Pokazywanie postów oznaczonych etykietą trail. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą trail. Pokaż wszystkie posty

piątek, 4 sierpnia 2017

Fińskie Orzeszki cz.2

Fińskie Orzeszki cz.2
Po dojechaniu na start i odebraniu pakietów, głównie zastawialiśmy się czy sprawdzi się prognoza pogody. Dupnie czy nie dupnie w okolicach godziny startu?

Dupnęło. 
Szczerze mówiąc, to trochę bałam się czy Finowie nie puszczą nas w te potoki deszczu i grzmoty. Bo w sumie czemu nie? Przyzwyczajeni są do takiej aury. Przez mikrofon nawet stwierdzono, że mają nadzieję, że śnieg nie spadnie.
Po wychynięciu z auta okazało się, że moje obawy były bezpodstawne. Nie miałby kto tych biegaczy wystartować. Połowa obsługi reanimowała bramkę startową, która poddała się burzy i wiatrowi, a druga połowa trzymała namioty biura obsługi, żeby im nie odfrunęły.




Start przełożono o pół godziny.
Przejście burzy spowodowało, że zrobiło się zimno, wietrznie i mało przyjemnie. Szczękając zębami cieszyłam się, że jednak nie zrealizowałam pomysłu założenia krótkich portek i krótkiego rękawa plus rękawków.
Pierwsze widoczne wyzwanie naszego dystansu, góra Yllas, na której tle niecałą godzinę temu pozowałam do zdjęcia, teraz niknęła w chmurach. Chciałaś babo przygody na Północy - to ją będziesz miała.


50 minut przed startem...

...i ta sama góra 10 minut przed startem
Bardzo szybko zaczęło się wdrapywanie pod górę. Podłoże początkowo było piaszczysto- żwirowe, z wyżłobionymi przez niedawny deszcz "żlebami". Trzeba było uważać pod nogi, tym bardziej, że coraz bardziej zanurzaliśmy się w chmurę, widoczność dramatycznie spadła.
A potem pojawiło się gołoborze. Wielkie, ruchome kamulce. Jeszcze bardziej trzeba było uważać, gdzie się stawia nogi. Sprawy nie ułatwiał wiatr. Na górze wiało tak, że deszcz padał poziomo, a podmuchy przestawiały uczestników.



A potem w tej mgle, w tym totalnym mleku, które ograniczało widoczność do kilku metrów rozpoczął się stromy zbieg. W miarę zniżania się, otaczająca wszystkich mgła zaczęła się rozrzedzać. Widziałam coraz więcej ścieżki przede mną, coraz więcej ludzi dookoła. I nagle - bach! Jakby nagle ściany pudełka, w którym biegłam rozstąpiły się. Zobaczyłam dookoła siebie wyłaniające się z mgieł zbocza góry. Nagle przestrzeń odzyskała trójwymiar i było to tak nagłe i niesamowite, że aż zaparło mi dech.

To był jeden z takich obrazów, które zostają przed oczami na długo. Dla takich chwil - magicznych, ulotnych, biegam w górach.

Dalsza część trasy prowadziła przez las. Ale jaki las! Piękny, kipiący zielenią paproci i krzaków jagód. I ociekający wodą ;) Zarówno tą lecącą z nieba, jak i szumiącą w licznych potokach i strumieniach, które mijaliśmy. Ze zdumieniem stwierdziłam, że choć nie ma tutaj strzelistych turni, spektakularnych widoków - jest pięknie. I że to chyba jeden z piękniejszych biegów w jakich biorę udział. Zdania nie zmieniłam do końca - choć trasa dała mi w kość.
Po części zalesionej było znów skrabanko przez rumowisko skalne. Tam, pomimo najszczerszych moich chęci, miałam wrażenie,że poruszam się jak słoń w składzie porcelany: wolno i niezgrabnie. W przeciwieństwie do kolejnych Finek, które GADAJĄC, wyprzedzały mnie bez żadnego problemu. A potem znów zbieg przez kamulce, przez wąziutkie ścieżki najeżone mniejszymi kamykami. I znów do lasu - który tym razem przypominał mi podwarszawski Kampinos. Dostojne sosny i szeroka ścieżka najeżona mokrymi korzeniami.






