wtorek, 20 sierpnia 2019

Stranda część1

Stranda część1
Klęska urodzaju, normalnie! W przeciągu jednego tygodnia wydarzyło się sporo, a w głowie mam obrazy warte milion dolców co najmniej.
Zacznę jednak chronologicznie, od Norwegii.

Nie pamiętam jak dotarłam do filmiku reklamującego bieg górski w norweskiej Strandzie. W każdym razie wyświetliłam go i zobaczyłam ludzi biegnących w fantastycznych okolicznościach przyrody: góry, fiordy, no, typowa norweska bajka. To było w zeszłym roku, w kwietniu. Film pokazałam Tiborowi. Ten odpalił tryb "planowanie" i w październiku byliśmy już na liście startowej :)

I wszystko byłoby proste i nie wzbudzało jakichkolwiek emocji, gdyby nie fakt, że zamarzył mi się Bieg Ultra Granią Tatr. Będzie o tym biegu oczywiście osobny wpis, teraz tylko napomknę - że marzenie o tej imprezie to jedno, a wystartowanie w nim to drugie.
Szansa raz na dwa lata - bo w takim cyklu jest rozgrywany. Żeby przystąpić w ogóle do losowania, trzeba wykazać się punktami kwalifikacyjnymi z innych biegów. A potem jeszcze mieć szczęście w samym losowaniu...
I rok 2019 jest właśnie rokiem, gdy BUGT się odbywa. I miałam punkty kwalifikacyjne... Tylko, że  odbywał się równo tydzień po Strandzie...
Pocieszyłam się, że martwić będę się później. Przecież może się okazać, że losowanie nie będzie łaskawe, a żal nie spróbować. A ja wiem co będzie za dwa lata? Wolałam powiedzieć, że próbowałam, ale zabrakło szczęścia w losowaniu, niż, że w ogóle nie próbowałam.

Do losowania przystąpiliśmy oboje. Małżonek znalazł się na liście szczęśliwców, ja na 22 miejscu listy rezerwowej. Biegowi znajomi mówili mi, że na bank zdążę wskoczyć na listę główną, więc zaczęło robić się ciekawie :)
Ale na razie był luty, przed nami był jeszcze start w Innsbrucku, kurs spadochronowy...

O, tak...Spadochrony mocno namieszały :) Weekendy zaczęliśmy spędzać na lotnisku. Sobotni rower, który miałam wpisany w Plan szybko odpuściłam. Walkę stoczyłam o niedzielny trening: wybieganie połączone z podbiegami na Moczydle. I o ile miałam zadawane 12-15 km, to wieczorem jeszcze udawało mi się te treningi robić. Ale jak objętość zaczęła się zwiększać - musiałam odpuścić. Wracając z lotniska o 21, mając jeszcze do ogarnięcia dzieci, nie byłam w stanie zrobić 25 czy 27 km z podbiegami.
Mąż miał w innym rytmie rozpisane treningi i wszystkie kluczowe udawało mu się zrobić. Mnie musiało wystarczyć bieganie w tygodniu plus kettle. Życie to sztuka wyboru - a ja ze skoków nie chciałam rezygnować.

Plan na Norwegię był taki: przylot w czwartek wieczorem, nocowanie w namiocie na łące na końcu pasa startowego, w piątek przejazd do Ålesund, zwiedzanie, przejazd do Strandy, odbiór pakietów. Sobota 10 sierpnia start, nocowanie na campie, a potem wbijamy w góry i turystycznie drepczemy do górskiego schroniska. Tam odpoczywamy, we wtorek wieczorem wracamy do Polski.
Potem okazało się, że pogoda i stan naszych nóg po biegu trochę nas utemperował i tego łażenia po górach było niewiele. Ale myślę, że bardzo dobrze, że tak wyszło.

