wtorek, 10 lipca 2018

Lato czyli co u Matki słychać

Lato czyli co u Matki słychać
Co u mnie słychać? Zależy gdzie się ucho przyłoży :) I właściwie nie wiem od czego zacząć, bo to znowu będzie wpis wszystkomający.
Zacznę może od imprezy, do której przygotowania mniej lub bardziej intensywnie toczą się już od jakiego czasu. Wspominałam już zresztą o niej. Mowa o Adventure Trophy, imprezie AR. I wydaje mi się oraz bardziej, że to kurna będzie rajd przez bardzo duże A i przez bardzo duże R.



Nie pamiętam, kiedy Paweł zagadał do nas, że szuka dwóch osób do czterosobowego zespołu na długą trasę. Chyba jeszcze przed Transgrancanarią. Oczywiście radośnie się zgodziliśmy - bo rajdy przygodowe są fajne. Chyba nie do końca wtedy zastanawiając się do czego się przymierzamy. Zaczyna to do mnie dochodzić coraz bardziej teraz - gdy zostały dwa tygodnie (w chwili, gdy kończę ten wpis już tylko dziewięć dni!!) do startu, a my coraz bardziej wgryzamy się w szczegóły logistyczne i obowiązkowy sprzęt. I powiem szczerze, że jestem z lekka spękana. Rajd zaczyna się i kończy w Krakowie, trasę poznamy tuż przed startem, ale już teraz czujemy, że orgowie przeczołgają zespoły przez Tatry. To będzie 400 km trasy, z 72 godzinnym limitem. Będzie bieganie, trekking, rowery mtb (dwa etapy stu kilometrowe), kajak, rolki, pływanie, zadania z liną, jaskinie i pewnie jeszcze parę rzeczy, które są niespodzianką. Teraz rozumiecie skąd u mnie tyle rolek, roweru, ogólnorozwojówki, a samo bieganie zeszło na plan dalszy.

Samo urozmaicenie treningowe bardzo mi się podoba i stanowi miłą odmianę po wielomiesięcznym klepaniu kilometrów pod Transgrancanarię czy przygotowaniach do maratonu. Z jednej strony w porównaniu z pierwszą połową roku biegam mało, z drugiej strony tych kilometrów miesięcznie wcale nie wychodzą jakieś mikroskopijne ilości. Czerwiec zamknęłam 137 km. Ta cała ogólnorozwojówka też jakoś trzyma jako tako w ryzach moją formę - o czym przekonałam się ostatnio startując w sztafecie, Nocnym Biegu Sztafetowym im. Janusza Kusocińskiego, zwanym pieszczotliwie Nocnym Kusym.
Skąd pomysł na udział? I tu przechodzę do następnej, bardzo miłej dla mnie rzeczy. Chwaliłam się już i na Instagramie i na Fejsbuku, ale pochwalę się i tu.

Polka Sport, której spódniczki biegowe bardzo lubię i noszę, ogłosiła konkurs na ambasadorkę marki. Wzięłam w nim udział i jako jedna z czterech dziewczyn zostałam wybrana! 
W Nocnym Kusym zebrało się nas w sumie osiem dziewczyn, dwa Polkowe zespoły. Ścigałyśmy się uliczkami warszawskiego AWF-u. Zabawa była przednia, a ja przy okazji przekonałam się, że pomimo zmniejszonych treningów stricte biegowych, wcale strasznie wolno nie biegam. Ok, to nie był oszałamiający dystans, dwa i pół kilometra. Ale trzeba było grzać, bez taktyki, bo nie było na nią czasu. Pędzić do mety i nóg nie pogubić, bo biega się już po ciemku. Średnie tempo 4,12 min/kilometr zrobiło na mnie wrażenie. To jakby dobrze wróży na jesień, gdzie będę robiła znowu przymiarkę do maratonu i próby łamania 3:30.

Spódniczki rządzą!


Tymczasem nadeszły wakacje a my zaliczyliśmy  pierwszy, tygodniowy całorodzinny urlopik.
Gdzie nas wywiało? A do Niemiec i Danii. A czemu tam? A bo mój małżonek szanowny zakwalifikował się na OCR European Championships w duńskim Esbjergu - czyli Mistrzostwa Europy w biegach OCR. Ten tajemniczy trzyliterowy skrót oznacza obstacle cource race. Czyli biegi z przeszkodami. Do Danii postanowiliśmy dojechać na rowerach. Spokojnie - aż tak hardcorowi nie jesteśmy. Zapakowaliśmy się z rowerami, betami i dziećmi w samochód i przez Mazury (gdzie odbieraliśmy dziecko nr 1 z rejsu z dziadkami), przez Polskę w poprzek (z przystankiem na Kaszubach u znajomych), ruszyliśmy w kierunku Lubeki.

Podczas jazdy przez Polskę w kierunku Niemiec przejeżdżaliśmy koło eksponatów z czasów II wojny światowej (Wał Pomorski). MUSIELIŚMY się zatrzymać :)


Kilkanaście kilometrów za Lubeką rozpoczęliśmy nasz wyjazd rowerowy, w naszym stylu. Czyli auto zostaje na campingu, my jedziemy na rowerach do następnego miejsca noclegu. Następnie ja zostaję z dziećmi, rozbijam namiot, a Tibor rowerem wraca się po samochód. 
Dni rowerowych nie wyszło nam dużo, bo raptem trzy, plus jedna wycieczka w samym Esbjergu, ale powiem szczerze, że po tych trzech dniach oboje mieliśmy wrażenie jakby to była miesięczna wyprawa co najmniej :) Niewątpliwie wpływ na to miało nasze tempo poruszania się, co tu dużo mówić - niezbyt szybkie. Najmłodszy syn, lat niecałe osiem miał najmniejszy rower. W dodatku ciężko mu się zmieniało biegi (bo nie oszukujmy się,  manetki, nawet typu grip shift,  nie są dostosowane do dziecięcych rączek) i odmówił ich zmiany. Tak więc niezależnie czy było z górki czy pod górkę, Szymon jechał na jednym przełożeniu. Uważam, że był bardzo dzielny - bo pierwszego dnia zrobił sześdziesiąt kilometrów!

