Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Smashing Pąpkins. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Smashing Pąpkins. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 8 czerwca 2015

Ku górze, ku niebu, w dolinę, ku mecie- XII Bieg Rzeźnika część 3

Ku górze, ku niebu, w dolinę, ku mecie- XII Bieg Rzeźnika część 3
Ku górze, ku niebu
w dolinę, ku mecie
medal co tam czeka,
co najdroższy na świecie.


I teraz, proszę państwa zaczyna się Rzeźnik. Ponad pięćdziesiąt kilometrów w nogach, a tu trzeba wdrapać się na Połoninę Wetlińską, zbiec i znów wdrapać na Połoninę Caryńską.
Czułam już zmęczenie. Czułam w żołądku colę, ser, burna, wodę. Dlatego żelu nawet nie próbowałam wciągać, bo ewidentnie byłby tym miętowym opłatkiem z Monty Pythona :)
Zmęczone szłyśmy jak automaty. Tam gdzie się dało truchtałyśmy. A czasem nie, bo żadna z nas nie miała już siły. Zresztą nie tylko my. Coraz częściej się zdarzało, że nasze uprzejme przepuszczanie zespołów, które wlokły się za nami w ogonie i wydawało nam się, że są szybsze, nie wywoływało entuzjazmu :) Rozmów, dowcipkowania, które słychać było na początku już też nie ma. Każdy walczył ze sobą, ze słońcem, z podejściem.
Wreszcie końcówka podejścia pod Smerek. Podnoszę głowę i ze zdziwieniem jakieś 30 metrów przed nami znów widzę dziewczyny z trzeciej pozycji.  Zdobywają grzbiet i znikają mi z oczu. My mamy jeszcze trochę wdrapywania się po kamieniach.
Wreszcie jesteśmy na górze. Dookoła piękne widoki na Bieszczady. Zaczynam biec, bo przez podejście zaczyna spadać nam średnie tempo. Zmęczona i chyba lekko już otępiała robię krok za krokiem wpatrując się w kamienie, żeby się nie wywalić. Kątem oka rejestruję jakiś zespół na poboczu, który mijamy. Mój zmęczony umysł potrzebuje kilku chwil, żeby przetworzyć obraz i wypluć dane.
To była Agnieszka z Gośką! Jesteśmy trzecie! Ranyboskie, trzeba uciekać, uciekać!
Chyba podkręciłam tempo. Chyba Ewa chwilami nawet protestowała. Wzdłuż szlaku masa ludzi. Część to przypadkowi turyści nie do końca zorientowani co się dzieje, ale część wdrapała się na górę tylko dla nas. Kolejny kibic informuje nas, że jesteśmy trzecie. Ewa z tyłu protestuje, że raczej nie. Odwracam się i informuję ją, że tak, jesteśmy, bo jakiś czas temu wyprzedziłyśmy dziewczyny.
Ewa dostaje oczu jak pięć złotych i już nie narzeka na tempo.
Nie mam pojęcia czy zorientowały się, że je wyprzedziłyśmy, ale wiem, że będą gonić. Uciekać, trzeba uciekać!
Przed nami Chatka Puchatka, słychać doping ludzi, gdy kolejne zespoły przebiegają koło schroniska.
Wreszcie jesteśmy i my. Na górze znów widzę dzieciaki i męża. O, kurczę! Moje dzieci się tu wdrapały?







