Pokazywanie postów oznaczonych etykietą choroba. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą choroba. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 7 kwietnia 2015

Wielkanocne bieganie

Wielkanocne bieganie
Znajduję się teraz w dziwnym okresie jeśli chodzi o bieganie. Najpierw trzeba było odpocząć po Półmaratonie Warszawskim. A jak człowiek odpoczął, to trzeba zacząć się oszczędzać przed maratonem w Paryżu, który już za niecały tydzień.
Tak więc z aktywności wyszedł mi czwartkowy Power Training (nietypowo, bo zazwyczaj wbijam się na wtorkową "sesję". Uznałam jednak, że wtorek zaraz po półmaratonie to jednak za dużo szczęścia na raz). I akurat wbiłam się na Beep Test. Co to jest opowiadałam trochę na FB.
To test badający głównie wydolność. Polega na bieganiu wahadłowo dwudziestometrowych odcinków ze ściśle określoną narastającą prędkością - tak w wielkim skrócie. Ojapitolę, że tak delikatnie ujmę;). Efekt był taki, że po czwartku znów odpuściłam bieganie, bo musiałam odpocząć :)
Następne bieganie zaplanowaliśmy sobie na Wielkanoc. Truchtanie miały nam umilić piękne okoliczności przyrody - bo hasać mieliśmy w okolicach działki moich rodziców wśród pól mazowieckich wsi. Mamy już obcykane takie kółko, które ma równo 13 km. Wydawało mi się, że Tibor ma zaplanowane tempo 5,15 min/km i w takim tempie starałam się biec.
Okoliczności przyrody rzeczywiście były miłe dla oka, choć mało wiosenne jeszcze



 Słonko się przebijało i biegło by się całkiem przyjemnie, gdyby nie wiatr. Niestety od samego początku wiał nam w twarz i chwilami biegło się bardzo, bardzo kiepsko.
Małżonek jakoś zaczął biec kilka metrów za mną - ale na nic się nie skarżył, nic nie mówił o zwalnianiu, więc tak toczyliśmy dalej walkę z wiatrem - ja z przodu, Tibor za mną.



Trochę niepokojąco wyglądały chmurzyska, ale na razie nic się nie działo (oprócz wiatru), więc dreptaliśmy dalej. W pewnym momencie Tibor przystanął i machnął ręką. Spojrzałam się i zobaczyłam na polu siedem saren (możliwe, że to nie sarny, tylko łanie, z tej odległości kiepsko było oceniać gatunek). Dość szybko zauważyły potencjalne niebezpieczeństwo - czyli nas- i pomknęły dalej.


Dobiegliśmy do szosy. W dali majaczyły się zabudowania miasteczka Staroźreby. Niebo zrobiło się niepokojąco czarne... Po asfalcie biegło się ciut lepiej, ale wiatr nie przestawał przeszkadzać.


Wreszcie skręt w prawo, znów w polną drogę. Teoretycznie teraz wiatr powinien zacząć pomagać, ale nie odczułam tego. Miałam raczej wrażenie, że przestało wiać zupełnie. Też dobrze, choć niebo z lewej strony sugerowało raczej ciszę przed burzą.



Jak się okazało miałam rację, bo za chwilę zaczął padać grad. Przy okazji pojawił się wiatr - niestety boczny. Już po chwili poczułam, że lewa strona mojej twarzy jest cała zziębnięta od nawalających w nią kulek lodu. Cieszyłam się, że na głowie miałam czapkę z daszkiem - choć trochę chroniła mnie prze tą niespodzianką z nieba.



Zanim dobiegliśmy z powrotem do domu, grad przestał padać. Nikt z nas nie miał ochoty dokręcać do wcześniej zaplanowanych 15 kilometrów. Dodatkowo okazało się, że pomyliło mi się - małżonek chciał biegać w tempie ciut wolniejszym. Nie dogadaliśmy się - więc ja dziwiłam się czemu nie przyspiesza, a on się wkurzał, czemu tak lecę do przodu :)

Dwa dni nocowania w 85- letniej chałupie ogrzewanej piecami i bieg pod wiatr w gradzie nie pozostały bez wpływu. Moim nogom znów muszę dać odpocząć i znów walczę z katarem i kaszlem, które MUSZĄ zniknąć przed weekendem.



wtorek, 28 października 2014

Wpis chorobowy:)