Przystanek na boisku wiejskiej szkoły





I tu będzie śmiesznotka -anegdotka.  Pierwszego dnia chcieliśmy dotrzeć nad Kanał Kiloński, tam małżonek wypatrzył camping. Dzieci już pod koniec były zmęczone, my zresztą też, ale na wieczór udało się dotrzeć. Pierwsze co mnie zaskoczyło to zamknięta brama. Zamknięte? Nie, trzeba zadzwonić domofonem. Gdy Tibor wyjaśniał, że szukamy noclegu, ja ze zdziwieniem wpatrywałam się w tablicę informującą o campingu, na którym wyrysowana była goła pani. Hm.....
Tak, dobrze się domyśliliście: trafiliśmy na camping dla nudystów :)) Tego dnia było chłodno, więc ludzie łazili ubrani (no, małżonek spotkał jednego nagusa). Za to nie powiem, wrażenie zrobiły na nas prysznice. I nie chodzi mi tu o piktogramy, którymi były oznaczone, ale o fakt, że były koedukacyjne, bez żadnych kabin. Tego dnia kąpiel zaryzykował tylko mój mąż, przezornie wyczekawszy do późnych godzin nocnych :)

O, tak te piktogramy dostarczyły nam trochę radości :)


Ale oprócz tych niecodziennych atrakcji, camping był bardzo fajny, z bogatym zapleczem.
W kolejne dni dystanse rowerowe były już krótsze, około 46-47 km. W czasie naszego posuwania się ku granicy duńskiej zmieniła się pogoda i zaczęło nam towarzyszyć słońce bez ani jednej chmurki. Było bardzo gorąco. Ponieważ kolejny camping był oddalony znów o około 60 km, uznaliśmy, że przy takiej temperaturze to będzie zbyt męczące dla wszystkich dzieci. Do Danii dojechaliśmy już dalej autem.


Przeprawa promowa na drugą stronę Kanału Kilońskiego

Odpoczynek w cieniu. Pogoda zrobiła nam się aż za dobra





Camping nr 3 z widokiem na Szlezwik

Samego rowerowania wyszło więc trzy dni. Ale powiem Wam, że i ja i mąż mieliśmy wrażenie jakbyśmy w podróży byli od dwóch tygodni co najmniej :) wpływ na to miało po pierwsze tempo. A po drugie...jakby to ująć dyplomatycznie... Zdecydowanie łatwiej, a na pewno ciszej,  podróżuje się z mniejszymi dziećmi ;)



Camping nr 4. Powyższe zdjęcia stanowią koronny dowód, że dzieciom do szczęścia potrzeba którejś z tych rzeczy: piachu, wody, błota. A najlepiej wszystkiego na raz. Pełnia szczęścia!


Same Mistrzostwa to impreza zorganizowana z wielką pompą, będąca sporym wydarzeniem dla zawodników. Owszem, były osoby ubrane w stroje startowe, nazwę to: prywatne, ale przeważały jednolite narodowe stroje.
Same przeszkody... Cóż, ja się nie znam. Dla mnie wszystkie wyglądały kosmicznie, niektóre bardzo kosmicznie. Z tego co mówił mój mąż i inni startujący - było trudno i bardzo ciężko było zakończyć te zawody z opaską, (opaska na ręku była dowodem na to, że pokonało się wszystkie przeszkody na trasie)
Powiem jeszcze, że w przyszłym roku Mistrzostwa Europy będą w Polsce, w Gdyni, więc będzie można obejrzeć jak to całe OCR wygląda.




malusieńki wycinek przeszkód, których na 15 km trasie było kilkadziesiąt



Uśmiech na pół gwizdka, bo opaski nie udało się dowieźć do mety. 

Cóż - zaczynając pisać tą relację, myślałam, że w najbliższym czasie czeka nas tylko rajd przygodowy. W tak zwanym międzyczasie wpadł nam niespodziewanie udział w triatlonowej sztafecie w Bydgoszczy. Ale skąd, jak to i dlaczego, opowiem w następnym odcinku :)

wtorek, 12 czerwca 2018

Karkonoszman - jak supportowałam męża

Karkonoszman - jak supportowałam męża
Karkonoszman czyli Triathlon Karkonoski. Tri trochę bardziej ekstremalne :) 1900 metrów pływania w Jeziorze Leśniańskim u stóp Zamku Czocha, prawie 86 km roweru z masą ciężkich podjazdów, a na koniec bieg z Karpacza Górnego na Śnieżkę, 22 km. Brzmi grubo? Bo moim zdaniem tak jest.

Regulamin imprezy narzuca obowiązkowy support dla zawodnika - stąd moja obecność. Czemu taki wymóg - postaram się wytłumaczyć.