 Za schroniskiem zaczyna się zbieg. Robię co mogę, ale zmęczone nogi są dziwnie sztywne. Często przechodzę do marszu w miejscach, w których trzy tygodnie temu zbiegałam bez problemu. Ale dalej przemy do przodu, w dół, w dół, do ostatniego punktu w Berehach.
Na punkcie wlewam w siebie jakieś straszne ilości izotoniku - suszy mnie strasznie. Ewa znajduje ratownika, który zamraża jej stopę lodem w sprayu - coś na zbiegu ją kłuło i zaczyna pobolewać.
Jeszcze ma w planach uzupełnienie wody, gdy widzę jak ścieżką z góry zbiegają dziewczyny, przed którymi zwiewamy.
 Szybka decyzja żeby zwinąć się z punktu bez uzupełniania wody. Ja mam na plecach 3 litrowy bukłak, wody mam więcej niż Ewa. Jakby co - będziemy się dzielić.
Wylatujemy nadal na trzeciej pozycji i jako 128 zespół w generalce.
Krok za krokiem zaczynamy podchodzić pod Caryńską. Mordercze podejście. Czuję się jak zombie. Przez tą ucieczkę z Berehów znów nie łyknęłam żelu. Ewa ponownie wychodzi na prowadzenie, ja wlokę się za nią. Ale nie zatrzymujemy się. Uciekać trzeba. Gdzieś w połowie drogi robimy przerwę może na 30 sekund. Na tyle, żebym jednak coś zjadła i popiła.
Nie wiem czy to dlatego, że żel zaczął działać czy dlatego, że droga zaczyna się robić mniej stroma - a może i jedno i drugie, ale nasze tempo przestaje być aż tak ślimacze. Jest tylko ślimacze :)
Wreszcie góra. Tam gdzie się da staram się truchtać, tam gdzie nie mam siły staram się, żeby ten marsz był energiczny.
Na razie dziewczyn nie ma za nami, ale nie popuszczamy. Wreszcie zbieg. Pamietam go - trudny, stromy i długi. Ostatni wysiłek. I znów - w wielu miejscach przez które trzy tygodnie temu biegłam, tu przechodzę w marsz. W dół, w dół.
Zerkam na zegarek. Niecałe cztery kilometry do mety. I dwadzieścia minut do 12 godzin. Czy damy radę? Czy damy radę tak szybko zbiegać? Liczę trochę na to, że wskazania Garmina są nieprecyzyjne, że w rzeczywistości mamy bliżej do mety.  Informuję Ewę, że ocieramy się o złamanie dwunastu godzin, ale musimy dać z siebie wszystko. Zaczynamy szaleńczy zbieg. No dobra - przynajmniej nam się tak wydaje :) Od kibiców słyszymy, że jeszcze 1,5 kilometra do mety. Garmin zaniżył dystans, jak dobrze! Zdążymy!
Wreszcie koniec lasu, jeszcze ostatni stromy zbieg przez łakę. Już lecimy wzdłuż strumienia. Mijamy tabliczkę 500 metrów do mety. Mostek, ten mityczny mostek prawie na samym końcu.
W tym roku trasa została trochę zmieniona i meta jest 300 metrów dalej. Jeszcze kawałek szosą, łapię Ewę za rękę i wpadamy na metę. Płaczę. Udało się, nie wiem jak- ale się udało. Jesteśmy trzecie! Dobiegłyśmy poniżej 12 godzin!


A dzieciaki za nami :)


Ewa - dziękuję Ci! Byłaś wspaniałą towarzyszką. Udało nam się! Wskoczyłyśmy na pudło! Zrobiłyśmy czas o którym mi się nie śniło. I powiem Ci jeszcze, że z pierwszej trójki kobiecych zespołów tylko nam udała się sztuka, że z punktu na punkt poprawiałyśmy swoją pozycję: zaczęłyśmy jako 310, skończyłyśmy 122. Z dumą mogę powiedzieć, że rozpierdoliłyśmy kiosk, o!




Dzień później Agnieszka z Gośką umówiły się ze mną na spacer i spytki:) Oprócz wymieniania wrażeń z biegu i pytań kiedy je wyprzedziłyśmy (ha! Jednak nie zauważyły) i dlaczego nic nie zawołałam (nawet, gdybym od razu zauważyła, że je wyprzedzamy, też bym się nie odezwała:P), padło pytanie jak się przygotowywałam.
Zaczynam mówić, że biegałam po Fortach Bema i robiłam podbiegi na górce na Moczydle i nagle przerywam i zaczynam sobie zdawać sprawę jak to brzmi.
Stoją przede mną dwie dziołchy: jedna twarda skiturówka, wygrywająca zawody narciarskie, druga wspinacz górski, mająca za sobą pierwsze polskie przejście drogi na Fitz Royu, mająca o wiele większe doświadczenie w biegach górskich, a trzecie miejsce zwinęła im matka trójki dzieci, która do biegu ultra przygotowywała się w parku pod domem...