No to se zrobiłam roztrenowanie, kurza twarz. Nieplanowane zupełnie, przymusowe, kaszlące i smarkające.
Już w Budapeszcie zaczęły leciutko odzywać się zatoki. Ale próbowałam ten fakt zignorować, nie przyjmować do wiadomości, łudzić się, że tym razem wykaraskam się sama. Ha!
Po 10 dniach, gdy w pracy zaczęto przebąkiwać, żebym może do lekarza się przeszła, a koleżanka, z którą umówiłam się na ściankę wspinaczkową radośnie oświadczyła, że już z daleka słyszała, że nadchodzę, dojrzałam do tego, żeby udać się po antybiotyk.
Znam ja te moje zatoki, zapaleń przeszłam naście w ciągu ostatnich dwóch lat i generalnie wiem, kiedy kwalifikuję się do antybola.
Niestety nie wiedział tego lekarz przyjmujący mnie w trybie Medicover Express - co tłumaczy się na "wywal pacjenta za drzwi jak najprędzej" :/
A i owszem - wyszłam dzierżąc L4 z powodu ostrego zapalenia zatok na 3 dni. I tyle. Do mojej soli morskiej i sterydowych kropelek do nosa dołożono mi ibuprofen (ha ha) i sinupret (ha ha ha)
No sorry - ale choćbym zeżarła całe opakowanie sinupretu to i tak by mi to nie pomogło (i tak mi nigdy nie pomagał)
Wróciłam do domu wściekła i zrobiłam coś, czego generalnie nie należy robić, nie polecam tego i zrobiłam to tylko i wyłącznie na własną odpowiedzialność i tylko dlatego, że znam swój organizm, swoje chorowanie. Zalecenia lekarskie, które dostałam były do dupy po prostu. Wyciągnęłam z czeluści apteczki jeden z antybiotyków, które zdarzało mi się dostawać w przeszłości na moje laryngologiczne sprawy, w nadziei, że na ten ropny katar pomoże (co wcale nie było to takie pewne, bo moje osobiste bakterie są wybredne).
Nie pomogło.
Po trzech dniach kolejny lekarz, tym razem w trybie normalnym, gdzie na spokojnie można było mnie zbadać, obgadać i zastanowić się. Antybiotyk nr dwa, L4 na następne 7 dni.
I pomimo, że przez ten cały czas nie miałam ani grama gorączki, byłam generalnie nie do życia. Nawet jakoś strasznie się nie przejęłam tym, że mi Bieg Szakala w Łodzi sprzed nosa zwiewa. Owszem, było mi szkoda. Ale na samą myśl, że miałabym wyjść i przebiec choć kilometr, nie mówiąc już o 21, robiło mi się słabo.
Znaczy, kurna - chora jednak byłam.
Właściwe dopiero od wczoraj zaczyna mnie powoli nosić. Katar i kaszel w odwrocie, we łbie się już nie kręci i zaczynam tęsknie łypać w kierunku butów do biegania. Chyba zdrowieję?

Dziękuję za rady dotyczące żywienia - ale oprócz jedzenia jaglanki, chyba muszę się wkręcić do lekarzy leczących mojego syna. Niech no ktoś naprawdę fachowym okiem spojrzy na te moje zatoki. I nad immunologiem się też zastanawiam. Bo na razie, kurde wychodzi mi na to, że jestem tym wyjątkiem potwierdzającym regułę, że bieganie podnosi odporność.

poniedziałek, 17 lutego 2014

24. Mitja Marató de Barcelona

24. Mitja Marató de Barcelona

Zanim przejdę do samego biegu, zrobię dygresję. I dygresję dygresji ;)
W okolicach Barcelony nie jestem po raz pierwszy. Poprzednim razem zawitaliśmy tu na początku marca dwa lata temu razem z dzieckiem nr 3, wówczas półtoraroczniakiem.  Wylądowaliśmy, mąż zobaczył palmy i oświadczył, że od razu widać, że tu jest ciepło. Wyszliśmy przed terminal i...od razu zaczęliśmy się ubierać, zapinać, szukać czapek. Było może z 5 stopni powyżej zera, a wiatr dodatkowo obniżał temperaturę. To byłoby na tyle, jeśli chodzi o ciepło ;)
Nie zabawiliśmy wtedy w Barcelonie - nasz cel był wspinaczkowy. Z lotniska wsiedliśmy w wynajęty samochód i pojechaliśmy jakieś 100 km dalej najpierw w rejon La Mussara, a potem przenieśliśmy się kawałek dalej odkrywać uroki Siurany.
Nie wiedziałam jak ta La Mussara wygląda. Uznałam, że skoro to Hiszpania - to będzie fajnie. I nie wiedzieć czemu w głowie pojawiła się wizja jakiegoś fajnego, małego miasteczka, otoczonego skałami. Wizja była na tyle fajna - że nie pomyślałam, żeby skonfrontować ją przed wyjazdem zaglądając do netu.
I tak jechałam sobie z mężem, pani Marzenka z GPS-a odliczała kilometry, a dookoła był las. I cały czas był las. I zostało już tylko parę kilometrów - a tu nadal żadnego śladu ludzi - tylko droga i las. "Jesteś u celu" - zakomunikowała pani Marzenka. Zaczęłam się z lekka niepokoić - bo otoczenie nic a nic się nie zmieniło. Mąż skręcił wtedy w jakąś boczną drogę i po paru metrach moim oczom ukazał się pusty placyk i kamienny budynek schroniska. To było tu. Nie było żadnego miasteczka. Był las, było schronisko otwierane dopiero koło siódmej wieczorem. Daleko, daleko w dole było widać wybrzeże. I byliśmy my :).



