środa, 31 grudnia 2014

2014

2014
Nie mam weny, ale jakoś by wypadało ten 2014 rok podsumować. Tym bardziej, że oczywiście z części moich założeń nic nie wyszło, a cały rok obfitował w różne niespodzianki i nieoczekiwane zwroty akcji:)
Na początku tegoroku miałam cichą nadzieję, że uda mi się przetruchtać więcej kilometrów niż w ubiegłym. Chyba nawet liczyłam po cichu na zbliżenie się do 2 tysięcy. I co? I gucio:)
Na początku grudnia zajrzałam sobie w statystyki i czarno na białym ujrzałam, że nie tylko od 2 tys kilometrów to mnie lata świetlne dzielą, ale wszystkie znaki na ziemi i niebie zapowiadają, że raczej nie uda mi się wyrównać zeszłorocznego dystansu (który jak na standardy regularnie biegających i startujących osób nie był jakiś oszałamiający i zamknął się w 1155 km).
Nie powiem - musiałam ten fakt przetrawić. Ale przetrawiłam, wyplułam i stwierdziłam, że trudno. Specjalnie nabijać kilometrów na sam koniec nie zamierzałam, więc przestałam sobie tym zawracać głowę. Ale po wczorajszym truchtaniu okazało się, że do wyrównania zeszłorocznego kilometrażu brakuje mi 2 km - więc wyjdę dziś chociaż symbolicznie pobiegać. I rok 2014 zamknę podobną ilością kilometrów.
Czemu z moich wspaniałych planów nic nie wyszło (oprócz lenia, który łapał mnie od czasu do czasu)?
Przede wszystkim dokonała się rewolucja w moim życiu, bo z matki- kury domowej stałam się kobietą pracującą. Po ośmiu latach spędzonych na rodzeniu i zajmowaniu się dzieciakami, pod koniec kwietnia wróciłam do pracy. Mój czas, który mogłam poświęcić na bieganie tak jakby się skurczył. Plus jeszcze na dzień dobry dziecko nr 2 dostarczało atrakcji (w pierwszym miesiącu pracy Jasiek zachorował na ospę, zapalenie spojówek, a na koniec złamał nogę...).
Oprócz pracy, dzieci, atrakcji dostarczałam sobie ja sama. Niestety w tym roku chorowałam więcej niż w ubiegłym. Parę zawodów musiałam w związku z tym odpuścić, w paru pobiegłam trochę wbrew rozsądkowi. Plus jeszcze lekka kontuzja (imho pasmo biodrowo- piszczelowe), która moje bieganie na trochę przystopowała. Plus nieszczęśliwie wbity patyk w nogę, w której to nodze postanowił zostać, a czego nie dostrzegło dwóch chirurgów i ortopeda.
Właściwie to aż dziwne, że przy tym wszystkim biegałam podobnie jak rok temu, że udało mi się wystartować, yyyyy, podliczmy....

 w jednym ultramaratonie,
dwóch maratonach,
dwóch półmaratonach,
jednej dyszce,
jednej piątce,
ekidenie
i jeszcze duathlon zaliczyłam.

Nie był to rok najeżony życiówkami, ale zważywszy na okoliczności przyrody - nie narzekam :)