A TU relacja mojej partnerki


Ku górze, ku niebu, w dolinę, ku mecie- XII Bieg Rzeźnika część 2

Ku górze, ku niebu, w dolinę, ku mecie- XII Bieg Rzeźnika część 2
Biegnij, biegnij żwawo
górami, lasami
Nad strumykiem przeskocz
schyl się pod drzewami



Początek jest mało górski. Asfaltowa droga, potem jakaś szutrówka. Agnieszka z Gosią, zeszłoroczny trzeci team damski, mówiły mi, że źle wspominają ten etap. Że nudno, nic się nie dzieje.
My z Ewą w ogóle tego tak nie odczułyśmy. Mam wrażenie, że pomogły nam starty uliczne. Asfalt i kupa ludzi dookoła - nic nowego. Jedyna trudność, że trzeba w tej kupie i ciemności pilnować, żeby się partner nie zawieruszył. Zdziwiła nas ilość facetów ruszających w krzaki za potrzebą. To sam początek biegu przecież.
Potem skręciliśmy w las. Nie mam jakiś mega wspomnień z tego etapu. Trochę w dół, trochę w górę. Wąska ścieżka, masa ludzi, których trudno wyprzedzić. Nawet jak robiło się szerzej, to od razu wychodził urok formuły biegu - czyli w parach. Pary zaczynały biec koło siebie - i też się nie dało wyprzedzić :) Co w sumie myślę, na dobre nam wyszło.
Główną atrakcją były strumienie - tych przepraw były chyba cztery. Minusem były korki, które się robiły. Czasem dlatego, że nie było miejsca, żeby pokonać przeszkodę wodną bokiem, czasem dlatego, że ludzie zamiast próbować znaleźć inny wariant stali i czekali. Z tymi wariantami też trzeba było uważać, o czym przekonałam się na własnej skórze. Próba przejścia po mokrej kłodzie, skończyła się dla mnie orłem. Na szczęście nic się nie stało, a od razu ze trzy pary rąk zaczęły mnie dźwigać z błota.
Czas mijał, niebo zaczęło szarzeć, dało się w końcu wyłączyć czołówki. A potem słońce pojawiło się między drzewami. Godzina piąta rano, sznur biegnących ludzi, wiatr wiejący między gałęziami i czerwone, poranne, świeżutkie słońce oświetlające to wszystko ciepłym, pomarańczowym światłem. Magicznie.
Drugi taki moment, gdy człowiek żałuje, że nie ma aparatu w oczach, był parę kilometrów dalej. Słońce już było wyżej, ale dalej oświetlało biegaczy raczej w poziomie niż w pionie. Wąska ścieżka przez ogromne liście łopianu, ludzie rzucający cienie i w powietrzu leniwie płynące kłaczki jakiejś kwitnącej rośliny.
Ale żeby nie było tak romantycznie, zejdę na bardziej przyziemne tematy. Przed startem zastanawiałam się co zrobi mój organizm z kwestią toalety. Tak mam, że za grubszą sprawą chadzam z reguły rano. Ale tu bieg zaczynał się o trzeciej w nocy. Zbiegi ku przełęczy Żebrak spowodowały, że moje kiszki zostały bardzo gruntownie wytrząśnięte. Aż za gruntownie. Skręcić w las nie chciałam - bo nie było miejsca, w którym mogłabym się w miarę skutecznie schować przed innymi biegaczami, a w tamtym momencie czułam, że to może się skończyć naprawdę dłuższym posiedzeniem. Zaciskałam zwieracze i postanowiłam dotrwać do przepaku w Cisnej. Tam kojarzyłam toy-toye.

