Dzień po moim radosnym, wiosennym wpisie przylazło załamanie pogody. Wiało, dmuchało, wizgało. A to wszystko syto okraszone opadami deszczu, a chwilami deszczu ze śniegiem. Mąż zaplanował sobie na oba dni weekendu super- duper zajęcia pływania Total Imerszjon i wybył z chałupy na ładnych parę godzin. A potem dogoniły go sprawy zawodowe, które niestety musiały być załatwione przed poniedziałkiem. To wszystko oznaczało nici z biegania.
Znaczy, nie oszukujmy się: jakbym wstała o świcie - to bym pobiegała. Albo jakbym zostawiła dzieciaki pod telefonem - mogłabym potruchtać po parku koło domu. Niestety przylazł do mnie miś. Niechcemiś. Nie chciało mi się zrywać z łóżka o jakiejś pobitej porze. I nie chciało mi się wyłazić z domu na to wietrzysko.
Poniedziałek był ciut lepszy, chwilami słonko całkiem zachęcająco świeciło. Ale mój niechcemiś miał się całkiem dobrze.
Znaczy, nie oszukujmy się: jakbym wstała o świcie - to bym pobiegała. Albo jakbym zostawiła dzieciaki pod telefonem - mogłabym potruchtać po parku koło domu. Niestety przylazł do mnie miś. Niechcemiś. Nie chciało mi się zrywać z łóżka o jakiejś pobitej porze. I nie chciało mi się wyłazić z domu na to wietrzysko.
Poniedziałek był ciut lepszy, chwilami słonko całkiem zachęcająco świeciło. Ale mój niechcemiś miał się całkiem dobrze.
Ostatecznie wybrałam wersję Avy: że to nie żaden leń: ja się regeneruję ;)
Wieczorem mojego niechcemisia trochę kopnęłam w zadek i udałam się obwąchać rowerki, zwane spinningiem.
Trochę wiedziałam czego się spodziewać, bo od jakiegoś czasu namiętnie na takie zajęcia łazi mój mąż i raczy mnie relacjami z treningów i uwagami różnymi.
Więc polazłam, ustawiłam sobie co trzeba, przygotowałam ręczniczek do wycierania potu (o dzięki Ci mężu za podpowiedzi - ręczniczek to podstawa). Z rozbawieniem zarejestrowałam wyszczuplające lustro na cała ścianę. A potem się zaczęło.
Nóg nie połamałam - choć trzeba uważać, bo taki rower treningowy ma ostre koło.
Nie pamiętam kiedy ostatnio tak się spociłam - już po 5 minutach lało się ze mnie strumieniami. Woda kapała z czoła, nosa, spływała po karku. Nawet w uszach miałam mokro.
Nie umiem tak jak prowadząca kręcić tylko nogami przy nieruchomych biodrach. Czy na stojąco, czy na siedząco, macham czterema literami na boki. Za słabe mięśnie mam.
A dziś to już miałam tyyyle pobiec, że ho ho.
I właśnie dlatego raniutko do łóżka przylazło dziecię nr 3 - z lekka charczące i gorące niczym piecyk...