To lecimy z imprezami

W styczniu miał być Bieg Chomiczówki, 15 km. Pomimo opłaconego startu nie wzięłam udziału. Byłam kaszląco- kichająco- smarkająca. Skończyło się na mega zapaleniu zatok i dwóch antybiotykach. Leżałam, kurowałam się i zastanawiałam czy dam radę wyzdrowieć do następnej zaplanowanej imprezy - czyli półmaratonu w Barcelonie. Szczęśliwie dążyłam dojść do siebie, choć pobiegłam biorąc jeszcze antybiotyk. Nawet życiówkę machnęłam :)
Potem był marzec i zaplanowany Półmaraton Warszawski, w którym nie wystartowałam.
Chirurg nr 3 rozkrawając mi trochę nogę wygrzebał wreszcie z nogi ciało obce. W dniu startu byłam mocno kulejąca, z jakimiś sączkami, opatrunkami. Ledwo chodziłam, o bieganiu już nie mówiąc. Dochodziłam do siebie trzy tygodnie i pod znakiem zapytania, wielkim znakiem zapytania, stanął mój następny start: majowy maraton w Pradze. Wahałam się prawie do końca co robić. Chirurg oczywiście odradzał. Ostatecznie się zdecydowałam. W sumie czasowo bieg nie wypadł tragicznie - pobiegłam w 3:56 (czyli 6 minut gorzej od życiówki)- co zważywszy na przygody poprzedzające i ścianę, którą tym razem udało mi się zaliczyć jest moim zdaniem całkiem niezłym wynikiem. Po powrocie - rozchorowałam się, tak dla odmiany :)
A potem okazało się, że jakoś dziwnie boli mnie noga, jakoś z boku przy kolanie. Najbardziej jak schodziłam po schodach. Zaprzyjaźniłam się z butelką z wodą, masując nią nogę, odpuszczając bieganie, szykując się mentalnie na spotkanie z fizjoterapeutą, jakby nie pomogło. I zastanawiając się jednocześnie, jak ja do cholery pobiegnę następny, czerwcowy półmaraton. Bieg był w nie byle jakim miejscu - bo w Norwegii, kawał za kołem podbiegunowym..
Noga szczęśliwie posłuchała i odpuściła. Pobiegłam i nawet udało mi się skończyć ciut szybciej niż w Barcelonie (to była moja ostatnia życiówka w tym roku :)
Czerwiec upłynął pod znakiem dwóch imprez: Ekiden w Poznaniu i Bieg Kobiet. W obu imprezach świetnie się bawiłam. W pierwszej pierwszy raz tak widocznie poczułam się częścią teamu. Druga impreza była wolna od testosteronu: same baby od początku do końca. I ten śliczny medal...
W lipcu zdecydowałam się ostatecznie, że nie zdezerteruję i pojadę powalczyć ze słabościami w Maratonie Gór Stołowych.  To było zupełnie coś innego niż robiłam do tej pory. Nie wiedziałam jak będę się czuć po 50 kilometrach (nie było źle:)
W sierpniu nigdzie nie startowałam, szlajałam się z mężem motocyklem przez Dolomity, tu i ówdzie truchtając od czasu do czasu.
Wrzesień - to impreza w Makowie Mazowieckim, duathlon, w którym udało mi się wypaść całkiem nieźle.
W październiku poznałam jakie to uczucie bieg 42 kilometry w trzydziestostopniowym upale - czyli witamy w Budapeszcie. Udało się bez ściany, bez zatrzymywania, poniżej czterech godzin, lepiej niż w Pradze. I jestem z tego wyniku bardzo, bardzo dumna - bo temperatura mocno dawała się we znaki. Tradycyjnie po powrocie - odezwały się zatoki.
Ostatni startem w tym roku miał być Bieg Szakala - czyli półmaraton w Lesie Łagiewnickim (tym w Łodzi). Niestety - znów byłam na antybiotyku i do niczego się nie nadawałam.
W związku z tym zapisałam się na Bieg Mikołajkowy i to on stanowił kropkę na i w roku 2014.

Ot - i tak mniej więcej wyglądał mój rok biegowy.

Z mniej biegowych rzeczy - jakoś w lutym odkryłam Boot Camp. Ćwiczenia na świeżym powietrzu - niezależnie od pogody i warunków. Spodobało mi się ganianie po trawie, pod górkę i z górki. Spodobało mi się robienie najróżniejszych pompek, przysiadów i innych wygibasów. Poznałam na własnej skórze jak upodlić może burpees, dowiedziałam się, że odpoczynek w planku to nie jest oksymoron, ale jest to możliwe.
Generalnie dzięki Magdzie Jaskółce i Piotrkowi Tartanusowi świetnie się bawiłam, nawet jeśli dzień później miałam kłopoty z chodzeniem :)


A co na rok następny? Cóż - boję się robić założeń kilometrowych - bo cholera wie co z tego wyjdzie :)
Startowo wygląda to mniej więcej tak:
W styczniu robię drugie podejście do Chomiczówki. Może w tym roku uda się pobiec. Krótko po niej wybywam z Tiborem w bardziej egzotyczne klimaty - bo czeka nas start w półmaratonie na Gran Canarii (a co! Jak biegać - to na Wyspach Kanaryjskich :P. Zresztą proces zapisywania się na ten bieg zasługuje na osobny wpis na blogu i na pewno się takiego doczeka).
W kwietniu jesteśmy zapisani na na maraton w Paryżu.
Mam nadzieje, że zostanę z Avą wylosowana i na początku czerwca będzie nam dane zmierzyć się z trasą Biegu Rzeźnika. Jeśli nie - chcę się zapisać ponownie na Maraton Gór Stołowych i tym razem spróbować sił samej, bez męża.
Małżonkowi udało się dostać na maraton w Berlinie, ja tyle szczęścia nie miałam - więc co się będzie działo w drugiej połowie roku i na jesieni - nie mam pojęcia.

Nie robię założeń co do życiówek. Znaczy - fajnie, jeśli jakaś się przytrafi. Ale czytając różne blogi biegowe, nadziałam się na wpisy paru osób, które gorszym wynikiem były tak sfrustrowane i rozgoryczone, że stwierdziłam, że ja tak nie chcę. Nie chce, żeby jakieś cyferki zabiły mi radość z biegania. Więc to jest mój główny plan na rok 2015: dobrze się bawić!