Na Żebraku zameldowałyśmy się jako 310 zespół w ogóle i siódmy kobiecy.  Do Cisnej zarejestrowałam dwie ekipy kobiece, które wyprzedziłyśmy - i zarejestrowałam dobrze, bo do Cisnej dotarłyśmy już jako piąte i na 244 pozycji w generalce.

Bieg do przepaku przez miejscowość wspominam rewelacyjnie. Nie byłyśmy jeszcze zmęczone, ludzie powychodzili już z domu i kibicowali. A już sam podbieg tuż przed boiskiem, na którym był przepak - normalnie ciary po plecach. Szpaler ludzi, drących się, krzyczących, klaszczących.
W Cisnej zdjęłam długi rękaw - robiło się coraz cieplej, zamieniłyśmy z Ewą pasy biodrowe na plecaki z bukłakiem i wzięłyśmy kijki (dopiero od tego momentu były dozwolone). Było małe zamieszanie, bo obsługa nie mogła znaleźć kijów Ewy, ale na szczęście wszystko się odnalazło. Przy okazji zerknęłam na sprzęt innych zawodników. Logo Black Diamonda przewijało się dość często. Chyba podjęłam dobrą decyzję z kijkami tej firmy.
Moje jelita postanowiły się uspokoić, na szczęście. Jedynym ewentualnym problemem był pęcherz - ale dawał znać na tyle delikatnie, że postanowiłam nie tracić czasu i ruszyłyśmy dalej. Ta część trasy była nam już znana z rekonesansu sprzed trzech tygodni. Jeszcze raz przebiegnięcie przez rozkrzyczany tłum, mostek i skręt na szlak. Od razu zrobiło się pod górkę, a ja sobie przypomniałam, że miałam plan łyknąć żel zaraz po wybiegnięciu z punktu. Niedobrze, niedobrze. Moje gapiostwo przypłaciłam spowolnieniem - Ewa zaczęła nadawać tempo z kijkami. Naprawiłam swój błąd jak tylko zrobiło się mniej stromo.
Podejście pod Małe Jasło i Jasło jest strome i męczące. Bardzo się ucieszyłam, gdy zaczęły się single traczki trawersujące zbocza. To podejście od razu rozciągnęło stawkę zawodników. Już nie było tak tłoczno jak na początku. Ludzie zbijali się w grupki po kilka osób, pomiędzy nimi były długie przerwy. Wreszcie Fereczata i zbieg. Zbieg, który trzy tygodnie temu zapamiętałam jako trudny i techniczny. Dobrze go zapamiętałam:) Wtedy jego pokonanie sprawiło mi dużą radochę - ale wtedy nie miałam tylu kilometrów w nogach i dookoła nie było tylu ludzi. No i nie była sama. Nawet jak mnie udało się gdzieś złapać rytm i zbiec fragment szybciej, Ewa zostawała przyblokowana ludźmi, którym ten zbieg sprawiał większy kłopot. Generalnie skończyłyśmy z mocno zmasakrowanymi "czwórkami".  Na tyle mocno, że choć wiedziałyśmy, że teraz nas czeka około 8 kilometrów tzw. Drogi Mirka, nieużywanej drogi lecącej lekkimi zakosami cały czas w dół, nie byłyśmy w stanie po niej biec w ciągu. Mnie w dodatku dorwała kolka i trzymała prawie do samego punktu. Biegłyśmy więc fragmentami, wyznaczając sobie a to jakieś drzewko, a to jakieś pieniek za punkt graniczny od którego zaczynamy biec/zaczynamy maszerować.
Myślę, że to był dobry pomysł, bo dzięki temu nasze nogi odpoczęły trochę i nie zarżnęłyśmy się do końca.

