Pokazywanie postów oznaczonych etykietą półmaraton. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą półmaraton. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 20 maja 2025

116 123. Półmaraton Warszawski

116 123. Półmaraton Warszawski

116 123 to dość nietypowy numer Półmaratonu Warszawskiego (tak naprawdę w tym roku odbyła się 19. edycja tego biegu). Skąd się wziął? To numer telefonu zaufania dla osób dorosłych w kryzysie emocjonalnym. W ten sposób organizatorzy chcieli zwrócić uwagę na jeden z problemów współczesnego świata, pomóc w zwiększeniu świadomości społecznej i zachęcić do szukania pomocy, gdy jest ona potrzebna.
Dzisiejszy świat przerasta nie tylko dorosłych, ale też dzieci. Moja rodzina odczuła to na własnej skórze. Jedno z moich dzieci ma za sobą walkę z tym podstępnym dziadem. Dlatego wybrałam ścieżkę charytatywną zapisu na półmaraton, a mój wybór padł na fundację "Twarze Depresji". 
Dzięki wsparciu osób, które mnie obserwują, udało mi się zebrać 740 zł - za co wszystkim bardzo dziękuję!


To nie był mój pierwszy Półmaraton Warszawski. Zadebiutowałam w nim (i w ogóle na dystansie półmaratońskim) w 2013 roku, w 8. edycji. To był bardzo mroźny marzec: na ulicach leżał śnieg, a temperatura spadła do -8 stopni. Udało mi się wtedy pobiec poniżej 2 godzin (1:58:48).
W Warszawie startowałam jeszcze w roku 2015, 2017 i 2019. Na tym ostatnim wybiegałam moją (dalej) aktualną półmaratońską życiówkę, 1:36:51.

W 2020 roku ostatni raz pobiegłam jakikolwiek półmaraton - i  był on postawiony na głowie. To były już czasy covidu, biegi odwoływano, albo przechodzono na ich wirtualne wersje. I w takim właśnie wirtualnym Półmaratonie Gdynia pobiegłam. Po Lesie Bemowskim, żeby nie musieć robić tego w maseczce na twarzy. Potem przestałam właściwie startować biegach ulicznych. Dwa razy zdarzyło mi się w zeszłym roku - w Biegu Chomiczówki i Biegu Niepodległości. Ale to były spontany, bez żadnych celowych przygotowań i treningów.

Jakoś w listopadzie 2024 r. doszliśmy z mężem do wniosku, że nie samymi skokami spadochronowymi człowiek żyje. Że trochę brakuje nam rytmu treningowego. Że snucie się po lesie, bez żadnego celu na horyzoncie zaczyna być nudne. Odnowiliśmy więc współpracę z naszym trenerem, Piotrem Tartanusem i pozapisywaliśmy się na parę imprez biegowych (chyba kolejność była odwrotna ;) )

Naszymi startami numer jeden są dwa biegi alpejskie: Lavaredo na dystansie 80 km i KAT by UTMB na podobnym dystansie. Ale po drodze w nasz dzienniczek biegowy wpadły dwa biegi uliczne, a jako pierwszy, właśnie Półmaraton Warszawski.

I po tym przydługim wstępie, przechodzę do samego biegu. 

Po pierwsze, oczywiście nie wiedziałam jakim tempem mam to biec. Taki powrót na dystanse, z którymi człowiek już kiedyś się mierzył i to z zadowalającymi rezultatami, jest trudny. Bo niby człowiek wie, że forma nie ta sama co kilka lat temu, ale serce pamięta i podpuszcza. 

Ja na starcie ustawiłam się kawałek za balonami prowadzącymi na czas 1:45, nie do końca wierząc, że uda mi się w z takim czasem dobiec do mety. No, ale może jednak...?
Niepokoiła mnie pogoda. Prognozy mówiły, że ma być pochmurnie - ale coś się przesunęło  i nad głową miałam błękitne niebo i słońce. Już wtedy żałowałam, że nie wzięłam z domu czapki z daszkiem. A nie wzięłam, bo miały być chmury...

Początek - jak to w tłumie - raczej wolny. Potem się rozpędziłam. I to tak, że dogoniłam zające, za którymi stałam, a potem zaczęłam biec leciutko przed nimi. Niby rozum coś tam podszeptywał czy jestem pewna, czy to aby nie za szybko, ale serce mi gadało, że skoro biegnie mi się dobrze, to po co się ograniczać.

Bo biegło mi się dobrze, choć już zaczęłam leciutko odczuwać to słońce i temperaturę. Było bardzo ciepło. Brakowało mi mojej czapki. Włosy z jednej strony zaczęły rozplątywać się z warkocza i przeszkadzać. Czułam też, że wieje, ale dopóki człowiek biegł ulicami, wśród budynków, to jakoś to szło. 
Powoli, powoli doganiała mnie karma. Nogi przestały być tak lekkie. Odcinki z górki przestały mieć jakiekolwiek znaczenie, bo biegło mi się tak samo ciężko. 

A potem, na 12 kilometrze, wybiegliśmy na Wybrzeże Gdyńskie. I to był gwóźdź do trumny wielu biegaczy, nie tylko mnie.
Niby mogło być łatwiej - bo długa, czterokilometrowa prosta. Żadnych zwężeń, zakrętów, krawężników. Ale również żadnej osłony przed wiatrem i słońcem. Walczyłam dzielnie do 15 kilometra, a potem zaczęło się umieranie. O tempie poniżej 5 minut na kilometr mogłam zapomnieć. Minęły mnie najpierw pierwsze zające na 1:45 (to nie był miły widok. A przez tą długą prostą bardzo dokładnie widziałam jak coraz bardziej mi odjeżdżają). Mój mózg zaczął desperować. Miałam wrażenie, że za moment dogonią mnie kolejni prowadzący, na 1:50, a może i kolejni?
Podbieg koło Cytadeli na Most Gdański i bieg przez most (wiatr!)to były tortury. To był kilometr 15. i 16. To były dwa najwolniejsze kilometry w moim wykonaniu. Zastanawiałam się co mi wpadło do łba zapisywać się jeszcze na maraton, nie mówiąc już o tych dwóch ultra. Chyba wtedy minęli mnie drudzy pacemakerzy na 1:45 - i to mnie pozytywnie orzeźwiło. Zapomniałam, że były dwie grupy prowadzące na ten czas. Pewnie każda obrała inną taktykę - jedna leciała równym tempem, druga negative splitem. Skoro dopiero teraz uciekał mi ostatecznie sprzed nosa wynik na 1:45, to nie jest tak tragicznie. Oczywiście na moje zmęczenie to nie wpłynęło, ale na głowę tak. Przestałam tak w duchu desperować :)


W serwisie RunPixie, z którego można było pobrać swoje zdjęcia z biegu, mam 114 zdjęć. Z tego nadających się do pokazania ze dwa :))). Oto jedno z nich, z Wybrzeża Gdyńskiego właśnie.
Włos rozwiany, uśmiechu brak. Walczę ;)




Zmęczona byłam strasznie. Nogi miałam na granicy skurczy. Musiałam mocno się pilnować jak stawiam stopy. Musiałam uważać na biegaczy przede mną - bo każde moje przyhamowanie, gdy ktoś wbiegł na mój tor biegu, powodowało ból łydek. 
Pierwszy raz byłam tak wypluta z sił, że nie miałam z czego wykrzesać finiszu. Bardzo chciałam - ale miałam wrażenie, jakby do moich nóg ktoś przywiązał dwa młyńskie koła. Gdy teraz patrzę w dane z zegarka i czujnika, wcale się nie dziwię. Na metę wbiegłam będąc bardzo blisko mojego hr max - więc niby z czego miałam przyspieszać?
Metę przekroczyłam z czasem 1:47: 33.