sobota, 27 grudnia 2014

Święta, święta

Święta, święta
No cóż. Chyba większość z nas w święta sobie pofolgowała żywieniowo.
I chyba sporo osób postanowiło te wszystkie makowce i pierniczki spalić ruszając się.
Nie inaczej było i u mnie, gdy ubrałam się w biegowe  ciuszki i w pierwszy dzień świąt ruszyłam potruchtać. Ach, cóż to ja miałam za plany! Dwadzieścia kilosków co najmniej. A może i ciut więcej. W końcu trzeba zrobić miejsce na dalsze specjały.  I odbić sobie poprzedni weekend, gdy siedziałam w robocie.
Wyszłam. I zobaczyłam mokrą drogę. Niedobrze. Miało przecież nie padać. A tu pada. No ale skoro już się ubrałam, to bez sensu wracać do domu. W myślach skróciłam dystans. Obiegnę lotnisko dookoła z małym wywijaskiem w okolicach Łosiowych Błót. Będzie coś koło 15 km.
Ruszyłam. Po niebie przewalały się ciężkie chmurzyska. Było ciemno, ponuro, mokro i wilgotno. Było obrzydliwie - powiedzmy to wprost. Wbiegłam do lasu. Mokre gałęzie, błocko, kałuże. To ma być zima?? Po raz kolejny zmodyfikowałam plan. Żadnych dodatkowych wywijasków. Dookoła lotniska i rura do domu. Wyjdzie ze 12 kilometrów.
W okolicach osiedla okazało się, że na liczniku mam 12 i mały ogonek. Postanowiłam dokręcić do pełnej trzynastki.  No i biegnę Ci ja ostatnie kilkaset metrów. Już majaczą moje bloki. Biegnę nie po stronie, gdzie jest chodnik, ale po trawiastym poboczu. Myślami jestem już w domu.
Nagle, tak nagle, że nawet nie zdążyłam się zdziwić, nie zdążyłam wykonać żadnego gestu, który osłabiłby upadek, zaryłam w glebę z głuchym stęknięciem. Zabolały ręce, zabolała noga. Miałam ochotę jeszcze chwilkę poleżeć i pomleć różne brzydkie słowa pod nosem, gdy zauważyłam zwalniający koło mnie samochód. No tak, zaraz ktoś bez potrzeby się zatrzyma. W dodatku kilkadziesiąt metrów za mną stał samochód policyjny. Jeszcze tego brakowało, żeby policjanci ruszyli na pomoc. (choć istniała duża szansa, że jeszcze się ze mnie leją - bo glebę zaliczyłam w sposób spektakularny). Usiadłam i wstałam. Z ciekawości cofnęłam się szukając przyczyny mojego upadku. Znalazłam: zardzewiała, metalowa pętla drutu. Ech...
Z urażoną dumą, bolącymi kolanami i nogą potruchtałam do domu.
Wieczorem deszcz zamienił się w śnieg. Rano świat wyglądał jak z bajki. Szczególnie, gdy porówna się z dniem poprzednim.




Tak wyglądał wjazd do Lasu Bemowskiego 25 grudnia... 

...a tak to samo miejsce dzień później :)
Plany na drugi dzień świat były równie ambitne jak dzień wcześniej. Wsiadamy na rowery i jedziemy z mężem do Kampinosu. A co! Planowany czas wycieczki: trzy godziny.
Mąż się ze mnie trochę powyśmiewał, że pod getry założyłam bieliznę termiczną, a na ręce dwie pary rękawiczek. No ale skoro w listopadzie, podczas naszej wyrypy miałam na sobie dwie pary rękawiczek, to teraz, gdy złapał mróz  chyba tym bardziej powinnam je mieć?
Ruszyliśmy spod bloku i...od razu mocno się zdziwiliśmy. Śnieg, śniegiem - żaden kłopot. Ale oprócz śniegu było sporo lodu, niestety. A my nie mamy na wyposażeniu naszych rowerów takiego wynalazku jak opony z kolcami.
Jechaliśmy dalej, mocno zwalniając. Część trasy, którą dzień wcześniej biegłam dookoła lotniska nie dało się przejechać. Po moich truchtaniu jeszcze przez parę godzin padał deszcz. Kałuż było o wiele więcej niż dzień wcześniej. Wyboje, woda, lód, śnieg. Jakoś nie mieliśmy ochoty sprawdzać naszych umiejętności i przyczepności opon. Ruszyliśmy bardziej naokoło, ścieżką rowerową.
Nagle wjechałam na oblodzony kawałek. Rower zatańczył. Zdążyłam jeszcze wypiąć nogę z spd i się podeprzeć. Jednoślad się przewrócił - ja zdołałam utrzymać się na nogach.
Za mną, o wiele wolniej, wjechał mój mąż, ale zredukowanie prędkości nie na wiele mu się zdało. Miał mniej szczęścia i wpięty w pedały zaliczył piękną glebę, niestety zahaczając trochę o kałużę.
No, nieźle. Jeszcze nie wjechaliśmy do pobliskiego lasu, o Kampinosie nie mówiąc - a zrobiło się mocno gorąco.
W lesie było bajecznie. Ośnieżone gałęzie, słońce. Co i rusz zatrzymywaliśmy się, żeby porobić zdjęcia. Zresztą jechaliśmy niewiele szybciej, cały czas mając serce w piętach.
"Wiesz, co?" rzekł mój mąż- "myślę, że wystarczy jak objedziemy lotnisko i zrobimy małą pętelkę przez Łosiowe Błota".
Zabrzmiało znajomo :))
Dalej podziwialiśmy zimę. Jednocześnie odkryłam, że coraz bardziej marzną mi ręce. Trochę nie rozumiałam czemu tak - bo temperatura przecież nie była jakaś ekstremalnie niska. Miałam dwie pary rękawiczek, do robienia zdjęć zdejmowałam tylko jedną parę.
"Wiesz co?", zagaił mąż parę kilometrów dalej. "Myślę, że objedziemy tylko lotnisko i od razu skręcamy w kierunku domu"
To też zabrzmiało znajomo :) Ale nie protestowałam. Zesztywniałe palce zaczęły mnie boleć. Ciężko mi było trzymać kierownicę, o wciskaniu hamulców nie mówiąc.
Byliśmy w sumie blisko domu, ot parę kilometrów. W normalnych warunkach za 10-15 minut bylibyśmy na miejscu. Ale teraz nie były normalne warunki. Dalej musieliśmy się wlec. Spuściliśmy trochę powietrza z opon, żeby zwiększyć przyczepność, ale wszechobecny lód nie pozwalał na żadną szarżę.
Palce bolały coraz bardziej.
Wreszcie! 14 kilometrów, które normalnie przejechalibyśmy w 40 minut, wliczając w to czas na robienie zdjęć, zajął nam półtorej godziny.
W łazience zdejmuję rękawiczki i zaczynam wyć z bólu. Nie wiem czy palce mnie bolały, bo je odmroziłam, czy boli tak powracające krążenie. Może i jedno i drugie. Mija z kilkanaście minut zanim dłonie dochodzą jako tako do siebie i mogę zdjąć z siebie rowerowe ciuchy.
Zawijam się w koc i siorbię gorącą herbatę.

