środa, 3 kwietnia 2019

14. Półmaraton Warszawski

14. Półmaraton Warszawski
To, że wystartuję w tym roku w Półmaratonie Warszawskim wcale nie było takie oczywiste. Pierwotnie planowany był rajd przygodowy, Krajna AR, impreza odbywająca się w ten sam weekend w Wielkopolsce. Może i rok temu miałam na niej potężny kryzys, ale jak to z nimi bywa, w miarę upływu czasu "ja się chyba do tego nie nadaję", zmieniło się we"wróćmy tam i pokażmy na co nas stać". Nie da się ukryć, że duży wpływ na moje postrzeganie czym jest kryzys i trudne warunki, wpłynął późniejszy start w Adventure Trophy ;) (Jak ktoś chce - może sobie poczytać o naszych zeszłorocznych AR: KLIK i KLIK).
Plany planami, a życie życiem. Ostatecznie ze względów logistycznych, czasowych i finansowych z Krajny zrezygnowaliśmy. Nie chcieliśmy znów rozwozić dzieciaków po babciach, tym bardziej, że za 4 tygodnie czeka nas wyjazd bez nich.

To może zamiast tego pobiegnę półmaraton w Warszawie? Ładnie by się wpisał w schemat, że starty w tej imprezie wychodzą mi co drugi rok. Bieg na własnych śmieciach, nawet rodziny nie trzeba będzie ciągnąć na start. Przy okazji powalczę o nową życiówkę, bo moja dotychczasowa pokryła się już prawie czteroletnim kurzem.
Ogólna wizja została przedstawiona trenerowi, znaczy, że chcę złamać 1:40 i pod to zostały ułożone treningi. Jak bardzo chcę tą godzinę czterdzieści łamać postanowiłam zdecydować po pierwszym treningu, po sprawdzeniu jak mi się biega i na jakie tempa jestem w stanie wejść. Wcześniej przygotowywałam się przecież do biegu górskiego, Janosika - więc to co robiłam miało trochę inny charakter.

Pierwsze bieganie tempem półmaratońskim wprowadziło mnie w euforię. Dwa czterokilometrowe odcinki pobiegłam tempem 4:32 - 4:33 min/kilometr. Wooow! To jak tak się zaczyna na początku lutego, to ja pod koniec marca zrobię TAKI wynik! Jeśli tylko  nie będzie żadnych zawirowań, chorób i niespodzianek, będzie super bieg, rozwalę system, skopię tyłek tej czwórce, z takim przytupem, że sama zakryję się nogami, o!

Następny trening tempem półmaratońskim zrobiłam 27 dni później...


Weszły jeszcze dwa biegi regeneracyjne, jedno wybieganie, dwa razy poszłam na kettle i ścięło mnie zapalenie zatok. Przez dziewięć dni nie robiłam nic, grzecznie się kurowałam, łykałam antybiotyk i nawet niespecjalnie ciągnęło mnie do biegania, bo po prostu czułam się źle.
Oczywiście, że po takim chorowaniu nie wyszłam i nie sieknęłam sobie na dzień dobry jakichś hardcorowych treningów. Znów weszło jedno wybieganie, dwa krótkie biegi regeneracyjne, dwa razy zajęcia z kettlami i... wyjechaliśmy do Norwegii.
Gdyby pogoda dopisała, najeździlibyśmy się na skiturach po kokardę i oprócz dobrej zabawy, byłby z tego niezły trening wydolnościowy. No ale aura była jaka była.

Tak więc, gdy ostatniego dnia lutego udało mi się znów wbić w trening stricte półmaratoński, mogłam tylko pomarzyć o szybkości i lekkości, z początku miesiąca.
Z planów łamania 1:40 nie zrezygnowałam, ale oswoiłam się z myślą, że może być po prostu różnie. Na treningach robiłam tyle ile byłam w stanie. Co z tego wyjdzie - to wyjdzie, stwierdziłam.

wspólna focia przed startem z Pąpkinsami
fot. Smashing Pąpkins



Na na linii startu ustawiłam się gdzieś pośrodku pomiędzy zającami na 1:35 a 1:40. Zegarek przestawiłam tak, żeby nie było widać czasu i tętna. Jednym słowem pobiegłam podobnie jak pół roku wcześniej maraton: trochę zezując na średnie tempo, a trochę na czuja. Tempo znów dawało mi tylko ogólny pogląd, bo tradycyjnie wskazania zegarka rozjechały się z oznaczeniami kilometrów (na koniec różnica wynosiła 200 metrów). Tętna dobrze, że nie widziałam - bo na metę wparowałam z pikawą pracującą powyżej mojego HR max :)

Co mogę napisać o samym biegu? To był mój czwarty półmaraton warszawski (2013, 2015, 2017). Każdy z nich miał inną trasę, ale ta jest chyba najfajniejsza. W miarę płaska, bez zbędnych zakrętów, bez agrafek. Jedyne co było trochę niefortunne, to umiejscowienie pierwszego punktu nawadniania: tuż przed zakrętem i podbiegiem na Most Gdański. Człowiek łapał kubek w locie, próbował pić - więc już tętno skakało- po czym od razu wpadał na ślimak wyprowadzający na most, wypluwając płuca do tego kubeczka :)
Dawał też popalić ostatni podbieg, po wybiegnięciu z tunelu na Wisłostradzie. To był dwudziesty kilometr, więc bieganie było już na oparach.