Triathlon, jak sama nazwa wskazuje, składa się z trzech dyscyplin: pływania, roweru i biegu. Taki zawodnik musi gdzieś się przebrać po wyskoczeniu z wody, czy po skończonej jeździe na rowerze. To wszystko odbywa się w strefie zmian. Zazwyczaj wszystko jest w miarę blisko siebie, znaczy start, strefa zmian i meta. Zawodnicy dzień wcześniej, albo raniutko przed startem zanoszą wszystkie rzeczy do strefy: rowery, buty kolarskie i biegowe i inne rzeczy, które będą im potrzebne. Zazwyczaj organizator zapewnia na trasie rowerowej jakieś bufety - szczególnie na dłuższych trasach. 
Karkonoszman nie jest typowym triathlonem. Tu zawodnicy startują na Zamku Czocha, w Leśnej, a finiszują dobre pięćdziesiąt kilometrów dalej, licząc w linii prostej, na Śnieżce. Tu nie ma strefy zmian w jednym miejscu, są dwie. Jedna na Zamku Czocha, gdzie zawodnicy zdejmują pianki i wskakują na rowery, a druga w Karpaczu - gdzie rowery zostawiają i ruszają na trasę biegową. To osoby supportujące są odpowiedzialne za zabranie mokrych pianek i innych rzeczy z T1, bo  Ttiathlon przenosi się dalej, nikt już do Leśnej nie wraca przecież. Po za tym  dziedziniec zamku musi być czyściutki zanim otworzy swoje podwoje dla zwiedzających. 


T1, Zamek Czocha


I to support musi dotrzeć do T2 przed zawodnikiem, żeby dostarczyć mu rzeczy na bieg. Część rowerowa na Karkonoszmanie odbywa się przy ruchu otwartym. Organizator nie zapewnia również bufetu. Bufet to my, support. Na trasie są dwa miejsca, w których może naraz zaparkować kilkadziesiąt samochodów, a ruch jest na tyle mały, że kilkadziesiąt osób stojących na poboczu nie będzie nikomu przeszkadzać. I w tych dwóch miejscach jest dozwolona pomoc zawodnikom. Co z częścią biegową? Zawodnik nie musi cały czas biec z osobą towarzyszącą. Ale może. Obowiązkowy support jest na ostatnim odcinku, od Domu Śląskiego. To jest naprawdę wymagająca impreza i na tym ostatnim odcinku uczestnicy są już bardzo zmęczeni. Podejście na Śnieżkę jest bardzo strome, dodatkowo szlak jest pełen turystów. To do mnie należało niejako torowanie drogi. To ja na plecach wnosiłam picie, jedzenie, ubrania. 
Mam nadzieję, że wyjaśniłam obszernie dlaczego zawodnicy muszą mieć oficjalnych "pomagaczy".


To nie było pierwsze spotkanie mojego męża z tą imprezą. Startował tu rok temu, na trasie pomagał mu wtedy kolega. Zeszłoroczny start poszedł mu nieźle, był trzydziesty drugi, z czasem 06:45. Nie wiem na co dokładnie liczył teraz, wiedząc, że tegoroczne treningi niekoniecznie były do końca ukierunkowane na triathlon, ale myślę, że liczył na podobny czas. Co z tego wyszło? Wszystko w swoim czasie :)

A co ze mną? Ja się  z lekka stresowałam. 
Bałam się, że gdzieś się zgubię i nie dotrę na czas na punkty. Pal diabli, gdybym wpadkę zaliczyła na trasie rowerowej. Ale gdybym nie dotarła na czas do drugiej strefy zmian - to już byłaby wtopa roku.
Tibor w gps wbił mi oba punkty, ale i tak stresa miałam. Jakiś zator, korek, wypadek, mógł spowodować, że mogłam utknąć gdzieś na trasie.
Głowiliśmy się też jakie ciuchy zabrać. Prognozy mówiły o deszczu, który miał zacząć padać już na części rowerowej. W plecak, z którym miałam biec włożyłam getry, skarpetki na zmianę, swoją przeciwdeszczówkę, dwie cienkie puchówki, czapkę i rękawiczki dla Tibora. Swojej przeciwdeszczówki nie pozwolił schować, włożył ją do rzeczy do T2, twierdząc, że i tak będzie ją zakładał, więc po co ją chować do mojego plecaka. Ta decyzja, jak się potem okazało, miała swoje konsekwencje :)

Karkonoszman wystartował o 7 rano. 



Przejęłam Tibora po wyjściu z wody, pomogłam zdjąć mu piankę, założyć koszulkę kolarską, zgarnęłam ciuchy, życzyłam powodzenia i pognałam do auta. 
Dojazd do pierwszego punktu żywieniowego przebiegł bez zakłóceń. Jedyne na co musiałam uważać, to na zawodników. Moja trasa częściowo pokrywała się z trasą triathlonu - więc przy wyprzedzaniu trzeba było bardzo uważać. Małżonek wyglądał świeżutko, banana wziął, zażyczył sobie uzupełnienia bidonu na następny punkt i poleciał dalej.



Dojazd na drugie miejsce już nie był taki prosty. Przede wszystkim zbliżaliśmy się do Karkonoszy, do Karpacza i droga zrobiła się bardzo kręta. Wyprzedzanie rowerów często było niemożliwe, jechało się w takim pociągu razem z innymi supportami. Z kolei na fragmentach ze zjazdami, zawodnicy jechali bardzo szybko, powyżej 60 km/h - i tak samo, trzeba było bardzo, bardzo uważać. Z ulgą powitałam dyspozycję gps o skręceniu i zjechaniu z trasy zawodów.
A potem okazało się, że Tibor źle mi wbił następny punkt w GPS i wylądowałam na przedmieściach Jeleniej Góry nie wiedząc gdzie jest trasa, ani gdzie jest poszukiwany parking. Przez chwilę miałam mały panic mode, ale potem stwierdziłam, że priorytetem jest dostanie się na czas do T2. Wbiłam sobie adres drugiej strefy zmian. Po drodze postanowiłam po pierwsze rozglądać się za innymi autami supportującymi (dedykowane naklejki na szybę ułatwiały sprawę), a po drugie liczyłam, że jadąc w kierunku Karpacza będę musiała minąć ten właściwy parking i drugi punkt odżywczy. 
Tak też się stało i zdążyłam Tiborowi podać bidon.
Do T2 zdążyłam bez problemu, ze sporym zapasem. Zastanawiałam się jak idzie mężowi. Przy podawaniu bidonu dalej wyglądał świeżutko - ale najcięższe podjazdy, w tym do Karpacza dopiero były przed nim. Robiło się coraz goręcej, było duszno. Zapowiadane opady nie nadeszły. Ta duchota była trochę niepokojąca - ale wygląd nieba, przejrzystość powietrza była normalna, nie burzowa. 

