Pokazywanie postów oznaczonych etykietą narty. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą narty. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 3 marca 2015

Karkonosze

Karkonosze
Wiosna za pasem (choć aktualnie za oknami widzę padający śnieg) - ale u mnie trochę zimą zawieje :)
Tak jakoś się złożyło, że w ostatnim czasie nasze różne wyjazdy były samodzielne, bez dzieci.
Ciężko jest dla trójki dzieci w różnym wieku znaleźć takie atrakcje, żeby nikt się nie nudził i nikt nie był poszkodowany.
Pod koniec lutego zostawiliśmy najmłodsze dziecię na weekend  u babci, a ze starszymi ruszyliśmy w Karkonosze. Miało być trochę jeżdżenia na nartach i trochę chodzenia.
W narty trochę zwątpiłam, gdy dojechawszy pod Jelenią Górę, naszym oczom ukazał się taki oto widok.


Gdzie jest ten śnieg??


Na szczęście po dojechaniu po wyciąg na Szrenicę, zaczęło to wyglądać bardziej optymistycznie.
Dzieciakom wypożyczyliśmy narty, a dla dziecka nr 2 wynajęliśmy dodatkowo instruktora.



O ile o najstarszego nie trzeba się było martwić - bo na nartach jeździ i lubi to - ma za sobą i pierwsze próby z nami i dwa obozy w ramach sekcji judo, na których również była jazda na nartach, o tyle średniak był jedną wielką niewiadomą.
Jasiek lubi chadzać własnymi drogami. Do różnych rzeczy dochodzi w swoim tempie, średnio znosi niepowodzenia. Co będzie jak zacznie się wkurzać przy wywrotkach?
Na razie młody został zostawiony na godzinę instruktorowi, a my ze starszakiem ruszyliśmy w kierunku sąsiedniego wyciągu.




Wiktor zrobił duże postępy od ostatniego razu, gdy go widziałam jeżdżącego. I naprawdę to tylko kwestia czasu, kiedy będzie odstawiał swoją matkę daleko w tyle - która wcale tip- top nie jeździ:)

Mieliśmy parę małych przygód, na szczęście nie groźnych. Raz Wiktor lekko stracił panowanie nad nartami, z pełną prędkością wjechał w wał z boku trasy, co oczywiście zakończyło się szczupakiem głową do przodu.
Drugi raz, niespodziewanie zmienił tor jazdy i  nasze drogi się skrzyżowały. Usiłowałam uniknąć zderzenia i w sumie się udało, ale Wiktor oberwał ode mnie w środek czoła kijkiem. (Następnego dnia wywrócił się na lodzie i dla symetrii nabił sobie guza z tyłu głowy).

A Jasiek? A Jasiek po pierwszej godzinie nauki zażyczył sobie drugiej. Po dwóch godzinach zareagował entuzjazmem na wieść, że może jeszcze z miłym panem instruktorem pojeździć kolejne dwie godziny w ramach szkółki narciarskiej.  Następnego dnia z trudem przekonaliśmy go, że na dzisiejszy dzień planowana jest wycieczka do schroniska, a nie narty:)



Drugiego dnia przenieśliśmy się ze Szklarskiej Poręby do Karpacza i ruszyliśmy szlakiem w kierunku schroniska Samotnia.
Było ciekawie, bo cały szlak był bardzo mocno wyślizgany, miejscami wręcz oblodzony. Mijaliśmy turystów schodzących w rakach - i nie była to przesada. Sama żałowałam, że nie mam choćby nakładek antypoślizgowych.
Oczywiście taki stan rzeczy powodował dziką radość u chłopaków. Zresztą oni ogólnie wybrali eeeee... styl oblężniczy i alpejski:), utrudniając sobie podejście jak tylko się dało.





Obiadek w schronisku, krótkie podejście pod Strzechę Akademicką i w dół z powrotem do Karpacza.

Dziecko nr 2 rzekło, że to był jego najlepszy wyjazd, nawet lepszy niż Legoland - a to już oznacza komplement najwyższej klasy :)










A gdzie bieganie w tym wszystkim, ktoś się spyta?
No cóż - wzięłam ciuchy do biegania, Garmina.
Tylko butów zapomniałam :)





