Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wakacje z dziećmi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wakacje z dziećmi. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 11 września 2025

KAT by UTMB część 1

KAT by UTMB część 1

 KAT... Cóż to za nazwa? Części z Was skojarzy się z pewną profesją związaną z wymierzaniem sprawiedliwości - a za nim być może pójdzie następne skojarzenie: z czymś trudnym, "katującym" (co w sumie odpowiada prawdzie).
Nam nazwa spodobała się z innego względu. Parę lat temu, nasza koleżanka Ewa, ochrzciła nas (mnie i męża) mianem Kochaniak Adventure Team - w skrócie KAT. Rozumiecie więc, że  ten bieg po prostu MUSIAŁ znaleźć się w orbicie naszych zainteresowań.

Rok temu wertując listę alpejskich biegów, mocno zastanawialiśmy się co wybrać. Wahaliśmy się nad KAT i drugim alpejskim biegiem, Salomon Pitz Alpine Glacier. Tak długo myśleliśmy, że na KAT skończyły się miejsca. Na Pitz Alpine z kolej, w końcu nie dotarliśmy, gdyż rozjechały nam się finanse. Życie.

KAT znalazł się więc w naszych kalendarzach biegowych w tym roku. Ja wahałam się przy zapisach, czy pchać się w 81 km, czy wybrać dystans krótszy- 50 kilometrowy. Ostatecznie zdecydowałam się na dłuższy, zupełnie wyrzucając z głowy, że to będzie zaledwie miesiąc po Lavaredo i jeszcze bardziej wyrzucając z głowy sumę przewyższeń. A miało być ich więcej niż w Dolomitach.

A wracając do skrótu: KAT to Kitzbühel Alps Trail. 

Plan był taki: jedziemy w Alpy z dziećmi nr 1 i 3. Tam trochę szlajamy się po okolicy, potem biegniemy, potem się regenerujemy. Następnie nadajmy dzieci z Monachium samolotem do Warszawy, a sami jedziemy do Czech, by buty biegowe zamienić na spadochrony i wziąć udział w campie dla skoczków.
Małżonek miał wstępnie pomysł, żeby z najstarszym synem wejść na Grossglocknera, ale ostatecznie pomysł nie wypalił.
Turystyczna część naszej eskapady miała odbyć się w Alpach Berchtesgadeńskich, a dopiero na sam bieg mieliśmy przemieścić się w okolice Kitzbühel.

Plany, jak to plany - są po to, żeby je zmieniać ;) 

Z domu wyjechaliśmy z kilkugodzinnym opóźnieniem, co spowodowało, że noc zastała nas w Czechach. Nie będę opisywać przygód z próbami znalezienia o dwudziestej trzeciej otwartego campingu oraz wyczynów naszego gps-a, który wszedł w tryb "adventure race" i próbował nas przeprowadzić przez jakieś krzaki. Koniec końców pierwszą noc spędziliśmy śpiąc w aucie przy stacji benzynowej. 

Drugi dzień to zwiedzanie Salzburga, który jest bardzo ładnym i malowniczym miastem. Ale crème de la crème tego dnia stanowiło zwiedzanie siedziby i hangaru Red Bulla, który to hangar znajduje się na przedmieściach Salzburga.


Alpy! Widać Alpy! Jedziemy tam!

Salzburg jest bardzo malowniczym miastem

Hangar Red Bulla. Jeśli będziecie w okolicy - zajrzyjcie koniecznie. Wstęp jest bezpłatny.



Po zwiedzaniu, zrobieniu miliona zdjęć maszynom Red Bulla, przemieściliśmy się na stronę niemiecką. Tam mieliśmy wypatrzone dwa campingi.

No i się zdziwiliśmy.

W obu powiedziano nam, że niestety, ale nie mają miejsc. Troszkę jakby zrobiło się nerwowo. Miny zaczęły nam rzednąć, gdy w kolejnym miejscu odbiliśmy się od już zamkniętej recepcji. Było po godzinie dziewiętnastej i nikomu nie uśmiechało się znów spać w samochodzie.

Wróciliśmy więc na stronę austriacką, troszkę zestresowani i tam bez problemu znaleźliśmy nocleg na campingu Grubhof, niedaleko miejscowości Lofer.

Camping okazał się być bardzo w porządku: duży, czysty. Na recepcji dostaliśmy QR kody, które pozwalały nam raz dziennie wjechać pobliską kolejką górską, skorzystać z miejskiego basenu oraz... Wszystko za free.


