Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wybieganie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wybieganie. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 16 marca 2015

UTW

UTW
W trakcie zeszłotygodniowego wybiegania z moją rzeźnicką partnerką, Avą, ta zaczęła mi opowiadać o pomyśle, który zaświtał jej w głowie. 
Pomysł został zainspirowany Koroną Warszawy. Obiec Warszawę zaliczając pięć "szczytów": Kopę Cwila, Górkę Szczęśliwicką, Górkę Moczydłowską, Gnojną Górę i Kopiec Powstania Warszawskiego. Dystans - około 34 kilometrów. Kawał porządnego wybiegania.
Projekt przybrał nazwę Ultra Trejl de Warsowi.
W niedzielę o 9 rano u stóp Kopca Powstania Warszawskiego pojawiło się aż 17 osób. Część z nich planowało przebiec cały dystans, część osób zdecydowało się na fragment trasy.



1. Kopa Cwila

Ruszyliśmy w kierunku Ursynowa. Od razu zawiało "przygodą", bo na dzień dobry przedzieraliśmy się wzdłuż jakiś nieużytków i krzaczorów. Potem dobiegliśmy do ulicy i skierowaliśmy się w kierunku Dolinki Służewieckiej. 

fot. Jakub Abramczuk 100hrmax.pl


Podczas przelotu przez Dolinkę, mało brakowało, a jeden z kolegów przy próbie zrobienia zdjęcia, by zaliczył kąpiel w Potoku Służewieckim. Życie fotografa wymaga poświęceń :) 
Ósmy kilometr - przed nami wyrasta Kopa Cwila. Część panów podbiega z okrzykami "zupełnie jak na Caryńskiej!". Panowie mają za sobą Rzeźnika. Oceniam wzniesienie. Gul. Łatwo na Rzeźniku to nie będzie, oj nie będzie. Podbiegam i ja. Na górze tradycyjne pąpkinsowe pompki, szybkie fotki, parę łyków wody i lecimy dalej, bo wieje niemiłosiernie.



2. Górka Szczęśliwicka

Przecinamy ulicę Puławską i lecimy w kierunku części miasta zwanej Służewcem przemysłowym. Co to oznacza? Oznacza niestety pewien błąd w planowaniu urbanistycznym. Całe kwartały ulic zabudowane biurowcami, ani jednego bloku mieszkalnego. W weekend oznacza to bieg przez totalnie wymarłe ulice. Ani jednego samochodu, ani jednego człowieka. Nie musimy nawet zbiegać na chodnik - biegniemy środkiem ulicy. A dookoła szkło, beton. I cisza. 

Ulica Marynarska. Za moment wlecimy w świat biurowców.
fot. Mikołaj Kowalski- Barysznikow www.biegajsercem.blogspot.com


Znowu zaliczamy prawdziwy city trail. Osoby znające lepiej tą cześć miasta prowadzą między blokami, garażami. W końcu lecimy ścieżką wzdłuż torów kolejowych.

fot. Jakub Abramczuk 100hrmax.pl

Ulica Grójecka i między blokami wbiegamy na teren parku. Przed nami cel nr 2. 
My, w przeciwieństwie do Korony Warszawy nie mamy pozwoleń na zdobycie Górki Szczęśliwickiej od strony wyciągu narciarskiego (dla osób mniej zorientowanych w topografii Warszawy: tak, tak - w środku miasta działa wyciąg narciarski:). Zadowalamy się wariantem bocznym. 16 kilometrów za nami.

fot. Mikołaj Kowalski- Barysznikow
www.biegajsercem.blogspot.com



3. Górka Moczydło


Zbiegamy. Znów między blokami wydostajemy się  w okolice Dworca Zachodniego. Wydawało mi się, że te okolice jako tako znam - ale tylko mi się wydaje:) Znów koledzy prowadzą opłotkami, z dala od ruchliwej Alei Prymasa Tysiąclecia. To naprawdę Warszawa?