Wreszcie pojawił się. Widać było, że końcówka roweru dała mu popalić. Zaczęłam wyciągać z worka ciuchy na przebranie. Na szybko uznaliśmy, że z mojego plecaka wyciągamy puchówki - bo wyglądało, że żadnych niespodzianek pogodowych nie będzie (ha!). Pomimo zmęczenia, mój zawodnik miał zakodowane w głowie, że w strefie zmian należy przebywać jak najkrócej. Uciekł z niej tak szybko, że leciałam za nim, dopiero w locie zapinając plecak i zakładając go na plecy, walcząc z majtającymi kijkami (tak - wzięliśmy kijki). To wszystko spowodowało, że nie miałam czasu przypomnieć sobie i dokopać się do drugiej przeciwdeszczówki, tej, której nie pozwolił mi od razu schować do plecaka. Ale wtedy żadne z nas o tym nie wiedziało :)
No wyleciał mi chłop z T2 jak Filip z Konopii, po to, żeby kilkaset metrów później stwierdzić, że nie czuje się dobrze. I rzeczywiście nie wyglądał najlepiej. Cóż - miał za sobą 2 kilometry pływania i prawie 90 kilometrów na rowerze, w upale, z podjazdami. Jedyne co mogłam to podać żel, picie i być obok. Trochę szliśmy, trochę nawet podbiegaliśmy, ale widać było, że szybsze tempo Tibora męczy i że ten etap będzie go drogo kosztował. Jak bardzo było w tym momencie niedobrze przekonałam się, gdy nasza trasa zaczęła iść w dół. Fragment - marzenie. Łatwa szutrówka, z lekkiej górki. Nic tylko puścić nogi i biec. Ale małżonek odmówił współpracy. Trochę się wtedy zaniepokoiłam. Przed nami był jeszcze kawał drogi, wszystko co trudne jeszcze przed nami. Zastanawiałam się czy nie powinniśmy się gdzieś zatrzymać, odpocząć solidniej - ale pacjent stwierdził, że będzie umierać w marszu :)
No i szliśmy tak. Szutrówka się skończyła, zaczął się asflat. Tibor od czasu do czasu wściekał się na własną niemoc i biadolił, że rok temu tędy biegł. Potem skręciliśmy na podejście na Przełęcz Karkonoską. Tu po prostu asfalt stawał dęba i kijki były pomocne. Tibor dalej rzęził - ale powiem szczerze, że tempo marszu mieliśmy pod tą górę bardzo w porządku. Natomiast bardzo nie w porządku był pomruk burzy, który nagle usłyszeliśmy... 
Na Przełęczy już kropiło. Uzupełnienie wody w bukłaku na punkcie (skromniutkim: woda, izo i pokrojone batoniki) i dalej w drogę. 
Chwila oddechu na Przełęczy plus obniżenie temperatury przez krążącą burzę spowodowały, że Tibor  trochę odżył. Burza zamiotła nas końcówką ogona. Zmoczyła, pogroziła i poszła dalej. Nie wyciągnęliśmy przeciwdeszczówek, ale idąc i podbiegając zaczęliśmy podsychać. 



Tibor owszem odżył - ale w jakiś chwilami pokręcony sposób. Zaczął się bawić w Emila Zatopka, normalnie:). Nagle dostawał świngu, gnał po szlaku, przez kamienie, ledwo za nim nadążałam. Po czym nagle przechodził do marszu. Zaczynałam w tym marszu nadawać tempo, a on mi krzyczy, że za szybko. Dobra, zwalniamy. Znów mi trochę szkoda, bo fragment akurat łatwiejszy do truchtania. Chwila przerwy, zaczynają się kamienie - a chłop znów mi leci :) Pytałam się go później czemu tak gnał. A bo mu się dobrze biegło... Weź tu supportuj takiego i się nie stresuj ;)

Pogoda nie powiedziała jeszcze ostatniego zdania, bo dogoniła nas burza nr 2. No, tu już było ciekawiej. Przeszła o wiele bliżej, już porządniej strasząc grzmotami i w jednej chwili mocząc nas do suchej nitki. Przeciwdeszczówek znów nie było sensu wyciągać - bo i tak byliśmy ociekający wodą. Gnaliśmy po prostu - raz biegnąc, raz maszerując do przodu, w kierunku Śnieżki, która majaczyła już przed nami. Burza po jakimś czasie znów przeszła, a ja odetchnęłam z ulgą. Bo powiem szczerze, że w głowie różne myśli zaczęły się przewijać. Czy na moim identyfikatorze dla supportu mam wpisany numer do GOPR. Jaka jest szansa, że ta burza przechodząca kilka kilometrów obok jednak łupnie nas piorunem. Jakie są zasady sztucznego oddychania...Zresztą w głowie Tibora podobne myśli kłębiły się w głowie - a to znaczy, że zaczynało być groźnie. Nie mieliśmy wyjścia: trzeba było lecieć dalej. Najbliższe schronienie, gdyby zrobiło się gorzej to był Dom Śląski u stóp Śnieżki.
Przebiegając obok Samotni, niestety zobaczyliśmy, że to nie koniec atrakcji. Z dołu, szła następna chmura. Szła prosto na Śnieżkę. Zdążymy czy nie zdążymy? Tymczasem przed nami rosła w oczach Ona. Górująca. Wielka. Coraz większa. Strasząca  zygzakiem podejścia. 
Koło Domu Śląskiego mój mąż znów dostał przyspieszenia. E! Czekaj na swój support! Chwilę później tradycyjnie znów zwolnił. Rozpoczęliśmy podejście i wyścig z burzą. I tym razem portki ze strachu to już naprawdę miałam pełne. Szłam pierwsza, bijąc chyba jakieś rekordy podchodzenia. Powiem szczerze, miałam w głowie tylko jedno: trzeba stąd spie*dalać jak najszybciej. Tylko nie dotykać łańcuchów! Od Domu Śląskiego na szczyt podeszliśmy w 14 minut.  Mijaliśmy turystów ubranych w kolorowe pelerynki przeciwdeszczowe (kurczę, po co oni się pchają na górę, jak widać, że w takim tempie nie zdążą przed burzą?? A po co pcha się tam wycieczka dzieci??)
Niestety chmury były szybsze. W połowie drogi znów zaczęło lać. Lewa wolna! Lewa wolna! 