Nasz camping, nad rzeką Saalach. Malowniczo położony, czyściutki - polecamy

Generalnie rejon, w którym cały czas się obracaliśmy to Północne Alpy Wapienne (które stanowią jeden z trzech sektorów Alp Wschodnich). Alpy Berchtesgadeńskie, w które pierwotnie celowaliśmy, stanowią część tego pasma. Okolica Lofer, gdzie znaleźliśmy ostatecznie miejsce na campingu, to Loferer Steinberge i również jest częścią Wschodnich Alp Wapiennych. Nasza najbliższa okolica zaś nosiła miano Loferer Alm.

Alpy Kitzbuhelskie, w których mieliśmy biec, to także część Alp Wschodnich. Pasmo to graniczy z Loferer Steinberge.

Powiem Wam, że zanim zaczęliśmy zapisywać się na alpejskie biegi, to Alpy były dla mnie po prostu Alpami. Kojarzyłam kilka bardziej znanych rejonów, ale dopiero teraz oczy otwierają mi się szeroko, jak wczytuję się w topografię tych gór. 

Wracając do naszego Loferer Alm. To jest takie obrzeże Alp. Po wdrapaniu się na górujący nad okolicą szczyt Gföllhörndl (1747 m n.p.m) można było zobaczyć odległy o zaledwie 45 kilometrów Salzburg. Ale z drugiej strony - jak tu było ładnie! Owszem, nie otaczały nas czterotysięczniki, tylko góry wysokości naszych Tatr, ale byliśmy zachwyceni. Wszystkim. Krajobrazami, okolicą, tym jak Austriacy dbają o otoczenie. Zimą oczywiście, działają tu wyciągi narciarskie. Rejon reklamuje się jako przyjazny rodzinom i oferuje 46 kilometrów tras narciarskich.

Skorzystaliśmy z dobrodziejstw darmowej kolejki, która wywiozła nas w górę, na tytułowe almy - czyli po naszemu pastwiska czy też hale. Z tym, że nie wypasa się tu owiec, tylko krowy. Łażą wszędzie, dzwoniąc dzwonkami na szyi. 

Z tej bardzo urokliwej wycieczki, wyniosłam niepokojącą myśl, że na KAT może być chwilami morko i błotniście. Te wszystkie malownicze łąki były dość podmokłe. Kitzbühel  było tylko dolinę dalej - więc można było spokojnie założyć, że charakter gór będzie podobny jak tu.

Do miasteczka zeszliśmy Szlakiem Wodospadów (Wasserfallweg). Dopiero na sam najnudniejszy koniec znów skorzystaliśmy z kolejki górskiej.
Szlak Wodospadów wprowadził nas - a jakże - w zachwyt. Prowadził lasem, wzdłuż potoku, z kaskadami, wodospadami, wodospadzikami, oczkami wodnymi. Przepięknie tam było! 

Tak, te dwa dryblasy to moje dzieci: nr 1 i 3. Trochę jakby wyrośli :)

Almy - czyli górskie łąki

Krowy są wszędzie

Gföllhörndl, 1747 m n.p.m. Stąd można było zobaczyć Salzburg.





Poniżej kilka zdjęć ze Szlaku Wodospadów




Na drugą wycieczkę wybraliśmy się w innym kierunku niż poprzednio. Szlakiem oznaczonym numerem 613 ruszyliśmy w górę, tym razem już bez żadnego kolejkowego wspomagania. Większość czasu szliśmy lasem. Ale jakim! Wielkie kamulce, zwalone drzewa, paprocie, gęsty mech. Czułam się chwilami jak w zaczarowanym lesie, jakbym szła do Mordoru z misją zniszczenia pierścienia.
I to wszystko prowadziło pod taką górę, że zaczęłam rozumieć, czemu KAT ma mieć tyle przewyższeń (4850+). Trzy takie góreczki do samego dołu i z powrotem załatwiają robotę.

Szlak 613 prowadził na szczyt Großes Ochsenhorn (2511 m), ale my zadowoliliśmy się wyjściem ponad linię lasu i dojściem do małego górskiego schronu Ludwih-Rieger-Biwak, na wysokość niecałych 1800 m n.p.m. Dalej nie chcieliśmy się pchać. Do naszego startu została tylko doba. To i tak było mało rozsądne fundować sobie na dzień przed biegiem, 14 kilometrową wycieczkę z 1200 m przewyższeń.

Niczego nie żałuję ;)


Miłe początki :)

A potem się zaczęło...

Stromo. Bardzo stromo. Nasza 14 kilometrowa wycieczka miała blisko 1200 m w górę.