Właśnie przekonałam się na własnej skórze, że rowerową wyrypę można zaliczyć tuż pod domem :)





Spuszczamy powietrze z opon






niedziela, 14 grudnia 2014

Radość biegania

Radość biegania
Od czasu do czasu Krasus zaprasza na dłuższe wybiegania po Lesie Kabackim. Raz się na takie biegowe spotkanie załapałam, potem niestety terminy kolidowały mi, głównie z pracą (bo niestety część sobót mam pracujących). Aż tu Marcin zorganizował takie wybieganie w niedzielę. Powiem szczerze, że bardzo ale to bardzo trafił w odpowiedni moment. Bo pora roku, ta zima - nie zima spowodowała, że bardzo trudno ostatnio jest mi wykopać swoje cztery litery z domu i pobiegać. W piątek po 3 przetruchtanych  kilometrach miałam bardzo dużą ochotę po prostu odwrócić się na pięcie i wrócić do domu.
Wizja przebierania nogami z rozgadanym Krasusem i poznania nowych osób była bardzo kusząca. Obgadawszy więc szczegóły z mężem (opieka nad dziećmi i jego plany biegowe na weekend), potruchtałam dziś rano w kierunku przystanku autobusowego oddalonego o 3 kiloski do mojego domu, skąd miał mnie zgarnąć Krasus.
Swoją drogą Marcin rozczulił mnie, gdy omawiając szczegóły mojego zgarniania, wyraził zaniepokojenie czy to nie będzie dla mnie za daleko. Rozumiecie: facet zaprasza na dwudziestokilometrowe wybieganie, po czym martwi się czy podtruchtanie trzech kilometrów to nie będzie za duży wyczyn ;).
W samochodzie było wesoło, bo siedziała już w nim Kasia, Run the World. Kasia wychodzi z bardzo poważnej kontuzji i do stolicy przybyła na kontrolę i kontynuację rehabilitacji.
Wesołe autko mknęło sobie obwodnicą, gadu- gadu, chichu- śmichu. Aż do momentu, gdy zorientowaliśmy się, że zamiast ku dzielnicy Ursynów grzejemy w kierunku Łodzi. Jednym słowem przegapiliśmy zjazd:). Cóż - zawróciliśmy na pierwszym możliwym zjeździe, czyli Grodzisku Mazowieckim i spóźnieni o zaledwie 5 minut dotarliśmy na miejsce zbiórki. Chętni dopisali, bo zebrała się nas grupka 18 osób! Część planowała zrobić dwie pętle po lesie, część krótszy dystans.
Cóż - bieganie w większym gronie ma dużo zalet. Przede wszystkim człowiek nie myśli o dystansie, bo jest zbyt zajęty gadaniem i słuchaniem. A tematy skakały od czysto biegowych(plany startowe, wspomnienia z zakończonych imprez) do rozważań na tematy moralno- prawne.
I tak nie wiadomo kiedy minęło 20 kilometrów. Ostatni  kilometr został zarządzony jako sprint. Było to o tyle dla mnie zabawne, że męska część ekipy z Krasusem momentalnie weszła w pierwszą kosmiczną :)
Gdy zdyszana i zziajana dobiegłam do szlabanu kończącego nasze wybieganie, na spotkanie wyszedł mi mąż z dzieciakami.
Były rozważane różne warianty co robi reszta rodziny w trakcie mojego biegu. Pogoda postanowiła nie rozpieszczać i miało padać, więc chłopaki przyjechali na sam koniec. Małżonek ubrany w ciuchy biegowe przekazał mi latorośl i ruszył na nogach w kierunku domu (trzeba sobie radzić,gdy obie osoby chcą dłużej pobiegać) ja przesiadłam się w samochód, przy okazji odwożąc z powrotem Kasię.