fot. Jakub Abramczuk 100hrmax.pl
Wylatujemy na Park Szymańskiego. To już rzut beretem od Moczydła. Jestem całkiem blisko domu, jakieś 3 kilometry. Ale to jeszcze nie czas na dom. Za nami niecałe 22 kilometry. 
Wreszcie Górka. Dobrze mi znana. Najpierw długo pod górkę. Nie strasznie stromo, ale łagodnie też nie. Gdy mięśnie zaczynają boleć, wypłaszcza się. Ale zanim człowiek odetchnie, wypłaszczenie się kończy i zaczyna się stromizna. Na szczyt wlatuje się na miękkich nogach. Na szczęście widok wynagradza wszytko.

fot. Jakub Abramczuk 100hrmax.pl




4. Gnojna Góra

Kierunek: Stare Miasto. Gnojna Góra to tak naprawdę skarpa u stóp Starówki. Swoją nazwę zawdzięcza śmieciom, z których została usypana przez osiemnastowiecznych mieszkańców. 
Ta część naszego biegu jest wybitnie miejska. biegniemy środkiem miasta, co i rusz zatrzymują nas światła. Wreszcie widać kolorowe kamienice i nasz cel. Może to i tylko skarpa, może niezbyt długa - ale podbieg masywny. Zaciskam zęby i starając się nie zwracać na moje pojękujące łydki, staram się robić coś, co od biedy można nazwać biegiem.

fot. Jakub Abramczuk 100hrmax.pl




5. Kopiec Powstania Warszawskiego

Dwadzieścia osiem kilometrów za nami. Daje się odczuć zmęczenie. Dodatkowo biegniemy wzdłuż Wisły - swoje dokłada wiatr. 

fot. Mikołaj Kowalski- Barysznikow
www.biegajserce.blogspot.com

Wisła to mosty, między innymi spalony Most Łazienkowski. Zadzieram głowę i szukam tej osławionej drewnianej technicznej kładki i...mocno się dziwię. Kładka kojarzy mi się z czymś wąskim. A tu okazuje się że drewniane dechy idą praktycznie przez całą szerokość mostu. No ładna mi "kładka"... Przestaję się dziwić, że pożar poczynił takie szkody. 
Innym uczestnikom dystans też daje się we znaki. Grupa zaczyna się rozciągać. Przestajemy tak bardzo pilnować trzymania się razem. To końcówka, każdy biegnie w swoim tempie. 
Już ulica Czerniakowska. Już skręt w Bartycką. Chwila odpoczynku w oczekiwaniu na resztę grupy. Jeszcze matka - organizatorka wyciąga z auta jakieś tajemnicze pudełko - i ruszamy dobić się na ostatnim podbiegu. 
Na szczyt wiodą schodki. Strasznie niewygodne do wbiegania. Na stawianie kroków co schodek są za niskie. Na bieganie co dwa - stopnie są za długie. W końcu wybieram metodę mieszaną: jedna noga wbiega na raz, druga na dwa. Potem zmiana rytmu na drugą nogę. Mięśnie palą. Heloł, właścicielko! Pracowałyśmy przez blisko 34 kilometry, może już wystarczy?
Koniec. Ava otwiera pudełko, w którym leżą równiutko poukładane piernikowe medale :)



Ha! No powiedzcie - czyż to nie najlepszy medal świata?
Ostatnie pamiątkowe fotki, obowiązkowe pompki, na szybko wymieniane wrażenia, uściski. Endorfiny budzą się do życia. Z bananami na twarzy schodzimy w dół.

Dziękuję wszystkim z którymi biegłam. Dzięki Ewa za świetny pomysł. Bieganie w mieście nie musi być nudne. To był fantastyczny dzień.