Biegłam cały czas w miarę równo (choć nie przypuszczałam, że aż TAK równo jak pokazały oficjalne międzyczasy). Nie miałam żadnego typowego kryzysu, choć były momenty, gdy biegło mi się gorzej. Ciężko wspominam fragment Mostem Świętokrzyskim, który był idealnie pod wiatr. Ostatnia prosta, gdy z zakrętu wybiegliśmy na Czerniakowską, to był prawdziwy test głowy. Nogi już ciężkie, zaczęły się pierwsze skurcze w łydkach, przeszkadzały podmuchy bocznego wiatru. To była  walka, żeby utrzymać tempo. Do mety zostały cztery kilometry.
O, doceniłam wtedy wszystkie treningi półmaratońskie (oczywiście te, które udało mi się zrealizować :), wszystkie moje zmagania z wiatrem, wszystkie pętle wokół Fortów, gdy w głowie po kilka razy stwierdzałam, że odpuszczam, nie dam rady, ale nogom kazałam biec dalej.
Teraz też kazałam, choć ostatni kilometr dłużył mi się jak dziewiąty miesiąc ciąży ;)


W co się wpatruję? Oczywiście w zegar nad linią mety :)


1:36:51. 82 kobieta na 3406 startujących. Podoba mi się. Tak, po prostu. Bez żadnego jęczenia, że, gdyby wszystko poszło zgodnie z planem, to nie wiadomo co by było. Ale nie poszło. Rzadko kiedy u nas idzie wszystko zgodnie z planem ;)







Co teraz? Teraz przeproszę się z Moczydłem, pagórkami na Forcie Bema i generalnie terenem. Czas wrócić w góry, za miesiąc bieg w Innsbrucku.


sobota, 16 marca 2019

Norwegia - prezent urodzinowy

Norwegia - prezent urodzinowy
Zimowy wyjazd do Norwegii na skitury był moim gwiazdkowym prezentem na urodziny od męża. Jak otworzyłam kopertę i zobaczyłam, że lot jest zarezerwowany do Narwiku, dreszcz podniecenia przeleciał mi po plecach. Kawał za kołem podbiegunowym. Przy odrobinie szczęścia będzie kupa śniegu i zorza polarna, moje wielkie, na razie niepełnione marzenie. Wybraliśmy sobie dwa potencjalne cele: albo po wylądowaniu w Narwiku wsiadamy w autobus i kierujemy się w kierunku Lofotów i prawie u samej ich nasady wbijamy się w park narodowy Moysalen. Albo  w Narwiku wsiadamy w pociąg, wysiadamy na stacyjce Katterat i tam wchodzimy w górską dolinę.
Ostateczną decyzję mieliśmy podjąć jak już będą znane dokładne prognozy pogody i po prostu uderzyć tam, gdzie warunki będą lepsze.

Wyjazd był planowany na 21 lutego, na tydzień. Dwa tygodnie wcześniej chcieliśmy na weekend wyjechać na skitury, żeby się dotrzeć ze sprzętem.
Wszystko zaplanowane, a potem...zaczęły się schody.
Trzy tygodnie przed wyjazdem z niedowierzaniem wpatrywaliśmy się w urywki lokalnych wiadomości wyświetlanych przez norweski portal meteo o ogromnych opadach śniegu i o tym, że w wielu miejscach nastąpiła ewakuacja ludności.
Potem kwestia pogody przestała mnie interesować, albowiem przeziębienie, z którego ledwo się wygrzebałam powróciło z mocą zapalenia zatok. I to takiego, że zamiast docierać narty w górach, umierałam z 39 stopniami gorączki. Tydzień przed wyjazdem, też się nie udało wyjechać, nawet na jeden dzień - bo wtedy umierał mój mąż. Ot, koniec zimy, spadek odporności i kaszlące dzieci, które parę bakterii i wirusów podarowany rodzicom.
A w tak zwanym międzyczasie pogoda w Norwegii odwróciła się o 180 stopni i wszystkie serwisy zapowiadały wzrost temperatury, opady deszczu i zagrożenie lawinowe w porywach do 4. Supcio.

Obiektywnie rzecz biorąc powinniśmy przeboleć te bilety lotnicze i pojechać w jakieś polskie góry, bo pogoda była o niebo lepsza. No ale moim prezentem urodzinowym nie był wypad w polskie góry. To miała być Norwegia. Za kołem podbiegunowym. Góry, dzikość, surowa północ. Zwyciężyło serce, wbrew prognozom. Miałam cichą nadzieję, że gdzieś tam w Japonii jakiś motylek machnie skrzydełkami i pogoda nie będzie tak tragiczna.