Zdecydowanie od czasu do czasu potrzebuję takich spotkań. Dla naładowania akumulatorów. Dla zmiany klimatu. Dla oderwania lekkiego od rzeczywistości.
Dzięki, Krasus.



Dużo nas!
fot. Kraus



poniedziałek, 8 grudnia 2014

Końcówka roku. Na biegowo i dzieciowo

Końcówka roku. Na biegowo i dzieciowo

Cofnę się parę dni wstecz, do końca listopada. Chłop mi wybył na weekend z dziećmi do Łodzi, a tam w ramach atrakcji babcia wpadła na pomysł udania się na zawody CityTrail. Chłopaki zostali wystawieni w wersji dla dzieci. Całą imprezę znam głównie ze zdjęć i te prezentuję:


Prezentacja numerów

Rozgrzewka

Rozgrzewki ciąg dalszy

bieg młodszych dzieci. Zielone i chabrowe rękawice - to moi

Fajnie jest!

Dziecko nr 1



***

A dziś całą rodziną udaliśmy się na start dziewiętnastego już Żoliborskiego Biegu Mikołajkowego. Zapisałam się ja, licząc, że odwrócę fatum, które w tym roku nie pozwalało startować w imprezach, w których brałam już udział. I zapisałam też dzieci.
Zdjęcia w sumie będą podobne. No, może oprócz tego, że te moje są mniej ostre, bo nie umiałam dopingować i jednocześnie cykać fotek. A gardło zdarłam sobie przeokrutnie :)



Przypinanie numerów

Parter Centrum Olimpijskiego



Prezentacja numerów

Rozgrzewka z tatą musi być

tam gdzie strzałka wskazuje widać dziecko nr 2

I biegnie najmłodszy mój szkrab. Z tyłu widać starszego brata

Najstarszy. No pain...

...no gain


O 12.30 przyszedł czas na mnie. Pobiegłam. Dobiegłam. Wolniej niż rok temu o dwie minuty i osiemnaści sekund dokładnie. Czas 48:25. Czy dałam z siebie wszystko? To pytanie zadał mi mój mąż wieczorem. Po chwili zastanowienia stwierdziłam, że nie. W zeszłym roku na mecie o mały włos nie puściłabym hafta ze zmęczenia. Teraz z tyłu głowy miałam obiecane dzieciom ubieranie choinki (tak, ubieram choinkę dość wcześnie - dzieci mają kupę radochy). Nie mogłam więc umrzeć :) Nie sądzę, że gdybym przycisnęła tak na maksa, pobiłabym swoją zeszłoroczną życiówkę. Rok temu o tej porze byłam w lepszej formie, ale pewnie coś tam bym urwała.
Przez większość dystansu trzymałam stałe, równe tempo. Przyspieszyłam po siódmym kilometrze. Ostatni odcinek biegło mi się bardzo źle, w duchu odliczałam dystans do latarni, do krzaczka, do słupka - ale potem na wykresie zobaczyłam, że był to mój najszybszy kilometr, więc nic dziwnego, że nie było mi dobrze :)

W tym roku Bieg Mikołajkowy nie przebiegał na Kępie Potockiej, ze względu na remont trasy przebiegającej nad parkiem. Tym razem start i meta była zlokalizowana przy Centrum Olimpijskim (co miało swoje dobre strony - było się gdzie ogrzać), a trasa wiodła wzdłuż Wisły.
Z jednej  strony zeszłoroczny bieg po parku był dość kręty, wąskimi alejkami parkowymi.  Teraz było szerzej. Ale za to mieliśmy odcinek po piaszczystej drodze, po której nie biegło mi się za dobrze. Na nogach miałam buty ewidentnie lubiące asfalt. Było też podejście po schodkach, nawroty.
Medal, podobnie jak zeszłoroczny był po prostu ładny, w kształcie śnieżynki.
W pakiecie organizatorzy rozdawali czapki mikołajkowe. Nie dane było mi w niej pobiec ;) Dziecko nr 1 od razu wybrało sobie rozmiar dziecięcy, założyło na głowę i tyle miałam czapy :)
Organizator przewidział jeszcze jakieś niespodzianki, losowanie nagród - ale już nie zostaliśmy. Chłopaki mieli mokre spodnie od zabawy z lodem (jedną z atrakcji tego biegu jest obserwowanie na żywo jak powstaje rzeźba w lodzie. W tym roku było to bałwan ze zniczem olimpijskim), a mnie zaczynało być zimno w przepoconych ciuchach.
Za rok, o ile nic innego nie będziemy mieć w planach, pewnie też się pojawimy, bo impreza jest bardzo sympatyczna.