fot. Krasus
www.biecdalej.pl

fot. Mikołaj Kowalski- Barysznikow
ww.biegajsercem.blogspot.com






Pozostałe relacje:




niedziela, 14 grudnia 2014

Radość biegania

Radość biegania
Od czasu do czasu Krasus zaprasza na dłuższe wybiegania po Lesie Kabackim. Raz się na takie biegowe spotkanie załapałam, potem niestety terminy kolidowały mi, głównie z pracą (bo niestety część sobót mam pracujących). Aż tu Marcin zorganizował takie wybieganie w niedzielę. Powiem szczerze, że bardzo ale to bardzo trafił w odpowiedni moment. Bo pora roku, ta zima - nie zima spowodowała, że bardzo trudno ostatnio jest mi wykopać swoje cztery litery z domu i pobiegać. W piątek po 3 przetruchtanych  kilometrach miałam bardzo dużą ochotę po prostu odwrócić się na pięcie i wrócić do domu.
Wizja przebierania nogami z rozgadanym Krasusem i poznania nowych osób była bardzo kusząca. Obgadawszy więc szczegóły z mężem (opieka nad dziećmi i jego plany biegowe na weekend), potruchtałam dziś rano w kierunku przystanku autobusowego oddalonego o 3 kiloski do mojego domu, skąd miał mnie zgarnąć Krasus.
Swoją drogą Marcin rozczulił mnie, gdy omawiając szczegóły mojego zgarniania, wyraził zaniepokojenie czy to nie będzie dla mnie za daleko. Rozumiecie: facet zaprasza na dwudziestokilometrowe wybieganie, po czym martwi się czy podtruchtanie trzech kilometrów to nie będzie za duży wyczyn ;).
W samochodzie było wesoło, bo siedziała już w nim Kasia, Run the World. Kasia wychodzi z bardzo poważnej kontuzji i do stolicy przybyła na kontrolę i kontynuację rehabilitacji.
Wesołe autko mknęło sobie obwodnicą, gadu- gadu, chichu- śmichu. Aż do momentu, gdy zorientowaliśmy się, że zamiast ku dzielnicy Ursynów grzejemy w kierunku Łodzi. Jednym słowem przegapiliśmy zjazd:). Cóż - zawróciliśmy na pierwszym możliwym zjeździe, czyli Grodzisku Mazowieckim i spóźnieni o zaledwie 5 minut dotarliśmy na miejsce zbiórki. Chętni dopisali, bo zebrała się nas grupka 18 osób! Część planowała zrobić dwie pętle po lesie, część krótszy dystans.
Cóż - bieganie w większym gronie ma dużo zalet. Przede wszystkim człowiek nie myśli o dystansie, bo jest zbyt zajęty gadaniem i słuchaniem. A tematy skakały od czysto biegowych(plany startowe, wspomnienia z zakończonych imprez) do rozważań na tematy moralno- prawne.
I tak nie wiadomo kiedy minęło 20 kilometrów. Ostatni  kilometr został zarządzony jako sprint. Było to o tyle dla mnie zabawne, że męska część ekipy z Krasusem momentalnie weszła w pierwszą kosmiczną :)
Gdy zdyszana i zziajana dobiegłam do szlabanu kończącego nasze wybieganie, na spotkanie wyszedł mi mąż z dzieciakami.
Były rozważane różne warianty co robi reszta rodziny w trakcie mojego biegu. Pogoda postanowiła nie rozpieszczać i miało padać, więc chłopaki przyjechali na sam koniec. Małżonek ubrany w ciuchy biegowe przekazał mi latorośl i ruszył na nogach w kierunku domu (trzeba sobie radzić,gdy obie osoby chcą dłużej pobiegać) ja przesiadłam się w samochód, przy okazji odwożąc z powrotem Kasię.

Zdecydowanie od czasu do czasu potrzebuję takich spotkań. Dla naładowania akumulatorów. Dla zmiany klimatu. Dla oderwania lekkiego od rzeczywistości.
Dzięki, Krasus.



Dużo nas!
fot. Kraus



piątek, 26 września 2014

Wpis dupomaryniowy :)

Właśnie do mnie zaczęło docierać, że coraz większymi krokami zbliża się maraton w Budapeszcie. Maraton, na który jestem zapisana.
Oczywiście pierwotnie plany były taaaakie. Rzeczywistość je mocno zweryfikowała. Tak więc w Budapeszcie nie nastawiam się na bicie życiówki, ale raczej, żeby cały dystans pokonać biegiem. Bardzo bym nie chciała powtórki z Pragi, gdzie miałam wątpliwą przyjemność poznać się ze słynną maratońską ścianą.
Nie będzie tu opisów nie wiadomo jakich treningów. Starałam się biegać tak często jak się dało. A z tym "dało się" bywało różnie, bardzo różnie ;)