Już pada. Fot. Marcin Mondorowicz

Po Tiborze bardziej widać jak bardzo byliśmy przemoczeni
fot. Marcin Mondorowicz


Grzejemy. Już widzę koniec, już szczyt, jeszcze tylko paręnaście kroków. 
I w tym momencie dupnęło na maksa.
Nad głowami rozszalał nam się Armagedon, w twarz sypnęło gradem. Nawet nie zauważyłam, że już minęliśmy metę, 15 minut przed upływem limitu.
Szybko polecieliśmy schować się. Nie było czasu na celebrowanie.
Wtedy mąż poprosił o kurtkę przeciwdeszczową. I mocno się zdziwiliśmy, gdy wyciągnęliśmy tylko moją...

Meta :)

Dwie bardzo zmokłe kury


Pomimo gorszej niż rok temu dyspozycji, pomimo dłuższej niż rok temu trasy rowerowej, pomimo krótszego limitu, pomimo atrakcji pogodowych na trasie - zrobił to! 
I ja tam byłam miód i wino piłam :) Albo jakoś tak :)

Po nas na Śnieżce finiszowały jeszcze trzy osoby, resztę osób zatrzymywano przy Domu Śląskim. 
Wystartowało 87 osób, było 11 DNF
Chłop czuje niedosyt i odgraża się, że za rok chce tu znów wrócić. Zobaczymy czy się uda, ale jakby co z miłą chęcią znów mu potowarzyszę.


Zła pogoda? Ale o sso chodzi?






wtorek, 15 maja 2018

Kopenhaga

Kopenhaga
Pod Gran Canarię mieliśmy wklepane tyle kilometrów, nabitą taką bazę, że aż żal było jej nie wykorzystać. Gdyby tak popracować nad szybkością - to mógłby z tego wyjść fajny maraton. Tak też zrobiliśmy :)
Czemu akurat Kopenhaga? Bo trzeba było wziąć pod uwagę regenerację. Baliśmy się, że zbyt wcześnie wprowadzony trening maratoński skończy się  kontuzją. Dodatkowo wydawało nam się, że w tym mieście nie będzie może zbyt gorąco, pomimo połowy maja. He, he, he. Dobre :))

Nie powiem - przeżyłam pewien szok, gdy zamiast komfortowego klepania kilometrów nagle w Planie pojawiły się treningi, które prawie zawsze oznaczały wyjście poza strefę komfortu.
I to nie był tylko żarcik, gdy na fejsbuku pisałam o wizytach w toalecie. Naprawdę zdarzało mi się patrzeć co tam Piotr wymyślił i... musiałam trochę opóźnić wyjście z domu.
Treningi przynosiły efekty, widziałam to. Wchodziłam na tempa, o których kiedyś mogłabym tylko pomarzyć. Łapały mnie czasem wątpliwości czy uda mi się to wszystko poskładać w 42 kilometry. Ale im bliżej było startu, tylko bardziej wierzyłam, że to ma szansę się udać.
Najbardziej obawiałam się wiatru. W końcu Kopenhaga to miasto portowe. O słońcu jakoś nie myślałam. A to ono, jak się okazało, rozdawało tego dnia karty.

Ja już pisałam, że żeby rzucać się na życiówki, na łamanie jakiś cyferek - trzeba mieć dzień konia. I ten dzień to nie tylko szczyt formy, dobre rozplanowanie żeli, odpowiednie nawodnienie, sprawne przebieganie przez punkty z wodą. To również pogoda. A ta może w bezlitosny sposób wystawić na ciężką próbę ciało i umysł maratończyka.