Po paru dniach samotnego penetrowania okolicznych skał, dołączyliśmy do naszych znajomych i przenieśliśmy się w niższe i cieplejsze okolice Siurany



Tam już miałam moje miasteczko :)

Wróćmy do tematu Barcelony. Wtedy, chcieliśmy na sam koniec wyjazdu Barcelonę trochę pozwiedzać. Zostaliśmy jednak uraczeni opowieściami o kradzieżach, obrobieniu komuś samochodu z całego sprzętu wspinaczkowego, przebiciu opon (przez przypadek tuż za rogiem był zakład wulkanizacyjny). Nie chcieliśmy sprawdzać na ile te opowieści są prawdziwe, a na ile przesadzone. Uznaliśmy, że jeszcze kiedyś tu wrócimy.
I wróciliśmy :)

Tym razem bez żadnego z naszych "ogonów", bez samochodu, sprzętu wspinaczkowego. I tym razem szczęśliwie Barcelona przywitała bardziej przyjazną temperaturą. Celem był start w półmaratonie, a przez resztę pobytu zaplanowanego na tydzień, włóczenie się po mieście.
Okoliczności przedstartowe opisałam w poprzednim wpisie: kiła i mogiła, bakterie, antybiotyki i tak dalej. Przed startem przetruchtałam się raz (to był zresztą pierwszy raz po chorobie). Zrobiłam 4 km w tempie 5:30. To były bardzo męczące 4 km. Było mi źle, ciężko i ogólnie do dupy.
Pod koniec grudnia, gdy dumałam o tym wyjeździe, ambitnie uznałam, że chcę pobiec między 1:42 a 1:45.
Nie mam długiego stażu biegowego, robię to regularnie od listopada 2012. Do tej pory startowałam dwa razy na dystansie półmaratońskim. W Warszawie zadebiutowałam z czasem 1:58, miesiąc później pobiegłam w Budapeszcie 1:55.  Tak więc plany były wyśrubowane - ale z drugiej strony od tamtej pory zrobiłam spore postępy, więc uznałam, że jak trochę zacisnę zęby, popracuję - to dam radę.
Z planów wyszło to co wyszło, głównie chorowanie, więc ambitne plany odłożyłam na kiedy indziej:) Uznałam, że jak pobiegnę w okolicach 1:50 - to będę skakać do góry z radości. Ale równie dobrze mój organizm mógł się zbuntować, pokazać mi środkowy palec. Dlatego nie spinałam się specjalnie, uznałam, że co wyjdzie - to wyjdzie.

W okolice startu musieliśmy udać się dość wcześnie, bo nie mieliśmy odebranych numerów startowych. Sam start był zaplanowany na 8.45
Szliśmy po ciemku jeszcze przez ciche, uśpione jeszcze miasto. Im bliżej byliśmy teoretycznie miejsca odbioru pakietów, tym bardziej małżonek się denerwował. Nie widzieliśmy żadnych biegaczy. Ani jednej osoby. Gdyby nie to, że w hotelu na dole spotkaliśmy szykujące się osoby, na poważnie zaczęlibyśmy się zastanawiać czy nie pomyliliśmy dat. Została jeszcze ewentualność, że zabłądziliśmy - ale szczęśliwie dotarliśmy w dobre miejsce.
Większość osób odebrało numery wcześniej i nie potrzebowało tak wcześnie przychodzić. Na początku było nas może z kilkanaście osób, ale z każdą chwilą ludzi, przybywało, przybywało i przybywało.

na początku było pusto...


a potem ludzi zaczynało przybywać...

...i przybywać...