Do Narwiku (właściwie to do Evenes) przylecieliśmy późnym wieczorem, co oznaczało nockę na lotnisku.
Rano mieliśmy autobus do miasta, do Narwiku, albo drugi, trochę później, w kierunku Moysalen. Do ostatniej chwili dyskutowaliśmy, którą opcję w końcu wybrać: kierunek Lofoty czy pociąg do Katterat?
Ostatecznie wybraliśmy drugą opcję, ze względu na obecność stacji kolejowej. Jakby coś szło nie tak - po odwrocie mieliśmy gdzie się schronić. Gdybyśmy wbili się w park narodowy, po zrobieniu w tył zwrot, lądowaliśmy na szosie, pośrodku niczego, z autobusem jeżdżącym dwa razy dziennie.


Jedziemy w kierunku miasta. A może nie będzie tak źle z pogodą, myślałam, oglądając przez okno autobusu wschód słońca


Pociąg w kierunku Katterat odchodził po godzinie 10 rano. Drugi był pięć godzin później. To były zresztą jedyne pociągi, które z Narwiku kursowały. Pogoda na razie nie była zła. Mieliśmy szansę zdążyć przed pogorszeniem się warunków i dotrzeć do chatki turystycznej, Hunddalshytta.

I wtedy odwołano nam pociąg.

Serio. Najpierw zaczęły pojawiać się komunikaty, że pociąg jeszcze nie jest gotowy i wyświetlały się kolejne opóźnienia: 5 minut, 10 minut, 15 minut... A potem oznajmiono, że lokomotywa się popsuła...
No, powiem szczerze, że z Tiborem zdębieliśmy. Nie dosyć, że uciekały nam ostatnie godziny sensownych warunków, to mijały nam cenne godziny dnia. Kolejny pociąg był po 15. Do chatki było 10 kilometrów.
Szybko zostały sprawdzone autobusy w kierunku Lofotów - ale time is over. Poranny już odjechał, następny odchodził wieczorem. No co zrobisz? No nic nie zrobisz. Siedzieliśmy w poczekalni i czekaliśmy.




Gdy wyszliśmy na peron w oczekiwaniu na drugi (i ostatni) pociąg i na tablicy wyświetliło się opóźnienie a z głośników poleciał znajomy komunikat- nie wiedziałam czy śmiać się czy płakać. Jakie jest prawdopodobieństwo, że Norwegom wysiądą obie lokomotywy?
Na szczęście w końcu, z dwudziestominutowym poślizgiem, pociąg podstawiono. Pół godziny później wysiedliśmy na naszej stacyjce, zaczęliśmy nerwowy przepak i szykowanie do startu.




Musieliśmy przyszykować narty, buty, a zawartość trzech plecaków przepakować do dwóch. Zajęło nam to więcej czasu niż myślałam. Gdy ruszyliśmy spod budynku, powoli zaczynało się ściemniać.
Przed nami ktoś szedł w kierunku chatki i szliśmy po założonym śladzie. Dawało nam to trochę otuchy, że jednak nie jest źle, skoro ktoś przed nami wybrał ten sam cel.
Minusem były nasze plecaki, szczególnie Tibora. Szło się z nimi ciężej i trzeba było częściej robić przystanki.
Po trzech kilometrach odpaliliśmy czołówki, bo zrobiło się ciemno. Zaczął padać śnieg - ale nie taki puszysty, tylko mokro - marznący. Cały czas szliśmy po śladach poprzedników.

Nie czułam się do końca komfortowo. Wiedziałam, że dla tego rejonu w związku z pogorszeniem pogody została ogłoszona "czwórka". Co prawda teren, którym szliśmy, to była szeroka dolina i do tej pory dookoła nas nie było żadnych zboczy, z których mogłoby coś wyjechać - ale teraz zrobiło się ciemno i nie widziałam co jest dookoła nas. Musiałam zaufać Tiborowi, który był w tym miejscu latem z dzieckiem nr 2.
Po przejściu 6 kilometrów natknęliśmy się na mocno wydeptany śnieg. Nasi poprzednicy zatrzymali się na odpoczynek. Nie mogliśmy jednak znaleźć żadnych śladów dalej. Ruszyliśmy jeszcze kawałek do przodu, trochę w lewo (za bardzo, dotarliśmy do strumienia), potem kawałek w prawo do góry. Dalej żadnych śladów, a torowanie w śniegu po ciemku nie było już takie fajne. Stanęliśmy. Ewidentnie nasi poprzednicy w tym miejscu zawrócili. Czemu? Czy zobaczyli coś, co zniechęciło ich do kontynuowania wędrówki? W tym miejscu dolina zwężała się i zbocza robiły się stromsze i były bliżej nas. Po ciemku mogliśmy władować się w miejsce, w którym przy takim zagrożeniu lawinowym nie powinno nas być. Decyzja mogła być tylko jedna: odwrót.




