Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Budapeszt. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Budapeszt. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 13 października 2014

29. Spar Budapest Maraton

29. Spar Budapest Maraton
Wyobraźcie sobie piękną pogodę. Błękitne niebo bez ani jednej chmurki. Słoneczko świecące tak, że człowiek zapomina, że to połowa października. Temperatura jak w środku lata. Piękne miasto dookoła, Budapeszt. Bajka, nie?
A teraz sobie wyobraźcie,że w taką pogodę macie przebieg 42 km...

Ostatnie dni przed biegiem postawione były trochę na głowie. Po pierwsze (ale to już wiedzieliśmy trochę wcześniej) ze względu na wyboru na Węgrzech przełożono datę biegu. Zamiast w niedzielę impreza miała odbyć się dzień wcześniej. Trochę to nam popsuło logistykę, bo zabrakło dnia na odsapnięcie po podróży.
Jeszcze rano,  w dzień wyjazdu czekało zdejmowanie szwów i opatrunku u dziecka nr 1. Małżonek natomiast musiał pojawić się w przedszkolu (zgłosił się kiedyś na ochotnika na prowadzenie zajęć sportowych i nie przewidział, że zostanie poproszony o przyjście akurat w tym jedynym najmniej odpowiadającym terminie:).
Wreszcie wszystko zostało pozałatwiane, dzieciaki zostały pod pieczą babci, zgarnęliśmy po drodze kolegę. Dla znajomego miał to być drugi maraton i próba sił po zmęczeniowym złamaniu kości, które przeszedł rok wcześniej.

Do Budapesztu jednak kawałek drogi jest - w hotelu zameldowaliśmy się dopiero po północy.
Start był o 11, ale musieliśmy jeszcze odebrać pakiety.

Tak jak prawie do samego końca byłam nawet spokojna, tak jak tylko panowie zaczęli dyskutować o biegu - zaczął ogarniać mnie mały panic mode. Już w samochodzie nasłuchałam się rozważań na temat formy, taktyki, tempa, wspomnień poprzednich startów. Kwestie żywieniowe - kto co zjadł, jakie odżywki i węglowodany. Cóż, mój największy wkład w odżywianie przedmaratońskie to wrąbanie tabliczki czekolady na dwa dni przed:)
W hotelu rozmów ciąg dalszych, ustalanie strategii, kto kiedy zaczyna przyspieszać, produkowanie opaski z międzyczasami (mój mąż) lub pisanie ich sobie na ręku (kolega Piotrek). Zaczęłam czuć się z lekka nieswojo. Chyba powinnam jakoś doprecyzować mój plan ponad "chcę cały maraton przebiec bez przechodzenia do marszu".
Na bicie mojej zeszłorocznej życiówki szans nie miałam. Wydumałam sobie, że chcę pobiec lepiej w niż Pradze. I że chciałabym utrzymać tempo w okolicach 5:30. Jeśli okaże się, że się nie doszacowałam - to spróbuję w drugiej połowie coś urwać.



Następną porcję stresu złapałam, gdy ruszyliśmy w kierunku startu i wyszliśmy na słońce. Małżonek pomyślał i spakował dla siebie okulary i czapkę z daszkiem. Ja nic nie miałam. Na szczęście na jednym ze stoisk w okolicach startu udało się kupić czapkę. Bez niej nie wiem czy dałabym radę.
Wreszcie wszystkie punkty przedstartowe zostały odfajkowane: numery - są! Czapka - jest! Depozyty - załatwione! Toi- toi - był! Zdjęcia - odhaczone!

Focia przed startem

Udaliśmy się do naszych stref. Zeszłorocznym startem w Amsterdamie załatwiłam sobie wejście do szybszej strefy - co wcale mnie jakoś nie podbudowało. Po pierwsze mój mąż miał plany dość ambitne i wcześniejsze jego treningi dawały podstawę do ich realizacji. A to oznaczało, że gdzieś w połowie muszę się mentalnie przygotować, że tym razem to mój mąż poklepie mnie po plecach i poleci dalej :). Po drugie okazało się, że tempo przeze mnie wydumane to dolna granica dla strefy startowej, w której się znajdowałam. Gul.

Wreszcie start! Pamiętając, że na wiosnę zaczęłam za szybko, tu starałam się tempo kontrolować. Co było cholernie trudne i frustrujące, bo wszyscy, ale to wszyscy od samego początku zaczęli mnie wyprzedzać. Z jednej strony doskonale wiedziałam, spoko, spoko - jeszcze 42 kilometry, z drugiej te tabuny wyprzedzających ludzi podkopywały dobre samopoczucie.