Oprócz tych kamienistych podejść, biegło mi się całkiem dobrze. Jelita trzymały się nieźle, nie miałam kryzysu. Prawą nogę czułam, szczególnie na podejściach i podbiegach. Starałam się ją wtedy oszczędzać, trochę mieniać krok biegowy. I tak żarło, żarło, aż w okolicach 20 kilometra poczułam jak mięsień dwugłowy w mojej lewej nodze robi się twardy jak kamień i zaczyna boleć. Skurcz. Świetnie. Za moment będę się nadawać do Monty Pythona - pomyślałam. Właśnie było lekko pod górkę - więc prawą nogę oszczędzałam, bo czworogłowy, a lewą zaczynałam kuleć, bo skurcz w dwugłowym. Musiałam wyglądać komicznie. 
Miałam nadzieję, że zaraz przejdzie. Zamiast tego taki sam skurcz złapał mnie w drugiej nodze... 
I to już przestało być zabawne. Nie byłam w stanie biec. Jeszcze walczyłam, starałam się ignorować. Wiecie - "there is no spoon". Ale nic z tego. Ból, potworny ból w udach. Za chwilę okazało się, że z maszerowaniem też nie jest lepiej. Robiłam dziesięć kroków truchtem, potem przechodziłam do marszu, a potem usiłowałam rozciągnąć te dwa kamienie w moim udach. Nic z tego. Rozciąganie pomagało na kilka sekund. Po dwóch- trzech krokach wszystko wracało. Oczywiście moje tempo dramatycznie spadło. Znów jakieś tabuny Finek zaczęły mnie wyprzedzać. A ja zaczęłam się zastanawiać czy zdołam w ogóle dotrzeć do mety. Jedyne co mogłam zrobić, oprócz prób rozciągania, to dostarczyć mojemu organizmowi mikroelementów. Nędzne to były próby, bo żadnych szotów magnezowych nie miałam przy sobie. Zwiększyłam popijanie izotonika i wciągałam kolejne żele. Podejrzewałam, że to co się teraz działo to skutki mojej przedpołudniowej niedyspozycji. 
Z tego etapu pamiętam ulgę jaką poczułam, gdy zobaczyłam fragment trasy poprowadzony przez mega błocko. Takie błocko, że człowiek musiał uważać, żeby mu butów nie zassało. Przynajmniej nie było mi szkoda, że nie biegnę - bo teren uniemożliwiał szybsze poruszanie się. 
Las, ścieżka, droga wysypana trocinami (kijowo się po tym szło i truchtało. Podłoże było tak miękkie, że cała para na odbicie się szła w gwizdek). Przecinam jakąś szosę i znów zanurzam się w las, znów błocko - tym razem, żeby było zabawniej z górki.



I znów podejście. Znów znajome kamulce. Moje nędzne tempo umilały przynajmniej fajne widoki, bo poprawiła się pogoda



Kamienista ścieżka wymagała mega uwagi. Ostre kamienie, większość luźnych i po postawieniu na nich nogi traci się równowagę. Sama to odczułam na własnej skórze, gdy słysząc za plecami damskie głosy (znów??) usiłowałam przejść do biegu. Po dwóch krokach zahaczyłam nogą o kamień a moje łydki ostrzegawczo zapiekły. Ok, ok. Już będę grzeczna. Jeszcze tego by mi brakowało do kompletu – skurczu łydek.

Wreszcie upragniony zbieg. Po drewnianych kładkach rzuconych przez kamieniste zbocze. Ostrożnie stawiam nogi. Gdybym tu się potknęła – upadek na kamienie byłby bolesny. Jeszcze tylko dwa kilometry, jeszcze kilometr. Uda po chwilowej poprawie znów palą żywym ogniem – ale w dół jakoś daję radę.
Wreszcie docieram do tej cholernej mety ;) Już dawno pożegnałam się z myślą, ze uda mi się to zrobić poniżej czterech godzin- ale nieoczekiwanie zegarek wskazuje 3:57. Dziewiętnasta kobieta. Staram się nie myśleć, która byłabym, gdyby nie te skurcze.