Ten fragment trasy to też pierwsza niespodzianka, gdy tuż po zbiegu z Fereczatej, jakieś 10 metrów przed nami zobaczyłam plecy wspominanej już tu Agnieszki. Żaden proces myślowy nie zaszedł jednak w naszych głowach - potwierdziłyśmy tylko między sobą ten fakt. Mu byłyśmy zmachane, pakowałyśmy kijki do plecaka, żeby nie przeszkadzały, przeszłyśmy do marszu, a Agnieszka ruszyła truchtem. No ale ona miała przecież łamać z partnerką 12 godzin, my nie miałyśmy takich ambicji. Pozazdrościłam tylko trochę w duchu,że dziewczyny są w stanie od razu truchtać.

Na końcu Drogi Mirka czekali na nas kibice:)




Tibor co prawda miał wizję, żeby dotrzeć z dziećmi już do Cisnej, ale powiedziałam mu, żeby dał sobie spokój. Po co ściągać z łóżek dzieci skoro świt. Na drugi przepak w Smereku już dotarli, tak samo jak rodzina Ewy.
Wpadłyśmy na punkt, który oferował dobra wszelakie. Ja dopięłam się do coli i do żółtego sera. Ewa znalazła zupę pomidorową. Po chwili ruszyłyśmy dalej. Uwaga, uwaga - już jako czwarty zespół kobiecy i 173 w generalce. O tym, że jesteśmy czwarte poinformował nas starszy syn Ewy. Mój mąż krzyknął "macie stratę 7 minut!" Rany - jakie siedem minut? O czym on mówi? Okazało się, że mówił o trzecim zespole, czyli o Agnieszce i Gośce. Ale jakoś w dalszym ciągu nie miałam żadnych specjalnych zapędów na gonienie. Po prostu robiłyśmy swoje, na tyle na ile miałyśmy siłę.
Ruszyłyśmy ku Smerekowi, ku połoninom.

Wsparcie mentalne :)

Mamo, mamo, mam dla ciebie kwiatki!



Ku górze, ku niebu, w dolinę, ku mecie- XII Bieg Rzeźnika część 1

Ku górze, ku niebu, w dolinę, ku mecie- XII Bieg Rzeźnika część 1
Komańcza - Ustrzyki, trasa dobrze znana
Wraz ze wschodem słońca
startujemy z rana



Ha, ha. Znów mam problem z ogarnięciem myśli. Tyle rzeczy się działo, tyle emocji.
Zacznę od końca - część z Was już wie, że z Ewą ukończyłyśmy bieg jako trzeci team kobiecy z czasem 11:54:37!!.
W dalszym ciągu jestem w dużym szoku i chodzę z lekka ogłuszona tym faktem - bo plany miałyśmy ciut skromniejsze :) Narzekać jednak nie mam zamiaru, że wyszły nam z nawiązką i lekkim przytupem :)
Teraz część osób powinna się zdziwić, że ja miałam jakiś plan. Ja, która potrafi na starcie maratonu zastanawiać się w jakim tempie pobiec :)

Plan minimum ustaliłyśmy na 13 godzin. Plan maksimum: pobić zeszłoroczny czas trzeciej pary kobieciej czyli 12:21. Dziewczyny biegły zresztą i w tym roku. Od Agnieszki wiedziałam, że chciały teraz łamać 12 godzin, żeby móc wybiec na dodatkowe 20 kilometrów, na wersję Hardcore.
Tak więc rozumiecie: nawet przez głowę nam nie przeszło, że zdołamy wbić się na pudło.


Na miejsce dotarłam z rodzinką dzień przed biegiem wczesnym popołudniem. Podróż była z małymi przygodami, bo dziecko nr 2 postanowiło puścić hafta w samochodzie (nie mogłem mamusiu powiedzieć, że jest mi niedobrze, bo bym zwymiotował wcześniej).

Odebrałam z Ewą pakiety w Biurze Zawodów. Pierwszy raz spotkałam tylu znajomych, co i rusz mówiłam do kogoś cześć.