Sam początek biegu. Jedyne zdjęcie, na którym jakimś fartem się rozpoznałam.  Przejrzenie kilku tysięcy pozostałych przerosło mnie :)


Generalnie cały mój bieg można podzielić na trzy części. W pierwszej , tak gdzieś do 15 km musiałam mocno się pilnować, żeby za bardzo nie przyspieszać i jednak starać się trzymać w okolicach założonego tempa. Druga część - do 30 km - zmęczenie zaczęło robić swoje i bez specjalnych zabiegów z mojej strony prawie jak po sznurku trzymałam tempo. Po 30 kilometrze biegłam głównie głową, tocząc z nią chwilami boje straszliwe. Nie, nie zaliczyłam takiej klasycznej ściany jak w Pradze. Tu cały czas biegłam - trochę wolniej - ale biegłam. Ale każdy kilometr był okupiony naprawdę sporym wysiłkiem z mojej strony - nie tyle fizycznym, choć tym też oczywiście, ile psychicznym.
Miałam ze dwa takie momenty, że chęć stanięcia, przerwania biegu, poczucie takiej beznadziei dla tego co się właśnie robi było tak obezwładniające, że aż zatykało. Całe szczęście, że żaden z tych momentów nie przypadł na wodopój - bo pewnie bym nie wytrzymała.
Co mi pomagało? Tradycyjnie podzielenie w głowie dystansu na mniejsze kawałki i gadanie w myśli do siebie "Za dwa kilometry będzie 32. To już tylko dycha do mety!". "Jeszcze dwa i będzie 35! Trzydzieści pięć - już tyle!". " Jeszcze trzy i będzie 38. Trzech kilometrów nie przebiegniesz?". "Trzydziesty ósmy kilometr. No teraz to już się nie zatrzymasz jak tyle przebiegłaś!"
Do momentu zobaczenia tabliczki z 42 kilometrem starałam się za bardzo nie myśleć o samej mecie. Bo jak tylko moje myśli zaczęły ku niej sunąć - robiło mi się gorzej. Starałam się też podziwiać samo miasto - bo trzeba przyznać, że Budapeszt w tym słonku prezentował się ślicznie.
No właśnie. Mojej walki nie można rozpatrywać bez kontekstu pogodowego. Ani jednej chmurki na niebie. Chwilami 30 stopni w słońcu. Tam gdzie się dało człowiek szukał cienia, nawet za cenę mniej optymalnego toru biegu. Pod koniec był taki śmieszny fragment trasy:dla maratończyków wydzielono jeden pas jezdni. Nikt po nim nie biegł - wszyscy biegli chodnikiem obok, bo był w cieniu. Po wydzielonym pasie za to szli przechodnie :)

Godzina 17. Tyle pokazywał uliczny termometr w cieniu.


Każdy punkt z wodą witałam z dziką radością. Na kilku pierwszych wodopojach jeszcze wystarczał mi sam izotonik. Pod koniec mój przelot przez strefę trwał dłużej. Zaczynałam od misek z wodą, które stały jako pierwsze - w locie nabierałam moją czapką wodę i chlup na łeb! Potem kubek z wodą - dwa łyki, żeby zwilżyć usta - resztą polewałam kark, albo twarz. Potem łapałam izotonik w jedną rękę i drugi kubek z wodą w drugą. Izotonik wypijałam cały. Z drugiej wody albo brałam dwa łyki dla spłukania posmaku i resztę znów wylewałam na siebie, albo wypijałam cały kubek. Pięć metrów od punktu mogłabym spokojnie całą procedurę powtórzyć jeszcze raz. I jeszcze raz. I jeszcze raz.
Niestety krążyły karetki na sygnale. Minęłam jedną osobę na poboczu - mam nadzieję, że tylko zasłabła, której lekarze właśnie udzielali pomocy.
Miałam ze sobą trzy batony energetyczne. Dwa zjadłam, na trzeci nie miałam w ogóle ochoty. Zdanie zmieniłam, gdy na 32 kilometrze zaczęło mi burczeć w brzuchu. Ochoty na przełknięcie czegokolwiek po za piciem dalej nie miałam. Ale bałam się, że z tym burczącym brzuchem, na samych izotonikach to ja do mety nie dojadę. Trochę ze strachem - bo gdzieś czytałam, że po 30 kilometrze żołądek może różnie zareagować, trochę na siłę, wmusiłam w siebie batonika. Na szczęście żadnych sensacji nie miałam.
Po trzydziestym piątym kilometrze dotarło do mnie, że skoro do tej pory mąż mnie nie dogonił, to coś musiało mu pójść nie tak.
Ostatnie dwa kilometry były trochę perfidne, bo przebiegało się bardzo blisko mety. Słychać było głos spikera witającego kolejnych finiszerów - a tu trzeba jeszcze dwa kilometry po pobliskim parku zrobić.
Wreszcie upragnione oznaczenie czterdziestego drugiego kilometra. Ostatnie metry - słyszę, że jestem wywoływana z imienia nazwiska i narodowości przez prowadzącego. Zdobywam się na uśmiech - i meta!
3:54:14. Wszystko się udało. Przebiegłam cały maraton. Pobiegłam szybciej niż w Pradze. Średnie tempo z całego biegu mam 5:31. Nie udało się przyspieszyć w drugiej połowie - ale jak sobie w domu na spokojnie obejrzałam zapis tętna - to nie miałam szans ani na przyspieszenie, ani nawet utrzymanie tempa z pierwszej części biegu. Praktycznie równo od trzydziestego kilometra moje tętno poszybowało poza magiczną dla mnie granicę 167 uderzeń. Gdybym próbowała przyspieszać - zaliczyłabym ścianę jak nic. A tak, ciut powyżej mojego progu mleczanowego, trochę zwalniając, dobiegłam do mety.
Kurczę, jednak te informacje z testów wydolnościowych do czegoś się przydają :)