A ponad linią lasu TAKIE widoki :)


Szlak prowadził dalej w górę (i w góry). My zadowoliliśmy się dojściem do tego górskiego schronu.


Lofer pożegnaliśmy wizytą na miejskim basenie.
Powiem szczerze, że w tamtej chwili myślałam, że na cholerę mi te 81 kilometrów. Nie moglibyśmy zostać tu dłużej i co dzień przychodzić popływać w basenie z tymi cudnymi widokami na góry?





A o samym biegu napiszę w części drugiej, mam nadzieję, że wkrótce.


czwartek, 16 maja 2024

Chorwacja 2024 część pierwsza, mało biegowa

Chorwacja 2024 część pierwsza, mało biegowa

Dawno, dawno temu była sobie dziewczynka, która sporo biegała. Biegała na tyle dużo, że uzbierała punkty klasyfikacyjne, dzięki którym mogła stanąć do losowania na bieg będący Świetym Gralem każdego ultrasa - czyli UTMB. 

Dziewczynka nie podjęła wyzwania. W tak zwanym międzyczasie zdążyła się złomotać do cna na bezdrożach Norwegii na Stranda Ultra Race (bieg, który na niecałych 50 km ma ponad 3800 m przewyższeń i przez ITRA dostał Mountain Index 10 w 12 stopniowej skali) czy Biegu Granią Tatr. I po tym łomocie doszła do wniosku, że trzeba mierzyć siły na zamiary, do alpejskiej wyrypy trzeba być mega przygotowanym, a dziewczynce właśnie zaczęły zmieniać się priorytety, gdyż zaczęła skakać ze spadochronem. Zaczęło brakować czasu i motywacji do regularnych treningów z prawdziwego zdarzenia.

Nastał rok 2024. Dziewczę (szczerze mówiąc w wieku lat 46 chyba już średnio kwalifikuję się do bycia dziewczęciem, ale niech już będzie ;) dalej skacze, biega już bardziej rekreacyjnie. Na alpejskie biegi  nawet jeździ - ale wyznaczyło sobie granicę łomotu w granicach 50 kilometrów. (Na dystanse trzycyfrowe obraziłam się definitywnie dwa lata wcześniej, gdy troszkę umarłam na teoretycznie niepozornych węgierskich pagórkach w ramach Hungary Ultra Race). Punkty UTMB zebrane parę lat wcześniej oczywiście straciły swoją ważność, co nie miało żadnego znaczenia w tym momencie.

Aż tu pewnego pięknego dnia małżonek oświadczył, że on to by jednak chciał przekroczyć linię mety w Chamonix. Niekoniecznie na koronnym dystansie - ale przecież do wyboru jest parę krótszych biegów. Dziewczę się zastanowiło i pomyślało, że czemu nie. Przecież nie trzeba pchać się od razu na 170 km. Można skromniej - na 55.

Tylko trzeba znowu gdzieś zdobyć potrzebne kamienie/punkty, na jednym z biegów kwalifikacyjnych.

Padło na Istrię - Istria100 by UTMB - bo taką oficjalną nazwę ma ta impreza.

Małżonek wybrał bezpieczny dystans, 42 km. A ja spojrzałam na przewyższenia i jakiś diabełek przysiadł mi na ramieniu i zaczął szeptać. Co? Tylko 980 metrów przewyższeń? Szkoda buty zakładać, No, weź no trochę poszalej! 

No i poszalałam...

Padło na 69 kilometrów i 2200 up. Nie jakoś morderczo, ale na tyle, że można się zasapać, zmęczyć i na mecie wycedzić standardowe zdanie "nigdy więcej ultra". 

Ale ja miałam niecny plan. Że ja się jednak spróbuję jakoś przygotować do tego biegu.

Taaak. Rzeczywiście wyszło z tego "jakoś" ;) Pomińmy to milczeniem.

W każdym razie nasz wesoły autobusik na przełomie marca i kwietnia, z dwójką dzieci na pokładzie pomknął raźno w kierunku Bałkanów. Chwilowo nie w kierunku Istrii, a północnej Dalmacji. A konkretnie Parku Narodowego Paklenica, gdzie znajduje się znany rejon wspinaczkowy. 

Plan był taki, że małżonek z dziecięciem nr 1 będą się wspinać, a ja będę robić piesze i rowerowe wycieczki po okolicy z dziecięciem nr 3. A potem przeniesiemy się na Istrię, do miasteczka Umag, aby 6 kwietnia przebiec tam linię mety.