Oddaliśmy rzeczy do depozytu i poszliśmy w kierunku startu. Ooo - teraz to już dookoła były prawdziwe tłumy! Z każdej strony biegacze - młodzi, starsi, kolorowe ubrania, koszulki klubowe, koszulki z innych biegów, gwar, hałas, zapach maści rozgrzewających. Ta jedyna, niepowtarzalna atmosfera imprez biegowych.
Po imionach na numerach startowych wśród Jesusów, Juanów Carlosów wypatrzyliśmy swojsko brzmiącego Przemysława i Bartosza (na trasie spotkałam jeszcze dwie dziewczyny Polki, w sumie startujących rodaków było 95).
Wchodzimy do naszej strefy startowej. Tibor się śmieje, że husaria idzie. Rzeczywiście - pacemakerzy nie mają baloników, tylko przypięte do pleców chorągiewki.  Wreszcie odliczanie i start. Na razie grup biegnących szybciej od nas. Za każdym razem wystrzeliwane jest w górę konfetti w kolorze startującej strefy. Wreszcie i my. W powietrzu i dookoła nóg wirują różnokolorowe krążki bibuły. Tup, tup, tup, tup - słychać stukot o asfalt tysięcy butów.
Widzę oznaczenie pierwszego kilometra, Garmin bzyczy mi na ręku. Zerkam. Cooo? Jaki stan uśpienia?? Fuck! Powtórzyłam numer z Żoliborskiego Biegu Mikołajkowego. Za długo przytrzymałam guzik  i zegarek zaraz po włączeniu zastopowałam. Naprawiam swój błąd- ale jego wskazania mają już znaczenie drugorzędne. Potem okazało się, że nie było tego złego - najpierw zegarek mi bzyczał kolejny kilometr, a za moment ukazywało się oznaczenie organizatorów, a ja się cieszyłam, że tak naprawdę jestem kilometr dalej :)
Jak mi się biegło? Dobrze mi się biegło. Tempo było dla mnie zaskoczeniem na plus, bo myślałam, że będę przebierać wolniej nogami. Jak widać adrenalina, atmosfera zawodów robią swoje.
Miasto - prześliczne. Bieg puszczono głównie szerokimi, dużymi ulicami. Biegacze nie przeszkadzali sobie. Mogłam rozglądać się do woli, podziwiać kamienice, upajać się widokiem palm, wsłuchiwać się w okrzyki kibiców, szczerzyć  do licznych zespołów bębniarskich zagrzewających biegaczy do walki (Stwierdzam, że takie bębny to najlepszy doping. Ten rytmiczne bum,bum,bum, często wzmacniane przez kamienice, ach nogi same rwą się do biegu!) Niestety mniej więcej od połowy dystansu moje myśli coraz częściej zaprzątała myśl o toalecie. Przytulnej, czyściutkiej. I koniecznie z papierem toaletowym :P. 
Pięć kilometrów przed metą chcę przyspieszyć. Czuję coś dziwnego w prawej łydce. Boli. Tego mi jeszcze brakowało: skurczu. Próbuję jakoś inaczej stawiać nogę - ale średnio pomaga, poza tym, że mocniej czuję, że mięsień mam twardy. Teoretycznie powinnam się zatrzymać i rozciągnąć - ale po kilkunastu kilometrach w nogach nie będę pewnie w stanie powrócić do rytmu. Zwalniam trochę i proszę moją nogę, żeby się nie wygłupiała.
Ostatnie kilometry to majstersztyk organizatorów. Od 18 kilometra trasa zbliża się do morza - pięknie to wygląda. A potem zakręt, z górki.Szeroka aleja, po obu stronach palmy. A daleko przed oczami w całej okazałości Sagrada Familia. Ciary przechodzą po plecach. Jeszcze ostatni zakręt, dookoła drą się kibice. Już widać bramki, metę, pędzę. Pal diabli noga - musi wytrzymać! Jest meta!
Wyłączam zegarek - ale nic mi po nim. Zarejestrował 20,4 km z czasem 1:43. Chyba się zmieściłam w 1:50, ale muszę poczekać na oficjalne wyniki. Znajduję się z mężem i idziemy razem z tłumem. Znaczy ja tak trochę koślawo idę - bo prawa noga dalej daje popalić. Muszę ją jak najszybciej rozciągnąć. Oddajemy chipy, dostajemy wodę, izotonik. Bierzemy mandarynki (potwornie kwaśne, mordę na lewo wykręcają), medale. Drepczemy w kierunku depozytów wymieniając wrażenia. 
Wracamy do hotelu. Spełniam moje marzenie z biegu;), a potem korzystam z rozpusty pod postacią wanny i...zasypiam w niej. Budzi mnie jeden z piękniejszych dźwięków dochodzący z pokoju : odgłos otwieranych czipsów :)
Padam na łóżku - kilka kęsów obrzydliwie niezdrowych i przepysznych krążków. Znów zasypiam. Chyba się zmęczyłam tym biegiem ;)

Po południu sprawdzamy wyniki: mój czas 1:48:55. Kurka, nieźle! Po takim chorowaniu, przerwie, na antybiotyku, robię życiówkę poprawiając się o 7 minut. Mąż nastukał 1:38:39 - i to też jest jego życiówka.
Przybiegłam jako 6201 osoba. Prawie równo w połowie stawki - bo startowało 12 tysięcy osób z groszami. 280 w swojej kategorii wiekowej.

Zadowolona jestem podwójnie. Z biegu w ogóle. Fajnie pobiec w tak ładnym miejscu. Polecam. No i co tu dużo kryć- z czasu również jestem zadowolona. To taki miły bonus.

A od jutra zaczynamy łażenie po Barcelonie. Pewnie w ciągu paru dni uzupełnię ten wpis o zdjęcia z miasta.








sobota, 15 lutego 2014

Barcelono, nadchodzimy!

Barcelono, nadchodzimy!
Kiedy w drugiej połowie stycznia rozchorowałam się po raz pierwszy - jeszcze byłam spokojna. No dobra - Bieg Chomiczówki niestety przeszedł mi obok nosa . Ale do mojego prezentu świątecznego (świetny Mikołaj z mojego męża, prawda?), półmaratonu w Barcelonie jeszcze kupa czasu. Zdążę się wykurować i zapomnieć, że w ogóle chorowałam.
Gdy rozłożyłam się po raz drugi na początku lutego - zaczęło być groźnie. Ale jeszcze starałam się być w miarę wyluzowana: antybiotyk zadziała i raz, raz postawi mnie na nogi.
Niestety, ewidentnie nie doleczyłam się poprzednim razem, moje osobiste paciorkowce zdążyły się przegrupować, zająć z góry upatrzone pozycje i uodpornić na pierwszy antybiotyk. To już przestało być zabawne - umierałam z gorączką ponad 40 stopni i miałam bardzo realistyczne wizje siebie w szpitalu.
Szczęśliwie drugi antybiotyk podziałał - ale choroba wykręciła mnie jak cytrynkę, przeżuła i wypluła w charakterze flaczka.
Razem ze mną kolejno padały dzieci. Zdrowy ostał się tylko małżonek.
Dziewięć dni bez biegania, bez jakiekolwiek aktywności - bo po prostu nie miałam na nic ani siły ani ochoty.
Po raz pierwszy na truchtanie wyszłam przedwczoraj - i szybko stało się jasne, że mój bieg w Barcelonie będzie raczej biegiem krajoznawczym, a nie walką o wyśrubowane życiówki.
Cóż - nie tak miało być. Ale włosów nie zamierzam sobie rwać z głowy, bo tak na dobrą sprawę to...tylko bieg :)
Zamierzam cieszyć się wyjazdem, cieszyć się z tego, że doszedł do skutku - bo wisiał na włosku.
Dzieci wykurowane. Młodsze zostają pod opieką babci, najstarszy został dziś wyekspediowany na obóz judo.