Stacja Katterat dawała nam luksus ciepłego miejsca do spania i namiastki cywilizacji, ale jednocześnie byliśmy odcięci od świata. Ta stacyjka u ujścia doliny, pomiędzy dwoma tunelami, powstała chyba tylko i wyłącznie na potrzeby turystyki. Domki widoczne na zdjęciach - to norweskie hytty - czyli takie chatki letniskowe, nie zamieszkałe na stałe. W to miejsce nie można dostać się inną drogą, bo po prostu jej nie ma.
Z taką prawdziwą cywilizacją, Narwikiem, łączył nas tylko pociąg kursujący dwa razy dziennie. O ile oczywiście lokomotywa się nie popsuje ;)
Od czasu do czasu ciszę przerywały przejeżdżające pociągi towarowe z rudą żelaza wydobywaną w szwedzkiej Kirunie. W Narwiku, porcie niezamarzającym przez cały rok, ruda była przeładowywana (i tu właściwie w jednym zdaniu streściłam przyczyny bitwy o Narwik w trakcie II Wojny Światowej). Więc ta cywilizacja była - ale tak nie do końca. Ruszyć się bez nart, czy rakiet śnieżnych poza obręb dworca też się nie dało. Moja próba następnego dnia rano zakończyła się zapadnięciem w śnieg po pachwinę. A chciałam tylko dojść do znaków z oznaczeniem szlaków turystycznych 20 metrów dalej :) Przestałam się dziwić Norwegowi, który przyjechał porannym pociągiem sprawdzić czy wszystko w porządku z jego hyttą stojącą 50 metrów od dworca i na ten krótki fragment wyciągnął rakiety śnieżne.

Udało się przedrzeć do znaków :)  Hunddalshytta 10 kilometrów...W zastanych przez nas warunkach nie do przejścia. Widoczne w tle domki są puste.


Noc spędziliśmy w poczekalni. Dach nad głową był, ciepełko było, więc ciuchy elegancko schły (po ten nocnej eskapadzie okazało się, że byliśmy przemoczeni do samych majtek, za przeproszeniem), toaleta była. No, twardo było na ławkach, plus światło było upierdliwe, bo sprzężone z czujnikiem ruchu. Jak siedzieliśmy i czytaliśmy, światło oczywiście po pewnym czasie gasło. Nie pomagało machanie rękoma. Trzeba było się zwlec i przedreptać parę kroków, dopiero wtedy czujki działały. Ale oczywiście, gdy poszliśmy spać, wystarczyło, że człowiek zbyt energicznie przewrócił się z boku na bok - a czujnik tym razem działał bezbłędnie ;)

nasz Hilton :))


Ranek przywitał nas deszczem. Ale potem przejaśniło się i to tak mocno. Zaczęło mnie nosić i zaczęłam namawiać Tibora na wycieczkę. Chodźmy w kierunku tej chatki. Zostawmy plecaki, zróbmy po prostu wycieczkę. Padł jednak argument: a jak dojdziemy? To co zrobimy bez ubrań, jedzenia? Ostatecznie więc przyszykowaliśmy się ze wszystkimi bambetlami. I wyszliśmy.

Gdy pojawiliśmy się na stacji Katterat, peron, pomimo, że odśnieżony, był przysypany warstwą śniegu. Deszcz spowodował, że to wszystko zamieniło się w lód. Trzeba było mocno uważać wychodząc na zewnątrz i wyszukiwać miejsca, gdzie jeszcze uchowały się resztki śniegu.
I na ten lód, z nartami w reku i plecakiem na plecach dziarskim krokiem wszedł mój mąż... W ułamku sekundy wywinął takiego orła, że myślałam, że się połamał.
Razem z Norwegiem od hytty, porannym pociągiem przyjechała osoba odpowiedzialna za sprzątanie, więc z przerażeniem i przejęciem w oczach, sprzątający chłopak obsypał leżącego Tibora dookoła żwirkiem (Norwegowie nie używają soli ani piasku, chodniki i ulice posypują takim żwirkiem - kamyczkami). Gdy mąż, stękając i jęcząc w końcu wstał, teren wokół niego wyglądał jak scena zbrodni: białe miejsca, z obrysem plecaka i Tibora, dookoła czarne kamyczki :))

Ruszyliśmy znaną nam droga. Przynajmniej dokładnie mogłam obejrzeć, którędy szliśmy po nocy dzień wcześniej. Zanurzaliśmy się w totalne pustkowie. Za nami zostawała nitka torów, by po kolejnych zakrętach zniknąć nam z oczu. Mijaliśmy następne hytty, których w nocy nie miałam szans zobaczyć, były oczywiście puste.  Dookoła nas spod śniegu wystawały charakterystyczne dla północy chuderlawe, rachityczne pnie brzózek. Nad nami przewalały się chmury, ale było widać też fragmenty błękitnego nieba. Niestety warunki śniegowe były o wiele gorsze. Po opadach deszczu śnieg był pełen wody,ciężki i zapadał nam się pod nartami. Szliśmy jednak dalej.