Wnioski? 
Z czasu jestem zadowolona. Bardzo chciałam na mecie zobaczyć 1:4x:xx. To był mój pierwszy uliczny półmaraton od 6 lat (tego wirtualnego covidowego nie liczę - bo samotne bieganie po lesie, to jednak nie to). To nie był start A i cel na ten sezon. Przygotowuję się do górskiego, długiego ultra, więc w moich treningach nacisk idzie na budowanie wytrzymałości, nie szybkości. Wolałabym oczywiście mniej zdechnąć na końcówce. Na pewno zaczęłam za szybko, ale pogoda swoje też dołożyła. 

Chmury owszem, w końcu przyszły. Jak dotarliśmy do domu:))




Po lewej przed starem: zwarta i gotowa.
Po prawej po dobiegnięciu: włosy wybrały wolność, zmęczenie wypisane na twarzy.

poniedziałek, 26 października 2020

Covidowe (nie)bieganie z półmaratonem w tle

Covidowe (nie)bieganie z półmaratonem w tle
Tytuł mówi chyba sam za siebie ;) No, dziwny ten 2020 rok jeśli chodzi o moją aktywność biegową. 

Już od początku roku, zanim przez Polskę przewaliła się pierwsza fala wirusa, to bieganie szło jakoś pod górkę. Dwa przeziębienia, które mnie złapały spowodowały, że bieganie ni hu, hu mi nie wychodziło. Szybko się męczyłam, nie mogłam wejść na jakieś sensowne prędkości. Z treningu na trening byłam coraz bardziej rozczarowana i zniechęcona. Nie byłam w stanie nawet zbliżyć się w okolice mojej wcześniejszej formy. Potem lockdown - wiadomix. Skakanka na balkonie, kettel na wyjeżdżającej spod tyłka karimacie: kurczowe trzymanie się jakiejś namiastki ruchu. Kolejne odwoływane, jeden za drugim, biegi. Totalne zniechęcenie. 

Z rozpisywanych treningów zrezygnowałam - bo to nie miało sensu. Dodatkowo doszła jeszcze praca, potem szczęśliwie ruszył sezon spadochronowy. Okazało się, że rozciąganie doby ma jednak swoje granice - i nie mam ani czasu, ani chęci, żeby biegać tak intensywnie jak do tej pory. Oczywiście nie zrezygnowałam z biegania zupełnie. Starałam się wychodzić, za każdym razem wkurzając się na mój zegarek, który twierdził, że moja wydolność biegowa szoruje po dnie. 

Przez chwilę zapowiadało się, że moooże odbędzie się półmaraton w Gdyni, przełożony z marca na październik. Ale w którymś momencie, długo przed oficjalnym komunikatem, zyskałam wewnętrzne przekonanie, że nie ma szans na przeprowadzenie tak masowego biegu. No i miałam rację.

Dziwnie się trochę poczułam, gdy kurier przyniósł koszulkę, plecak - gadżet, numer startowy i medal. Medal, który powinnam dostać, gdy zmęczona przekraczam linię mety. Wiedziałam, że organizator wymyślił opcję biegu wirtualnego, ale początkowo nie miałam zamiaru w nim uczestniczyć. Miałam plan, że może, któregoś dnia, zrobię te 21 km, bo tak głupio mieć medal z półmaratonu, gdy od kilku miesięcy biega się dystanse maksymalnie 11-12 km. Ale, żeby rejestrować się i biec konkretnego dnia? Eeee....

Aż tu pewnego dnia  mój mąż wpadł na pomysł, żeby trochę skopiować ideę biegu przeprowadzanego na Florydzie: najpierw wyskakuje się ze spadochronem, a potem człowiek przebiera się i biegnie. Na półmaraton w Gdyni była zapisana dwójka naszych znajomych - spadochroniarzy. Może ich namówić, żeby zrobić to razem: wyskoczymy, a potem towarzysko, w okolicach lotniska przetruchtamy ten półmaraton. Niestety pomysł nie wyszedł. Nie wszyscy chcieli, nie wszyscy mogli, a potem i tak wszystkich pogodziła pogoda i covid - strefa spadochronowa zakończyła sezon.
Jak już jednak zaczęłam dopuszczać do siebie myśl, żeby skorzystać z opcji biegu wirtualnego - postanowiłam sprawę przeprowadzić do końca.

Najpierw rozkminiałam gdzie ja w ogóle mam te 21 kilometrów nabić. Twarda nawierzchnia? No, mamy takie kółko niedaleko domu, około pięciokilometrowe, bez świateł. Problem tylko był taki, że to był pierwszy dzień obowiązku noszenia maseczek. Biec półmaraton w buffie na twarzy? No, bez jaj... Biec, rozglądając się dookoła czy nie stoi gdzieś policja? No bez jaj... (to ostatnie miało swoje uzasadnienie, bo małżonek, który wybrał tę opcję biegową, nadział się na policję sprawdzającą maseczki). Stwierdziłam, że lecę do lasu. Trudno - będzie wolniej, będzie trudniej, bo tego dnia padał deszcz. Ale i tak świata cyfrą nie zadziwię. Mogło się okazać, że przy mojej częstotliwości biegania, wyzwaniem będzie samo pokonanie takiego dystansu. 

Zrobiłam przedstartową fotkę (nieostrą), odpaliłam zegarek i ruszyłam. Nie miałam konkretnego planu którędy będę biec. Decyzję podejmowałam w trakcie. Tam gdzie były dłuższe, proste odcinki, biegałam je w te i nazad po 2-3 razy i ruszałam dalej. Nie patrzyłam się na tempo. I tak nic by mi to nie dało. W trupa nie biegłam - ale było to tempo, które było lekkim przekroczeniem mojej granicy komfortu. Bałam się trochę przegiąć. Przy moim braku wytrenowania, większe przyspieszenie mogło skończyć się ścianą - a jakoś średnio miałam ochotę umierać w deszczu, w lesie, ze zgrabiałymi z zimna rękami. Bo o ile ciuchy dobrałam idealnie, tak nie wpadłam na to, żeby przy temperaturze 5 stopni i deszczu założyć rękawiczki. Oj, ciężko wyciągało się żel z kieszeni, paluszki nie chciały słuchać. 