Ostatnio zebrałam się do kupy i zarządziłam prawdziwe wybieganie. Wyszło 24 kilometry - więc dystans całkiem spory. Na siedemnastym kilometrze miałam kryzys, a potem...a potem to mogłabym tak biec i biec jeszcze trochę. Zawróciłam do domu, bo po pierwsze zrobiłam się głodna (wyszłam rano na czczo spakowawszy żele energetyczne do saszetki), a po drugie trzeba było się ogarnąć przed dżamprezą rodzinną: moje dzieci nr 2 i 3 świętowały urodziny-odpowiednio szóste i czwarte).
Moje nogi jednak odczuły dystans- dzień przerwy, a we wtorek wieczorem, zostawiwszy męża w trakcie wieczornego ogarniania dzieciarni, wyszłam na 10 km. O mamusiu, jak mi się świetnie biegło! Aż na FB się pochwaliłam. Nogi nie bolały, biegło mi się lekko, łatwo, ach!
A potem dostałam ataku śmiechu: po powrocie do domu zastałam męża śpiącego w łóżku średniaka, a dzieci zamiast spać, napadły mnie od progu prosząc o szarlotkę (szarlotkę wyjęłam z pieca tuż przed wyjściem z domu).

Środa - jak tylko nic mi nie wypadnie pędzę na Boot Camp. Cóż.. nie sądziłam, że tym razem poznam tak uroczy oksymoron jak "leżenie w burpeesach" oraz, że będę odpoczywać w planku. Ba! Nie będę mogła doczekać się tego odpoczynku... Jednym słowem: zostałam przeczołgana koncertowo, o czym w dalszym ciągu przypominają mi zakwasy w rożnych dziwnych miejscach.

Wczoraj żadne bieganie nie wyszło, bo postanowił zaatakować jakiś wirus pokarmowy. Wirus był na tyle łaskawy, że nie musiałam mieć dylematów czy najpierw siadać czy nachylać się - wystarczyło same siadanie ;) Był na tyle łaskawy, że otumaniwszy go z lekka nifuroksazydem,  zwlokłam się do miasta pozałatwiać różne sprawy oraz zakupić motywujące buty maratońskie.
No i mam teraz takie leciuchne żółto- różowe cuda, które mam zamiar jutro wypróbować (mam nadzieję, że żołądek już mi pozwoli).
Jeszcze głupia ja polazłam na obiad z mężem, który nieświadomy moich kłopotów zamówił mi curry. Nawet to curry doniosłam w sobie do domu, ale chwilę potem potrawa wybrała wolność.
Nie róbcie tego nigdy - nie jedzcie ostrych potraw w przypadku takich kłopotów. Bez wnikania w szczegóły: doznania są jedyne w swoim rodzaju :P

W ten weekend wstępnie planowaliśmy wypad w dwójkę w góry. Powiem szczerze: po całym tygodniu wstawania o szóstej rano, po ostatnich ekscesach żołądka, na samą myśl, że mam wstać o drugiej w nocy, żeby na ósmą rano dojechać na miejsce, robiło mi się słabo. Szczęśliwie w drodze do sklepu na przedwyjazdowe zakupy, mój mąż oświadczył, że jemu też się nie chce :))


Przez Flying Shoes zostałam zaproszona do zabawy polegającej na przedstawieniu siedmiu faktów o sobie. Oczywiście powinnam nominować następne osoby.
Czasem biorę udział w takich zabawach - ale generalnie nie puszczam ich dalej (wyjątek zrobiłam dla krążącego ostatnio po FB wynajdywaniu trzech pozytywów. Uznałam, że Polacy to tak marudzący naród, że fajnie będzie jak siebie i parę osób wokół zmuszę do szukania radości).

To zaczynam:

1. Choć od paru ładnych lat mieszkam w stolicy to "z miasta Łodzi się pochodzi". Dlatego znam tak tajemnicze określenia jak "trambambula" czy "żulik".