A mój mąż? Właściwie nie wiemy co się stało. Oprócz tego, że właściwie już na pierwszym kilometrze czuł, że jest coś bardzo nie halo. Jego tętno w stosunku do tempa było za wysokie, wyższe niż by wynikało z przygotować do biegu. A skoro już na początku nie grało, dalej było już gorzej.
Nie wiadomo czemu tak się stało - czy jednak za mało snu przed startem, czy dołożyło się 12 godzin jazdy do Budapesztu, czy pogoda dołożyła swoje, a może wszystko na raz - w każdym razie to ewidentnie nie był jego dzień. Oczywiście po ukończeniu małżonek odgrażał się, że pierdzieli wszystkie maratony świata, on nie chce, on się nie nadaje - ale już wszystko wróciło do normy :))

Oglądając trasę maratonu przed biegiem miałam wątpliwości: dużo agrafek, za którymi nie przepadam, taka ta trasa pokręcona trochę. Okazało się, że moje obawy były płonne. Miasto jest prześliczne, trasa poprowadzona tak, żeby pokazać Budapeszt w całej okazałości (ach, te mosty! Ach Parlament!). Na całej trasie jest sporo kibiców, którzy starają się dodać otuchy biegaczom. Odbieranie pakietów przed startem, obsługa za metą - bez zastrzeżeń. Budapesztański maraton wybija się na prowadzenie jeśli chodzi o nietypowe gadżety wydawane biegaczom po biegu: sos majonezowy do sałatek :). Niby wiem z czego to wynika: głównym sponsorem jest sieć marketów Spar. W reklamówce, którą każdy dostał na mecie włożone były produkty do kupienia w w/w sklepach - i tak oprócz batoników, krakersów, piwa bezalkoholowego, itp, znalazł się również też sos.

Do hotelu dotarliśmy pooowoooli. Wybuchając śmiechem na widok pana, który z hotelu właśnie wychodził i kurczowo trzymając się poręczy usiłował zejść po schodach. Tak, maratończycy po biegu stanowią bardzo pocieszny widok :)

Na drugi dzień przed odjazdem w kierunku Polski, zrobiliśmy sobie wycieczkę na kąpielisko Széchenyi Gyógyfürdő . Nie zbadaliśmy wszystkich zakamarków i dostępnych opcji. Mnie do szczęścia wystarczyły wody termalne i sauna. Mąż, który na drugi dzień ożył - wyżywał się jeszcze na basenie pływackim. Mnie żadna siła by nie zmusiła do poruszania nogami więcej, niż jest to konieczne ;)
Budapeszt pożegnał nas tak jak powitał: piękną, słoneczną, zupełnie nie jesienną pogodą.


Ja tu tylko pozuję do zdjęcia ;)

A tak naprawdę mogłabym się stąd nie ruszać. 38 stopni, rozkosz dla moich obolałych nóg.







Plac Bohaterów, Hősök tere. Dzień wcześniej ten plac obiegałam








wtorek, 7 października 2014

Przedmaratońskie przemyślenia

Przedmaratońskie przemyślenia
4 dni do Budapesztu. Przyznam się bez bicia, że ciężko skupić mi się na ładowaniu głowy pozytywnymi myślami - ale robię co mogę :)

Minęło parę dni od Maratonu Warszawskiego. Za sprawą wpisu Bartka - Warszawskiego Biegacza, zawrzało w światku biegowym. Część się z autorem zgadzała, część wieszała na nim psy. Jednym słowem: działo się.
A co ja o tym myślę? Bo nie da się ukryć, że i sama dumałam i sobie z mężem dyskutowałam.
I czemu Biegaczowi nie udało się uzyskać wymarzonej życiówki?

