piątek, 4 sierpnia 2017

Fińskie Orzeszki cz.2

Po dojechaniu na start i odebraniu pakietów, głównie zastawialiśmy się czy sprawdzi się prognoza pogody. Dupnie czy nie dupnie w okolicach godziny startu?

Dupnęło. 
Szczerze mówiąc, to trochę bałam się czy Finowie nie puszczą nas w te potoki deszczu i grzmoty. Bo w sumie czemu nie? Przyzwyczajeni są do takiej aury. Przez mikrofon nawet stwierdzono, że mają nadzieję, że śnieg nie spadnie.
Po wychynięciu z auta okazało się, że moje obawy były bezpodstawne. Nie miałby kto tych biegaczy wystartować. Połowa obsługi reanimowała bramkę startową, która poddała się burzy i wiatrowi, a druga połowa trzymała namioty biura obsługi, żeby im nie odfrunęły.




Start przełożono o pół godziny.
Przejście burzy spowodowało, że zrobiło się zimno, wietrznie i mało przyjemnie. Szczękając zębami cieszyłam się, że jednak nie zrealizowałam pomysłu założenia krótkich portek i krótkiego rękawa plus rękawków.
Pierwsze widoczne wyzwanie naszego dystansu, góra Yllas, na której tle niecałą godzinę temu pozowałam do zdjęcia, teraz niknęła w chmurach. Chciałaś babo przygody na Północy - to ją będziesz miała.


50 minut przed startem...

...i ta sama góra 10 minut przed startem
Bardzo szybko zaczęło się wdrapywanie pod górę. Podłoże początkowo było piaszczysto- żwirowe, z wyżłobionymi przez niedawny deszcz "żlebami". Trzeba było uważać pod nogi, tym bardziej, że coraz bardziej zanurzaliśmy się w chmurę, widoczność dramatycznie spadła.
A potem pojawiło się gołoborze. Wielkie, ruchome kamulce. Jeszcze bardziej trzeba było uważać, gdzie się stawia nogi. Sprawy nie ułatwiał wiatr. Na górze wiało tak, że deszcz padał poziomo, a podmuchy przestawiały uczestników.



A potem w tej mgle, w tym totalnym mleku, które ograniczało widoczność do kilku metrów rozpoczął się stromy zbieg. W miarę zniżania się, otaczająca wszystkich mgła zaczęła się rozrzedzać. Widziałam coraz więcej ścieżki przede mną, coraz więcej ludzi dookoła. I nagle - bach! Jakby nagle ściany pudełka, w którym biegłam rozstąpiły się. Zobaczyłam dookoła siebie wyłaniające się z mgieł zbocza góry. Nagle przestrzeń odzyskała trójwymiar i było to tak nagłe i niesamowite, że aż zaparło mi dech.

To był jeden z takich obrazów, które zostają przed oczami na długo. Dla takich chwil - magicznych, ulotnych, biegam w górach.

Dalsza część trasy prowadziła przez las. Ale jaki las! Piękny, kipiący zielenią paproci i krzaków jagód. I ociekający wodą ;) Zarówno tą lecącą z nieba, jak i szumiącą w licznych potokach i strumieniach, które mijaliśmy. Ze zdumieniem stwierdziłam, że choć nie ma tutaj strzelistych turni, spektakularnych widoków - jest pięknie. I że to chyba jeden z piękniejszych biegów w jakich biorę udział. Zdania nie zmieniłam do końca - choć trasa dała mi w kość.
Po części zalesionej było znów skrabanko przez rumowisko skalne. Tam, pomimo najszczerszych moich chęci, miałam wrażenie,że poruszam się jak słoń w składzie porcelany: wolno i niezgrabnie. W przeciwieństwie do kolejnych Finek, które GADAJĄC, wyprzedzały mnie bez żadnego problemu. A potem znów zbieg przez kamulce, przez wąziutkie ścieżki najeżone mniejszymi kamykami. I znów do lasu - który tym razem przypominał mi podwarszawski Kampinos. Dostojne sosny i szeroka ścieżka najeżona mokrymi korzeniami.






Oprócz tych kamienistych podejść, biegło mi się całkiem dobrze. Jelita trzymały się nieźle, nie miałam kryzysu. Prawą nogę czułam, szczególnie na podejściach i podbiegach. Starałam się ją wtedy oszczędzać, trochę mieniać krok biegowy. I tak żarło, żarło, aż w okolicach 20 kilometra poczułam jak mięsień dwugłowy w mojej lewej nodze robi się twardy jak kamień i zaczyna boleć. Skurcz. Świetnie. Za moment będę się nadawać do Monty Pythona - pomyślałam. Właśnie było lekko pod górkę - więc prawą nogę oszczędzałam, bo czworogłowy, a lewą zaczynałam kuleć, bo skurcz w dwugłowym. Musiałam wyglądać komicznie. 
Miałam nadzieję, że zaraz przejdzie. Zamiast tego taki sam skurcz złapał mnie w drugiej nodze... 
I to już przestało być zabawne. Nie byłam w stanie biec. Jeszcze walczyłam, starałam się ignorować. Wiecie - "there is no spoon". Ale nic z tego. Ból, potworny ból w udach. Za chwilę okazało się, że z maszerowaniem też nie jest lepiej. Robiłam dziesięć kroków truchtem, potem przechodziłam do marszu, a potem usiłowałam rozciągnąć te dwa kamienie w moim udach. Nic z tego. Rozciąganie pomagało na kilka sekund. Po dwóch- trzech krokach wszystko wracało. Oczywiście moje tempo dramatycznie spadło. Znów jakieś tabuny Finek zaczęły mnie wyprzedzać. A ja zaczęłam się zastanawiać czy zdołam w ogóle dotrzeć do mety. Jedyne co mogłam zrobić, oprócz prób rozciągania, to dostarczyć mojemu organizmowi mikroelementów. Nędzne to były próby, bo żadnych szotów magnezowych nie miałam przy sobie. Zwiększyłam popijanie izotonika i wciągałam kolejne żele. Podejrzewałam, że to co się teraz działo to skutki mojej przedpołudniowej niedyspozycji. 
Z tego etapu pamiętam ulgę jaką poczułam, gdy zobaczyłam fragment trasy poprowadzony przez mega błocko. Takie błocko, że człowiek musiał uważać, żeby mu butów nie zassało. Przynajmniej nie było mi szkoda, że nie biegnę - bo teren uniemożliwiał szybsze poruszanie się. 
Las, ścieżka, droga wysypana trocinami (kijowo się po tym szło i truchtało. Podłoże było tak miękkie, że cała para na odbicie się szła w gwizdek). Przecinam jakąś szosę i znów zanurzam się w las, znów błocko - tym razem, żeby było zabawniej z górki.