2. Bardzo lubię niebieski kolor

3. W wolnych chwilach szydełkuję. Prowadzę drugiego bloga, na którego wrzucam moje dziergadełka

4. Jestem niedoszłym prawnikiem. Zabrakło mi pracy magisterskiej. Czy żałuję? Staram się nie żałować w życiu niczego. Nie wiem jak by się potoczyło moje życie, gdybym skończyła studia. Może nie miałabym moich dzieci? A tych nie zamieniłabym w życiu za żaden tytuł mgr.

5. Chciałabym kiedyś zobaczyć nad głową Krzyż Południa

6. Lubię robić zdjęcia.

7. Dałabym się pokroić za śliwki w czekoladzie ;)


Dziękuję za uwagę :)

niedziela, 23 marca 2014

Achilles

Achilles
A tak fajnie się zaczęło. Małżonek zabrał dzieciaki do pobliskiego parku na rowery. Ja się wyszykowałam na wybieganie. Jeszcze się pozastanawiałam czy to wybieganie zrobić miejskie czy leśne. Wybrałam las. Gdybym ruszyła w Warszawę - pewnie nie byłoby tego wpisu.
Przeleciałam na początek przez park - żeby popodziwiać moje dzieci trzy grzebiące kijem w kałuży;)


Tu mnie małżonek zdybał. Szczerzę się do dzieci. 

A potem poszłam w las. I tak sobie tuptałam dając się ponieść różnym impulsom i trochę modyfikując trasę. Dzięki tym modyfikacjom i zaplątałam się w jakąś wąską kręcącą ścieżynkę, która nagle zakończyła się strumieniem. Nawet poskakałam sobie w te i nazad przez tę wodę - ale po drugiej stronie oprócz coraz większego błota i chaszczy nie było już nic - więc grzecznie wróciłam na bardziej cywilizowany szlak.



I tak sobie biegłam - ptaki śpiewały, las pachniał, kilometry mijały. I nagle w ciągu jednej chwili wszystko się zmieniło. Na 13 kilometrze mojej trasy, biegnąc przez Łosiowe Błota po naprawdę szerokiej leśnej drodze - płaskiej, raczej bez korzeni, gałęzi i temu podobnych, udało mi się jednak zaplątać w jakąś gałąź/kijek - cholera wie co. Nie mogło to być duże - zarejestrowałam fakt, że coś mi się obiło o nogi, szczególnie o prawą łydkę - ale pobiegłam dalej.  Z każdym krokiem czułam jednak, że coś jest niehalo. Ból zamiast znikać, robił się coraz bardziej dokuczliwy. Szedł wzdłuż achillesa, rozlewał się na łydkę. Chciałam dobiec do takiej wiaty, która była kilkadziesiąt metrów dalej - ale już nie zdołałam. Usiadłam na najbliższej ławce i zaczęłam patrzeć o co chodzi.


Jak widzicie na zdjęciu nie wygląda to dramatycznie. Mała czerwona kropka. Gdyby nie to, że ta kropka jest dość głęboką, wąską ranką - taką w charakterze "weź drut i wbij go sobie w nogę". I że jest w bardzo bliskim sąsiedztwie ścięgna achillesa. Bałam się też, że w ranie został jakiś fragment kijka.
Zastawiałam się co robić. Próbować biec dalej? Nie biec? Iść? Do domu najkrótszą drogą miałam spokojnie z 6 km. Wstałam. Okazało się, że o bieganiu mogę już zapomnieć. Bolało. Zadzwoniłam po męża, żeby mnie zgarnął autem, a sama, leciutko utykając pomaszerowałam w kierunku drogi.
A potem to już było tylko gorzej. Po umyciu, przebraniu się w cywilne ciuchy, do samochodu utykałam już mocno. Prowadził oczywiście małżonek - bo ja nie byłabym w stanie wciskać pedałów prawą noga. Do gabinetu lekarskiego weszłam już praktycznie skacząc na zdrowej nodze.
Ortopeda wymacał mi nogę dość dokładnie (aaaałaaaaaaajak bolało!). Stwierdził, że jego zdaniem achilles cały (uff. W innym wypadku czekałby mnie stół operacyjny). Zaaplikował na ranę antybiotyk, zaordynował zastrzyk przeciwtężcowy. I chwilowo tyle.
Na wtorek jestem umówiona do chirurga. Niepokoi mnie, że jednak noga boli mocno. Mam kłopoty z chodzeniem i nawet lekkim jej obciążaniem. Nie wiem jakim cudem zaraz po urazie zdołałam przebiec jeszcze kilkanaście metrów, skoro teraz ledwo chodzę.
Nie mogę uwierzyć, że z powodu takiego maciupińskiego cusia - tyle bólu i kłopotów. Rozwala mnie, że biegnąc parę kilometrów wcześniej przez takie tereny:



nie nadziałam, nie potknęłam, nie obtarłam się o nic. A na szerokiej, wygodnej dla masy spacerowiczów ścieżce - praktycznie wyeliminowałam się z Półmaratonu Warszawskiego, który miałam pobiec za tydzień.








poniedziałek, 16 września 2013

Ha!

Ha!
Tak, wiem, wiem - jeszcze poprzedni wpis dobrze nie wystygł - a ja już produkuję następny.
Ale udało się! Pokonałam po raz pierwszy barierę dystansu półmaratońskiego i przebiegłam dziś 27 km.
W ramach testowania wzięłam ze sobą żel energetyczny oraz po raz pierwszy wzułam skarpety niby kompresyjne by Lidl.
I jak było?
Cóż... dostałam małą próbkę tego jak może to wyglądać na maratonie. Oj, będzie walka z własnymi słabościami i własną głową.

Nie wiedziałam czy wyjdzie mi to dzisiejsze wybieganie - a był to właściwie ostatni dzwonek na tak długi dystans. Następny długi bieg - maraton. Pogoda spłatała mi psikusa i po odprowadzeniu chłopaków do szkoły/przedszkola, smętnie wpatrywałam się w deszcz za oknem. Wyjść? Nie wyjść? A jak zmoknę/zmarznę i mój katar z którym walczę od tygodnia zamieni się w zapalenie zatok?
W końcu koło 11 przejaśniło się trochę. Ubrałam się, założyłam żarówiasto różowe skarpety (w połączeniu z żarówiasto żółtym wykończeniem moich butów moje nogi wyglądały...żarówiasto:).



I wyszłam. Na deszcz. Przed chwilą go nie było. Chwila wahania co robić - ale zauważył mnie sąsiad, zaczął pytać, komentować. No dobra - teraz to już głupio wrócić do domu.
Pobiegłam w kierunku Kępy Potockiej. Postanowiłam tam się pokręcić - okrążenia są na tyle długie, że człowiek nie czuje się jakby biegł w kołowrotku. Park ten ma jeszcze jedną zaletę: toaletę:)
No i tak sobie zaczęłam truchtać. Okazało się, że kolejne kilometry przebiegam szybciej niż pierwotnie zakładałam. Próby zwolnienia jakoś mi nie wychodziły.  W końcu uznałam, że jeśli z takim tempem czuję się dobrze - to nie będę walczyć. Zobaczymy ile tak ubiegnę. I tak na pewno zwolnię w miarę upływu kilometrów - zmęczenie zrobi swoje. I tak sobie truchtałam, podziwiając widoczną już jesień dookoła.