Zrobię małą dygresję - cofnę się o parę lat i ciut zmienię dyscyplinę.

Jest rok...2001 albo 2002.  Ja z mężem wkręceni we wspinanie maksymalnie. Wyjeżdżamy w Hejszowinę, rejon- legendę. Tu trzeba mieć jaja i psychę żeby robić niektóre drogi. Idzie mi nieźle, całkiem nieźle. Tego dnia mam za sobą prowadzenie dość trudnej drogi  i czuję, że mogę wszystko. Idziemy na drogę obok. Jest łatwiejsza od poprzedniej. Zaczynam się wspinać. Nie przewiduję żadnych problemów. Jestem mocna, robię drogi o większej trudności - spoko luzik.
A jednak.
Przede mną mała przewieszka - powinnam dać sobie z nią radę, ale coś idzie nie tak. Guzdrzę się przy niej, jednocześnie muszę się wpiąć w punkt asekuracyjny.
Nie wiem jak to się stało. Bez udziału mojej głowy - nie zdążyłam nic krzyknąć, uprzedzić asekurującego, nic. Ręce otwierają mi się i skała przelatuje mi przed oczami. Szarpnięcie, gdy doleciałam do poprzedniego przelotu i....znów skała ucieka mi przed oczami. Wafel, za który był zatknięty punkt asekuracyjny nie wytrzymał szarpnięcia, urwał się. Więcej przelotów nie było. Ziemia. Niebo. Ziemia. Niebo. Ziemia. Niebo. Turlam się bezwładnie, jak lalka szmaciana. Niebo. Nic mnie nie boli jeszcze. Jakie piękne to niebo. Dajcie mi wszyscy święty spokój. Tak dobrze mi się leży...
Nie, nic poważnego  się nie stało. Byłam mocno poobijana, ale cała. Z mocno urażonym ego. Jakże to? Na tak łatwej drodze?? Czemu??
Myślałam i myślałam i z tego myślenia wyszło mi, że zgubiła mnie pycha i brak pokory. Zawsze trzeba mieć respekt przed pokonywaną drogą, choćby nie wiem jaka banalna się wydawała. Bo zawsze może pójść coś nie tak.

I to, takie mam wrażenie, spotkało Biegacza. Szedł jak po swoje. Pół roku przygotowań, wszystko szło jak po maśle. Ludzie, przestańcie kwękać na blogach i FB, że się boicie. Jak się przygotowaliście - to przebiegniecie. Jestem mocny, jestem szybki - co może pójść nie tak?
No i jednak coś poszło. Na co Bartek zupełnie nie był przygotowany i się z lekka rozsypał.

Z jednym się zgodzę z autorem. Tak, jest dla mnie przegranym tego Maratonu. Ale bynajmniej nie z powodu rozstroju żołądka i wyniku gorszego od zakładanego.
Żadna sztuka być zwycięzcą, gdy wszystko idzie jak po maśle. Sztuką jest nie poddać się, gdy coś pójdzie nie tak. Sztuką jest przezwyciężyć trudności i walczyć do końca. To jest dla mnie kwintesencja dystansu maratońskiego.

Część z Was wie, że moje najstarsze dziecko boryka się z poważnymi problemami laryngologicznymi. Parę dni temu przeszedł piątą w sumie, a czwartą w ciągu ostatniego 1,5 roku operację. Operację, która miała na celu ochronienie go przed poważnymi powikłaniami, ale jednocześnie przypieczętowała niedosłuch.
Powiem szczerze, że ciężko myśleć o bieganiu, o starcie w takich okolicznościach. Ale staram się. Bo trzeba walczyć do końca i nie poddawać się. I w życiu i w biegu. Bo nie wiadomo co nas czeka i czy będziemy mieć drugą szansę.