Niestety po zachmurzonym niebie, które wisiało nad miastem dzień wcześniej, w niedzielny poranek nie było ani śladu. Cieniutkie chmurki rozwiały się definitywnie na jakąś godzinę przed startem i na biegaczy czekało błękitne niebo. I słońce.
Z mężem startowaliśmy z różnych miejsc. Tibor poszedł do przodu, a ja stałam tuż przed pomarańczowymi balonami na 3:30. I....tuż za zającami na 3:20. Maraton kopenhaski nie dorównuje liczbą uczestników do takich tuzów jak Berlin czy Paryż (30-40 tysięcy biegaczy) i na starcie stawiło się niecałe 7900 ludzi. Stąd pewnie szybsze strefy były bardzo krótkie. To pewnie też spowodowało, że pierwsze kilometry, niesiona tempem innych biegaczy, przebiegłam o wiele szybciej niż zakładałam. Jak mi drugi i trzeci kilometr wpadły w 4:34 i 4:37, zaczęłam się w głowie stopować. Z takim tempem to się nie mogło udać. Zwolniłam i pilnowałam średniego tempa. Przez liczne zakręty na trasie wskazania zegarka i oficjalne oznaczenia kilometrów zaczęły się dość szybko rozjeżdżać. Wiedziałam więc, że moje "zegarkowe" średnie tempo musi być szybsze, muszę mieć zapas na te nadprogramowe metry, które do mety się uzbierają. Uznałam, że nie mogę biec wolniej niż 4.50 - 4.52 min/km. Na piętnastym kilometrze rozjazd był już ponad dwieście metrów. Starałam się te różnice zmniejszyć, wybierać najbardziej optymalny tor biegu. Patrzyłam w którą stronę skręcają biegacze, żeby w jak najlepszy sposób ścinać zakręty i jak najmniej dokładać metrów. Udawało się to do czasu, niestety. Pogoda była dalej stabilna: lampa po prostu i bardzo ciepło. O dziewiątej trzydzieści, gdy bieg ruszał, słońce było jeszcze na tyle nisko, że biegnąc pomiędzy budynkami biegacze mieli sporo cienia. Niestety wraz z upływem czasu i wędrówką słońca w górę - ten komfort się skończył. Powoli nie tor biegu, a cień, cień jak najdłużej stał się priorytetem.
Już kiedyś biegłam maraton w takich warunkach. W Budapeszcie w 2014 roku. W październiku było wtedy 27 stopni. Myślę, że teraz w słońcu warunki były podobne.

Coraz bardziej zdawałam sobie sprawę, że to będzie ciężka walka. I że cholera wie jaki czas do mety dowiozę. I obym do tej mety dotarła w jednym kawałku.

Siódmy kilometr. Jaka jest pogoda - widać.


Strefy z wodą i izotonikami były dość często, co jakieś trzy kilometry. Mój mąż przed biegiem trochę kręcił nosem, że po co tak często, czemu nie co pięć kilometrów. Że tyle punktów, to większa strata czasu przecież. Cóż, okazało się, że całe szczęście, że było ich tyle (w sumie dwanaście). Szkoda, że były dość krótkie. Przy takiej temperaturze powietrza, na wodę rzucali się praktycznie wszyscy. Kocioł przy kubkach robił się straszny i nawet jak człowiek nie wiem jak się starał - to nie dało rady przez strefy przebiec płynnie, łapiąc picie w locie. Cenne sekundy uciekały, ale ominięcie takiego punktu - to było proszenie się o kłopoty. Zresztą w miarę upływu czasu na piciu się nie kończyło. Zawsze przed wodą stała kurtyna wodna, z której również korzystałam. Potem polewałam się wodą, a potem dopiero piłam: wodę albo izo, w zależności od tego co udało mi się dorwać przed końcem strefy.
Starałam się jakoś odwrócić uwagę od tego gorąca. Odliczałam sobie w duchu kilometry, rozglądałam się dookoła (Duńczycy cała trasę przeprowadzili przez miasto, bez wyprowadzania biegaczy na jakieś opłotki, czy obwodnice. Dzięki temu było naprawdę dużo kibiców. Czasami aż za dużo ;), patrzyłam na stroje biegaczy przede mną, odczytywałam napisy na koszulkach. O, tu pani ma ładny tatuaż na łopatce. Z lewej strony biegnie Hiszpan. A tutaj maszerujący gość ma na plecach wypisane Tibor. Tibor? Tibor??? Mój Tibor???? No, mój...
I tak gdzieś między 17 a 22 kilometrem (oboje pamiętamy to różnie), minęłam mojego męża, który pożalił się, że zabetonowało mu łydki. Przesłałam mu pocieszającego całusa i pobiegłam dalej.
Było coraz ciężej. Zbliżało się południe i właściwie nie miało już znaczenia czy trasa prowadziła wąskimi czy szerszymi uliczkami, z drzewami czy bez. Słońce było wszędzie. I wybierało siły w tempie błyskawicznym. I to widać było po tempie. W okolicach 27-28 kilometra zaczęłam zwalniać. Dramatycznie wzrosła też liczba maszerujących ludzi. Dla mnie zaczęło się bieganie od punktu z wodą do punktu z wodą. Nie mogłam się ich doczekać. I odliczałam w głowie. Za moment trzydziestka. Zostanie tylko dwanaście. Zrobisz to. Trzydziesty drugi. Już tylko dyszka! Trzydziesty piąty, tylko siedem...


Czerwona spódniczka to ja. Jeszcze nie wiem, że pomarańczowe balony są tak blisko. Jeśli zdjęcie wydaje Wam się bardzo podobne do poprzedniego - to macie rację :) Część trasy pokonywało się dwukrotnie.