Do 22 kilometra biegło mi się wyśmienicie. Potem zaczęło być gorzej, tym bardziej, że zaczęłam odwrót do domu, pod górkę. W pewnym momencie miałam takie pragnienie, żeby się zatrzymać, tu teraz, natychmiast, że aż mnie zatkało. Zacisnęłam zęby i przebierałam nogami dalej. Robiłam wcześniej w parku króciutkie przystanki na zrobienie zdjęcia, łyka wody czy przełknięcie żelu. Ale wtedy nie byłam zmęczona. Teraz, z każdym krokiem coraz bardziej czując mięśnie, chciałam walczyć ze zmęczeniem jak długo się da.
 Światła złośliwie ;)  zmieniały się na zielone jak tylko dobiegałam do jezdni. Tu trochę się poddałam - dałam odetchnąć moim nogom i na pasach przechodziłam do marszu.
Koło 24 km zadzwonił do mnie małżonek- jak usłyszał, że biegnę, chciał kończyć rozmowę, ale przerwałam mu, że zdecydowanie nie mam nic przeciwko porozmawianiu. Trzy minuty wytchnienia:)
Doczłapałam się do domu dokręcając jeszcze po okolicy do 27 kilometra. Jakbym się uparła - domęczyłabym do trzydziestki - ale potwornie chciało mi się pić (w torebce biodrowej zmieściła się malutka 330 ml buteleczka, której zawartość dawno się skończyła) i zaczęło znów padać.
Jeszcze tylko rozciąganie. Cóż - jeśli ktoś słyszał mnie wtedy nie widząc, na pewno myślał, że nie wiadomo jakie "momenty" właśnie się dzieją. Nic z tego ;) To tylko obolała baba rozciągała swoje udręczone mięśnie wydając przy tym dziwne dźwięki :)
Potem prysznic, krótki odpoczynek i walka ze zmęczeniem. Jazda po chłopaków do przedszkola/szkoły. Rozstrzyganie czy dziecko nr 1 miało prawo podrzeć książeczkę dziecku nr 2, bo dziecko nr 2 wołało w kierunku dziecka nr 1 bla bla bla bla i dziecku nr 1 się to nie podobało. Liczenie do dwudziestu, gdy dziecko nr 3 dwie minuty po spytaniu się czy chce siusiu i uzyskaniu odpowiedz negatywnej, zasikało sobie spodnie, skarpetki i buty.
Takie tam normalne życie matki trójki dzieci :P

Wróćmy do biegania. Cieszę się bardzo, że zdecydowałam się dziś wyjść. To zmęczenie na końcu dystansu było mi bardzo potrzebne, bo wiem jak się mogę czuć w trakcie maratonu. Wiem również, że takim tempem jak dziś, 42 kilometrów nie przebiegnę, bo za połową umrę po prostu.
Przetestowałam żel jabłkowy z decathlonu - okazał się być całkiem smaczny jak na żel. Pewnie wezmę go na bieg.
Skarpety lidlowe? Nie sądzę, żeby miały jakikolwiek efekt kompresyjny - ale było mi ciepło w łydki i wyglądałam wery profeszional i oczojebnie :P




Wspomnę jeszcze o wczorajszym biegu - bo zaczęło do mnie dochodzić, że mój czas podany przez organizatorów jest czasem brutto. Czas netto jest nieznany, bo mają jakieś kłopoty techniczne (te brutto tez podobno niekoniecznie mogą być prawidłowe). Mam czas z zegarka - włączyłam i wyłączyłam go na macie. 22:41. Tylko, że Garmin mi dystansu nie doszacował, twierdząc, że przebiegłam 4,94 km. Więc nie wiem na ile wskazanie czasu jest prawidłowe. Czyli wiem na razie tyle, że 5 km przebiegłam w czasie 22:4x.


niedziela, 4 sierpnia 2013

Wybieganie z mężem

Wybieganie z mężem
Rzadko się zdarza, że jestem w stanie coś zrobić razem z mężem - ale dziś taki dzień nastał. Jedna z babć przejęła opiekę nad latoroślą, a my ruszyliśmy. W planie: 21 km. Jak wybieganie - to wybieganie.
Małżonek bierze ze sobą dwa żele, ja też biorę dwa. Są różnych firm, różne smaki - bierzemy w celu wypróbowania. Ja na przykład jeszcze nigdy żelu nie jadłam.

Swoją drogą niesamowite dla mnie jest to, że jeszcze w marcu trzęsłam portkami przed Półmaratonem Warszawskim, a teraz taki dystans postanowiłam pobiec, to, trenignowo :)