Gdzie ta mama...
Jest!!
Nuuudy



Banda Mikołajów:)

piątek, 21 listopada 2014

Nadmorska wyrypa dzień drugi

Nadmorska wyrypa dzień drugi
Nie wiem jak panowie, ale mnie drugiego dnia trudniej było się zebrać. Już wiedziałam jak to jest wyjść na ten ziąb. Już wiedziałam jakie to uczucie, gdy po przerwie dłuższej niż pięć minut człowiek zaczyna stygnąć i marznąć. Ale przede wszystkim problemem były moje cztery litery. Przez pierwsze minuty nie byłam w stanie usiąść całym ciężarem na siodełku. Może i kondycyjnie dawałam radę pedałować, ale mój tyłek absolutnie nie był przyzwyczajony do kilkugodzinnego siedzenia na siodełku.
Ruszyliśmy jak było jeszcze ciemno. Nasza trasa tuż za Ustką skręciła w las. Musiałam wyciągnąć czołówkę, żeby widzieć, gdzie jadę. Małżonek z kumplem jechali kawałek przede mną.
Nagle usłyszałam mrożący - przynajmniej moją- krew w żyłach krzyk Piotrka. Normalnie myślałam, że zawału dostanę! Przyczyną był dzik, który wyleciał z lasu tuż przed chłopakami i ten dziki ryk miał go wystraszyć. To było nasze drugie spotkanie z leśną zwierzyną. Dzień wcześniej przede mną, jakieś 20-30 metrów wyleciały z lasu cztery łanie z jeleniem na końcu. Pomimo, że miałam na szyi aparat i wystarczająco dużo czasu, żeby po niego sięgnąć, nie byłam w stanie zrobić zdjęcia. Stałam z otwartymi ustami i gapiłam się po prostu na przeskakujące z gracją przez leśne przeszkody zwierzęta, aż te zniknęły w lesie.
Przez dłuższy czas wydawało się, że poranne spotkanie z dzikiem było najbardziej ekscytującym wydarzeniem tego dnia. No może poza parokrotnym gubieniem trasy :)



Trasa wiodła głownie asfaltem lub po szerokich polnych drogach. Drogi asfaltowe były bardzo "boczne",  ruch samochodowy był dość okazjonalny. Inna sprawa, że pogoda nie zachęcała do wyściubiania nosa z domu. Potwornie wiało. I pomimo, że kierunek naszej jazdy sprawiał, że wiatr głównie nam pomagał, to zdarzały się momenty (głownie po odkryciach, że jedziemy nie tam gdzie chcieliśmy), że pod ten wiatr trzeba było kręcić.




Za Dąbkami COŚ zaczęło się dziać.
Jechaliśmy sobie spokojnie wąską, nieuczęszczaną drogą. Olaliśmy czerwony szlak, który skręcił w las ewidentnie w kierunku plaży i pojechaliśmy prosto.
Z pewnym niepokojem łypałam na dwa wielkie psy, które obszczekały nas zza ogrodzenia jakiś zabudowań. Z niepokojem - bo na oścież była otwarta brama. Ponieważ jednak jadąc oddalaliśmy się od niej, a psy podążały za nami, nie spostrzegły, że mogą wybiec na drogę.
Jechanie wkrótce się skończyło. A konkretnie skończyła się droga na ogrodzeniu opatrzonym tablicą "Teren Urzędu Morskiego. Wstęp wzbroniony". Z prawej strony mieliśmy morze. Z lewej-  jezioro Bukowo, którego nie chciało nam się objeżdżać i postanowiliśmy sprytnie przemknąć pomiędzy. Teraz do wyboru mieliśmy albo cofnąć się kawał, pewnie z kilkanaście kilometrów nadrabiając, w celu objechania jeziora, albo... przepchać rowery plażą.
Wybraliśmy wariant numer dwa. Znów jechaliśmy wzdłuż ogrodzenia z obszczekującymi nas psami. Niestety tym razem zbliżaliśmy się ku otwartej bramie i psy nagle spostrzegły jak wielkie możliwości się przed nimi otworzyły... Przez chwilę zrobiło się nieciekawie. Kolega Piotrek próbował odstraszyć czworonogi swoim krzykiem, ja wrzasnęłam komendę znaną chyba każdemu wiejskiemu psu: "do budy!". Nie wiem co podziałało - ale wyszliśmy z tego bez pogryzień.
No to teraz tylko jakieś 4 kilometry plażą...