Byłam ciekawa jak wygląda za dnia to miejsce, z którego zawróciliśmy. Czy to przewężenie da radę jakoś bezpiecznie obejść? (na ten dzień zmniejszono stopień zagrożenia lawinowego do 3, ale jednocześnie ostrzegano, że mokry śnieg może zjechać ze zbocza niezależnie od kąta nachylenia, niezależnie od wystawy i niezależnie od wysokości nad poziomem morza).





Nie dane nam jednak było tam dotrzeć. Na jakiś kilometr przed miejscem naszego nocnego odwrotu, po 5 kilometrach marszu, okno pogodowe się zamknęło. Spowiły nas niskie chmury, zerwał się wiatr i zaczął padać deszcz. Zrobiło się mocno niekomfortowo. Jeszcze przez chwilę postaliśmy zastanawiając się co robić, ale dotarło do nas, że to nie ma sensu. Zafiksowaliśmy się na tej chatce, ale przecież dotarcie do niej to połowa sukcesu. Dwa dni później będziemy musieli tą samą drogą wrócić - i wtedy nie będzie możliwości zrezygnowania. Pociąg, a potem samolot ustalał nam dead line. Nie wiedzieliśmy również co czeka nas dalej. Podobno chatka była położona w bezpiecznym miejscu. Ale z drugiej strony Norweg (ten od rakiet śnieżnych) mówił, że w dalszej części doliny na pewno zobaczymy ślady po lawinach i żebyśmy uważali.
Decyzja znów mogła być tylko jedna: w tył zwrot i powrót do poczekalni. I znów suszenie wszystkich ciuchów, które mieliśmy na sobie.



W takich warunkach zdecydowaliśmy o zawróceniu. Zła widoczność spowodowana jest deszczem.


Niżej widoczność była lepsza, ale dalej siąpił deszcz


Jak się przyjrzycie, zobaczycie nitkę linii kolejowej - naszym jedynym łącznikiem z cywilizacją


Zastanawialiśmy się czy popołudniowym pociągiem nie ruszyć od razu do Narwiku, ale jak jak usłyszałam ceny noclegu, uznałam, że nasza stacja jest bardzo milusia, ławki wcale nie są takie twarde, światło na fotokomórkę wcale tak bardzo nie wkurza w nocy i ja bardzo chętnie zostanę tu jeszcze jedną noc ;)

Odjazd z Katterat umilało (a może wkurzało?) słońce. Wiedzieliśmy jednak, że to okno pogodowe zamknie się za 2-3 godziny, a warunki w górach są jakie są.


Słonko na pożegnanie. 


Ostatnie dwa dni spędziliśmy w Narwiku, włócząc się po mieście i usiłując nie zabić bez raczków na oblodzonych chodnikach i ulicach (chwilami nawet tony żwirku nie pomagały na odwilż i wahania temperatury). Lokalsi oczywiście w ogóle się tym nie przejmowali. Zimowe opony z kolcami w samochodach i szesnaście rodzajów raczków na buty w sklepach załatwiały kwestię sprawnego poruszania się :)
Norwegia pożegnała nas wichurą i ulewnym deszczem.




Miasto najkorzystniej wyglądało od strony fiordu i przystani jachtowej

Polski akcent - czyli pomnik i tablica pamiątkowa ku czci załogi ORP Grom zatopionego podczas bitwy o Narwik



Cztery dni różnicy


Dwa dni po naszym powrocie do Polski pogoda się poprawiła.

No cóż... Obiektywnie rzecz biorąc można powiedzieć jaka piękna katastrofa. Ale mnie się naprawdę podobało. Ta dzikość, to wrażenie przebywania na końcu świata, te wszystkie góry, szczyty dookoła... Nawet Narwik, który szczerze mówiąc, nie jest najbardziej urokliwym norweskim miastem, to wszystko, nawet przy odwilży, były po prostu piękne.


Ps. Norweg od rakiet śnieżnych oznajmił nam, że najlepsze warunki na skitury są w maju :)

środa, 23 stycznia 2019

Bedzies Kwicoł, hej!

Bedzies Kwicoł, hej!
Już kilka razy kręciłam się koło telewizora wystawionego za linią mety, na którym z lewej strony wyświetlano pierwszą piątkę mężczyzn i kobiet z każdego z dystansów, a z prawej powoli przewijała się alfabetycznie lista finiszerów wraz z dystansem, czasem i miejscem. Nie było mnie po żadnej stronie ekranu. Ba, nie było wpisanej żadnej kobiety z pierwszej piątki na dystansie Bedzies Kwicoł.
Nie wiedziałam czemu. Przecież na metę musiały dotrzeć już jakieś kobiety, dotarłam ja. Chciałam wiedzieć jak bardzo byłam w czubie. Zmieszczę się na podium? Jakoś wychodziło mi, że mogę być druga albo trzecia. A może nie? Czemu nie ma wyników? Może pomiar mnie nie zczytał?
Po paru minutach zrobiłam kolejną rundkę koło ekranu, trzymając w ręku dwa kubki z gorącą herbatą dla siebie i męża.
Zerknęłam. Są! Zerknęłam po raz drugi i...przestałam rozumieć co widzę.
Zaliczyłam autentyczny opad szczęki. Z ust, jak to zazwyczaj rodakom w sytuacjach wyjątkowych, wyrwało mi się jedno krótkie, dobitne słowo. Cud prawdziwy, że tych kubków z rąk nie wypuściłam.
Potem sobie pomyślałam, że może coś źle zrozumiałam, że może to są jakieś wyniki kategorii wiekowych, a nie open. Przecież to niemożliwe, przede mną na bank powinna być przynajmniej jedna dziewczyna, taka w jaskrawej kurtce.
Ale im bardziej wpatrywałam się w ekran, tym bardziej do mnie dochodziło, że ja ten bieg wśród kobiet wygrałam.