Trzydziesty szósty...i widzę z boku pomarańczowe balony. Balony prowadzące ludzi na 3:30...
Gdy zobaczyłam grupkę bez problemu mnie mijającą na sześc kilometrów przed metą, najpierw chciałam machnąć ręką. A potem postanowiłam zawalczyć. Przecież tak niewiele brakuje...
Udało mi się utrzymywać tempo grupy, przy następnej strefie nawadniania nawet zostawiłam ich z tyłu. Ale czułam, że to już nie jest moje komfortowe tempo. Z niepokojem obserwowałam też swoje tętno. Przez większość czasu udawało mi się je utrzymywać w ryzach, tuż poniżej 160 uderzeń, albo nieznacznie je przekraczając. Teraz jednak niepokojąco zaczynało rosnąć, 164, 166, 167... Średnie tempo za to nieubłagalnie spadało... 4.51...4.52...4.53...Organizm zaczął dawać mi do zrozumienia, że ma dość. Obie łydki miałam zmasakrowane, na granicy skurczu. Zaczynało kręcić mi się w głowie. W dodatku z kieszeni wyleciała mi ostatnia deska ratunku, tabletka dextrozy. Musiałam do mety dolecieć bez żadnych wspomagaczy i żeli - bo już nic nie miałam.
Na trzydziestym dziewiątym kilometrze pomarańczowe baloniki wyprzedziły mnie po raz drugi. Przy tętnie 171 nie podjęłam wyzwania. Zaczęłam się bać, że skończę jak ta kenijka na maratonie warszawskim. Czułam, że stąpam po bardzo cienkiej linii. Na razie jestem tylko bardzo zmęczoną słońcem, odwodnioną biegaczką na końcówce maratonu. Biegnącą na oparach, ale dalej całkiem niezłym tempem. Jak rzucę się w pogoń - mogę szybko stać się biegaczką, która tej mety nie przekroczy o własnych siłach. To tylko bieg. Będą inne okazje, żeby zmierzyć się z wymarzonym czasem.
Ostatni punkt nawadniania był na 40,5 km. Stanęłam przed kubkami z wodą. Dwa wylałam sobie na głowę. Trzecim polałam kark i ramiona. Czwarty wypiłam. Potruchtałam parę kroków do izotoników i powoli idąc, starając się nie uronić ani kropelki, wypiłam następny kubek. I dopiero potem pobiegłam dalej. Na końcówce wykrzesałam z siebie nawet jakiś sensowny finisz. Metę przekroczyłam po trzech godzinach, trzydziestu minutach i dwudziestu sześciu sekundach. Z tętnem 174 (mój hrmax to 175).
Część w wody w butelce, którą dostaję za metą do łapy, wylewam na głowę. Resztę wypijam w kilka sekund.
Potem przyssaję się do kubeczków z wodą. Nie wiem ile wypijam. Cztery? Pięć? Poprawiam izotonikiem. Idę pod kurtynę wodną i bardzo długo pod nią stoję. Wraca mi zdolność logicznego myślenia, odkrywam, że w amoku niepotrzebnie wywaliłam butelkę po wodzie. Podnoszę sobie z ziemi czyjąś pustą i znów wracam do obsługi prosząc o dolewkę. Dopiero z takim zapasem wlokę się na umówione miejsce na trawce, żeby czekać na męża. Zastanawiam się czy jakoś odżył, czy może w ogóle zszedł z trasy. Ale po niecałych dwudziestu minutach dołącza do mnie. Pomimo mega zgonu maraton ukończył w 3:47:59. Nie wiadomo co się u niego stało. Bo źle zaczęło być już na ósmym kilometrze. Tibor ma różne teorie, ale podobnie skończył się u niego Budapeszt, odbywający się w podobnych warunkach pogodowych.

Czy jestem rozczarowana? Troszeczkę tak :) Uważam, że byłabym  w stanie pobiec szybciej. No ale pewnych rzeczy się nie przeskoczy. Pogoda była jaka była i trzeba było w takich warunkach wyrwać to co się dało. Nie udało mi się złamać 3:30 - ale mam nową życiówkę :)
Na razie liżę rany (dosłownie. Upał plus spocone i polewane wodą ciało równa się masakra od czujnika i stanika), upajam się nicnierobieniem. A z tematem maratońskim wrócę na jesień. Najprawdopodobniej w Warszawie :)






PS. Wiecie, że byłam setną kobietą na 2022 startujących i 10 w swojej kategorii wiekowej?
Ponad czterystu biegaczy z 7885, którzy wystartowali nie ukończyło biegu.

środa, 9 maja 2018

Wiosna u Matki

Wiosna u Matki
Matka biega jest w strasznym niedoczasie i nie ma kiedy na dłużej przy komputerze zasiąść. Ostatnio jakoś ciągle albo w rozjazdach, albo szykuje się do następnego, albo ogarnia po poprzednim. A tu śmignęły i odlatują powoli w niebyt Harpagan (w moim przypadku Harpuś) i majówka, którą spędziłam z mężem i połową dzieci we Włoszech. Szkoda, że tak średnio słonecznych ;)
Wielkimi, naprawdę wielkimi krokami zbliża się maraton w Kopenhadze (to już w ten weekend, aaaaa!) i głupio byłoby łączyć relacje z trzech różnych wydarzeń.  Połączę więc dwie :P

Harpagan. Prawie jak w zegarku dwa razy do roku pojawiamy się na Kaszubach korzystając z gościny dobrych znajomych. I tradycyjnie - ja ruszam z dziećmi na trasę rodzinną, dziesięciokilometrową, a mąż mój usiłuje zdobyć tytuł Harpagana na trasie mieszanej 150. Czyli 50 kim na nogach i setunia na rowerze. Co trzeba zrobić, żeby ten tytuł zdobyć pisałam już w przeszłości, ale wspomnę jeszcze raz: trzeba w limicie czasu zaliczyć wszystkie punkty kontrolne (bo Harpagan jest imprezą na orientację, lata się z mapą generalnie). Nie jest to łatwe, o czym mój mąż przekonał się już trzykrotnie. Tu musi się zagrać wszystko: pogoda, trasa, orientacja w terenie i szybkość. I do tej pory zawsze zdarzało się coś, co decydowało o niepowodzeniu. A to lejący przez całą noc deszcz, który spowalniał i wyziębiał. A to wiatr, który powodował, że jazda na rowerze była mordęgą. A to jakieś błędy w nawigacji. Tym razem zagrało wszystko, Choczewo okazało się szczęśliwe i mój mąż wreszcie uzyskał upragniony tytuł:) A przez te wszystkie edycje moje chłopaki na tyle wciągnęli się w to latanie po lesie, że najstarsi na jesieni zażyczyli sobie ruszyć z tatą na najkrótszą trasę rowerową.
Gdy mój mąż z powodzeniem odhaczał kolejne punkty, my rozpoczynaliśmy kolejne spotkanie z Harpusiem. Tym razem udało nam się nie spóźnić (co ostatnio było normą), numery startowe i karty odebraliśmy o czasie (czujnie nie dałam się wpakować, tak jak pół roku wcześniej do gigant- kolejki dla osób nowozapisujących się). Ruszyliśmy większą grupką, z koleżankami i ich dziećmi, ale w miarę posuwania się, rozdzieliliśmy się i ostatecznie każdy szedł swoim tempem.