W okolicach 11 kilometra padły mi słuchawki (bo biegłam słuchając muzyki). Najpierw chciałam to zignorować, ale szybko stwierdziłam, że brakuje mi jej. Nadawała mi rytm i odciągała od myślenia o zmęczeniu. Przeszłam do marszu, żeby zmarzniętymi palcami wygrzebać telefon i pogmerać przy kabelku. Niby pomogło, ale tak nie do końca. Nie wiem, czy coś mi zamokło, czy słuchawki akurat w tym momencie postanowiły się zepsuć, ale do samego końca towarzyszyła mi muzyka jakby ze świata naprutego narkomana. Tempo zwalniało. Melodię słyszałam z dziwnym pogłosem. Wszystko słyszałam bardzo cicho, ale za to chórki nagle rozbrzmiewały w normalnej głośności. No, mówię Wam, cuda na kiju ;) Do tego wszystkiego nieopatrznie dwa razy wybrałam ten sam fragment leśnej ścieżki z powalonym drzewem, przez które trzeba było przeleźć. 

Jeszcze ostatnie trzy, dwa, jeden kilometr. W uszach dziwna, kocia muzyka. Zgrabiałe ręce, zmęczone mięśnie i wreszcie wciskam stop. Na wszelki wypadek przebiegłam ciut więcej: 21,12 km, żeby na pewno aplikacja zaliczyła mi bieg. Czas: 01:50:12. 
Z jednej strony poczułam ulgę i radość, że bez regularnych treningów, właściwie z marszu, przebiegłam półmaraton, w nienajłatwiejszych w sumie warunkach. Z drugiej strony poczułam ukłucie żalu, że jednak minuty nie zaczynają się od cyfry 4. Może gdybym miała rękawiczki i nie zwolniła do wyciągnięcia tego żelu z kieszeni? A może gdybym olała brak muzyki? A może, gdyby nie to drzewo? A może jednak trzeba było wybrać asfalt? Sranie w banie, moi drodzy. Po prostu nie pobiegłam szybciej. A nie pobiegłam, bo na dzień dzisiejszy nie jestem w stanie i tyle. Z pustego to i Salomon nie naleje :)

Co dalej? Czasy mamy takie, że ciężko coś planować. A nawet jak się zaplanuje - nie wiadomo co z tych planów wyjdzie. Będę dumać i działać w zależności od sytuacji. I starać się nie zapomnieć jak się przebiera nogami :)




środa, 3 kwietnia 2019

14. Półmaraton Warszawski

14. Półmaraton Warszawski
To, że wystartuję w tym roku w Półmaratonie Warszawskim wcale nie było takie oczywiste. Pierwotnie planowany był rajd przygodowy, Krajna AR, impreza odbywająca się w ten sam weekend w Wielkopolsce. Może i rok temu miałam na niej potężny kryzys, ale jak to z nimi bywa, w miarę upływu czasu "ja się chyba do tego nie nadaję", zmieniło się we"wróćmy tam i pokażmy na co nas stać". Nie da się ukryć, że duży wpływ na moje postrzeganie czym jest kryzys i trudne warunki, wpłynął późniejszy start w Adventure Trophy ;) (Jak ktoś chce - może sobie poczytać o naszych zeszłorocznych AR: KLIK i KLIK).
Plany planami, a życie życiem. Ostatecznie ze względów logistycznych, czasowych i finansowych z Krajny zrezygnowaliśmy. Nie chcieliśmy znów rozwozić dzieciaków po babciach, tym bardziej, że za 4 tygodnie czeka nas wyjazd bez nich.

To może zamiast tego pobiegnę półmaraton w Warszawie? Ładnie by się wpisał w schemat, że starty w tej imprezie wychodzą mi co drugi rok. Bieg na własnych śmieciach, nawet rodziny nie trzeba będzie ciągnąć na start. Przy okazji powalczę o nową życiówkę, bo moja dotychczasowa pokryła się już prawie czteroletnim kurzem.
Ogólna wizja została przedstawiona trenerowi, znaczy, że chcę złamać 1:40 i pod to zostały ułożone treningi. Jak bardzo chcę tą godzinę czterdzieści łamać postanowiłam zdecydować po pierwszym treningu, po sprawdzeniu jak mi się biega i na jakie tempa jestem w stanie wejść. Wcześniej przygotowywałam się przecież do biegu górskiego, Janosika - więc to co robiłam miało trochę inny charakter.

Pierwsze bieganie tempem półmaratońskim wprowadziło mnie w euforię. Dwa czterokilometrowe odcinki pobiegłam tempem 4:32 - 4:33 min/kilometr. Wooow! To jak tak się zaczyna na początku lutego, to ja pod koniec marca zrobię TAKI wynik! Jeśli tylko  nie będzie żadnych zawirowań, chorób i niespodzianek, będzie super bieg, rozwalę system, skopię tyłek tej czwórce, z takim przytupem, że sama zakryję się nogami, o!

Następny trening tempem półmaratońskim zrobiłam 27 dni później...


Weszły jeszcze dwa biegi regeneracyjne, jedno wybieganie, dwa razy poszłam na kettle i ścięło mnie zapalenie zatok. Przez dziewięć dni nie robiłam nic, grzecznie się kurowałam, łykałam antybiotyk i nawet niespecjalnie ciągnęło mnie do biegania, bo po prostu czułam się źle.
Oczywiście, że po takim chorowaniu nie wyszłam i nie sieknęłam sobie na dzień dobry jakichś hardcorowych treningów. Znów weszło jedno wybieganie, dwa krótkie biegi regeneracyjne, dwa razy zajęcia z kettlami i... wyjechaliśmy do Norwegii.
Gdyby pogoda dopisała, najeździlibyśmy się na skiturach po kokardę i oprócz dobrej zabawy, byłby z tego niezły trening wydolnościowy. No ale aura była jaka była.

Tak więc, gdy ostatniego dnia lutego udało mi się znów wbić w trening stricte półmaratoński, mogłam tylko pomarzyć o szybkości i lekkości, z początku miesiąca.
Z planów łamania 1:40 nie zrezygnowałam, ale oswoiłam się z myślą, że może być po prostu różnie. Na treningach robiłam tyle ile byłam w stanie. Co z tego wyjdzie - to wyjdzie, stwierdziłam.

wspólna focia przed startem z Pąpkinsami
fot. Smashing Pąpkins



Na na linii startu ustawiłam się gdzieś pośrodku pomiędzy zającami na 1:35 a 1:40. Zegarek przestawiłam tak, żeby nie było widać czasu i tętna. Jednym słowem pobiegłam podobnie jak pół roku wcześniej maraton: trochę zezując na średnie tempo, a trochę na czuja. Tempo znów dawało mi tylko ogólny pogląd, bo tradycyjnie wskazania zegarka rozjechały się z oznaczeniami kilometrów (na koniec różnica wynosiła 200 metrów). Tętna dobrze, że nie widziałam - bo na metę wparowałam z pikawą pracującą powyżej mojego HR max :)

Co mogę napisać o samym biegu? To był mój czwarty półmaraton warszawski (2013, 2015, 2017). Każdy z nich miał inną trasę, ale ta jest chyba najfajniejsza. W miarę płaska, bez zbędnych zakrętów, bez agrafek. Jedyne co było trochę niefortunne, to umiejscowienie pierwszego punktu nawadniania: tuż przed zakrętem i podbiegiem na Most Gdański. Człowiek łapał kubek w locie, próbował pić - więc już tętno skakało- po czym od razu wpadał na ślimak wyprowadzający na most, wypluwając płuca do tego kubeczka :)
Dawał też popalić ostatni podbieg, po wybiegnięciu z tunelu na Wisłostradzie. To był dwudziesty kilometr, więc bieganie było już na oparach.