I znów podejście. Znów znajome kamulce. Moje nędzne tempo umilały przynajmniej fajne widoki, bo poprawiła się pogoda



Kamienista ścieżka wymagała mega uwagi. Ostre kamienie, większość luźnych i po postawieniu na nich nogi traci się równowagę. Sama to odczułam na własnej skórze, gdy słysząc za plecami damskie głosy (znów??) usiłowałam przejść do biegu. Po dwóch krokach zahaczyłam nogą o kamień a moje łydki ostrzegawczo zapiekły. Ok, ok. Już będę grzeczna. Jeszcze tego by mi brakowało do kompletu – skurczu łydek.

Wreszcie upragniony zbieg. Po drewnianych kładkach rzuconych przez kamieniste zbocze. Ostrożnie stawiam nogi. Gdybym tu się potknęła – upadek na kamienie byłby bolesny. Jeszcze tylko dwa kilometry, jeszcze kilometr. Uda po chwilowej poprawie znów palą żywym ogniem – ale w dół jakoś daję radę.
Wreszcie docieram do tej cholernej mety ;) Już dawno pożegnałam się z myślą, ze uda mi się to zrobić poniżej czterech godzin- ale nieoczekiwanie zegarek wskazuje 3:57. Dziewiętnasta kobieta. Staram się nie myśleć, która byłabym, gdyby nie te skurcze.



Cieszę się, że to już koniec. Że to było tylko 30 kilometrów – jak głupio by to nie brzmiało. Zaczęłam współczuć Tiborowi tego co go czekało następnego dnia ;) 
(Mąż swoje 55 km pokonał, ale wbiegając na metę nie wyglądał najlepiej ;)

Za swoje skurcze płacę w następnych dniach wysoką cenę. To były najbardziej bolesne i najdłuższe doms-y w moim całym życiu ever. Nie sądziłam, że można mieć TAKIE zakwasy. Miałam duże problemy z poruszaniem się, z wsiadaniem i wysiadaniem z samochodu. Było tak źle, że musiałam wspomagać się środkami przeciwbólowymi




To był bardzo piękny, ale jednocześnie trudny, techniczny bieg. O bardzo zróżnicowanym podłożu. Nie wybaczający błędów. Bieg, który pokazał jak jeszcze dużo muszę się nauczyć, jeśli chodzi o sprawne poruszanie się w terenie.

Jestem zachwycona oznaczeniem trasy. Tu powinno robić się wycieczki i pokazywać jako przykład. Nie było takiej możliwości, żeby się pomylić (no dobra - mnie się raz udało :). Będzie o tym za chwilkę), skręcić tam gdzie nie trzeba. Wszystko dokładnie oznaczone pomarańczowymi chorągiewkami na długich kijkach. Przy rozgałęzieniu dróg ilość chorągiewek wzrastała - a jeszcze dodatkowo pojawiały się kartki ze strzałkami. Boczne ścieżki były zagrodzone taśmami.
Tylko raz udało mi się pomylić i wpakować na trasę 134 km. To było na punkcie odżywczym, gdzie obie trasy się krzyżowały. Nie była to wina orgów, tylko moja - bo nie spojrzałam się na oznaczenia. Na szczęście obsługa była czujna i po trzech dosłownie krokach zostałam zawrócona.

Nie, to nie było to miejsce, gdzie się pomyliłam





Nowością była dla mnie ilość startujących kobiet. W sensie, że było ich bardzo dużo. Na moim dystansie było ich 161. I tylko 105 panów. (55km: 325 panów i 222 panie; 134 km: 77 panów i 23 kobiety). Finowie w ogóle nie prowadzą wspólnej klasyfikacji. Osobno są listy kobiet i mężczyzn. I wiecie? Bardzo to mi się spodobało.

Podsumowując: z miłą chęcią dałabym się jeszcze kiedyś złomotać na tej imprezie, tylko na dłuższym dystansie.



I jeszcze parę zdjęć z mojej trasy:






Tam, u stop góry widocznej w oddali, czeka meta

Są sprawy ważne i ważniejsze :)


Tuż przed metą


A tu z trasy 55 km, dzień póżniej


to takie budujące jak pojawiasz się na starcie i na dzień dobry widzisz takie autokary :)


Tu też od razu na dzień dobry było podchodzenie na górę widoczną na drugim planie



Ostatnie metry



I na zakończenie mały bonusik. Takich gości mieliśmy na campingu:


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2016 Matkabiega , Blogger