***


Tak, trenowałam pod okiem Piotra Tartanusa do Janosika. Ale warunki w jakich biegałam odbiegały od tego co czekało na uczestników. W Warszawie zima raczej mizerna. Właściwie miałam jeden trening, gdy śniegu spadło tyle, że latając po moich pagórkach na Forcie Bema, musiałam jako tako skupić się na utrzymywaniu równowagi. Ale opad sięgający trochę za kostki miał się nijak do warunków, o których alarmowali organizatorzy. Zima w górach dopisała na tyle skutecznie, że dwa najdłuższe dystanse Zimowego Janosika: Spacer Murgrabiego 50+ i Bedzies Kwicoł 45+ (czyli mój), zostały skrócone.

Powiem Wam, że byłam nie raz w górach, ale chyba pierwszy raz widziałam tyle śniegu. Pierwszy raz widziałam odśnieżanie przy pomocy koparek. Pierwszy raz widziałam maszynę odśnieżającą wielkości kombajnu, która zwały śniegu wyrzucała na wielkie wywrotki. Zaczęło do mnie dochodzić przed jakim wyzwaniem stanęli organizatorzy próbując przygotować i oznaczyć trasy. Zrozumiałam, że może być ciekawie. I że nie mam absolutnie żadnego doświadczenia w szybkim poruszaniu się w takich masach śniegu.
Do tej pory startowałam w dwóch zimowych biegach. W 2015 roku w Icebugu, 21 km dookoła Turbacza, gdzie śnieg owszem był, ale o wiele mniej, trasa była mocno udeptana i komfortowa, a temperatura była leciuchno powyżej zera. Teraz termometry pokazywały poniżej -10 stopni. Drugi raz, to zeszłoroczne piętnastokilometrowe Wilcze Gronie, gdzie śniegu było jak na lekarstwo, większym wyzwaniem był lód na trasie i podobnie: nie było tak zimno.
Jak się ubrać na minus jedenaście czy minus dwanaście stopni? Co zabrać ze sobą do jedzenia? Jak ogarnąć picie? Całe szczęście, że przed startem udało się wyhaczyć promocję i jechałam uzbrojona w nowiuteńkie Inov8 Mudclawy, o mocno agresywnej podeszwie oraz ostatnim rzutem na taśmę, w dniu wyjazdu dokupiłam jeszcze biegowe stuptuty (tak, do tej pory nie miałam).


z PĄdziewczynami przed startem




***


Ostatecznie kwestie ubraniowe zostały ogarnięte. Do plecaka zostało władowane mnóstwo żeli. A bo to wiadomo jak mi będzie wybierało siły przekopywanie się przez śnieg? (Ha, ha - ostatecznie zjadłam jeden. Temperatura była za niska, żel zmienił konsystencję, umordowałam się straszliwie wyciskając go z tubki. Większość trasy pokonałam na pomarańczach z punktów żywieniowych). W kieszonkę włożyłam półlitrowego flaska, licząc, że od ciągłych ruchów woda mi w środku nie zamarznie (no i w sumie nie zamarzła. Ale ustnik po pierwszym i ostatnim łyku na drugim kilometrze a i owszem :)) Resztę trasy przeleciałam na coli i soku jabłkowym pitym na punktach). Na starcie ustawiłam się bliżej przodu, ale jakoś nie w czubie. Punkt ósma rano wybiegliśmy sprzed zamku w Niedzicy.