poniedziałek, 3 lutego 2014

Jak wylądowaliśmy w Szwajcarii i co z tego wynikło

Jak wylądowaliśmy w Szwajcarii i co z tego wynikło
Ha, ha - już widzę jak co poniektórzy strzygą uszami szykując się na opowieści z Krainy Franka;)
Nie tym razem, nie tym razem. Choć przyjdzie i czas na wpis z tamtej części Europy.
Owszem, wylądowaliśmy w Szwajcarii. Bałtowskiej.
Gdzież to? W Świętokrzyskim. Czemu tam? Bo mają wyciągi narciarskie, śnieg i zjadliwą odległość od naszego domu. Na tyle zjadliwą, że zaklepaliśmy jeden nocleg, wpakowaliśmy dzieciaki i narty do auta i ruszyliśmy na weekend. Zlokalizowaliśmy również w pobliskim Ostrowcu Świętokrzyskim pływalnię - więc dzieciaki miały obiecane na koniec wizytę na basenie.
I jak wrażenia?
Nie wiem - może pod spodem to wygląda zupełnie inaczej i w rzeczywistości wszyscy mieszkańcy są skłóceni ze sobą, każdy myśli tylko o sobie i o tym, żeby zarobić więcej od sąsiada. Ale nawet jeśli tak jest - to na zewnątrz wygląda to na jedną wielką współpracę lokalnej społeczności. Wycisnęli z tej okolicy wszystko co się dało - tak, żeby zachęcić do przyjeżdżania i w zimie i w lato. dobrze wycisnęli.
Jest stok narciarski - niezbyt długi - ale dla rodziny z małymi dziećmi - w sam raz. Trzy trasy plus ośla łączka. Stok dośnieżany i oświetlony. Instruktorzy, wypożyczalnia sprzętu. Zaplecze gastronomiczne gdzie dobrze i tanio karmią. Przygotowana górka saneczkowa dla niejeżdżących na nartach (co wcale nie jest takie oczywiste, bo parę lat temu w Szczyrku na próżno szukaliśmy choćby śladu góreczki, gdzie jedno z nas mogłoby zając się dziećmi, a drugie nieopodal pozjeżdżać na nartach. Może teraz coś się zmieniło - wtedy szedł komunikat: nie jeździsz na nartach/snowboardzie? To spadówa). A gdy narty się znudzą można czas i parę gorszy stracić w Wiosce Św. Mikołaja, w JuraParku, w Krainie Królowej Śniegu, Krainie Koni. Część atrakcji jest czynna w okresie letnim - kino 5D, Oceanarium, kolejka grawitacyjna, karuzele, spływ tratwami po rzece - i pewnie jeszcze parę innych rzeczy, których nie odkryliśmy.
My teraz postawiliśmy głównie na narty.
Właściciel domu, w którym mieliśmy wynajęte pokoje, podczas pogawędki z moim mężem, na jego lekkie marudzenie, że w wypożyczalni, mogłoby być osobne stanowisko dla oddających sprzęt, bo trzeba stać w gigant kolejce razem z tymi chcących dopiero wypożyczyć, odparł :dobrze, przekażę te uwagi obsłudze". Mąż zaliczył opad szczęki.

Fajnie spędziliśmy czas - młodsze pozjeżdżały na sankach, wybudowały igloo z tatusiem, była bitwa na śnieżki.





Najstarszy pojeździł na nartach - i jestem z niego dumna, bo radził sobie całkiem dobrze, a narty miał na nogach po raz trzeci w swoim życiu. W dodatku lekko za długie, bo tatuś zaszalał trochę podając wzrost w wypożyczalni :)
Były ze dwie wpadki podczas wsiadania na orczyk: nie zauważył, że tyły nart mu się skrzyżowały. Orczyk ruszył, pociągnął, narty się rozjechały na boki, moje dziecko plasknęło na brzuch i na tym brzuchu pojechało, nartami zgarniając cały śnieg. Za nim leciał pan z obsługi krzycząc: "puść orczyk! Puść orczyk!". Puścił.
A ja jako ta troskliwa i przejęta matka prawie się obsmarkałam  ze śmiechu ;)



A na koniec pływalnia. I tu będzie trochę łyżki dziegciu.
Jeśli ktoś zapędzi się w tamte okolice i chce po prostu popływać/potrenować - dobrze trafił. Nie wiem czy wiecie, ale w Ostrowcu mają basen olimpijski - tak, tak pełna, oficjalna pięćdziesiątka.
Ale co do części dla dzieci... Ja nie narzekam na ilość atrakcji - dzieciom wystarczy byle kałuża, a tam i dwie zjeżdżalnie się znalazły. Ale na litość boską, szybka woda to niech będzie w tym basenie pływackim. W brodziku woda ma być ciepła.
Nie była. Ja siedziałam z gęsią skórką, chłopaki niby zadowolone - ale co i rusz też powtarzali, że zimno. Wyszliśmy z pływalni dość szybko. A i tak, niestety, leciutko pokasłujące wczoraj dziecko nr 1, zamieniło się w kaszlące i gorączkujące dziś.
Czyli znów jestem z lekka uziemiona. Moje wstępne mgliste plany, że machnę sobie kółko dookoła lotniska (nie, nie Okęcia ;), pozostały dalej mgliste. Zostawiłam dziecię pod telefonem i poszłam wywijać wygibasy w  pobliskim parku. Dokładnie: wygibasy. Bo niestety większość parku posypano piaskiem zanim spacerowicze śnieg udeptali. Większość ścieżek tonie w takim beżowym, sypkim g... po kostki. I chodzi i biega się po tym fatalnie - jak pijany królik.
Więc, choć piękna pogoda, słonko i lekki przyjemny mrozik (taki co troszeczkę poszczypie policzki, a nie sieknie tak, że człowiek się zastanawia czy ma wracać i szukać własnego nosa, który niewątpliwie odpadł parę kilometrów wcześniej) i zastanawiałam się czy tego dystansu okołolotniskowego (13 km z groszami) nie machnąć tu, pod domem, wróciłam wcześniej, bo po protu miałam serdecznie dosyć.  Polazłam kupować produkta na rosół dla mojego chorowitka.

Copyright © 2016 Matkabiega , Blogger