Pokazywanie postów oznaczonych etykietą XXXII Bieg Chomiczówki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą XXXII Bieg Chomiczówki. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 18 stycznia 2015

Zawodowy weekend

Zawodowy weekend
Ale mi się tytuł wymyślił, nie?

A teraz do rzeczy. Zawodowy - bo pod znakiem zawodów, oczywiście. Nie tylko moich. W sobotę wystartował mój małżonek w Warszawskim Triathlonie Zimowym. Ja z młodszymi dzieciakami (starszy szaleje na na obozie judo w Zakopanem) polazłam jako kibic.

Z tym kibicowaniem i startem to też różnie mogło być, bo żadne z nas prawie do samego końca nie skojarzyło, że w dzień startu powinnam być pracy (niestety, część sobót mam pracującą). Zorientowałam się na dzień przed... Rychło w czas, nie? Na szczęście w pracy udało się załatwić wolne i miał się kto zająć dzieciakami, gdy mój mąż biegał, jeździł na łyżwach i jeździł na rowerze.

Pogoda w ten weekend była iście wiosenna, więc triathlon zimowy był zimowym tylko z nazwy.
Tibor dojechał, poprawił czas z zeszłego roku (choć fakt, że rok temu warunki były dla odmiany bardzo zimowe), jest z siebie zadowolony.

Szykowanie roweru


Łapki mocy :)


Gdzie ten tata...





A dziś była zmiana. Mąż kibicował, a startowałam ja. Pogoda dalej utrzymała się raczej wiosenna. Dwa lata temu był mróz chyba z -15. Rok temu waliło śniegiem. A teraz temperatura na plusie, śniegu ni hu hu. Ja bez rękawiczek, w opasce na głowie, getrach 3/4. Połowa stycznia, taaa...

Rok temu nie udało się pobiec w Biegu Chomiczówki: rozchorowałam się. Byłam wtedy bardzo rozczarowana, bo ten bieg miał mieć symboliczny wymiar. Moje pierwsze zawody, w których wystartowałam były w tym miejscu. Biegłam wtedy w krótszym biegu, pięciokilometrowym. 15 kilometrów było dla mnie dystansem z kosmosu. Dłuższych dystansów moja wyobraźnia nie ogarniała. Zeszłoroczna Chomiczówka miała być takim podsumowaniem, zatoczeniem koła. Nie wyszło, trudno.

W tym roku obyło się bez problemów zdrowotnych. Po pakiet startowy postanowiłam pobiec :) Trochę, żeby rozruszać nogi, trochę dlatego, że chwilowo jestem bez prawa jazdy (cały portfel niestety wyparował mi podczas wyjazdu na narty w ubiegłym tygodniu. Wszystkie dokumenty są już pozastrzegane, wnioski o nowe złożone, no ale lepiej losu nie kusić - po co mam szlajać się autem bez prawka?)
Potruchtałam, odebrałam, wróciłam. I minę miałam nietęgą. bo biegło mi się...strasznie. Nogi jakieś ciężkie takie, ledwo nimi przebierałam. A dystans nie był długi - bo 6 km z groszami. Tempo miałam zdecydowanie nie startowe. W domu zmęczona padłam i zasnęłam. Obudziłam się o dwudziestej. Wyspana. Więc spać poszłam z powrotem o drugiej w nocy. Budzik nastawiłam na siódmą. Niezły galimatias zafundowałam mojego organizmowi :)

Tuż przed startem Tibor tradycyjnie zapytał się na jaki czas biegnę, a ja tradycyjnie na ostatnią chwilę zaczęłam dumać jak ja mam do cholery pobiec?
W życiu na takim dystansie nie biegłam w zawodach. Pewnie trzeba pobiec wolniej niż dychę, a szybciej niż półmaraton. A oprócz tego musiałam wziąć pod uwagę, że za tydzień biegnę z moim mężem półmaraton właśnie. Jakie tempo wybrać, żeby pobiec na miarę swoich możliwości, a jednocześnie nie dolecieć z pawiem w gardle ze zmęczenia?
Zrobiłam odniesienie do półmaratonu i naniosłam pewne poprawki. Skoro ostatnią połówkę biegłam średnim tempem 5:07, to sobie wydumałam, że tu postaram się biec ciut szybciej. Czyli generalnie postanowiłam wcelować z czasem w okolice 1:15.
I z tym postanowieniem udałam się na start w poszukiwaniu swojej strefy czasowej. Tam zostałam zdybana przez Smashing Pąpkinsów (sama miałam pąpkinsową koszulkę). Fotograf organizatora zrobił nam nawet wspólne zdjęcie jak robimy pompki - ale pewnie w necie pojawi się za kilka dni.
Reszta drużyny ruszyła do przodu, ale ja się spłoszyłam i zostałam w strefie z czasem od 1:16 do 1:27.

Ruszyliśmy.
Bałam się trochę formuły biegu. Znaczy, że trzy pętle się robi. Bałam się, że to będzie nudne. Ale myliłam się. Ta powtarzalność nadała mi rytm. Wiedziałam w którym miejscu jestem. Że jak widzę ten budynek to za moment będzie zakręt. A jak przebiegniemy ulicę to tyle a tyle zostało do skończenia okrążenia.

Wielką niespodziankę zrobił Krasus, który nie mógł pojawić się na starcie z powodu zobowiązań towarzyskich. I nagle w trakcie drugiego krążenia, ktoś się do mnie drze. A to on! Pobiec nie pobiegł, ale przyjechał z drugiego końca miasta pokibicować Pąpkinsom. Od razu banana na twarzy dostałam:). A jak na trzecim okrążeniu dołączył do niego jeszcze mój mąż z dzieciakami - to razem narobili takiego rabanu, że wykrzesałam z siebie siły na finisz, o jaki w życiu bym się nie podejrzewała :)
No właśnie - biegło mi się na szczęście dobrze. Mój naprędce sklecony plan zrealizowałam z nawiązką - ze średnim tempem udało mi się zejść poniżej 5min/km, Metę przekroczyłam z czasem 1:13:05.

A teraz czas zacząć pakowanie. Bo przyszłotygodniowy półmaraton odbędzie się w dość egzotycznych warunkach - na Gran Canarii.


Na starcie - kolorowo

Mopsy dwa

Koniec pierwszego krążenia

Koniec drugiego krążenia

Finisz

Kotek też kibicował 

Copyright © 2016 Matkabiega , Blogger