Cieszę się, że to już koniec. Że to było tylko 30 kilometrów – jak głupio by to nie brzmiało. Zaczęłam współczuć Tiborowi tego co go czekało następnego dnia ;) 
(Mąż swoje 55 km pokonał, ale wbiegając na metę nie wyglądał najlepiej ;)

Za swoje skurcze płacę w następnych dniach wysoką cenę. To były najbardziej bolesne i najdłuższe doms-y w moim całym życiu ever. Nie sądziłam, że można mieć TAKIE zakwasy. Miałam duże problemy z poruszaniem się, z wsiadaniem i wysiadaniem z samochodu. Było tak źle, że musiałam wspomagać się środkami przeciwbólowymi




To był bardzo piękny, ale jednocześnie trudny, techniczny bieg. O bardzo zróżnicowanym podłożu. Nie wybaczający błędów. Bieg, który pokazał jak jeszcze dużo muszę się nauczyć, jeśli chodzi o sprawne poruszanie się w terenie.

Jestem zachwycona oznaczeniem trasy. Tu powinno robić się wycieczki i pokazywać jako przykład. Nie było takiej możliwości, żeby się pomylić (no dobra - mnie się raz udało :). Będzie o tym za chwilkę), skręcić tam gdzie nie trzeba. Wszystko dokładnie oznaczone pomarańczowymi chorągiewkami na długich kijkach. Przy rozgałęzieniu dróg ilość chorągiewek wzrastała - a jeszcze dodatkowo pojawiały się kartki ze strzałkami. Boczne ścieżki były zagrodzone taśmami.
Tylko raz udało mi się pomylić i wpakować na trasę 134 km. To było na punkcie odżywczym, gdzie obie trasy się krzyżowały. Nie była to wina orgów, tylko moja - bo nie spojrzałam się na oznaczenia. Na szczęście obsługa była czujna i po trzech dosłownie krokach zostałam zawrócona.

Nie, to nie było to miejsce, gdzie się pomyliłam





Nowością była dla mnie ilość startujących kobiet. W sensie, że było ich bardzo dużo. Na moim dystansie było ich 161. I tylko 105 panów. (55km: 325 panów i 222 panie; 134 km: 77 panów i 23 kobiety). Finowie w ogóle nie prowadzą wspólnej klasyfikacji. Osobno są listy kobiet i mężczyzn. I wiecie? Bardzo to mi się spodobało.

Podsumowując: z miłą chęcią dałabym się jeszcze kiedyś złomotać na tej imprezie, tylko na dłuższym dystansie.



I jeszcze parę zdjęć z mojej trasy:






Tam, u stop góry widocznej w oddali, czeka meta

Są sprawy ważne i ważniejsze :)


Tuż przed metą


A tu z trasy 55 km, dzień póżniej


to takie budujące jak pojawiasz się na starcie i na dzień dobry widzisz takie autokary :)


Tu też od razu na dzień dobry było podchodzenie na górę widoczną na drugim planie



Ostatnie metry



I na zakończenie mały bonusik. Takich gości mieliśmy na campingu:


czwartek, 3 sierpnia 2017

Fińskie Orzeszki cz.1

Fińskie Orzeszki cz.1
Znacie to, prawda? Robicie PLAN. To nawet nie plan przez duże P. Tam wszystkie literki są duże. Może to być plan na przebiegniecie pięciu kilometrów, albo setki, cyferki nie są tu ważne.
Jest. Plan. Idealny. Na miarę Waszych możliwości. A potem los szatańsko chichocze...