Biegłam cały czas w miarę równo (choć nie przypuszczałam, że aż TAK równo jak pokazały oficjalne międzyczasy). Nie miałam żadnego typowego kryzysu, choć były momenty, gdy biegło mi się gorzej. Ciężko wspominam fragment Mostem Świętokrzyskim, który był idealnie pod wiatr. Ostatnia prosta, gdy z zakrętu wybiegliśmy na Czerniakowską, to był prawdziwy test głowy. Nogi już ciężkie, zaczęły się pierwsze skurcze w łydkach, przeszkadzały podmuchy bocznego wiatru. To była  walka, żeby utrzymać tempo. Do mety zostały cztery kilometry.
O, doceniłam wtedy wszystkie treningi półmaratońskie (oczywiście te, które udało mi się zrealizować :), wszystkie moje zmagania z wiatrem, wszystkie pętle wokół Fortów, gdy w głowie po kilka razy stwierdzałam, że odpuszczam, nie dam rady, ale nogom kazałam biec dalej.
Teraz też kazałam, choć ostatni kilometr dłużył mi się jak dziewiąty miesiąc ciąży ;)


W co się wpatruję? Oczywiście w zegar nad linią mety :)


1:36:51. 82 kobieta na 3406 startujących. Podoba mi się. Tak, po prostu. Bez żadnego jęczenia, że, gdyby wszystko poszło zgodnie z planem, to nie wiadomo co by było. Ale nie poszło. Rzadko kiedy u nas idzie wszystko zgodnie z planem ;)







Co teraz? Teraz przeproszę się z Moczydłem, pagórkami na Forcie Bema i generalnie terenem. Czas wrócić w góry, za miesiąc bieg w Innsbrucku.


środa, 13 września 2017

Wrzesień

Wrzesień
W piątek na Fejsbuku przeżywałam Plan Treningowy i powrót z piątego treningu biegowego w tygodniu. Pewnie są takie osoby, które wzruszą ramionami i nie będą widzieć w tym nic niezwykłego, bo same biegają podobnie, albo i więcej. Dla mnie to wielkie WOW. Ludzie, ja do tej pory biegałam trzy razy w tygodniu. Jak dobrze szło. A tu pięć. I żyję :)

  W dodatku poprzedni tydzień, szczególnie końcówka, obfitował w wydarzenia z serii "codzienne życie rodziny z czwórką dzieci". A w tym codziennym życiu może wydarzyć się WSZYSTKO. I pierwotnie o tym "wszystkim"miał być ten wpis. Ale stwierdziłam, że nie będę Was zanudzać opisami jak to postanowiłam zgodnie z życzeniem najstarszego syna pomalować mu dwie ściany w pokoju na szaro. Łatwa robótka na dwie godziny przerodziła się w wielki bałagan, gdy okazało się, że razem z taśmą maskującą odeszła farba z sufitu. 
  I że nie będę pisać jak to w ramach prezentu urodzinowego kupiłam młodszym hulajnogi, z którymi od razu popędzili do osiedlowego skateparku, a pięć minut później leciałam do nich, w myślach przypominając sobie gdzie jest w okolicy najbliższy szpital i czym do niego dojadę (mąż z naszym samochodem był w Austrii na Spartan Race). Bo średniak przyleciał z informacją, że dziecko nr 3 miało poważny wypadek. Na szczęście "poważny wypadek" okazał się być tylko guzem, a Szymona zastałam w wianuszku kolegów z przyłożonym do głowy kubkiem z shake'em z pobliskiego McDonald's.
  I nie będę również opisywać jak to wieczór i ranek, zamiast szpachlując dziury po odleźniętej farbie na suficie, spędziłam w łazience z odpowiednim szamponem, maszynką do golenia i gęstym grzebieniem, po radosnym tekście średniaka, że chyba wie dlaczego swędzi go głowa...
O zatkanym na amen zlewie też Wam nie będę pisać. O poszukiwaniach prezentu urodzinowego dla kolegi dziecka nr 1 również (to, mamo, to jest idealne - powiedział jedenastoletni syn wciskając mi w ręce grę od lat 16, która polegała na czyszczeniu miejsc zbrodni. Po. Moim. Trupie. Wybieranie prezentu akceptowalnego dla mnie trwało następne dwie godziny) Parę innych rzeczy również przemilczę.
 A do tego wszystkiego po mieszkaniu szalało tornado Matylda, które jeńców nie brało.
Nie, nie będę Wam o tym wszystkim opowiadać :)



Opowiem o Półmaratonie Praskim, który przetoczył się przez prawobrzeżną Warszawę na początku września i w którym to pobiegłam razem z mężem. Tak naprawdę razem. W sensie, że nie "każdy sobie rzepkę skrobie" - tylko noga przy nodze.

Pierwotnie planowałam przebiec to sama. Ba, był nawet taki moment parę miesięcy temu, że przez chwilkę przemknęło mi przez głowę walka o nową życiówkę. Organizm przypomniał mi jednak, że na takie harce to jeszcze za wcześnie. To nie jest rok życiówek. To jest rok wracania do biegania i budowania jako takiej formy. Przeciążenie nogi, a potem jakiś wirus, który powalił mnie 40 stopniową gorączką, skutecznie przekreślił moje głupiutkie pomysły :).
No to jak nie życiówka to co? I wyszedł z tego bieg bez założeń. Bieg bez stresu, bez pilnowania tempa. Szybko, jak na moje aktualne możliwości, ale bez ściany, która dopadła mnie w marcu, z fajnym długim finiszem.