Pakiety zostały odebrane, rano zostaliśmy zawiezieni autokarami na miejsce startu poza miastem.
O ósmej rano 129 osób, z czego 22 kobiety (na krótszym, 25 km dystansie, który startował godzinę po nas, kobiałek była już ponad setka), ruszyło na rundę po górach z widokiem na Storfjorden i Sunnylvsfjorden. Dwadzieścia procent z nich nie ukończyło biegu - ale to już opowieść na drugą część :)

Pierwszy nocleg nad brzegiem fiordu. Pięknie, tylko, że pierwszy samolot startował 6.50 :))





Ålesund




A to widok z portu w Strandzie

to też, tylko z trochę innego miejsca i w ciągu dnia


I nasz namiocik na campingu


czwartek, 1 sierpnia 2019

Wieści z frontu :)

Wieści z frontu :)
Właśnie się zorientowałam, że sierpień powiedział "dzień dobry, państwu", a ja blogaska zostawiłam z czerwcowym wpisem. Wpisem, w którym informuję, że cholernie boję się wyskakiwać ze sprawnego lecącego samolotu (co jakby jest zrozumiałe), ale mam zamiar robić to nadal (co pewnie jest już zrozumiałe mniej).

Od tamtego czasu poziom stresu i strachu zdecydowanie mi się obniżył. 
Już nie dostaję migotania przedsionków po usłyszeniu charakterystycznego sygnału, po którym można otworzyć roletę w samolocie. 
Nie potrzebuję reanimacji jak widzę kolejnych skoczków zabieranych przez powietrze (a to też wiąże się z jedynym swoim rodzaju dźwiękiem, takim szumem). 
Widok chmur pode mną zaczyna wydawać mi się całkiem naturalny, a na huk i hałas na zewnątrz przestałam zwracać uwagę. 
Jestem o wiele bardziej świadoma swojego ciała w przestrzeni i umiem lepiej nad nim panować. 
Ale w dalszym ciągu jestem żółtodziobem, który uczy się i poznaje ten spadochronowy świat.

fot. Olga Wiewiórka Żaglewska


fot. Przemysław Bocianek Lech


Oczywiście biegam jeszcze :) Choć nie jestem już tak pilną wykonawczynią Planu ;) No, nie da się po prostu. 
Z jednej strony wychodzi mi, że tragicznie nie jest, bo pomimo omijania prawie wszystkich treningów weekendowych, lipiec zakończyłam z 180 kilometrami na liczniku, ale z drugiej strony....

No właśnie: już za tydzień z kawałkiem czeka mnie i męża bieganie w Norwegii w ramach Stranda Fjord Trail Race. Niby jak na ultra, dystans raczej krótki, bo 48 km. Należy jednak pamiętać, że skandynawskie biegi są mocno techniczne. A jak jeszcze swoje grosze dołoży pogoda, to może być ciekawie.
Stranda to jednak mały pikuś ;)

Jak pamiętacie (a jak nie pamiętacie, albo gucio to Was obchodziło - to właśnie informuję), że w tym roku zamarzył mi się start w Biegu Ultra Granią Tatr. Punkty kwalifikacyjne, które umożliwiały mi spróbowanie szczęścia w losowaniu miałam. No i cóż. Mój mąż dostał się na upragnioną listę, a ja znalazłam się na 22 miejscu listy rezerwowej. Postanowiłam jednak traktować się jako startującą.
Na miesiąc przed biegiem trochę zwątpiłam, bo pomimo, że przesunęłam się w górę, to dalej okupowałam listę rezerwową. Aż tu parę dni temu dostałam upragniony telefon od organizatorów!
Tak więc Stranda to mały pikuś, bo tydzień później stanę na starcie jednego z trudniejszych biegów w Polsce. Będę miała 17,5 godziny na pokonanie 71 km po tatrzańskich szlakach  z 5 tys. metrów przewyższeń. I powiem szczerze, że rurka mi lekko mięknie i przed oczami mam wszystkie treningi, których nie zrobiłam ;)



Cóż, pozostaje mi liczyć, że baza zrobiona zimą i w ubiegłych sezonach, treningi uzupełniające (czyli kettle) plus to, że schudłam, wystarczą, żeby nie umrzeć, dobrze się bawić i zmieścić w limicie czasu. Bo szczerze mówiąc, nie oddałabym żadnego ze skoków, które zrobiłam zamiast biegania;)
Copyright © 2016 Matkabiega , Blogger