Właściwie sama trochę na własne życzenie sprawiłam, że moje przygotowania do zawodów wyglądały jak an rysunku z prawej strony.
Rozum mi odjęło i  zachłyśnięta tym, że dziecko nr 4 rosnąc pozwala mi na coraz więcej aktywności, zapomniałam, że w dalszym ciągu jestem w fazie rozkręcania się. I choć przeszłam długą drogę od mojego pierwszego marszobiegu dookoła bloku, to dalej moja aktywność, jej intensywność, jest o wiele mniejsza od tej sprzed ciąży.
A co zrobiłam? Nie dosyć, że w maju poszłam na rekord jeśli chodzi  ilość przebiegniętych kilometrów, to jeszcze postanowiłam do tych moich biegań wprowadzić elementy siły. I gdybym wprowadziła je powoli i stopniowo, pewnie nic by się nie stało. Ale skąd! Ja musiałam to zrobić na hurra. Polazłam sobie poskakać po schodach. Na jednej nodze, na drugiej nodze, skipy po schodach, skoki po dwa, po trzy stopnie. A co! Przecież Węgry, Góry Stołowe i Finlandia czeka!
No.

Prawa noga po tym pierwszym razie powiedziała dość. Trail na Wegrzech poleciałam biegając już bardzo z doskoku ze względu na nogę. Góry Stołowe odpuściłam w ogóle. Przed Finlandią poszłam po rozum do głowy i oddałam się w ręce fizjoterapeuty, który te moje spięte mięśnie jak się dało porozluźniał. Idealnie nie było - ale dolegliwości się zmniejszyły.
Efekt tego wszystkiego był taki, że na starcie stanęłam mając przebiegnięte w czerwcu 48 kilometrów, a w lipcu około 37. No taka baza, że ho ho...

Skąd w ogóle wytrzasnęliśmy Nuts Ylläs Pallas? Bieg wynalazł mój mąż. Planowaliśmy wakacje w Norwegii i małżonek zaczął sprawdzać czy w tym terminie nie ma jakiś biegów. Znalazł w Finlandii.
 Cała impreza to trzy dystanse do wyboru. 134 km, 55 km i 30 km. Najdłuższy dystans zalicza się do Discovery Race of Ultra Trail Word Tour (jako impreza polecana ze względu na miejsce, ale nie wlicza się do rankingu). Najdłuższa trasa jest o tyle nietypowa, że uczestnikom nie grozi bieganie w nocy. O tej porze roku na tej szerokości geograficznej (około 200 km za kołem podbiegunowym) trwają białe noce.
My wybraliśmy skromniej. Ja - 30 km. Tibor - 55 km. Było to możliwe dzięki temu, że impreza była dwudniowa. Jedna osoba biegła - druga zajmowała się dziećmi, a drugiego dnia była zmiana.

Jeśli myślicie, że brak treningów był moim jedynym problemem, to się mylicie. W dniu biegu nieoczekiwanie od samego rana rozpoczęłam regularne kursiki do toalety. I nie była to niestety zwykła nerwówka przed startem. Do godziny czternastej (start był po południu) miałam taki luz w spodniach, że na moje oko własnie osiągnęłam wagę startową. Fantastycznie po prostu...
Ratowałam się tym co miałam w apteczce: czyli smectą i probiotykami i miałam nadzieję, że to pomoże.



Co się działo tuż przed biegiem i w jego trakcie będzie w następnym odcinku ;) Na koniec kilka fotek.




Nocowaliśmy na campingu oddalonym kilka kilometrów od mojego miejsca startu. Biec miałam przez widoczne na dwóch pierwszych zdjęciach górki. A? Nie widzicie żadnych górek?:) Cóż - przez większość czasu wisiała na nich niska czapa chmur. Niestety, również w pierwszej fazie biegu.





To zdjęcie poniżej zostało zrobione wieczorem, po moim biegu. Tu trochę odsłoniła się góra Ylläs, na którą się wdrapywaliśmy. Ylläs i okolice to duży ośrodek narciarski oferujący trasy zjazdowe i biegowe. Ćwiczy tu również reprezentacja Finlandii.
Wiecie, że to zdjęcie zostało zrobione dobrze po godzinie 22?



Przebieg mojej trasy. Nad jeziorem Äkäslompolo był nasz camping.