***


Jak mi się biegło? Całkiem dobrze. Śniegu rzeczywiście dowaliło mnóstwo, ale to wcale nie oznaczało monotonii. Trasa była śnieżnie urozmaicona. W lesie to było chodzenie/truchtanie w wąskich tunelach, z zaspami po bokach sięgającymi mi chwilami bioder. Człowiek skipował, albo chodził jak bociek wsadzając nogi w dziury wydeptane przez poprzedników. Czasem tunel był płytszy, ale trzeba było cały czas zachować czujność, bo dziury były nierówne, a od czasu do czasu noga natrafiała na jakiś mniej stabilny fragment i się zapadała. Niektóre fragmenty były przejeżdżone przez skute śnieżny. I choć w takich przypadkach kusił szeroki środek - należało go unikać. Śnieg był tam głęboki, niewygodny. Trzeba było trzymać się dwóch wąskich rynienek zostawionych przez płozy. Problem był tylko taki, że rynienki były węższe niż rozstaw nóg, więc trzeba było truchtać trochę jak kaczka: stawiać jedną nogę za drugą.  Trasa wiodła też polami (zazwyczaj z pięęęknym widokiem na Tatry). Tu albo trzeba było albo wskakiwać w ślady poprzedników, albo można było próbować biec po zmrożonej, nietkniętej powierzchni. Tylko znów trzeba było być czujnym, bo co któryś krok zmrożona warstwa nie wytrzymywała ciężaru biegacza i noga nagle zapadała się w puch. Mniej więcej ostatnie 12 kilometrów trasy to była walka z rozdeptanym śniegiem przez biegaczy z pozostałych dystansów. Od trzeciego punktu odżywczego uczestnicy wszystkich dystansów biegli razem i to była masakra. Nie tylko dlatego, że bardzo trudno było wyprzedzać takie masy ludzi, ale rozdeptany, w dalszym ciągu dość głęboki śnieg miał konsystencję mokrej soli. Nie dawał absolutnie żadnego oparcia, nogi uciekały, człowiek czasem miał wrażenie, że stoi w miejscu. Cały ten bieg to było jedno wielkie ćwiczenie stabilizacji, ale na tym ostatnim fragmencie to był level hard expert.
No i góra Żar, dorzucona przez orgów na otarcie łez za skrócenie dystansu. Nie wiem ile metrów robi się w górę, ale po moich tracku od razu widać, w którym momencie zaczęłam na nią podchodzić. Bo kilometr robiłam w blisko 20 minut :) Piekielnie strome podejście, zabezpieczone w górnej części linami. Człowiek czuł się jak himalaista. Trzy kroki w górę i wypluwał płuca. Zdecydowanie to było creme de la creme dystansu Bedzies Kwicoł.