Tak więc: Barcelono, nadchodzimy!



środa, 29 stycznia 2014

O, choroba!

O, choroba!
   Mając trójkę dzieci jest duża, bardzo duża szansa, że zawsze któreś dziecko będzie właśnie chore. Albo tobie przekaże jakiegoś syfa.
Właśnie mam taki mini maraton.
Zaczęło się od dziecka nr 3 - przez tydzień non stop kolor gil do pasa, kaszel i gorączka. W dzień kleiło się do mnie, w nocy przyłaziło do łóżka, kaszląc do ucha.
To musiało się skończyć jednym: w którymś momencie zaczęło się kasłanie stereo na dwa głosy z dzieckiem. Potem dziecko umilkło (pewnie wszystko co miało fajnego przeszło na mnie), a na dobre zaczęłam umierać ja. Bieg Chomiczówki obejrzałam sobie na zdjęciach, posłuchałam od męża o tym jak było i poczytałam na blogach innych biegaczy.
Dziecko nr 3 zostało wreszcie w ubiegły czwartek wyekspediowane do przedszkola, a mnie serce zaczęło wyrywać się do choćby symbolicznego kółeczka po parku. Moje dylematy pobiec czy jeszcze się podkurować zostały szybko rozwiązane telefonem z przedszkola, że moje dziecko ma biegunkę.
Oh, shit!
Zabrałam do domu bidę z nędzą wraz z masą aromatycznie wioniejących reklamówek z ubraniami. Po 9 dniach kiblowania w domu, w przedszkolu udało mu się utrzymać całe 3 godziny (rekord i tak od roku należy do dziecka nr 2. Dwadzieścia minut po przekroczeniu progu przedszkola, miałam telefon, że Jasiek potknął się o dywan, ma dziurę w brodzie i lepiej żebym to zobaczyła... Zobaczyłam i od razu ruszyłam w kierunku Izby Przyjęć)
    W weekend po raz pierwszy od ośmiu dni wyściubiłam nos z domu w stroju biegowym. Mały szok termiczny przeżyłam - bo ostatnio biegałam przy przyjemnym minus jeden, a tu zaatakowało mnie -15. Jakoś dałam radę, z wdziękiem kończąc truchtanie atakiem kaszlu.
    Przyszedł poniedziałek, a wraz z nim początki zapalenia spojówek u dziecka nr 2. Damy radę, damy radę. Dziecko zostaje w domu, kropelki do oczu lecą w ruch, dziad zostaje zduszony w powijakach, dziecko zostaje dziś wykopane do przedszkola jako zdrowe.
Ale przyroda nie lubi pustki ;) Najstarszy od wczesnych godzin porannych skarży się na ból brzucha i lata do toalety. Na plany biegowe akurat średni ma to wpływ - bo wylazłam wczoraj wieczorem, tylko dziecka mi żal, bo niedyspozycja kłopotliwa i męcząca.

A jak się truchtało? Generalnie lubię biegać zimą. Ale walka z tą masą śniego-solo-piasko-cholerawiecopodobną, zalegającą na większości chodników średnio mnie bawi. Nogi uciekają, człowiek chwilami ma wrażenie, że biegnie w miejscu. Muszę bliżej się przyjrzeć nakładkom na buty.
Zrobiłam ponad 11 km - ale po wszystkim zmachana byłam, jakbym zrobiła ze dwa razy więcej.


tak, ta zamaskowana istota to ja.  Buff to genialny wynalazek, idealny na taką aurę

niedziela, 19 stycznia 2014

Chomiczówka, której nie było

Zegar wskazuje za piętnaście minut pierwszą. W nocy. A ja zamiast regenerować się przed jutrzejszymi zawodami (jednak się zapisałam), siedzę przed kompem. Czemu?
Kaszel z katarem skutecznie uniemożliwiają mi spanie.
Dziecko nr 3 od tygodnia chorujące w domu, zdołało wreszcie wszystkie swoje wirusy i bakterie przekazać mnie.
Czyli już wiadomo co będzie dalej.
Rano pomacham mężowi na pożegnanie, będę mu życzyć powodzenia, a sama udam się w kierunku chusteczek do nosa, syropów i ciepłej herbatki.
No chyba, że stanie się cud, w co raczej wątpię:)

Wątpliwości miałam. Nie wiedziałam czy się zapisywać na ten bieg, bo jakoś chęci na startowanie jakby się zmniejszyły. Pokusa symbolicznego zatoczenia koła okazał się silniejsza.

Bo właśnie mija rok mojego biegowego bloga.

Rok temu, po moich pierwszych ulicznych zawodach, Biegu o Puchar Bielan, naładowana endorfinami, uznałam, że mam ochotę całemu światu ogłosić, że bieganie jest fajne:)
Wtedy szczytem moich możliwości było przebiegnięcie 5 km. Na mojego męża robiącego na Chomiczówce trzy pętle patrzyłam z podziwem, bo dystans 15 km wydawał mi się strasznie długi i trudny.


