jest ciężko i mocno pod górkę. Trzeba mieć mocną głowę, nie dywagować, nie filozofować za bardzo. Trzeba zacisnąć zęby i robić swoje krok za krokiem.

O moich planach biegowych na przyszły rok ( bo są takie)  pewnie napiszę razem z wpisem podsumowującym.
A na zakończenie oczywiście pewna mała panienka :)



niedziela, 20 listopada 2016

Drugi miesiąc

Życie z trójką dzieci wymaga czasami  wspinania się na wyżyny organizacji i planowania. Opracowywania planów A, planów B, planów C. Improwizacji i ...czasami odpuszczania.
Wydawało nam się, że osiągnęliśmy jakie - tako status quo. Nawet jeśli zdarzały się niespodzianki (a zdarzały) - były to przeszkody już jakby oswojone. Mieliśmy wypracowany mniej więcej plan działania, organizacji. Kto kiedy idzie biegać i takie tam.

I wtedy dołożyliśmy sobie następny element. Matyldę.

Z dzieckiem nr 4 mija nam właśnie drugi miesiąc. I na razie w dalszym ciągu jest to okres szalony, chaotyczny i absolutnie nieprzewidywalny. Teoretycznie przewinięte, nakarmione po korek i głęboko śpiące dziecko jest w stanie obudzić się z dzikim rykiem pięć minut po moim nieopatrznym samotnym wyjściu z domu. Bo wiecie - jako matka - polka wyjście do osiedlowego Rossmana traktuję aktualnie niemalże jako mega - balangę :)
Albo takie wyjście na bieganie.
No właśnie. Minęło 8 tygodni od pojawienia się małego Babiszona na świecie - i dostałam zielone światło na powrót do aktywności fizycznej.
Jak ono wygląda?
Cóż... Wiele osób wiedząc, że nie najlepiej znosiłam uziemienie w czasie ciąży, pocieszało mnie, że 2017 rok będzie mój.
Nic z tego, moi drodzy. Na razie potruchtałam cztery razy i już wiem. Ten rok będzie zdecydowanie Matyldy.
To ona tu jest Królową, Pępkiem Świata, Słońcem. Ona jest priorytetem i dopóki jest mała i na moim cycu - tak zostanie. I brutalnie to egzekwuje :))

Kiedy zaczynałam biegać cztery lata temu, miałam w domu sześciolatka, czterolatka i dwulatka. Mieszanka wybuchowa. Dawali popalić. Również dlatego, że starsza dwójka znosiła z przedszkola wszystkie możliwe bakterie i sprzedawała je mnie. Oni szczęśliwie byli w miarę zdrowi - ja non stop kolor chorowałam. Bieganie wtedy było próbą podreperowania odporności, ale i chwilami tylko dla mnie. Biegnąć mogłam oczyścić się po całym dniu, wyciszyć, pomyśleć. W miarę upływu czasu, wzrostu formy i wciągania się w biegowy świat, bieganie stało się dla mnie bardziej narzędziem treningowym.
Teraz znów wracam do początków.

Gdy większość dnia spędzam nosząc Matyldę. Usypiając Matyldę. Przewijając Matyldę. Siedząc ze śpiącą Matyldą na kanapie, bo odłożona do łóżeczka od razu płacze. Karmiąc Matyldę. Czasem tak bardzo karmiąc,że mamwrażenie, że mi biust wynicowało na lewo :) Gdy 90% dnia wygląda tak jak wyżej - możliwość wyjścia na bieganie jest dla mnie zbawieniem.
Nie wyobrażajcie sobie nie wiadomo co z tym bieganiem. Na razie miałam cztery "treningi". Żaden nie przekroczył czterech i pół kilometra. Po pierwszym wyjściu zakwasy dostałam już tego samego dnia. A przetruchtałam bardzo powoli, z przechodzeniem do marszu,  zaledwie 3,5 km.
Nie ma mowy o dłuższych dystansach - bo po pierwsze na razie fizycznie nie dałabym rady (dziwnie się człowiek z tym czuje. Tu kilka maratonów na koncie, jakieś ultra - a tu nagle męczę się po przebiegnięciu trzech kilometrów). A po drugie - muszę być w takiej odległości od domu, żeby w wypadku telefonu być w stanie szybko wrócić i ratować Biednego i Opuszczonego Niemowlaczka ;) Na te cztery wyjścia tylko raz się zdarzyło, że po powrocie Matylda spała (za to wcześniej przez dwie godziny uniemożliwiała mi wyjście :)

Wracam do biegania po... najpierw liczyłam, że po pół roku przerwy. Ale zdałam sobie sprawę, że nieprawda. Owszem - do połowy ciąży biegałam. Ale przecież były to biegi na miarę mojego stanu. Czyli mało intensywne, wolne. Od czasów mojej wysokiej formy minęło o wiele więcej miesięcy. Plus dodatkowo zostało mi  parę pociążowych kilogramów. To wszystko do kupy zebrane sprawia, że w tej chwili jestem zwykła truchtaczką przebierającą nogami po osiedlowych uliczkach. Ale biorę z radością i to:)