Matki Dwie w miejscu przepaku w Cisnej. Zgodnie z planem miałyśmy się tu pojawić następnego dnia w okolicach siódmej rano



Zaczął się czas ostatecznego przygotowania. Miotałam się trochę po pokoju, co i rusz zmieniając zawartość kupek z rzeczami. Założyć na siebie krótki rękawek i kurtkę Wolfskina, czy pod koszulką mieć cienką bluzę z długim rękawem? A żeli to ile wziąć ze sobą? A na przepak co zabrać?
W końcu doszłam ze wszystkim do ładu i składu, absolutnie nie wiedząc czy to co sobie wydumałam się sprawdzi i udałyśmy się z Ewą zanieść rzeczy do depozytów na przepaki w Cisnej i Smereku oraz na odprawę.
A potem pozostało tylko iść spać i nie zaspać.

I tu opowiem wam historię, która świadczy jak bardzo byłam spięta i zestresowana.
Poszłam spać koło 21.30. Budzik miałam nastawiony na 24:50 (pomimo, że start był o trzeciej nad ranem, trzeba było pojawić się w Cisnej o 1:30, skąd odjeżdżały podstawione przez organizatora autokary mające nas zawieść do Komańczy na start).
Obudziły mnie głosy dobiegające z korytarza, w tym kobiecy. Mój zaspany umysł stwierdził, że to Ewa z chłopakami z sąsiedniego pokoju, z którymi umówiłyśmy się na podwiezienie do Cisnej. Zerknęłam za zegarek i zobaczyłam końcówkę minutową: 50. Zaczęłam się ubierać i szykować. I gdy już miałam na sobie wszystko, włącznie z numerem startowym, czapką, czołówką, jeszcze raz zerknęłam na zegarek. Wskazywał 22:50...
W piżamę już mi się nie chciało przebierać. Zdjęłam buty, numer, czapkę - i poszłam jeszcze pokimać dwie godziny.
Pobudka nr 2 odbyła się już bez przygód:)

Za to prawdziwą przygodą był dojazd autokarem. Wsiadłyśmy do pojazdu, który lata świetności miał już za sobą i zaległyśmy nieopatrznie w pierwszym rzędzie.  Kierowca już na samym początku dał nam odczuć ile zaufania ma do pojazdu, który prowadził: " no, mam nadzieję, że ten rzęch odpali! A w ogóle gdzie jedziemy, bo ja pierwszy raz?" Pan przez cały czas rzucał tego typu komentarzami: "no, mam nadzieję, że czwórka nie wyskoczy! O, jak mi szyby zaparowały" - i rzucał się ze ściereczką do ich wycierania. Ale gdy to robił, nie do końca panował na kierunkiem jazdy i autobus zaczynał z lekka skręcać. A ponieważ jechaliśmy po drodze w remoncie, której druga część praktycznie nie istniała i jej poziom był z dobre 30 cm niżej, zastanawiałam się czy w ogóle zdołamy dojechać w jednym kawałku.
Na szczęście się udało, kierowca na koniec uraczył nas jeszcze jednym tekstem:" to tu mam was wysadzić? Bo ja nie wiem, ja tu pierwszy raz jadę" i udałyśmy się w kierunku startu.

Było zimno. Było pieruńsko zimno. Cieszyłam się, że ostatecznie pod krótki rękaw założyłam bluzę. Wyciągnęłam jeszcze kurtkę przeciwwiatrową a i tak szczękałam zębami.
Podobno na parkingu, gdzie zagoniono zawodników stały jakieś tabliczki ze strefami czasowymi, ale w tym tłumie nic nie widziałyśmy, a przepychać się nie było już za bardzo jak. W tłumie było trochę cieplej, kurtkę zdjęłam i schowałam.
Hałas, gwar, harmider, świecące czołówki, bezchmurne niebo z gwiazdami nad nami. Padł wystrzał.
Zaczęło się!