Po raz pierwszy w swojej historii tegoroczny Półmaraton Praski startował wieczorem. Organizatorzy chcieli uniknąć upałów, które bezlitośnie towarzyszyły poprzednim edycjom. Decyzja bardzo dobra, choć, o ironio, w tym roku upałów nie było. 
Muzyka, światła, lasery i start. Start i....kilkadziesiąt metrów dalej zator taki, że wszyscy stanęli. Współczułam ludziom, którzy szykowali się na życiówki. Nam ten pierwszy kilometr wyszedł wolniejszy od reszty o dobre 40 sekund.
A potem... a potem biegłam. Na zegarek przestałam zerkać po trzecim kilometrze. Starałam się tylko pilnować męża, co z reguły mi się udawało. Tibor też starał się trzymać tempo na miarę moich możliwości. Byłam bardzo ciekawa jaki czas nam z tego wyjdzie, czy utrzymam w miarę równe tempo do końca i czy organizm nie powie, że pier*oli, nie jedzie. Moje obawy były o tyle uzasadnione, że kochane dzieci sprzedały mi jakiegoś wirusa jelitowego. Na szczęście w porównaniu z tym, jak kilka dni wcześniej czuły się dzieciaki, u mnie poszło lajtowo. Ot, raz na kilkanaście minut łapał mnie gwałtowny, zginający ból brzucha. Dolegliwość w sam raz na przebiegnięcie dwudziestu jeden kilometrów ;). Z tej przyczyny na punktach żywieniowych nie brałam nic oprócz wody. Raz, na 13 kilometrze skusiłam się na łyka izotoniku i od razu tego pożałowałam, bo żołądek przywołał mnie do porządku. Tubki żelu spoczywającego w kieszonce spodenek nie odważyłam się otworzyć. Miałam nadzieję, że glikogenu i wytrzymałości wystarczy mi do mety, a bólowe dolegliwości nie nasilą się.
Poczułam, że mam zmęczone nogi po nawrotce na Wale Miedzeszyńskim. Nawrotka niestety oznaczała bieg pod wiatr, ale jakoś dawałam radę. Starałam się chować za plecami współbiegaczy. (za mężowskie plecy nie dało rady, bo jak tylko orientował się, że biegnę tuż za nim, uznawał, że biegnie za wolno i przyspieszał - o powodach jego zwiewania dowiedziałam się po biegu, gdy wymienialiśmy wrażenia).
Koło 19 kilometra zaczęliśmy przyspieszać. Jaka to była fajna końcówka! Z jednej strony czułam, że tempo jest jak dla mnie bardzo mocne i pojęcia nie miałam czy takie utrzymam. Ale biegłam. Chłop gdzieś mi migał z przodu, od czasu od czasu niestety wykrzykując w moją stronę hasła motywujące.
Piszę "niestety", bo ja nie cierpię jak się do mnie gada w trakcie dużego wysiłku. Co prawda do tej pory ta zasada działała podczas podjazdów na rowerze - ale okazało się, że na bieganie też się przekłada.
Utrzymałam tempo. Na ostatnim kilometrze wyprzedziliśmy jeszcze ponad pięćdziesiąt osób. 
Na błoniach Narodowego, w świetle pochodni, po godzinie i czterdziestu siedmiu minutach przekroczyliśmy linię mety.



O, jakże inne było moje samopoczucie od tego z Półmaratonu Warszawskiego. Wtedy byłam wykończona. Ostatnie siedem kilometrów umierałam, nie było żadnego finiszu, bo nie miałam siły. Wszystko mnie bolało: mięśnie, ścięgna, stawy, szczególnie w okolicach miednicy. To było pół roku po cesarce, 4 miesiące od rozpoczęcia biegania po porodzie. Mój organizm dostał wtedy w dupę mocno. Teraz blisko rok od porodu, wszystko wyglądało inaczej. Nie tylko czas był lepszy, ale czułam się o wiele mniej zmęczona. Powiem więcej: chyba pierwszy raz nie miałam żadnych zakwasów po biegu.
Na wszystko potrzeba czasu i cierpliwości jak widać.



A do Transgrancanarii zostały 23 tygodnie...

sobota, 1 kwietnia 2017

OS po latach

OS po latach
O co chodzi z tytułem? Pozwoliłam sobie sięgnąć do wspinaczkowego nazewnictwa. OS w żargonie wspinaczy oznacza najbardziej pożądane, czyste przejście drogi, bez jej wcześniejszej znajomości, on sight - od strzału. Jak się domyślacie taki styl jest możliwy tylko raz, gdyż każda następna wspinaczka na danej drodze będzie już pozbawiona tej "dziewiczości". Nieoficjalnie, żartobliwie, czasami używa się określenia "OS po latach". Czyli niby się tą drogę już robiło - ale było to tak dawno temu, że człowiek ni huhu nie pamięta trudności, kluczowych chwytów, patencików. Świeżynka - mimo, że oficjalnie on sightu po raz drugi w kajeciku przejść wpisać sobie nie można.

26 marca stając na starcie mojego siódmego półmaratonu czułam się taką świeżynką z odzysku. I co z tego, że półmaratonów na koncie mam kilka. Że dłuższe dystanse już biegałam, a 21 kilometrów to treningowo byłam w stanie pyknąć, ot, tak z marszu niemalże. Ciąża, cesarka i połóg wszystko zmieniły. I to jak i czy w ogóle przebiegnę ten dystans było dla mnie  jedną wielką niewiadomą.

Na półmaraton zapisałam się 11 listopada, zanim zaczęłam biegać po porodzie. Byłam pełna nadziei, że wszystko pójdzie dobrze.
Że Matylda - wtedy potwornie do mnie przyklejony niemowlaś - mając pół roku wytrzyma beze mnie te dwie godziny.
Że dam radę jako tako ogarnąć bieganie na tyle, by moje nogi dały radę kręcić przez 21 kilometrów.
Że się nie skontuzjuję przed zawodami, tak jak przed debiutem (klasyka gatunku: shin splints)
Że moje stawy wytrzymają nadprogramowe kilogramy. Bo w dniu zapisów ważyłam 10 kilo więcej niż przed ciążą.

Zaczęłam biegać 13 listopada. Do dnia startu wykonałam 49 treningów biegowych i 6 treningów ogólnorozwojowych (zapisałam się do klubu fitness, żeby wzmocnić inne części mojego ciała - na przykład brzuch). Przebiegłam prawie 380 km.  Dwa razy wzięłam udział w zawodach na 5 km. Mój pociążowy balast zmniejszył się o 8 kg,

Niewiele tych kilometrów- ale zaczynałam od zera. Nie chciałam przegiąć - musiałam wziąć pod uwagę Matyldę przede wszystkim, musiałam wziąć pod uwagę moje ciało, które cały czas dochodzi do siebie po trudach ciąży i czwartym cesarskim cięciu. No i bałam się ewentualnej kontuzji.

W planach miałam powoli, powoli zwiększać maksymalny dystans, tak, żeby dojść do 15 kilometrów. Nie udało się. A to czasu nie było, a to Matylda kwękała, a to pogoda nie pozwalała. A gdy raz jeden jedyny wszystko się zgrało: czas, pogoda, moja forma - to jelita me się zbuntowały i musiałam wcześniej pędzić do domu :)
Najdłuższe moje bieganie wyniosło 12,2 km. Tyle mi musiało wystarczyć do przebiegnięcia półmaratonu.

Jak mi poszło? No muszę powiedzieć, że w swoim debiucie sprzed czterech lat wykazałam się większą dozą rozumu :)) Stanęłam sobie wtedy grzecznie z tyłu, przez pół dystansu biegłam nie szarżując, potem uznałam, że mogę przyspieszyć, bez problemu to zrobiłam i wykrzesałam jeszcze siły na ładny finisz. Czas wtedy osiągnęłam gorszy niż teraz, 1:58 z kawałkiem, ale po prostu ładnie pobiegłam.
Teraz... cóż... Teraz zdecydowanie do głosu doszło serce i to ono rządziło moimi poczynaniami:)
Tak więc stanęłam w strefie na godzinę pięćdziesiąt - pomimo, że głowa stłumionym głosem próbowała mi powiedzieć, że nie ma szans, żeby taki czas zrobić. Ale co tam głowa - niech siedzi cicho! Obok siebie miałam Ewę, moją rzeźnicką partnerkę, która biegła półmaraton treningowo. Ostatni raz biegłyśmy razem właśnie na Rzeźniku - więc jakże mogłam podreptać do dalszych stref czasowych, no jak?
No i jeszcze ta atmosfera, ten tłum. Heloł - to półmaraton! Tu się walczy, tu się biega. A ja ostatni raz taki dystans biegłam rok temu, a walczyłam o cokolwiek jeszcze dawniej.