Czas spędzony w Paklenicy był bardzo przyjemny. Rzeczywiście potruchtałam sobie tu i ówdzie, acz nienachalnie. Trochę pojeździłam na rowerze z dziecięciem nr 2, jak było w planach. W planach nie było przygód, które w sumie sami sobie zafundowaliśmy. A to postanowiłam ignorować google maps, który twierdził, że tam gdzie chcę jechać nie ma żadnej drogi. I słuchajcie - rzeczywiście jej nie było ;) A to odkryłam, że opony w moim rowerze są w takim stanie, że przebić je może praktycznie wszystko. I przebiło. Dzięki czemu przeszłam przyspieszony kurs wymiany tylnej dętki w warunkach polowych :) Nawet ciutkę się powpinałam na drogach godnych matki czwórki dzieci. Czyli niebyt trudnych.

3 kwietnia spakowaliśmy nasze graty i pomknęliśmy ku półwyspowi Istria.


Ostatni raz byłam w tym miejscu w 2009 roku. Zszokowała mnie wtedy mapa, na której były znaczone zaminowane szlaki. I wiecie, że w dalszym ciągu z niektórych szlaków położonych wyżej w górach nie należy schodzić ze względu na miny przeciwpiechotne?



Widok ze szczytu Anica Kuk


To nie możliwe, że tu nie ma żadnej drogi :)))

Jeszcze z powietrzem w dętce

Bo ja jestem kobieta pracująca i żadnej pracy się nie boję :) Czyli mój rower w trakcie zmiany dętki.



Gdzieś w środku wąwozu Mała Paklenica.


Jedno z piękniejszych miejsc w jakich byłam. Park Narodowy Krk.



piątek, 8 września 2023

Szwajcaria - wycieczki z Matterhornem w tle

Szwajcaria - wycieczki z Matterhornem w tle

Po dwóch nocach w Fiesch, przenieśliśmy się na nasz docelowy camping. Generalnie chodziło o to, żeby spać jak najbliżej Zermatt. Do samego miasteczka nie można wjechać samochodem, jest zakaz.

Opcje mieliśmy dwie: Randa, albo Täsch. W Randzie camping jest bardziej przestrzenny - ale za to jest dalej od Zermatt i od stacji kolejki. Zaletą campingu w Täsch była bliskość sklepów i stacji. Wadą? Bliskość stacji :))

Nie raz i nie dwa wspominaliśmy nasze dwa pierwsze noclegi, w szerokiej dolinie, na zielonej trawce, z pięknym widokiem na okoliczne szczyty, z basenem, boiskiem do gry w piłkę ręczną.

Camping w Täsch jest wąski, wciśnięty pomiędzy zbocze a rzekę i  - no właśnie - tory kolejowe. Po dwóch dniach znaliśmy już na pamięć rozkład jazdy pociągów :) Dodatkowo, gdy przyjechaliśmy, prawie cały camping był już zajęty i rozbiliśmy się na ostatnim skrawku wolnego terenu. Plusy? Tuż koło naszych namiotów  był umieszczony router wi- fi. Wady? Ten skrawek trawy był 3 metry od kontenerów z toaletami. Ok - bliskość kontenerów miała pewien mały, zupełnie niezamierzony plusik: mniej więcej w godzinach 10-18 na campingu operowało słońce - a przypominam, że trafiliśmy na jakiś mega wyż, co oznaczało temperatury powyżej 30 stopni. I wiecie, gdzie był cień? 

.

.

.

Tak, zgadliście: przy toaletach ;)

Miejsce z cieniem na campingu :)


Jedyne co nam zostało, to jednak tak rozpracować sobie dni, żeby jak najkrócej przebywać na campingu w ciągu dnia.

W okolicach Zermatt zrobiliśmy trzy piesze wycieczki. Na zdjęciach będzie dość monotematycznie - bo prawie na każdym zobaczycie charakterystyczny skalny trójkąt pana M.

Podczas pierwszej wycieczki, właściwie odprowadzaliśmy mojego małżonka z kolegą pod ścianę Matterhornu.

Najpierw wjechaliśmy kolejką nad Schwarzsee (2583 m n.p.m.). Tam, już na nogach, powędrowaliśmy w kierunku przełęczy Hirli (2769 m n.p.m.). Na niej rozdzieliliśmy się z "matterhorńczykami" - oni ruszyli bardziej w prawo, w górę ku schronisku, my bardziej w lewo, też w górę (choć mniej) w kierunku stacji kolejki górskiej Trrockener Steg (2939 m n.p.m.).