Trasa Harpusia wiodła głównie dookoła bardzo malowniczego Jeziora Choczewskiego



Powiem, że chłopaki dziarsko już maszerują. Pamiętam edycję sprzed dwóch lat, kiedy non stop chcieli się zatrzymywać a to na picie, a to na jedzenie - a teraz większość kanapek, które zrobiłam przeniosłam przez całą trasę. Pierwszy raz udało nam się ukończyć Harpusia poniżej 3 godzin (a przypomnę, że na przykład rok wcześniej nie zmieściliśmy się w pięciogodzinnym limicie). To, że chłopaki są coraz starsze i tuptanie przez las idzie nam coraz sprawniej, nawet z wózkiem, to jedno. Ale dużo też zależy od trasy. A ta w tej edycji była mało wymagająca nawigacyjnie, właśnie taka rodzinna. Starszaki ogarniały mapę, całkiem sprawnie nawigując do kolejnych punktów. Do mety dotarliśmy akurat, żeby chwilę później bić brawo wjeżdżającemu na metę Tiborowi :)

powitanie Harpagana :)


I tylko jedno mam znów do zarzucenia orgom: czemu zarzucili dobry zwyczaj wypisywania harpusiom dyplomów od razu na mecie?? Znów naczekaliśmy się na ich odbiór.





Ledwo wróciliśmy do domu z Kaszub, ogarnęliśmy ciuchy do prania, a tu majówka zaczęła się zbliżać wielkimi krokami. Pierwotne plany obejmowały wyjazd ze znajomymi na wspinanie do Włoch. Niestety znajomi w ostatniej chwili musieli wyjazd odwołać. Do tego dołożyły się prognozy pogody, z których wynikało, że najcieplej i najsłoneczniej to będzie w...Warszawie. Wszędzie indziej być raczej mokro łamane przez bardzo mokro. Zostać? Rozczarowane byłoby dziecko nr 1, które miało z nami jechać jako następne w kolejce (tak, od jakiegoś czasy zabieramy dzieciaki na tego typu wypady pojedynczo. I my wtedy lepiej z takiego wyjazdu skorzystamy i dziecko ma rodziców bardziej na wyłączność). Mój mąż chyba by jajko zniósł siedząc w domu, bo też marzył mu się odpoczynek od kieratu pracowo - domowego. Tylko ta pogoda... Burza mózgów była straszna i rozważane były różne kierunki, włącznie z Norwegią. Ostatecznie stanęło na pierwotnie planowanych Włoszech, tylko inny rejon. Prognozy były co prawda średnie, no ale jak mąż chce poczuć włoski klimat w deszczu i uważa, że będzie szczęśliwy - to niech ma ;) Zapakowałam do toreb więcej ciuchów przeciwdeszczowych i dokupiłam Matyldzie w ostatniej chwili kalosze. I ruszyliśmy. W kierunku Arco - miejsca, w którym byliśmy dwa lata wcześniej.

Przerwa w drodze. W dole Innsbruck, przed nami Alpy. Chmury zwiastują deszcz - i tak rzeczywiście było. Arco również przywitało nas deszczem.


Jak było? Cóż... Pogoda w Warszawie była zdecydowanie lepsza :) Ale tragicznie nie było. Mieliśmy jeden dzień naprawdę słoneczny i dwa znośne. Potem pogoda zaczęła się psuć, zaczęły nas wykurzać burze, przelotne opady, aż wreszcie zlewa bez perspektyw na poprawę wykurzyła nas na dobre dzień wcześniej niż planowaliśmy.
Pobiegałam sobie troszeczkę - trochę rozjeżdżając się z moim Planem. Powypadały biegania przez dojazd, który trwał przecież kilkanaście godzin. Jeden trening samowolnie sobie skróciłam  (za to nie było po płaskim i o wiele szybciej niż trener kazał), jedno bieganie wyszło nadprogramowe. Ale to było rodzinne truchtanie, to się nie liczy :)). To wszystko działo się na niecałe dwa tygodnie przed maratonem, właściwie na etapie wchodzenia w tapering - więc mam nadzieję, że za dużo zmiany i samowolki nie namieszały i uda mi się nabiegać wymarzony czas.






Było trochę wspinania - choć najbardziej owspinane wyjechało dziecko nr 1. Tu jednak karty rozdawała Matylda i większość rzeczy było robionych tak, żeby jej było dobrze.


Jezioro Garda

Autoportret wspinaczkowy :))

a tu zostałam "złapana" przez dziecko nr 1








Arco żegnało nas deszczem

Zrobiliśmy sobie też wycieczkę do Wenecji. I po niej - pomimo, że Wenecja jest bardzo malowniczym miastem - wiem jedno: małe miasteczka tak, duże turystyczne metropolie, niekoniecznie. Ilość ludzi na miejscu poraża. A przecież to nie była pełnia sezonu.
Cena za trzy godziny parkowania również porażała ;) 29 euro...
Tak, wiem, na zdjęciach poniżej tłumów aż tak bardzo nie widać, ale to moje celowe zabiegi :)










Tyle w wielkim skrócie ostatnio się u nas działo. Zostawiam Was z widoczkami z Wenecji.
A ja zaczynam stresować się  przed maratonem :)
Copyright © 2016 Matkabiega , Blogger