Pomimo zimna humory przed startem dopisywały
fot. Ren A.Gąs


Do 12 kilometra biegło mi się wyśmienicie. Ze średnim tempem około 5:10 min/km. (chyba nawet szybciej, bo sprawdzałam potem  międzyczasy. Do 10 kilometra prognozowano mi złamanie 1:50) To się musiało źle skończyć - ale tak jak mówiłam serce dyktowało warunki. Na zbiegu przy Agrykoli tak puściłam nogi swobodnie, że tempo z całego kilometra wyszło 4:38! Super było, biegło się świetnie, nawet pogoda coś zaczęła się poprawiać i moje ręce przestały być zgrabiałe.
Na 13 kilometrze pożegnałam się z Ewą, która wg swoich zaleceń treningowych miała przyspieszyć. A ja poczułam pierwsze delikatne wrażenie, że dotychczasowe tempo utrzymać będzie trudno.
Na piętnastym kilometrze byłam już tego pewna. Na tyle pewna, że postanowiłam posilić się żelem, który szczęśliwie przed startem dostałam od Kasi- Rakiety. Pomimo tego tempo powoli, powoli szło w dół.
A potem był siedemnasty kilometr, a na nim podwójny podbieg: na estakadę nad Rondem Starzyńskiego i zaraz za nim na most Gdański.
I to był koniec. Jeśli ten żel cokolwiek mi dał, to wszystko zostało na tych dwóch podbiegach.
Przebierałam nogami prawie zmuszając się do każdego kroku. Oczywiście w duchu stwierdziłam, że to bieganie jest przereklamowane, do bani, ja się do tego już chyba nie nadaję i na ch...olerę mi te półmaratony i maratony.

Końcówka, za mną z lewej strony znacznik 20 kilometra. Że jestem zmęczona można poznać po mojej prawej ręce. Nie kontroluję jej wtedy, wywijam wtedy dłoń do góry , a całą rękę podkurczam.


A potem na sam koniec pojawiła się kostka brukowa na Bonifraterskiej. I to już był gwóźdź do mojej biegowej trumny. Nie wykrzesałam ani grama siły na finisz, nie byłam w stanie. Wlokąc się dotarłam aż do mety. Czas? 1:52:12.  Jak na czwórkę dzieci i pół roku po porodzie - czas na szóstkę. Ale wykonanie i styl: pała.

Jak to wszystko wytrzymało dziecię nr 4?
Na start udaliśmy się całą rodziną. Plan był taki, żeby jeszcze przed startem Matyldę zatankować. Ta jednak popsuła mi szyki, bo zasnęła. Postanowiliśmy jej nie budzić. Jej pierwsza drzemka jest najdłuższa. Przy dobrych wiatrach mogła dospać do mojego finiszu.

Kibice


Mąż z dzieciakami miał stać w różnych miejscach na trasie i kibicować. Zobaczyliśmy się tylko raz, na samym początku. Potem gdzieś mu zniknęłam w tłumie. Ponieważ nie był pewien czy mnie przegapił czy biegnę wolniej, na wszelki wypadek poczekał tak długo, aż pojawiły się zające z czasami powyżej dwóch godzin. Uznał, że tak wolno to chyba nie biegnę i z dzieciakami ruszył w kierunku mety.  Nie wiem jak to się stało, ale nie ustaliliśmy z mężem gdzie się spotykamy po wszystkim. Ale spokojnie - mój mąż był przewidujący. Wysyłał smsy mojej komórce. Komórka tkwiła w torbie, która z kolej kołysała się przy wózku prowadzonym przez mojego męża :))
Jakimś cudem udało nam się odnaleźć (facet z czwórką dzieci jednak rzuca się w oczy). Trwało to jednak dłużej niż zakładaliśmy. Matylda zdążyła się już obudzić, zgłodnieć i zniecierpliwić. Na tyle bardzo, że jak mnie zobaczyła, zamiast oszaleć z radości, że przybył drink bar, zrobiła mi karczemną awanturę. Łaskawie zjadła z jednej piersi, przeszła do ciągu dalszego awantury, a następnie odmówiła odłożenia do wózka :)



Ot i cała historia mojego pierwszego po porodzie półmaratonu. Z jednej strony ten start pokazał, że pod wieloma względami nie jest tak źle z moją formą. Z drugiej pokazał miejsce w szeregu :)

Co dalej? Cóż...będę dalej biegać, choć to takie przereklamowane :P W połowie maja będę szlajać się po Kampinosie na Biegu Łosia.

Jeszcze nie odchodźcie. Jeszcze jedna ważna rzecz związana z Półmaratonem Warszawskim.
Jak wiecie wybrałam charytatywną ścieżkę startu w ramach akcji #biegamdobrze. Wybrałam Fundację Wcześniak i na jej konto starałam się wszystkich dookoła namówić na wpłatę. Uzbierane przynajmniej 300 zł oznaczało dla mnie pakiet startowy.
Udało się zebrać dwa razy więcej:) Dokładnie 600 zł :)
Dostałam takie oto podziękowanie - ale tak naprawdę należy się ono Wam - moi drodzy wpłacający Znajomi i Nieznajomi. Dziękuję.




piątek, 24 marca 2017

Relaks przed biegiem

Relaks przed biegiem
Pojutrze półmaraton. Zgodnie z zasadami powinnam już powoli leżeć i pachnieć :) No, miałam zamiar jutro naprawdę na króciutko wyjść i przewietrzyć nogi.
Ale jak to u mnie już bywa: zasady zasadami, a życie swoje.

Parę dni temu okazało się, że chłop mi wybywa na cały dzień służbowo do Katowic. To oznaczało, że coś koło 5.30 rano znika na pociąg, a pojawi się po dwudziestej. A to oznaczało, że całą logistyką dzieciową muszę zająć się ja.

Na co dzień odprowadzaniem dzieciaków do szkoły zajmuje się mój mąż, ja jestem zarządzającą wszystkim co przed wyjściem - czyli budzeniem, popędzaniem, robieniem kanapek. I przyznaję się bez bicia-  robię to jeszcze piżamie :) Dopiero po zamknięciu się drzwi za mężem i dzieciarnią, po nakarmieniu Matyldy, odłożeniu jej na poranną drzemkę - biorę się za swoje ubieranie.
Teraz musiałam się spiąć - ubrać siebie, Matyldę, rozwiązać kwestię zaginionych skarpetek najstarszego, zająć się "nie mam spodni mamo!" Zrobić kanapki, zlokalizować porzucone dzienniczki, podręczniki, kredki, gdzieś w tym wszystkim nakarmić Matyldę i nie pozwolić jej odpłynąć. Wyjść z domu,biorąc poprawkę na potrzebny dodatkowy czas na  zapakowanie do wózka panny.
Pierwsza część poranka odhaczona.