wtorek, 23 kwietnia 2013

28. Telekom Vivicittá - Félmaraton - Półmaraton Budapeszt

28. Telekom Vivicittá - Félmaraton -  Półmaraton Budapeszt
Pomimo przechodzącego przez Polskę frontu i dużego prawdopodobieństwa, że po drodze zostaniemy zmoczeni, decyzja zapadła: jedziemy do Budapesztu na motocyklu. Do ostatniej chwili nie było wiadomo czy jako wsparcie pojedzie również mój teść - bo zdanie zmieniał tak często, że chyba pobił jakiś rekord ;). Ostatecznie ruszyliśmy w trzy osoby.
Dla mnie taka podróż to była nowość. Wcześniej jako pasażerka miałam okazję pojeździć ze 3 razy może i to na bardzo krótkich dystansach. Pogoda rano nie rozpieszczała: było zimno, wietrznie i padał deszcz.Szybko okazało się, że mam na sobie za mało ciuchów. Do Częstochowy dojechałam prawie w charakterze sopla, z dobre 20 minut próbując się ogrzać herbatą w przydrożnym McDonald'sie. Wyglądałam jak rasowy alkoholik na głodzie-  cała się trzęsłam a dodatkowo spektakularnie szczękałam zębami. Z kufrów został wyciągnięty Ciuch Ostatniej Szansy - czyli windstopper. Szczęśliwie pomógł, a w miarę zbliżania się do granicy węgierskiej robiło się cieplej, więc resztę podróży przeżyłam nie marznąc. Zmieniała się nie tylko temperatura: w pewnym momencie stwierdziłam, że otaczający mnie krajobraz jest jakiś inny. O ile w Polsce wiosna na razie była w powijakach i jedynym pewnym jej objawem było to, że w przydrożnych lasach pojawiły się tirówki ;), tu było ZIELONO. Na drzewach były liście, kwitły mlecze, stokrotki, drzewa owocowe, pachniało wiosną!

Największym zagrożeniem na polu bitwy jest oficer z mapą

Wiosna!

Do Budapesztu dotarliśmy koło dwudziestej. Uliczny termometr wskazywał 19 stopni.
Rano trzeba było się streszczać, ponieważ nie mieliśmy odebranych jeszcze pakietów startowych. Włosy umyłam dzień wcześniej, żeby skrócić poranne przygotowania. Rano miałam każdy włos w inną stronę i ogólnie fryzurę z lekka idiotyczną. Trochę sobie w duchu pomarudziłam na mój fryz (zapamiętajcie ten fragment, bo dalej okaże się czemu moje fryzjerskie dylematy były dość zabawne ;)
Jeszcze raz zerkamy na trasę i rozmieszczenie wodopojów. 


Trasa półmaratonu


Podśmiewywujemy się z ostatniego punktu z wodą na 20 kilometrze (o, zemści się to na nas;)). Mąż pakuje mi w łapę dwa batony energetyczne. Nie jestem przekonana: jak tu jeść biegnąc? Ale upycham je do mini kieszonki w spodenkach. W planach jest zjedzenie pierwszego na 5 kilometrze (na szóstym jest woda do popicia), a drugiego w okolicach 15 km.
Szybkie śniadanie i pomaszerowaliśmy jakieś 2,5 km na Wyspę Małgorzaty, gdzie zaczynał i kończył się bieg. Przy odbieraniu pakietów było małe zamieszanie, obsługa nie mogła ich znaleźć (ach, jak dobrze w takich sytuacjach mieć mówiącego po węgiersku męża :). Szczęśliwie po paru minutach staliśmy się posiadaczami dwóch numerów startowych, czipów i okolicznościowych technicznych koszulek. 
Do startu zostało jeszcze trochę czasu, więc spacerkiem ruszyliśmy na zwiedzanie. Ludzi robiło się coraz więcej. 
Organizatorzy wpadli na fajny pomysł: jak się znaleźć ze znajomymi, rodziną w takim tłumie? W paru miejscach stały znaki z różnymi symbolami: słoń, piesek, piłka - takie punkty spotkań. Proste i genialne!