Cóż... smutno mi trochę. Gdybym się nie zapisała, umierałabym spokojnie w domu, z satysfakcją myśląc, że całe szczęście, że nie zdecydowałam się na start. A tak to trochę żal cztery litery ściska. Szczególnie, że biegający mąż szykujący się na jutro nie ułatwia sprawy.
Ale może lepiej, że choróbsko przyplątało się teraz. Został miesiąc do realizacji prezentu gwiazdkowego -lepiej chorować teraz niż w Barcelonie.


PS. Na wszelki wypadek ten wpis puszczę rano. Gdyby jednak jakiś cud...
PS.1 Po kolejnym ataku kaszlu stwierdzam, że puszczam wpis teraz:).
Nawet gdyby ciutkę mi się poprawiło - to losu kusić nie będę. Nie ma nic gorszego niż zdychająca matka, która musi być na nogach ze względu na dzieci.

niedziela, 15 grudnia 2013

Taka historia...

Taka historia...
Od czterech dni kibluję w domu. Bagatelizowany katar i lekkie pokasływanie, których uparcie starałam się nie zauważać, zdecydowały się na zmasowany atak. Zużywając tony chusteczek i kaszląc jak ostatni gruźlik grzecznie wzięłam się za kurowanie.  Szczęśliwie skutecznie. Na tyle, że na dziś umówiłam raniutko się z koleżanką na rower. W planach był Kampinos. Dzielnie starałam się nie zauważać wiszącego mleka i ogólnie gliździuchowatego charakteru pogody (powiedzonko kradnę od teściowej).
Wbiłam się w portki z pampersem, zaparzyłam herbatki do termosu i ściągnęłam z łóżka małżonka, żeby mi z balkonu rower przetaszczył w pobliże drzwi (tak, wiem - co w tym trudnego otworzyć balkon i wyciągnąć rower. Otóż jeśli jest on w samym końcu balkonu wciśnięty pomiędzy stolik i krzesło, zakleszczony wśród czterech innych - to jest to pewien problem).
Chłop wstał, otworzył drzwi i mnie zawołał. Podeszłam. Do moich uszu dobiegł charakterystyczny stukot kropel deszczu. Ech...aż tak zdesperowana nie jestem - tym bardziej tuż po dość upierdliwym przeziębieniu. Szybki telefon do koleżanki - i rower został zamieniony na wyprawę na pobliski basen. Co prawda w pływaniu to ja orzeł nie jestem - no ale na wodzie się utrzymam i nawet posuwam się do przodu. Żabką. Odkrytą. Ewentualnie na grzbiecie trochę.
Żeby ten wpis nie był o dupiemaryni albo jakoś tak, zaczęłam sobie przypominać różne historie z przeszłości z deszczem i rowerem w tle.

Rok 2000. Jadę pierwszy raz z moim, jeszcze nie mężem, na Węgry na rowerach. Właściwie wtedy już wracaliśmy i cała rzecz działa się na terenie naszego kraju, gdzieś przed Muszyną.
Już od jakiegoś czasu straszyły chmury. W miarę upływu kilometrów stało się jasne, że zlewa to tylko kwestia czasu. Nad głowami zrobiło się czarno. Z daleka widać było wiatę od przystanku autobusowego - postanowiliśmy tam się schować. Jeszcze tylko przejazd kolejowy. Niestety - przed naszym nosem dosłownie, szlabany się opuściły. Zaczęło padać.
Staliśmy bezradni, mając wiatę w zasięgu wzroku. Nie dało rady szlabanów ominąć-  przed nimi i za nimi zaczynał się bardzo głęboki rów, a potem nasyp rowerowy. Staliśmy i mokliśmy przez następne 15 minut. Dopiero po tym czasie przejechał pociąg i mogliśmy zjechać do wiaty. Ale wtedy byłam tak mokra, że zostawiałam mokry ślad na ławeczce po tym jak usiadłam i wstałam :)
To był szalony wyjazd - pobiłam wtedy swój rekord przejechanych ciągiem kilometrów - 182. Przypłaciłam to niestety kontuzją. Jeden z lekarzy wpadł na pomysł wpakowania mnie z tego powodu w gips od kostki po pachwinę. Było to pomysłem dość karkołomnym, bo następnego dnia rozpoczynałam wakacyjną pracę jako sternik na obozie żeglarskim- ale to już zupełnie inna historia...