 A potem już "tylko" w dół... To w dół, było najdłuższą częścią naszej wycieczki - zabrało nam najwięcej czasu i kilometrów. W planach mieliśmy zejście nie do samego Zermatt, ale ciut wyżej, do Furi i tam zjazd kolejką. Niestety dotarliśmy w to miejsce za późno - kolejka była już nieczynna. Trzeba było zejść na nogach do końca.

Ta wycieczka miała być krótsza niż ta wzdłuż lodowca, ale trochę nam nie wyszło:) Moje suunto twierdzi, że przeszliśmy ponad 17 km. W ramach rekompensaty następnego dnia zrobiliśmy sobie odpoczynek nad oddalonym o jakieś 1,5 km od campingu jeziorkiem Schalsee. Tam odważni (dziecko nr 3 i dziewczyna dziecka nr 1) zażyli alpejskiej kąpieli (jeziorko chyba było zasilane wodą lodowcową - bo woda była dość rześka :)). Czekaliśmy też na niedoszłych pogromów Matterhornu - bo wiedzieliśmy już, że z powodu kontuzji szyi kolegi, szczyt  będzie musiał poczekać na lepszy czas.


















Toaleta na stacji Trockener Steg. Nie mogłam się powstrzymać przed zrobieniem zdjęcia.












Zaczyna być widać w dole Zermatt




Stacja kolejki Furgg 2441 m n.p.m.






Jezioro Schalsee


Kolejny dzień - kolejna wycieczka. Tym razem tylko z dzieckiem nr 1. Reszta odmówiła współpracy. Wbiliśmy się w szlak tuż przy naszym campingu. Wyszła bardzo atrakcyjna widokowo, 10 kilometrowa pętelka (z dość stromym dolnym odcinkiem). Najedliśmy się jagód, nasyciliśmy oczy widokami i wróciliśmy. Na szlaku byliśmy tylko my. To mnie cały czas dziwiło: jesteśmy w jednym z najbardziej atrakcyjnych turystycznie krajów Europy, w okolicach jednego z najbardziej rozpoznawalnych szczytów i jednej z najbardziej znanej miejscowości. Są wakacje, środek sezonu. A w tych górach jest pusto. Owszem, w okolicach działających kolejek górskich są ludzie - ale gdyby porównać z tym co się dzieje w tym samym czasie u nas w Tatrach - to w tych górach w dalszym ciągu jest pusto, nawet tam gdzie niby są ludzie. Odejście bardziej w bok - i człowiek był sam, ewentualnie mijanych turystów można było policzyć na palcach jednej ręki.






Znajdź miłośnika jagód :)

Cel naszej wycieczki: Arigscheis 2240 m n.p.m.






Ostatnia dłuższa wycieczka - to znów przejazd do Zermatt, wjazd kolejką na Sunnegę (2288 m n.p.m) (Jako ciekawostkę podam, że kolejka na Sunnegę była poprowadzona we wnętrzu góry) i podejście na Blauherd (2571 m n.p.m) Wersja dla chcących zaoszczędzić siły - wjazd kolejką do samego końca, aż na Blauherd. Stamtąd weszliśmy na szlak trawersujący zbocze tuż nad linią lasu i wróciliśmy nim do Tasch. 

To była przepiękna wycieczka, szlak malowniczy i urokliwy i dość przyjazny dla nóg, bez stromizny. Po ponad 15 km zeszliśmy z niego właściwie naprzeciwko naszego campingu.


Sunnega






Stellisee

Stellisee

To było jedno z nielicznych miejsc, gdzie było bardziej gęsto od ludzi.















W dole widać Zermatt





A tu widać "naszą: miejscowość, Täsch.



To był koniec eksplorowania okolicy. Zrobiliśmy jeszcze jedną wycieczkę autem do sąsiedniej doliny nad zaporę Mattmark. Do biegu zostały dwa dni i jedyna aktywność jaka była w planach to odbiór pakietów w Zermatt. 

Pogoda, która przez cały czas była bardzo stabilna: słońce i upał, zaczęła się zmieniać. Po południu i nocami straszyły nas burze, a prognozy na dzień biegu były coraz bardziej niepokojące - ale to wszystko w następnym wpisie.


Jezioro Stausee

Jezioro Stausee

Na zaporze Mattmark



Tak, to ten sam dzień co zdjęcie wyżej. Zdjęcie z campingu. Pogoda zaczęła się zmieniać.



Copyright © 2016 Matkabiega , Blogger