Wyspa Małgorzaty


Punkty spotkań


Ostatnie okolicznościowe fotki


Nadszedł najwyższy czas na zamienienie dżinsów na strój bardziej odpowiedni do biegania. Nie chciało nam się wracać do namiotów - przebieralni. Była piękna pogoda, słonce, błękitne niebo, dookoła zielono. Usiedliśmy na parkowej ławeczce i tam po prostu przebraliśmy się. Rzeczy oddaliśmy do depozytu, rozgrzewka. Byliśmy w różnych strefach czasowych - ostatni buziak, życzenia powodzenia i rozeszliśmy się do swoich sektorów.
Moja strefa miała kolor zielony, zakres tempa od 5:30 do 6:00 i czasy od 1:56 do 2:06. Zobaczyłam zająca z zielonym balonem biegnącym na 2:00 (stref było pięć, każda oznaczona innym kolorem, na każdej był jeden zając z balonem w takim samym kolorze, czasy co 15 minut). Postanawiam próbować utrzymać tempo 5:30. A tam gdzie będzie z górki przyspieszać. I zobaczyć co z tego wyjdzie. Nie miałam żadnego planu co do czasu końcowego, nie umiem też przeliczać tempa na spodziewany wynik, ani tym bardziej robić tego po drodze w biegu. Co wyjdzie - to wyjdzie!
Czekam na start, w nosie kręci charakterystyczny zapach maści rozgrzewającej, mam wrażenie, że wszyscy wokół mnie są nią wysmarowani. 
Wreszcie! Ruszyliśmy! Dookoła tłum, trzeba uważać, żeby nie zarobić łokciem. Kilkadziesiąt metrów przede mną widzę powiewający balon zająca, zapach maści rozgrzewającej robi się coraz bardziej duszący, powariowali z nią! Robimy rundkę po Wyspie. Zdaję sobie szybko sprawę, że piękne wiosenne słońce da biegaczom ostro popalić. Już wiem, że w przeciwieństwie od Półmaratonu Warszawskiego, gdzie nie skorzystałam z żadnego punktu z wodą, tu muszę pić na każdym, bo inaczej będzie ciężko. 4 kilometr - zielony balonik jest coraz bliżej mnie. Tempo na razie zgodne z założeniami. 
Za czwartym kilometrem pierwszy punkt z wodą - pół kubka wypijam, druga połowa ląduje na głowie. I tak jest na każdym punkcie (pamietacie moje marudzenia co do fryzury? No właśnie :))))
Wbiegamy na Margít Híd - czyli Most Małgorzaty. Po lewej stronie widać piękny widok na centrum Budapesztu. Całe miasto lśni w promieniach słońca, Dunaj iskrzy się i niebieszczy. Przechodzą mnie dreszcze i to bynajmniej nie z zimna. Pod koniec mostu mijam się z zającem z mojej strefy. Ciekawa jestem, czy zostanę z przodu do końca. 
Biegniemy wzdłuż Dunaju. Po lewej stronie dumnie prezentuje się sylwetka Parlamentu. Wydłubuję z kieszeni pierwszy batonik i znajduję sposób na bezproblemowe jego zjedzenie: odgryzam po kawałku, ładuję pod policzek i powoli, powoli kawałek po kawałku rozgniatam, rozgryzam, tak, żeby nie stracić oddechu. Potem następny gryz. Kończę tuż przed punktem z wodą, popijam. 
Trasa dalej biegnie wzdłuż Dunaju, zbliżamy się do ścisłego centrum. Dookoła ludzie zatrzymują się i kibicują  klaszczą. Wyłapuję najczęściej jedno słowo: "hajrá", co mi potem mąż tłumaczy jako "tempo! do przodu!"
Wbiegamy na Lánchíd Híd czyli Most Łańcuchowy. Most jest piękny, potężny, robi wrażenie. A dookoła Budapeszt. Kolorowy, schodzący z domami, chodnikami, knajpami nad samą rzekę. Mostem przelewa się druga rzeka: ludzi. Znowu mam dreszcze, a włosy na rękach z wrażenia podnoszą się do góry. 

Choćbym miała paść po drodze, choćbym do mety miała dojść na czworaka, dla tej chwili, tego mostu, tych widoków, tego poczucia jedności z kilkoma tysiącami innych biegaczy, WARTO BYŁO!!