Miesiąc temu umówiłam sobie wizytę u dermatologa w związku z moimi wypadającymi po porodzie włosami. Godzina wizyty nie pozwoliła mi na długi pobyt w domu. Zdążyłam zjeść kanapkę i popić kawą. Znów - ubieranie dziecka nr 4, po raz kolejny w dół po schodach z trzeciego piętra.
Od lekarza wyszłam z listą różnych specyfików do kupienia i z myślą, że chyba bardziej ekonomicznie wyjdzie mi jednak wyłysieć :].
Ponieważ znalazłam się w stosunkowo bliskiej odległości od biura zawodów, które za godzinę miało otworzyć swe podwoje - postanowiłam odebrać swój pakiet. Wybrałam dojazd drugą linią metra. Ominę niezliczoną ilość wind, którymi musiałam zjeżdżać i wjeżdżać, ominę te kilka, które akurat były "chwilowo nieczynne, przepraszamy", ominę moje odkrycie, że na powierzchnię wychynęłam z nie z tej strony jezdni.
W końcu znalazłam się koło Stadionu Narodowego, w którego trzewiach mieściło się biuro zawodów. Stadion musiałam obejść prawie cały, bo z metra wylazłam dokładnie  drugiej strony.
Kto okolice tego przybytku zna, ten wie, że dookoła najeżony jest licznymi schodami. O, ale ja chciałam być sprytna i gdy tylko pojawiały się podjazdy/rampy, korzystałam z nich, żeby jak najszybciej znaleźć się jak najwyżej. Pamiętałam odbieranie pakietów sprzed dwóch lat bodajże i wejście na górę po schodach.
No i cóż. Gdy już obeszłam cały ten stadion, gdy już znalazłam się na samej górze, dostrzegłam balony reklamowe przy wejściu do biura.

Dwa poziomy niżej.

Nie chcecie wiedzieć co mełłam pod nosem szarpiąc się z wózkiem na schodach - bo obchodzić stadion po raz drugi w poszukiwaniu ramp już mi się nie chciało.
Potem okazało się,że nie tylko ja wpadłam na pomysł, żeby pakiet odebrać tuż po otwarciu biura. Dużo osób tak pomyślało. Zaskakująco dużo :) Na szczęście biegacze to ludek życzliwy i w kolejce stać nie musiałam :)

To teraz do domu. Przecież mam bezpośredni tramwaj. Niestety okazało się, że oddzielało mnie od niego przejście podziemne, takie klasyczne: ze schodami i bez windy. Miałam dość schodów - wybrałam podwózkę autobusem i przesiadkę.
A potem Matylda zaczęła coraz bardziej oznajmiać, że jest głodna. Wytrwałyśmy jeszcze parę przystanków, wysiadłam na szczęście już jakby w mojej okolicy, na wysokości Lasku na Kole. Z przystanku popędziłam  w jego kierunku szukać jakiejś miłej ławeczki.
Na przystanek nie wróciłam. W tym miejscu wsiadanie i wysiadanie z tramwaju odbywa się na jezdni. Nawet przy niskopodłogowym pojeździe manewry z wózkiem są mocno utrudnione. Przeszłam przez cały Lasek ku bardziej przyjaznemu przystankowi i już bez dalszych przygód dotarłam do domu.
Dotarłam akurat po to, żeby zjeść kanapkę, napić się herbaty, przyszykować rzeczy na basen (bo młodsi po szkole mają zajęcia z nauki pływania), ubrać z powrotem Matyldę i ruszyć po chłopaków do szkoły.

W szkole okazało się, że dziecko nr 2, które dziś miało wycieczkę, jeszcze z niej nie wróciło. W wyniku obsuwy zdałam sobie sprawę, że najprawdopodobniej na basen nie zdążymy. Gdybym jeszcze te rzeczy miała przy sobie - ale nieopatrznie zostawiłam je w domu, nie przewidziawszy opóźnień.
Z 40 minutowym niedoczasem ruszyliśmy w kierunku przystanku. O dziwo szybko przyjechał tramwaj. Stwierdziłam, że może nie wszystko stracone. Oczywiście znów wszystko odbywało się na wariata. Wystrzeliliśmy z tramwaju w kierunku domu. Chłopcy zostali z wózkiem przed klatką, ja wykonałam mega sprint na górę po rzeczy basenowe. Zdążyliśmy!
Wolną godzinę wykorzystałam na zakupy w pobliskim markecie. Powrót do domu nie był spokojny, bo zmęczona Matylda głośno oznajmiała okolicy swoje niezadowolenie.

I tak o godzinie 18.30 wreszcie mogłam troszkę pomieszkać :)




Nie, nie idę jutro wietrzyć nóg. Dziś je wywietrzyłam wystarczająco.
Nie, nie stresuję się biegiem, nie myślę o tym co będzie. Skoro przeżyłam dzisiejszy dzień - przeżyję i półmaraton :)))




niedziela, 3 kwietnia 2016

Lizbona

Lizbona
Postanowiłam sprężyć się z wpisem o Lizbonie, bo za chwilę net zaleje fala relacji z Półmaratonu Warszawskiego i nikt mnie nie będzie chciał czytać ;)

Półmaraton został zaklepany dość dawno. W Portugalii nas jeszcze nie było; słyszeliśmy dużo dobrego o Lizbonie, więc postanowiliśmy połączyć przyjemne z przyjemnym czyli półmaraton ze zwiedzaniem. Wyjazd miał być krótki, bo tylko trzydniowy.
Gdy okazało się, że jestem w ciąży, było trochę zastanawiania się czy lecieć. Tym bardziej, że przez moment prognozy pogody były dość zniechęcające: miało przez cały czas lać.
Ostatecznie zdecydowaliśmy się na wyjazd, z tym, że ja, oczywiście, cały bieg zamierzałam potraktować totalnie lajtowo: powolne truchtanie, przechodzenie do marszu i robienie zdjęć w trakcie.

W Lizbonie pojawiliśmy się o pierwszej w nocy czasu lokalnego. Wyjazd był planowany dawno temu i pierwotnie ze względów oszczędnościowych chcieliśmy do rana przekimać po prostu na lotnisku a hotel zabukować tylko na dwie noce. Po pierwsze okoliczności się trochę zmieniły ;), a po drugie lizbońskie lotnisko jest wybitnie mało przytulne - a parę razy miałam okazję na różnych europejskich lotniskach spać. Tibor to samo pomyślał - bo bez specjalnego namawiania wyciągnął telefon i zaczął załatwiać z hotelem dodatkowy nocleg.