Garminy odpalone. Ruszyliśmy. Po pierwszym kilometrze zdziwienie: mój zegarek pokazał tempo o minutę wolniejsze niż u T. - pomimo, że biegniemy koło siebie. Zakładam, że to mój się pogubił jakimś cudem, bo zegarek męża bardziej wypasiony jest.
Pokręciliśmy się po Bielanach - trochę przez Piaski, trochę po Chomiczówce.  T. wyciąga swój żelik, częstuje mnie. Wyciskam trochę do paszczy. Bleee! Jakie to okropne! Klejące, gęste, o smaku niewiadomo jakim. Dobrze, że tylko trochę wzięłam. Na swoje żele tracę ochotę.
Zagłębiamy się w Lasy Bemowskie.
Tu niestety zaczął odzywać się mój brzuch. Informując mnie coraz częściej, że tak właściwie to WC byłoby wskazane. Ha! Dobre sobie! Próbowałam nie myśleć o tym, zniechęcać moje jelita tłumacząc im w duchu, że komary, że brak papieru, że muszą wytrzymać.
Niestety,  okazało się, że ni hu hu - przerwa musi być. Stanęliśmy obok leśnej wiaty. W akcie rozpaczy zajrzałam do kosza na śmieci. Ku mojemu zdziwieniu okazał się być praktycznie pusty, oprócz idealnie czystej, złożonej na czworo kartki formatu A4. Będę żyć!
(Swoją drogą są takie sytuacje, że człowiekowi tak niewiele potrzeba do szczęścia...). 
Po przymusowej przerwie potruchtaliśmy dalej. Małżonek trzymał się raczej za mną. Ponieważ on jest szybszy ode mnie, uznałam, że puszcza mnie przodem, żebym to ja nadawała tempo odpowiednie dla mnie. Sam by pewnie pogrzał szybciej. Moja teoria wydaje się potwierdzać, gdy w pewnym momencie zobaczyłam małżonka przebiegającego koło mnie, a następnie oddalającego. Próbowałam go dogonić - ale tempo narzucił za szybkie. 
Wlecieliśmy do miasta, potem skręciliśmy w uliczkę z domkami jednorodzinnymi. W jednym z ogródków pan podlewał trawę. Pomyślałam sobie, że dużo dałabym za chłodny prysznic z takiego węża. Małżonek jakby czytając w moich myślach, skręcił w kierunku gościa: "Przepraszam, czy mógłby nas pan polać?". Facet lekko zdziwiony - ale spełnia prośbę. O, jak dobrze! 
Czy już pisałam, że są sytuacje, gdy do szczęścia potrzeba tak niewiele?
Lecimy dalej - ja skręcam w lewo, mąż krzyczy do mnie, że on leci w prawo. Ok - jesteśmy już blisko domu, pewnie chce na koniec zafiniszować.
W domu nagle dowiaduję się, że on już ze mną nie idzie na żadne wybieganie. Bo on chciał wolniej, bo dziś nie czuł siły na szybsze tempo. A ja go cały czas wyprzedzałam i w ogóle się nie dało pogadać. I przecież on sygnalizował na początku, że chce wolniej, bo się spytał czy dam radę utrzymać takie tempo cały czas.
Wywaliłam oczy ze zdumienia. Myślałam, że z tym tempem to on się pyta z troski o mnie. Zaczęłam opowiadać jak to wyglądało od mojej strony.

A teraz podsumowanie;)

1. Na trasie maratonu na pewno będą stały toy-toye zaopatrzone w odpowiednie atrybuty. Ale do takich dłuższych dystansów przez lasy, musimy jednak zaopatrzyć się w plecaczek - i do camelbaka i  po to, żeby mieć gdzie wsadzić kawałek papieru toaletowego - cóż, natury się nie przeskoczy.
2.  Nawet jeśli wybiera się na truchtanie z osobą teoretycznie silniejszą - to o niczym nie świadczy. Zawsze może zdarzyć się gorszy dzień.  Ja powinnam spytać się męża czy wszystko w porządku, że biegnie z tyłu, a on nie powinien się krygować, tylko wprost mi powiedzieć, że mam zwolnić.
3. Mam nadzieję, że moja szanowna połówka jednak będzie chciała od czasu do czasu razem biegać. Prawda, mój Połówku?






Małżonek odbija sobie gorszy dzień, ciągnąc ze mnie łacha, że bloga założy. Z konkursem. Na którym kilometrze żonę popędziło w krzaki:P Taki złośliwiec, o! :)


Copyright © 2016 Matkabiega , Blogger