Znów trasa biegnie wzdłuż Dunaju, teraz po drugiej stronie. Z prawej strony podziwiam Wzgórze Gelerta.  Zastanawiam się jak idzie Tiborowi, zaczynam szukać go wśród ludzi biegnących drugą stroną jezdni, bo na tym etapie trasy są nawrotki. Nie widzę go, ale on mnie wypatruje za 10 kilometrem. Jest prawie trzy kilometry przede mną - machamy do siebie. 
Słońce dalej coraz bardziej popalić. Biegacze szukają cienia - odrobinę daje murek od jezdni, która idzie nieco powyżej. Za trzynastym kilometrem trasa oddala się do rzeki i wbiegamy między budynki. Och, jaka ulga! Część uliczek tonie w cieniu. Pomiędzy budynkami raz po raz miga sylwetka Parlamentu. Wyciągam drugiego batona, ale ze zmęczenia pokićkały mi się kilometry - punkt z wodą wyrasta jakoś za szybko, szybko przełykam to co mam w ustach, łyk, łyk - reszta - chlust na głowę.
Szesnasty kilometr - znów zbliżamy się do Dunaju. Znów słońce, ale i rześki wiatr - jeszcze nigdy się tak nie cieszyłam z wiatru;) Długa prosta. Wydaje mi się, że z górki, ale jakoś ciężko idzie, nawrót. O nie - jednak teraz dopiero jest lekko w dół. 
Daleko przed sobą widzę Most Małgorzaty. O, jak zazdroszczę ludziom, którzy już przez niego biegną. Wreszcie i ja na niego wbiegam. Dobijcie mnie! Ledwo żyję, a tu jeszcze trzy kilometry z groszami. Znów Wyspa Małorzaty. 
Dookoła ludzie klaszczą, dopingują, a moja głowa zaczyna kusić: zatrzymaj się! Przejdź się kawałek, przecież jesteś taka zmęczona - patrz jak wolno biegniesz! Zerkam na zegarek - wychodzi, że wcale nie tak wolno - znów jest z górki. A głowa znów: skoro tak szybko biegniesz, to zwolnij, popatrz biegniesz szybciej od założonego tempa, możesz zwolnić.... Szczęśliwie nogi są dość daleko od głowy i nie dosłyszały - bo jakimś cudem dalej robią swoje. Tylko gdzie jest ten cholerny ostatni wodopój? Wody! Pragnę wody! (tak, tak - ten ostatni, z którego tak lekkomyślnie sobie żartowaliśmy). Jest! A na nim kurtyna wodna - wpadam po strumień wody - a potem standard: łyk i chlust!.
Ostatnia prosta, już z daleka widzę bramki przy mecie. Mija mnie jakaś Węgierka w różowej koszulce dopingowana przed znajomych. A, niech biegnie! Nie będę jej gonić, nie dam rady.
Na kilkadziesiąt metrów przed metą, uaktywnia się we mnie jakiś gen rywalizacji - przyspieszam i jednak gonię różową bluzeczkę. Meta coraz bliżej, już widzę zegar i na nim czas: 1:58. Będę szybciej niż w Warszawie! 
Słyszę spikera, który przez mikrofon wyczytuje z węgierskim akcentem moje imię i nazwisko, Polska! Lengyelország! Dzięki temu zamiast przekraczać metę z nosem wlepionym w zegarek, macham rękoma i wpadam z bananem na twarzy.


fot: http://www.futanet.hu


Udało się! Dobiegłam! Nie umarłam na słońcu! I jeszcze udało się przebiec lepiej niż w Warszawie: 1:55:37!
Chwilę łapię oddech i idę dalej. Ze zdziwieniem stwierdzam, że na mecie nie ma tłoku. Szybko odkrywam czemu: nikt nie rozdaje pamiątkowych medali. Chyba ich po prostu nie ma. Kawałek dalej czeka na mnie mąż. 
Korytarz z barierek jak po sznurku prowadzi nas do stanowisk, gdzie wolontariusze rozdają pakiety metowe, jak to nazwałam: w torbie znajdujemy różne batoniki, opakowanie chrupkiego chleba, dwie butelki picia.  Barierki prowadzą nas dalej - tym razem do stanowisk, gdzie oddaje się chipy. To mi się podoba - nie ma możliwości powtórzyć mojego wyczynu z Warszawy, gdzie oczywiście niechcący, udało mi się czipa nie zwrócić. 
Zastawiamy się czy ruszać w tłum pomiędzy namioty - ale decydujemy się na większy spokój. Znajdujemy ławeczkę nad Dunajem i tam odpoczywamy i dzielimy się wrażeniami.


Zasłużony odpoczynek. Ta różowa ścieżka to tartan dla biegaczy.

Potem jeszcze powrót do hotelu, prysznic i...idziemy wszyscy dobić się na spacerze po Budapeszcie. Powrót do Polski jest przewidziany następnego dnia.

Do czego może służyć maluch...?



 Biegłam tu! To ten most, od którego z wrażenia przechodziły mnie ciary



Parlament










A jak babcia przeżyła sam na sam z trójką szatanów? Żeby wyrównać szanse zarządziłam system nagród i kar: rysowane na kartce plusy i minusy. Za dużo plusów obiecałam niespodziankę.
Zadzwoniłam tuż przed granicą spytać co i jak. Odebrało dziecko nr 1. 
- A wiesz mamo, że nie mamy narysowanych jeszcze żadnych minusów.
Chwila wahania
- Ale plusów też jeszcze nie...
Z tła słyszę głos Mariki:
- Nie mają minusów, bo im jeszcze nie zdążyłam dopisać!


środa, 17 kwietnia 2013

Oszalałam! Oszalałam??

Oszalałam! Oszalałam??
Od wczoraj wpatruję się w dwa maile na moim komputerze i na razie nie mogę uwierzyć, że będąc w pełni władz umysłowych (a może jednak nie...?) wyraziłam zgodę na takie coś, a nawet wykazałam pewien entuzjazm:


"Dziękujemy za zgłoszenie się do 35. Maratonu Warszawskiego."


"Thank you for registering for the 38th TCS Amsterdam Marathon."