Rok 2005. Ostatnie nasze wakacje bez dzieci, jak się potem okazało:). Objeżdżamy znów na rowerach Węgry. Jest teoretycznie środek lata - a pogoda iście jesienna. Jest kilka stopni powyżej zera i cały czas leje. Dzielnie przemy naprzód. W planach mamy dotarcie do campingu zaznaczonego na mapie. Nawet nie robimy zbyt często postojów. Gdy stajemy - od razu robi się zimno. Lepiej kręcić. Po blisko 90 przejechanych kilometrach jestem coraz bliżej rozklejenia się. Dalej leje. Nie ma jak rozbić się gdzieś po drodze - cały czas mijamy pola słoneczników albo kukurydzy - wszytko tonie w obrzydliwym błocie. "W kupie" trzyma mnie głównie wizja campingu - już za chwilę, już za momencik. Z letargu wyrywa mnie dziwny dźwięk, który dobiegł ewidentnie z mojego roweru. Zatrzymujemy się i oglądamy. Wydaje się, że wszystko jest ok - jedziemy dalej.
Parę kilometrów później okazuje się, że campingu nie ma, nie istnieje. Błąd na mapie...
 Zrezygnowani jedziemy do oddalonego parę kilometrów dalej miasta  - chyba to był Szolnok. Docieramy do stacji kolejowej - wchodzimy do poczekalni, żeby choć na chwilkę odsapnąć od deszczu i zastanowić się co dalej.
Jestem przemoczona i przeraźliwie zmarznięta. Owijam się w śpiwór i...rozsypuję się na drobne kawałki. Ze łzami w oczach stwierdzam, że mam dosyć. Chcę do domu. Niech Tibor znajdzie mi natychmiast jakiś pociąg jadący w kierunku Polski.
Chłop patrzy się na mnie okrągłymi oczami, bezradny i nie wie co ma ze mną począć.
Szczęśliwie zaczepia go kasjerka informując, że tuż obok stacji jest hotel dla pracowników kolei. Można za niewielką opłatą wynająć pokój.
Wynajmujemy. Nie pada nam na głowy, mamy pościel i... włączone kaloryfery. No tak - to przecież tylko początek sierpnia na Węgrzech;).
Ten nocleg podbudował moje morale na tyle, że następnego dnia bez protestu wsiadłam na rower i znów zanurzyłam się w deszcz (bo pogoda nic a nic się nie poprawiła).
Rano znaleźliśmy też przyczynę owego dziwnego dźwięku: pęknięta szprycha. I parę następnych, które widać, że pójdą za moment. Trzeba było coś z tym zrobić. I zastanowić się czemu szprychy puściły. Ale to już zupełnie inna historia...



Rok 2007. Na stanie tylko dziecko nr 1 - wtedy niespełna roczne. A my na rowerach, z sakwami, z Wiktorem na foteliku, objeżdżamy polskie wybrzeże. W planach mamy przejechanie od Świnoujścia na Hel.
Drugiego dnia, za Ustroniem Morskim psuje się pogoda i zaczyna padać. Wiktora opatulamy w taki płaszczyk przeciwdeszczowy - żabę. Prawie go spod niego nie widać. I zaczynamy na gwałt szukać noclegu. W paru miejscach nam odmawiają - to jeszcze przed sezonem, nie wszędzie mają gotowe pokoje i nie wszystkim opłaca się szykować pościeli dla podróżnych na jedną noc. Pada coraz bardziej. Stajemy przed kolejnym domem z prośbą. Gospodyni kręci nosem - raczej na nie, choć widać, że jej nas trochę szkoda. Mąż rzuca ostatnią deskę ratunku: bo my z dzieckiem małym jesteśmy... Kobiecina wywala oczy na wierzch: gdzie to dziecko?? Odchylamy pelerynę - żabę.
Mamy pokój, rosół z domowym makaronem, pyszną kapustę i małosolne ogórki:)
Cel naszej podróży osiągnęliśmy pięć dni później, choć z przygodami. Bo w tym samym czasie na Hel przybywa ówczesny prezydent USA, Bush. Ale - tak, tak, dobrze się domyślacie -  to już zupełnie inna historia :)



PS. Jutro idę biegać:)

piątek, 31 maja 2013

Poranek

Moje wspaniałe plany treningowe (znaczy jeśli ktoś spodziewa się tu skomplikowanych wyliczeń, przebieżek, interwałów w określonym tempie - to nie, nie - nic z tych rzeczy. W planach miałam po prostu biegać i może wreszcie ruszyć na jakieś wybieganie dłuższe niż 10 km) legły w gruzach.
Zapukała do mnie moja stara znajoma. Ach! Angina! No witaj, witaj, kopę lat! Rozgość się, proszę. Podać jak zwykle prawy migdałek ma początek? O - widzę, że nie przyszłaś sama, masz kolegę. Jakoś tak znajomo wygląda...Katar zatokowy? Proszę bardzo - obie dziurki do twojej dyspozycji.
Niestety w samotnej walce z nieproszonymi gośćmi poniosłam klęskę i o wsparcie musiałam poprosić antybiotyki. Wrrr.
I znów - minęło 4 dni bez żadnego biegania, spędzone na łykaniu lekarstw i dalszym poremontowym ogarnianiu mieszkania. To ironia losu, doprawdy - że w zimie, przy tak niesprzyjających warunkach biegałam  częściej niż teraz w maju. 
Dziś rano postanowiłam iść potruchtać. Tak troszeczkę, żeby nie zmasakrować obolałego jeszcze gardła. 
Tuż przed siódmą słonko próbowało przebić się przez zasunięte rolety. Wróżyło to dobrze - bo wczoraj mężowi z oględzin prognoz pogody wyszło, że od piątej rano powinno już padać. 
Zwlokłam się z w wyra, uciszając dziecko nr 3, które nie wiadomo kiedy zmieniło miejsce spania i wpakowało nam się do łóżka. Oooo, mama!. Ciiiiii, śpij, mama idzie biegać. Ooooo! A popo? Po co idzie biegać? A żeby to matka wiedziała czemu zamiast łyknąć antybiotyk i przewrócić się na drugi bok, wstaje i idzie się dobić.
Wychodzę.  Jest fajnie, rześko. Garminek łapie satelity - a ja zaczynam truchtać dookoła parku. Oo - jednak czuję, że nie jestem do końca zdrowa. Robię 5 km, zezując jednym okiem na zbliżające się frontowe chmury - to chyba ten deszcz z piątej rano, na szczęście trochę zaspał.
Wracam do domu, otwieram drzwi - w mieszkaniu słychać już poranne zamieszanie. Dzieciaki przy stole zachlapują stół mlekiem z chrupków. Mąż podaje mi poranną kawkę. Zaczyna się nowy dzień.