Część druga
Część trzecia

poniedziałek, 16 marca 2015

UTW

UTW
W trakcie zeszłotygodniowego wybiegania z moją rzeźnicką partnerką, Avą, ta zaczęła mi opowiadać o pomyśle, który zaświtał jej w głowie. 
Pomysł został zainspirowany Koroną Warszawy. Obiec Warszawę zaliczając pięć "szczytów": Kopę Cwila, Górkę Szczęśliwicką, Górkę Moczydłowską, Gnojną Górę i Kopiec Powstania Warszawskiego. Dystans - około 34 kilometrów. Kawał porządnego wybiegania.
Projekt przybrał nazwę Ultra Trejl de Warsowi.
W niedzielę o 9 rano u stóp Kopca Powstania Warszawskiego pojawiło się aż 17 osób. Część z nich planowało przebiec cały dystans, część osób zdecydowało się na fragment trasy.



1. Kopa Cwila

Ruszyliśmy w kierunku Ursynowa. Od razu zawiało "przygodą", bo na dzień dobry przedzieraliśmy się wzdłuż jakiś nieużytków i krzaczorów. Potem dobiegliśmy do ulicy i skierowaliśmy się w kierunku Dolinki Służewieckiej. 

fot. Jakub Abramczuk 100hrmax.pl


Podczas przelotu przez Dolinkę, mało brakowało, a jeden z kolegów przy próbie zrobienia zdjęcia, by zaliczył kąpiel w Potoku Służewieckim. Życie fotografa wymaga poświęceń :) 
Ósmy kilometr - przed nami wyrasta Kopa Cwila. Część panów podbiega z okrzykami "zupełnie jak na Caryńskiej!". Panowie mają za sobą Rzeźnika. Oceniam wzniesienie. Gul. Łatwo na Rzeźniku to nie będzie, oj nie będzie. Podbiegam i ja. Na górze tradycyjne pąpkinsowe pompki, szybkie fotki, parę łyków wody i lecimy dalej, bo wieje niemiłosiernie.



2. Górka Szczęśliwicka

Przecinamy ulicę Puławską i lecimy w kierunku części miasta zwanej Służewcem przemysłowym. Co to oznacza? Oznacza niestety pewien błąd w planowaniu urbanistycznym. Całe kwartały ulic zabudowane biurowcami, ani jednego bloku mieszkalnego. W weekend oznacza to bieg przez totalnie wymarłe ulice. Ani jednego samochodu, ani jednego człowieka. Nie musimy nawet zbiegać na chodnik - biegniemy środkiem ulicy. A dookoła szkło, beton. I cisza. 

Ulica Marynarska. Za moment wlecimy w świat biurowców.
fot. Mikołaj Kowalski- Barysznikow www.biegajsercem.blogspot.com


Znowu zaliczamy prawdziwy city trail. Osoby znające lepiej tą cześć miasta prowadzą między blokami, garażami. W końcu lecimy ścieżką wzdłuż torów kolejowych.

fot. Jakub Abramczuk 100hrmax.pl

Ulica Grójecka i między blokami wbiegamy na teren parku. Przed nami cel nr 2. 
My, w przeciwieństwie do Korony Warszawy nie mamy pozwoleń na zdobycie Górki Szczęśliwickiej od strony wyciągu narciarskiego (dla osób mniej zorientowanych w topografii Warszawy: tak, tak - w środku miasta działa wyciąg narciarski:). Zadowalamy się wariantem bocznym. 16 kilometrów za nami.

fot. Mikołaj Kowalski- Barysznikow
www.biegajsercem.blogspot.com



3. Górka Moczydło


Zbiegamy. Znów między blokami wydostajemy się  w okolice Dworca Zachodniego. Wydawało mi się, że te okolice jako tako znam - ale tylko mi się wydaje:) Znów koledzy prowadzą opłotkami, z dala od ruchliwej Alei Prymasa Tysiąclecia. To naprawdę Warszawa?