A tu szersze spojrzenie na miejsce biegu. W chrust daleko. Choć dalej miejscem najdalej wysuniętym na północ, gdzie startowałam pozostaje Trom :)




====> część druga =====>

wtorek, 13 czerwca 2017

Węgry cz. 3 Salomon Visegrad Trail

Węgry cz. 3 Salomon Visegrad Trail
Punkt jedenasta ruszyliśmy. Dwieście czterdzieści cztery osoby, z czego połowa to płeć piękna. Ustawiłam się gdzieś bardziej z przodu - ale na pierwszych kilku kilometrach parę dziewczyn wciągnęło mnie nosem. Prawie od razu zrobiło się pod górkę.
Trasa szczęśliwie szła głównie lasami. Fragmenty na otwartej przestrzeni były straszne ze względu na bezlitosne słońce.

Nie jestem w stanie opowiedzieć kilometra po kilometrze. W głowie zostały mi obrazy, fragmenty. Część z nich nie umiem przypisać do konkretnego momentu biegu. Pamiętam ścieżkę idącą wśród wysokich, potężnych drzew, mam wrażenie, że głównie dębów. Ludzie wyglądali tak nędznie na tle tych konarów i pni, że aż wyciągnęłam telefon i usiłowałam w biegu zrobić zdjęcie.
Pamiętam przeloty polanami, gdzie człowiek od razu przyspieszał, żeby jak najszybciej skryć się pomiędzy drzewami. Pamiętam singletracki przez dzikie, pełne kolorowych kwiatów łąki, albo trawersujące zbocza ścieżki wprowadzające w bieszczadzkie klimaty.

Wiem, nieostre. Bo robione w biegu. 

Trochę bieszczadzkie klimaty, nie?


Mocno zaskoczyły mnie zbiegi. Strome, wąskie. W wielu miejscach o jakimś większym rozpędzeniu mogłam zapomnieć, jeśli życie było mi miłe. Jak tu pędzić, jak trasa na przykład szła ostrymi serpentynami w dół. Ścieżka szeroka akurat na dwie stopy idąca rancikiem. Jakakolwiek pomyłka, potknięcie o korzeń - i lądowanie byłoby z dobre dwadzieścia metrów niżej. Jak się rozpędzić jak single track idzie wśród dzikich róż, których pędy rosną w poprzek i człowiek tylko czeka, które wnyki złapią go za kostki w swoje sidła.

Starałam się nie kalkulować. Po pierwsze to moje pierwsze tak długie bieganie po urodzeniu Matyldy. Po drugie słońce. Trzeba było rozsądnie szafować siłami. Jednak, gdy dobiegałam do pierwszego punktu kontrolnego - a był to jedyny fragment z agrafką - nie mogłam się powstrzymać, żeby nie policzyć dziewczyn, które leciały już w drugą stronę. Wyszło mi, że jestem coś w okolicach dwunastego miejsca (byłam tak naprawdę trzynasta). Kurczę, uznałam, że jest nieźle.
Pomimo upału starałam się nie zmarudzić za bardzo przy napojach. Szybkie dwa kubeczki coli, lód na kark (tak - na punktach był dostępny lód w kostkach: ge - nial - ne!) i dalej w drogę - ale to nie wystarczyło i ze trzy dziołchy i tak mnie potem wzięły.

A potem moim oczom pojawiło się podejście na szczyt Vöröskő. Zobaczyłam mega strome zbocze. Piaszczyste, pełne korzeni drzew. Skrzyżowanie Jasła, Chyrlatej z cholera wie czym jeszcze. Chyba nawet jęknęłam. U podnóża czekał lotny punkt kontrolny, a oprócz tego dziewczyny częstowały wodą. Uwierzcie mi, że wtedy ta zimna zwykła woda smakowała mi najlepiej w życiu. 
A potem trzeba było rozpocząć mozolne skrabanie. Było strasznie. Tempo miałam jakieś gorzej niż żółwie. Stromo było potwornie, nogi chwilami zjeżdżały na suchym piachu. Powoli, pokracznie, krok za krokiem drapałam się w górę w duchu gadając ze sobą. Że chyba mnie powaliło. Że po co mi to. Że za miesiąc wymyśliłam sobie bieg o 20 kilometrów dłuższy od tego i może tak komuś oddać pakiet na te cholerne Góry Stołowe? A może tak szybko wrócić do dziewczyn na punkt i porwać im tą zimną, pyszną wodę? Wodo, wodo, mój sssskarbie :P