piątek, 12 kwietnia 2013

Łódź tuż tuż

W niedzielę jedziemy z mężem do Łodzi. On - wystartować w swoim pierwszym w życiu maratonie, ja pobiec w biegu towarzyszącym na 10 km.
I co? I znowu wiem, że nic nie wiem. Nie mam zielonego pojęcia jak odpowiadać na pytania mężowskie jak myślę jak mi pójdzie, bo po pierwsze nigdy nie startowałam w zawodach na 10 km. No niby jakąś wskazówką są międzyczasy w Półmaratonie Warszawskim - ale one też od sasa do lasa - bo pierwszą dychę pokonałam ledwo, ledwo mieszcząc się w godzinie, a druga wyszła w 55 minut z groszami. Garmin, a raczej Endomondo podliczyło mnie nawet na 53 minuty.
Ale po drugie - po Półmaratonie  rozłożyłam się z kaszlem, katarem, gorączką 39 stopni. Brałam antybiotyk.  Po chorobie mam za sobą dwa wyjścia na bieganie - pierwsze to był zgon totalny, ledwo nogami przebierałam. Za drugim razem przebierałam trochę szybciej - ale nogi miałam tak ciężkie i biegło mi się tak źle, że skróciłam planowany dystans. Za każdym razem po skończeniu słyszało mnie chyba pół bloku, bo po chorobie mam jeszcze nadreaktywność oskrzeli, więc szłam do mieszkania wykasłując płuca.
W dodatku siły witalne jakoś powoli odzyskuję - na antybiotyku non stop chciało mi się spać i kręciło mi się w głowie. Wczoraj nawet pożaliłam się mężowi, że coś jest nie halo, bo już tyyyle po chorobie jestem a dalej czuję się kiepsko. Mąż szybko mi uzmysłowił mi, że doznałam jakiegoś zakrzywienia czasoprzestrzeni, bo zaledwie 3 dni wcześniej skończyłam antybiotyk. Hm, więc daję jeszcze czas organizmusowi na dojście ze sobą do ładu i składu.
A wracając do Łodzi: mąż siedzi na stronach poświęconych bieganiu, wylicza z tabelek jaki teoretycznie czas może osiągnąć, stresuje się ubraniem, siłami. A ja? A ja stanowię dla siebie jedną wielką niewiadomą:) I cokolwiek się stanie - będzie dobrze, o!

sobota, 6 kwietnia 2013

Ech

Pierwsze wyjście na bieganie po Półmaratonie wypadło bardzo obiecująco. Przebiegłam 8 km i jak na swoje dotychczasowe możliwości zrobiłam to szybko. I jakoś mało się zmęczyłam. 
I już, już czułam jak rosną skrzydła u ramion, już planowałam następne wyjście.
I wtedy sypnęło śniegiem.
A ja w piątkowy przedświąteczny wieczór zaczęłam się czuć jakoś tak niewyraźnie.
Przełożyłam bieganie na sobotni ranek - żeby pokazać figę z makiem tej niespodziewanej zimie - ale nic tego nie wyszło. Figę z makiem pokazał mi mój organizm.
Rano wcale nie czułam się lepiej, wręcz przeciwnie. Czułam się na tyle źle, że jadąc do rodzinnej Łodzi nie zapakowałam żadnych rzeczy do biegania.
Termometr twierdził, że mam 39 stopni i tak w sumie, z przerwami na leki zbijające gorączkę, zostało przez całe święta. Dzieciaki szalały z dziadkami - a ja umierałam pod kocem.
W niedzielę wielkanocną zawitałam u dyżurującego lekarza - dostałam zestaw leków pierwszego rzutu oraz receptę na antybiotyk - jakby się nie polepszało.
Liczyłam na to, że uda mi się wykaraskać - ale  moje samopoczucie zaczęło mi z lekka przypominać to sprzed pół roku. Nie uśmiechało mi się znów przechodzić przez zapalenie płuc: we wtorek powlokłam się do apteki z receptą.
Przeciwko mojej gorączce, kaszlowi,katarowi wytoczyłam ciężkie działa, które szczęśliwie wydają się działać.
Jeszcze za oknami śnieg, jeszcze ciągnie zimnem, ale wszelkie prognozy twierdzą, że już już za chwileczkę zrobi się ...naście stopni. I wreszcie będzie można zrzucić ciężkie ciuchy,zimowe okrycia i rozpocząć prawdziwie wiosenne bieganie! I nawet jeśli osłabiona po chorobie będę to robić w tempie żółwia - walę to! Biegania i wiosny mi trzeba!
Copyright © 2016 Matkabiega , Blogger