Tak, dobrze widzicie. Jestem na liście uczestników Maratonu Warszawskiego 29 września oraz Maratonu w Amsterdamie 20 października. Trzy tygodnie przerwy.

Ile do tej pory przebiegłam maratonów?
Zero.



Skąd ta, chyba jednak szalona koncepcja? Cóż, wszystko dzięki mężowi i dwóm znajomym, którzy dopiero co ukończyli swój pierwszy maraton w Łodzi. Endorfiny nadal buzują i cała trójka stwierdziła, że oni chętnie jeszcze raz dadzą się tak sponiewierać - jak stwierdził Paweł, jeden z nich. A nawet dwa razy: w Warszawie i Amsterdamie.
No i tu mąż zwrócił się do mnie czy nie chciałabym dołączyć. Do obu. Albo jednego z nich.
Jeden z nich: Który? Który? Warszawski, jubileuszowy bo 35-ty, na własnych śmieciach, blisko domu? Czy Amsterdam - bo to...Amsterdam, no.
Oszalałam i kazałam klepnąć oba. 
Kazałam wujkowi Googlowi poszukać co internauci biegacze na to. Różnie: od przestróg, że nie więcej niż dwa maratony w roku (to się zmieszczę he he) i przerwa minimum miesiąc, a optymalnie trzy miesiące, po wpisy ludzi, którzy machają maratony niemalże co miesiąc.

Nie będę walczyć o nie wiadomo jaki czas. Chcę dobiec i nie umrzeć. Chcę przekroczyć metę na Narodowym. Chcę przebiec przez Amsterdam. Mam pół roku, żeby przygotować mój organizm na mega wysiłek.
Dam radę? Nie wiem. Może po drodze zrezygnuję - ale... no risk - no fun, nie? (Mamy z mężem to hasło na ślubnych obrączkach ;))

Jeśli uważacie, że zwariowałam, oszalałam, jestem nieodpowiedzialna, proszę, bądźcie łagodni w komentarzach dla wariatki.



A na razie analizujemy prognozy pogody na weekend - bo jesteśmy oboje zapisani na półmaraton do Budapesztu. Plan był taki, żeby pojechać tam na motocyklu, więc brak opadów po drodze bardzo wskazany.
Jeśli zadecydujemy, że jedziemy (dziś wieczorem ma ostatecznie zapaść decyzja, teściowa do dzieciaków już zaklepana), będziemy biec tędy:


piątek, 22 marca 2013

Wszystko postawione na głowie ;)

Wszystko postawione na głowie ;)
Na półmaraton zapisałam się spontanicznie. W planach miałam 10 km w kwietniu w Łodzi. O zawodach na dłuższe dystanse nie myślałam - a tu łup!
Potem wszystko się chwiało z powodu mojej kontuzji, kwestii opieki nad chłopkami - ostatecznie obie kwestie zostały rozwiązane.
Był moment, że zapowiadało się, że musimy przebiec w max niewiele powyżej 2 godzin (mąż to z palcem w nosie zejdzie poniżej 2 godzin, ja raczej nie), żeby zdążyć odebrać dziecko nr 1 z biwaku zuchowego ;) Biwak nam wypadł z przyczyn zdrowotnych.
Wiosna też postanowiła stanąć na głowie i 19 marca, na dwa dni przed końcem zimy, truchtałam sobie z mężem w takich warunkach:


Dziś świat wygląda jeszcze lepiej - bo przez ostatnie dwa dni sypało i to bynajmniej nie kwieciem z kwitnących jabłoni :/

22 marca

Cóż - za mało było tego wszystkiego na opak - dołożył jeszcze mąż. Ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu:)
Tydzień temu pojechał w sprawach rodzinnych do Budapesztu. Nie przepuścił takiej okazji - poszedł na miejscu biegać. Był zachwycony - sam Budapeszt jest prześliczny  a tu dodatkowo pomyśleli o biegaczach: tartanowe ścieżki  oznaczenia kilometrowe. Małżonek wrócił tak napalony, że zasiadł przed kompem i zaczął szukać jakiegoś biegu w stolicy Węgier. 
I znalazł.
Tak więc - nie mając jeszcze przebiegniętego pierwszego w życiu półmaratonu  jestem już zapisana na następny :))) Termin: 21 kwietnia.
Mam nadzieję, że do tej pory wiosna przypomni sobie o nas, bo mąż snuje jakieś plany o pojechaniu na miejsce motocyklem - aaaaa.

Ja Budapeszt bardzo lubię, mam do niego duży sentyment - bo tam się zaręczyliśmy :)


Tak wyglądał Budapeszt w październiku 2004 roku
Copyright © 2016 Matkabiega , Blogger