Następny dzień spędziliśmy na łażeniu po mieście i przemieszczaniu się ku miejscu odbioru pakietów.
To ostatnie poszło dość sprawnie. Numery startowe były niestety bezimienne. Szkoda - bo zawsze po imionach można później w tłumie wyhaczyć rodaków. Dostaliśmy również po koszulce adidasa. Mam nadzieję, że kiedyś zdołam się w nią wcisnąć - bo zdążyłam już zaokrąglić się tu i ówdzie i chwilowo średnio się w nią mieszczę :)

Wieczorem zaczęliśmy układać plan działania na start. Zaczęliśmy od zerknięcia jak układają się strefy startowe - i tu pierwsze zdziwienie. Nie ma żadnych stref startowych. Żadnych zajęcy prowadzących na określone czasy w związku z tym również. Tu Tibor trochę się stropił, bo jednak chciał spróbować powalczyć o jakiś dobry czas, a wizja przeciskania się przez tłum wolniejszych biegaczy trochę mu plany psuła.
Drugie zdziwienie przeżyliśmy po odkryciu, że organizatorzy nie przewidzieli żadnych depozytów. No niby nie byliśmy w środku zimy, ale wczesną wiosną nawet w Lizbonie ranki są dość rześkie.
Dokładne przyjrzenie się mapce trasy pozwoliło odkryć przyczynę: start był hektar drogi od mety. I tym samym wyjaśniła się następna zagadka: dlaczego elita ma trochę inną trasę niż reszta. Najprawdopodobniej trasa w Lizbonie nie ma atestu - właśnie ze względu na odległość startu od mety. Więc, żeby przyciągnąć szybkich biegaczy, dla nich start zrobiono w innym miejscu.
Trochę to, powiem, nieładne jest. Jeśli komuś zależy na wszelkich formalnościach - może się zdziwić. Z drugiej strony elita omija najładniejszą część trasy, moim zdaniem - czyli bieg Mostem 25 Kwietnia. Bo reszta trasy to już latanie w te i nazad po jednej, nadbrzeżnej ulicy.


Czekamy na pociąg, który miał nas zawieźć w pobliże startu

Podążamy za ludźmi w kierunku startu

A ludzie podążają za nami :)

Jesteśmy!

I pozostałe 50 tysięcy osób również...

Na tym ostatnim zdjęciu co wprawniejsze oko domyśli się gdzie Portugalczycy wymyślili start. Tak, to bramki na autostradę. Tuż za mostem miała ona swój początek. W sumie miejsce idealne, żeby pomieścić taki tłum.

Start jakoś tak nas zaskoczył. Po prostu nagle spostrzegliśmy, że ludzie ruszyli - więc ruszyliśmy i my. Małżonek prawie od razu zniknął mi z oczu - jednak chciał spróbować wykręcić jak najlepszy czas. A ja....a ja nic nie musiałam :) Truchtałam sobie niespiesznie, z boczku, starając się nie przeszkadzać innym biegaczom, gdy zwalniałam, czy wręcz zatrzymywałam się, żeby porobić fotki. Z mostu był widok na całe miasto poniżej.



Ja jeszcze na moście, a dołem już płynie rzeka biegaczy


Tak jak już pisałam - to była najładniejsza część biegu. Potem zlatywało się na dół - najpierw ulicą w jedną stronę, nawrotka, potem w drugą stronę - druga nawrotka - i skręt do mety.
Z jednej strony z tej Lizbony nie widzi się praktycznie nic. Z drugiej należy pamiętać, że to miasto do płaskich zdecydowanie nie należy, oj nie. Myślę,że gdyby przeprowadzić bieg przez środek, orgowie spokojnie mogliby powalczyć o przyznanie punktów kwalifikacyjnych do UTMB ;)

Więc tak sobie truchtałam niespiesznie, od czasu do czasu zerkając na zegarek, żeby pilnować tętna, cykałam fotki jak się dało i... od pewnego momentu nudziłam się jak mops :)





Trasa na koniec wyprowadzała na przedmieścia

Nie wiem co za czas pokazywał ten zegar - ale to na pewno nie był czas od momentu startu. W tym momencie na trasie byłam już blisko dwie godziny

Jeszcze dopóki zajęta byłam wypatrywaniem Tibora, jakoś nudy nie odczuwałam. Ale gdy już się minęliśmy, ostatnie pięć kilometrów zaczęło mi się dłużyć jak nigdy. Na ostatnich 3 kilometrach już nie wytrzymałam i łamiąc wszelkie zasady trzymania odpowiedniego poziomu tętna w ciąży, przyspieszyłam, żeby szybciej znaleźć się na mecie.


Na trasie byłam 2 godziny i 2 minuty z haczykiem



Z Tiborem na szczęście szybko się znaleźliśmy (biedaczek - trochę się na mnie naczekał, 20 minut). I stanęliśmy do upiornie długiej kolejki po lody:) Tak, tak - na mecie rozdawali lody :)
A potem szybko zwialiśmy z okolicy. Niby meta była usytuowana blisko jednej z atrakcji turystycznych, dzielnicy Belém. Ale jak do tłumu turystów doda się te kilkadziesiąt tysięcy biegaczy - to człowiek miał ochotę prysnąć jak najszybciej się da, co okazało się nie takie proste

Kolejka po lody




Niby od razy złapaliśmy pasujący nam tramwaj, ale okazało się, że ten akurat miał jakąś skróconą trasę i parę przystanków dalej musieliśmy go opuścić. Długo nic nie nadjeżdżało, więc po prostu ruszyliśmy na piechotę, od czasu do czasu szczękając zębami. Co prawda pierwotne prognozy pogody nie sprawdziły się - ale nad Lizbonę od czasu do czasu nadciągały chmurzyska i przelatywał taki "showerek". Temperatura wtedy od razu przestawała być przyjemna.

Następny dzień to było znów włóczenie się po mieście, a potem powrót do domu.

Jak mogę to wszystko podsumować. Cóż - to nie jest najładniejszy bieg. Dla samego półmaratonu nie warto się tam pchać moim zdaniem. Chyba, że ktoś ma w planach dłuższy pobyt w Portugalii - to czemu nie.
Sama Lizbona również mnie nie urzekła (o, wiem, że są osoby, które zaraz mnie zlinczują ;). Nie zrozumcie mnie źle. Wiele rzeczy było malowniczych, ładnych. Ale tak ogólnie to dość zaniedbane miasto. Szczególnie powala ilość pustostanów, czasami było to kilka kamienic pod rząd, również w centrum. Robiło to dość przygnębiające wrażenie.
Na pewno komiczne są tramwaje. Czasami człowiek nie mógł uwierzyć, że toto jest w stanie podjechać pod te wszystkie górki i podjazdy Same tory też są kładzione z ułańską fantazją.
Dwa lata temu biegliśmy półmaraton w Barcelonie. Po tym pobycie stwierdziłam - i dalej swoje zdanie podtrzymuję - że chciałabym kiedyś w tym mieście pobiec maraton. Tak, Barcelona mnie urzekła zdecydowanie- o Lizbonie tego nie mogę powiedzieć.
Ale chciałabym kiedyś poznać lepiej Portugalię kontynentalną.

A na koniec kilka zdjęć. Pewnie nie będzie po nich widać dlaczego kręcę nosem na to miasto :) Ale ja zawsze staram się robić zdjęcia rzeczom, które mi się podobają.














Copyright © 2016 Matkabiega , Blogger