Szło się średnio, oczywiście. Szybko odkryliśmy, że jedyna rada to iść po śladach prowadzącego. A prowadził Piotr, idąc dość dziarskim krokiem. Pomyślałam sobie, że przez to, że ma na nogach buty trekingowe, łatwiej mu iść przez piach i tak się nie zapada jak my w tych naszych rowerowych laczkach. Kolega ani przez chwilę nie zwalniał. Po prostu nagle stanął, pierdyknął rower w piach i bardzo głośno i długo mówił co myśli o piasku i jego matce ;).
Brnęliśmy dalej, dwa razy filując zza wydm czy da radę zwiać już z plaży czy jeszcze nie. Aż wreszcie doczekaliśmy się widoku ludzi na horyzoncie. A to oznaczało, że gdzieś tam musi być cywilizacja.
I rzeczywiście. Nie tylko odnaleźliśmy drogę i szlak. Zapędziliśmy się  również w odnogę kończącą się potężną bramą, ze znakiem zakazu i tablicą "ostoja zwierzyny, wstęp wzbroniony". Takie tablice zdarzyło nam się spotkać osiem lat temu i już wiedzieliśmy, że oznaczają one raczej tereny wojskowe niż ostoję zwierzyny ;). Potulnie wróciliśmy na szlak.
Potem już żadnych spektakularnych przygód nie mieliśmy. Staraliśmy się jechać bez zbędnych przerw. Po pierwsze gonił nas czas, po drugie prognoza pogody. Według niej w okolicach godziny szesnastej aura miała przestać być dla nas łaskawa i miało zacząć padać.
Ostatni fragment naszej trasy to ścieżka rowerowa idąca samym wybrzeżem aż do samego  Kołobrzegu. Pod koniec jazda zamieniła się trochę w sport ekstremalny. Zapadł już zmrok i zaczęła się zabawa pod tytułem "zgadnij czy ktoś jest przed tobą". A było całkiem sporo osób. Czasem światło mojej czołówki wyłapywało jakiś odblaskowy element odzieży, ale często mijaliśmy ludzi zupełnie niewidocznych dla nikogo. Rowerzystów bez żadnego oświetlenia również. Obyło się bez żadnych wypadków, szczęśliwie. Jedynym poszkodowanym okazał się mój dzwonek rowerowy, który nie wytrzymał ciągłego używania i się popsuł.
Koło siedemnastej, po przejechaniu 128 kilometrów, w lekko kropiącym deszczu wjechaliśmy do Kołobrzegu.
Najpierw podjechaliśmy na dworzec, gdzie odbyła się nieudana próba kupna biletów (dlaczego nieudana, o tym za chwilę), a potem udaliśmy się skonsumować pożegnalną rybkę.
I gdy tak tajaliśmy w ciepełku, pałaszując zasłużony obiad, za oknem rozpadało się na dobre. To już nie było kropienie ani mżawka. To było ciężkie, zacinające jesienne deszczysko.
Obiad jedliśmy jakieś 300 metrów od dworca, a i tak, tak krótki przejazd spowodował, że w hali pojawiliśmy się szczękając zębami i trzęsąc się z zimna.


A o co chodzi z tymi biletami? Cóż, zaczęło się od niespodzianek PKP to i na nich się skończy :)
Po pierwsze, jeśli ktoś z Was zawita na kołobrzeski dworzec, nie próbujcie sprawdzać na dworcowym zegarze czy przypadkiem nie spóźniliście się na pociąg. Czemu? Bo go nie znajdziecie:)
Ani w hali dworcowej, ani na peronach nie uświadczycie ani cienia zegara. Dziwne to - ale w świecie, gdzie robi się wypasiony podjazd pod dwa marne schodki nie zauważając jednocześnie kilkudziesięciu prowadzących na perony, nic mnie już nie zdziwi.
Biletów nie udało nam się kupić, gdyż właśnie wtedy system rezerwacji biletów postanowił był paść i nie podniósł się przed dni następnych kilka. Oczywiście do pociągu wsiedliśmy, bilet kupiliśmy u konduktora.


Podsumowanie? Dwa dni. 228 kilometrów. 13 godzin w siodle. Potworne zakwasy w nogach. Tyłek obtarty do krwi.
W przyszłym roku też chcę z nimi jechać.









czwartek, 20 listopada 2014

Nadmorska wyrypa dzień pierwszy

Nadmorska wyrypa dzień pierwszy
Wszystko zaczęło się rok temu, gdy mój małżonek wraz z kumplem postanowili zafundować sobie Męską Wyprawę. Męska Wyprawa miała odbyć się na rowerach, w listopadzie i padło wtedy na Szlak Orlich Gniazd.
Panowie szlak przejechali zaczynając w Krakowie a kończąc w Częstochowie dwa dni później. Pomarzli, w dupę dostali, pobłądzili troszeczkę, bo szlak oznaczony fatalnie. I tak im się spodobało, że postanowili podobną imprezę powtórzyć za rok.
Tym razem padło na wybrzeże.
I jakimś cudem nie zaprotestowali, gdy wyraziłam chęć uczestniczenia.
I tak 15 listopada w godzinach bardzo wczesnoporannych wylądowaliśmy przy pomocy naszego drogiego PKP w Lęborku. PKP jak PKP musiało nam dostarczyć pewnych atrakcji. Pierwszą w nich był fakt, że kasjerka sprzedała nam bilety zamiast na rowery na psy. Fakt ten wprawił konduktora w szampański humor i chichrał się przez cały czas sprawdzania biletów.
Za drugim razem to my ryknęliśmy śmiechem, gdy po wydostaniu się z czeluści peronów, co oznaczało dyganie po schodach w te i nazad z rowerami pod pachą, naszym oczom ukazał się budynek dworca, prowadzące do niego dwa niziutkie schodki, a przy nich...podjazd dla wózków.
Doprawdy wzruszenie odebrało nam mowę :)



Początek jazdy był w sumie nudny. Musieliśmy zbliżyć się do morza. Jazda była asfaltem, albo ścieżkami rowerowymi, które zdarzały się w mijanych miejscowościach. Było szaro i pochmurno i nijako.