fot. Jakub Abramczuk 100hrmax.pl
Wylatujemy na Park Szymańskiego. To już rzut beretem od Moczydła. Jestem całkiem blisko domu, jakieś 3 kilometry. Ale to jeszcze nie czas na dom. Za nami niecałe 22 kilometry. 
Wreszcie Górka. Dobrze mi znana. Najpierw długo pod górkę. Nie strasznie stromo, ale łagodnie też nie. Gdy mięśnie zaczynają boleć, wypłaszcza się. Ale zanim człowiek odetchnie, wypłaszczenie się kończy i zaczyna się stromizna. Na szczyt wlatuje się na miękkich nogach. Na szczęście widok wynagradza wszytko.

fot. Jakub Abramczuk 100hrmax.pl




4. Gnojna Góra

Kierunek: Stare Miasto. Gnojna Góra to tak naprawdę skarpa u stóp Starówki. Swoją nazwę zawdzięcza śmieciom, z których została usypana przez osiemnastowiecznych mieszkańców. 
Ta część naszego biegu jest wybitnie miejska. biegniemy środkiem miasta, co i rusz zatrzymują nas światła. Wreszcie widać kolorowe kamienice i nasz cel. Może to i tylko skarpa, może niezbyt długa - ale podbieg masywny. Zaciskam zęby i starając się nie zwracać na moje pojękujące łydki, staram się robić coś, co od biedy można nazwać biegiem.

fot. Jakub Abramczuk 100hrmax.pl




5. Kopiec Powstania Warszawskiego

Dwadzieścia osiem kilometrów za nami. Daje się odczuć zmęczenie. Dodatkowo biegniemy wzdłuż Wisły - swoje dokłada wiatr. 

fot. Mikołaj Kowalski- Barysznikow
www.biegajserce.blogspot.com

Wisła to mosty, między innymi spalony Most Łazienkowski. Zadzieram głowę i szukam tej osławionej drewnianej technicznej kładki i...mocno się dziwię. Kładka kojarzy mi się z czymś wąskim. A tu okazuje się że drewniane dechy idą praktycznie przez całą szerokość mostu. No ładna mi "kładka"... Przestaję się dziwić, że pożar poczynił takie szkody. 
Innym uczestnikom dystans też daje się we znaki. Grupa zaczyna się rozciągać. Przestajemy tak bardzo pilnować trzymania się razem. To końcówka, każdy biegnie w swoim tempie. 
Już ulica Czerniakowska. Już skręt w Bartycką. Chwila odpoczynku w oczekiwaniu na resztę grupy. Jeszcze matka - organizatorka wyciąga z auta jakieś tajemnicze pudełko - i ruszamy dobić się na ostatnim podbiegu. 
Na szczyt wiodą schodki. Strasznie niewygodne do wbiegania. Na stawianie kroków co schodek są za niskie. Na bieganie co dwa - stopnie są za długie. W końcu wybieram metodę mieszaną: jedna noga wbiega na raz, druga na dwa. Potem zmiana rytmu na drugą nogę. Mięśnie palą. Heloł, właścicielko! Pracowałyśmy przez blisko 34 kilometry, może już wystarczy?
Koniec. Ava otwiera pudełko, w którym leżą równiutko poukładane piernikowe medale :)



Ha! No powiedzcie - czyż to nie najlepszy medal świata?
Ostatnie pamiątkowe fotki, obowiązkowe pompki, na szybko wymieniane wrażenia, uściski. Endorfiny budzą się do życia. Z bananami na twarzy schodzimy w dół.

Dziękuję wszystkim z którymi biegłam. Dzięki Ewa za świetny pomysł. Bieganie w mieście nie musi być nudne. To był fantastyczny dzień.


fot. Krasus
www.biecdalej.pl

fot. Mikołaj Kowalski- Barysznikow
ww.biegajsercem.blogspot.com






Pozostałe relacje:




Copyright © 2016 Matkabiega , Blogger