fot. Tomek Sowiński



***

Czy zdawałam sobie sprawę jak bardzo jestem z przodu? Nie. Nie stałam na starcie w pierwszym rzędzie, przede mną poleciało kilkanaście osób, nie miałam pojęcia ile wśród nich było kobiet. Na pierwszych kilometrach też nie szalałam. Przyzwyczajałam się do warunków, wpadłam nawet w swego rodzaju trans skupiając się na tym, żeby lądować w śladach biegacza przede mną. Z tej swoistej strefy komfortu wyrwał mnie mój mąż, który pojawił się za moimi plecami, wyprzedził i mnie i ludzi przede mną. Jakoś to mnie otrzeźwiło. Heloł, ale to są zawody, rusz tyłek babo! Poleciałam za mężem. Parę kilometrów biegliśmy razem, tam gdzie się dało wyprzedzając kolejne osoby. Koło piątego kilometra biegliśmy w dół stokówką i o mały włos, a przegapilibyśmy odbicie trasy w bok. No dobra: nie o mały włos. My ją przegapiliśmy, podobnie jak kilka osób przed nami. Gwizdnięcie jednego z uczestników, który taśmy zauważył,  spowodowało, że zawróciliśmy po kilkunastu metrach. Przez to zamieszanie zbliżyliśmy się do grupki, w której biegła dziewczyna w jaskrawej kurtce. Jakoś nabrałam przekonania, że ci biegacze to czołówka, a dziewczyna jest najprawdopodobniej pierwsza. Ta grupka jednak poruszała się ciut szybciej, ja potem zwolniłam, bo po wybiegnięciu z lasu ukazała się panorama Tatr i usiłowałam zrobić zdjęcie (efekty można podziwiać na fejsuniu: kawał rękawiczki w kadrze, ostrość ustawiona na pole śniegu i gdzieś tam w rogu widać kawałek gór. Nie próbujcie tego robić: cykać zdjęć w biegu, pod słońce, w podwójnych rękawiczkach. I tak nic z tego nie wyjdzie ;)). Przez zabawy z aparatem odjechała mi i dziewczyna i mój mąż. Mąż, który miał ostatnio przerwę w treningach z powodu kontuzji, a na starcie ustawił się gdzieś z tyłu, nie dosyć, że mnie dogonił, to jeszcze leciał szybciej. Tak marudził, a tu proszę jak mu idzie :) Zaczęłam go jednak powolutku, powolutku, biegnąc swoim tempem, doganiać. Na pierwszy punkt kontrolny wbiegliśmy razem, ale potem znalazłam się przed nim. W zasięgu mojego wzroku pojawiła się biegaczka w pomarańczowej kurtce i zajęłam się jej doganianiem (ale gdzie jesteś Jaskrawa Kurtko??). Za plecami słyszałam oddech innego biegacza i myślałam, że to Tibor.
Leciało się fajnie, pętla dookoła Dursztyna była raczej płaska, skupiłam się tylko na uważnym stawianiu nóg i biegłam, biegłam, starając się ciutkę zezować na widoki. Gdy w końcu przeszłam do marszu ze względu na ukształtowanie terenu, okazało się, że za mną nie ma Tibora, tylko inny biegacz. Mój nieoczekiwany towarzysz zaczął mi dziękować, że jestem, bo w życiu by nie przypuszczał, że można tak długo biec i w ogóle same ochy i achy usłyszałam. I tak poznałam Witka, z którym biegłam już do samej mety (pozdrawiam i dziękuję za wspólny bieg). Ilość komplementów spowodowała, że naprawdę starałam się nie obijać i napierać. Nie można zawieść kompana, który zwierza się, że nie poszedł się wysikać na punkcie, żeby tylko mnie nie zgubić :))
Po drugiej wizycie w Dursztynie (punkt kontrolny nr 1 i 2 były w tym samym miejscu) znów się zgubiłam (albo raczej: zgubiliśmy)! Na punkcie kazali skręcić przy kościele. Polecieliśmy z Witkiem za taśmami i... znów trafiliśmy na początek pętli dookoła Dursztyna. Zawróciliśmy. Podobno przy kościele miał stać jakiś Darek do kierowania biegaczami, ale nie było nikogo. A taśmy kierujące w kierunku góry Żar zasłoniła ogromna wywrotka, na którą ładowano śnieg. Dużo czasu nie straciliśmy - ale patrząc teraz po wynikach, kto wie czy mojego towarzysza ta pomyłka nie kosztowała miejsca na podium w kategorii wiekowej.
O podejściu na Żar już wspominałam: ciężkie, strome, potem granią w kopnym śniegu do uda. Niby płasko - a biegać się w tym nie dało ni hu, hu. Potem zbieg do Łapsze Niżne, ostatniego punktu - i tak jak już wspominałam, jakikolwiek komfort się skończył. Ludzie z innych dystansów, rozdeptany śnieg. Gdy tylko warunki jako tako pozwalały, sadziliśmy susy przez te zaspy starając się wyprzedzać jak najwięcej "pociągów". Z ulgą witaliśmy fragmenty ubite przez skutery - przeskakiwaliśmy wtedy z jednego toru do drugiego, cały czas wyprzedzając i biegliśmy, jak najwięcej biegliśmy. Moje nogi to niekończące łapanie równowagi, balansowanie, odczuły mocno. Pod koniec zaczęły się skurcze na dole łydek, w kostkach.
Najgorzej wspominam fragment jakieś 3-4 km od mety. Stokówka ciągnąca się w górę, rozdeptany śnieg, na którym non stop uciekały nogi. Uznałam, że nie będę podbiegać, bo większość pary z odbicia szła w gwizdek. Po prostu maszerowałam jak najszybciej się dało, starając się stawiać nogi od góry i wyszukując jak najmniej rozdeptane płaty śniegu. Czy to była słuszna taktyka? Nie wiem. Ale nikt tam nas nie wyprzedził, a my dalej mijaliśmy ludzi.
Jak wbiegliśmy na asfalt w Niedzicy, mój towarzysz zaproponował finisz. Wydawało nam się, że meta była już na wyciągnięcie ręki, daliśmy z siebie wszystko (ja tam leciałam poniżej 4 minut na kilometr!) Nie zdawałam sobie sprawy, że do mety jeszcze kilometr i że na koniec czekają nas niespodzianki. Z szosy można było od razy skręcić na tamę - ale organizator poprowadził trasę bokiem parkingu, który był poniżej niej. Trzeba było więc jeszcze wbiec po schodkach, przegrzać przez koronę zapory, a potem bardzo stromymi, kolejnymi schodkami zbiec w dół i jeszcze kawalątek po płaskim do hali maszyn, gdzie była meta. Po tym sprincie na asfalcie, na tych schodach, nogi się pode mną uginały ze zmęczenia.
Po pięciu godzinach i dwudziestu sześciu minutach, po ponad 41 km,  zakończyłam swoją przygodę z Zimowym Janosikiem :) Wpadłam na metę równo z Witkiem, wśród ludzi z innych dystansów. Konferansjer, który zapowiadał biegaczy na mecie nie zauważył mnie, więc długo byłam nieświadoma tego, jak to wszystko się zakończyło. Brak wyników na ekranie też niczego nie ułatwił (a wyników nie było, bo obsługa od pomiaru czasu czekała aż pierwsza piątka kobiet pojawi się na mecie - ale tego też nie wiedziałam).





***



Oczywiście cały czas frapowało mnie co się stało z dziewczyną w jaskrawej kurtce, która biegła przede mną. Nigdzie nie minęłam jej na trasie. Okazało się, że zgubiła się, pomyliła trasę. 
Ale ta historia pokazała, że w biegach górskich, oprócz formy, trzeba mieć również odrobinę szczęścia. I że nawet większa ilość punktów ITRA, wyśrubowane życiówki (a pod tym względem Gosia, bo tak ma na imię ta biegaczka, bije mnie na głowę, jeśli nie na dwie), nie dają pewności, że właśnie ta, a nie inna zawodniczka dotrze pierwsza na metę.
Tym razem pierwsza dotarłam ja :)





fot. Edyta Gogół







Copyright © 2016 Matkabiega , Blogger