W Łebie przywitaliśmy się z morzem, zrobiliśmy przerwę na małe śniadanko (niestety bez ciepłej herbatki. W domu, w trakcie szykowania rzeczy odnalazłam sam korpus termosu. Korek z kubkiem zniknęły jak sen złoty). Porobiliśmy parę fotek, pogapiliśmy się na wędkarzy. I dalej w drogę.

Naprawdę nie jestem pewna czy bardziej szalona była nasza eskapada, czy to co robią ci panowie ;)



A potem zaczęło być ciekawiej. Opuściliśmy nie tylko wietrzną Łebę, ale i w ogóle asfalt przemykając głównie polnymi drogami i leśnymi duktami. Zaczęło robić się magicznie i klimatycznie. Co prawda to druga polowa listopada - ale gdzieniegdzie zostały jeszcze ostatnie ślady polskiej złotej jesieni.



W lesie było jeszcze fajniej, bo człowiek wjeżdżał na szeleszczący, brązowo- zloty dywan z liści.

No dobra: było nudno, było klimatycznie. Czas na wyrypę. A tą zafundował nam Słowiński Park Narodowy. Nie zraziła nas tablica ostrzegająca, że żółty szlak jest w złym stanie technicznym i możliwe są podtopienia. Naiwnie pierwszą lepszą kałużę, która stanęła nam na drodze, wzięliśmy za te utrudnienia. Ha!



Najpierw zaczął się teren ostro zryty przez dziki. Góry i doły. Szczęśliwie podłoże było w sam raz wilgotne. Gdyby był mrozik - wszystko by zamarzło i jechać by się nie dało. Gdyby było bardziej mokro - też jechać by się nie dało. A tak powoli, powoli kręciliśmy do przodu.
Do czasu.
Wjechaliśmy na teren Bagien Izbickie i wtedy odkryliśmy, że tablica przy wjeździe do Parku raczej ostrzegała przed tym co przed nami, niż przed tą nędzną kałużyną.
 Niby były jakieś kładki, które powinny teoretycznie przez bagna przeprowadzić nas suchą nogą. Ale tylko teoretycznie. Kładki były przegniłe, połamane, poniszczone.
Jako ciekawostkę podam, że tą trasą, również na rowerach, jechaliśmy osiem lat temu z niespełna rocznym dzieckiem nr 1. Kładki były wówczas w idealnym stanie.

Rok 2007...


...i to samo miejsce w roku 2014

Skończyło się rumakowanie. Staraliśmy się jeszcze tu i ówdzie jechać, ale coraz częściej rowery trzeba było po prostu pchać. Moja próba przejechania po rzuconej desce przez środek błocka, skończyła się bardzo malowniczo:



Przednie koło ześlizgnęło się z mokrej dechy i zaryłam w błocie po same ośki. Mogłam spokojnie robić zdjęcia, bo rower sam stał :)
Gorzej było z jego wyciągnięciem.


A potem było już tylko pchanie przez większe i mniejsze błocko. Próby przeskakiwania co większych bajor. Balansowanie na rzuconych tu i ówdzie dechach.  Czasem te próby kończyły się sukcesem, a czasem tak jak na zdjęciu poniżej:



Powiem szczerze, że pomimo, że było tam ciężko, że nogi miałam oblepione równo błotem, że do końca dnia jechałam w mokrych butach, wszyscy ten fragment drogi wspominaliśmy jako najfajniejszy :)



Po opuszczeniu Parku nasza trasa dalej wiodła raczej bezdrożami, aż w końcu zbliżyła się do morza. Zrobiła to w sposób dość widowiskowy, serwując nam jazdę po klifach i w lesie. Góra, dół, góra dół. Niejeden amator MTB zapiałby z zachwytu jadąc tym odcinkiem.



Nasz team

Prawie do samej Ustki, gdzie mieliśmy zarezerwowany nocleg, jechaliśmy takim leśno - górzysto- nadmorskim terenem. Do miasta dotarliśmy już po zmroku. Właścicielka pokoju zrobiła wielkie oczy na nasz widok - na pewno nie spodziewała się, że w połowie listopada zobaczy trójkę rowerzystów:)
To był bardzo fajny, ekscytujący dzień. Ale po całym dniu bycia twardzielem, po przejechaniu 100 km, cudownie było wleźć pod prysznic, przebrać się w suche ciuchy i jak człowiek pójść do knajpy na rybkę.
A co! Zasłużyliśmy sobie!



Ciąg dalszy nastąpi. Widzę, że na tyle suto okrasiłam relację zdjęciami, że podzielę wszystko na dwie części


Copyright © 2016 Matkabiega , Blogger