Podejście na Vöröskő. Chwilami było stromiej niż widać na tym zdjęciu


I wtedy dziewczyna, która szła przede mną zatrzymała się i mnie przepuściła. To mi jakoś dodało skrzydeł. Mentalnie oczywiście, bo ciężko było frunąć po tym czymś. Zresztą na sam koniec często - gęsto szłam na czworakach po prostu (w domu popatrzyłam na mapkę. Całe podejście miało około kilometra. I na tym kilometrze podchodziło się dwieście metrów w górę. Od miejsca gdzie stał lotny punkt kontrolny było jakieś 500 metrów i ponad 120 metrów w górę. Jakieś pytania?) 
W duchu wiedziałam, że nie mogę się zatrzymać, Powoli, powoli, ale do przodu. Cały czas do przodu. W końcu wyszłam na otwartą przestrzeń. Wychynęłam z lasu, z krzaków i zobaczyłam przed sobą w dole daleko zakręcający Dunaj. To było tak niespodziewane i niesamowite, że przez chwilkę po prostu gapiłam się przed siebie. A potem zniknęłam w następnych krzakach :)
Wiedziałam, że najgorsze podejście w tym biegu mam już za sobą. Było jeszcze jedno, ale już nie tak długie i ciutkę mniej strome. Obydwa jednak dały zdrowo popalić.


Na szczycie Vöröskő, 521 m n.p.m

Na tym etapie bardzo często biegłam już sama. Miało to swoje konsekwencje związane z oznaczeniem trasy. Chwilami musiałam sama podejmować decyzje jak biec. Bo trasa była oznaczona mniej więcej tak jak szlak wokół Balatonu ;) Chwilami było dobrze, a chwilami na odwal się i bez wyobraźni.Trzykrotnie widziałam zawodników biegnących z jakiejś dziwnej strony, ewidentnie po zgubieniu drogi. Sama ze trzy razy o mały włos przegapiłabym jakieś rozgałęzienie. 
O jednym takim ewidentnym źle oznaczonym miejscu opowiem. Biegnę drogą przez las. Od czasu do czasu na gałęziach z prawej strony wiszą taśmy. Dobiegam do skrzyżowania. Droga w poprzek identycznej szerokości jak ta, po której biegnę. Z boku przed skrzyżowaniem wisi taśma, jedna. Gdyby był skręt powinny wisieć dwie - przynajmniej tak do tej pory zauważyłam. A tu jedna. Nie pasowało mi, że byłam tak trochę w głębi powieszona. Stanęłam. Oprócz tej jednej jedynej taśmy nic innego nie widziałam. Ani z przodu, ani z boku. Po chwili wahania skręciłam. I po dobrych dwudziestu metrach zobaczyłam wiszącą następną taśmę. Ile osób pobiegło prosto? Nie wiem. Takich historii miałam kilka po drodze. Na koniec było to strasznie męczące. Kilometry w nogach, mózg się lasuje od słońca - a tu człowiek zmysły musiał mieć maksymalnie wyostrzone, żeby nie przegapić niedokładnie i zbyt rzadko chwilami oznaczonej trasy. Pod koniec zresztą wypatrywać trzeba było nie taśm, a wymalowanych różowym sprayem kropek i strzałek.

Miałam jeszcze jedną przygodę, z bukłakiem z wodą. Biegłam sobie właśnie bardzo fajną ścieżynką w dół, gdy poczułam jak moje plecy robią się dziwnie mokre i zimne...Szybko ściągnęłam plecak. Okazało się, że wysunęło się plastikowe zamknięcie bukłaka i część izotonika wychlapała mi się na plecy. 

Drugi punkt kontrolny był już poza strefą lasu. Obsługa stała z dzbanami z wodą i wylewała całe litry na przybiegających zawodników. Ja też skorzystałam. Potem tradycyjnie: lód, cola, woda, cola i dalej do przodu. Zostało ostatnie pięć kilometrów. Teoretycznie po płaskim, ale cień, który dawały drzewa zostawiliśmy za sobą. Ostatnie kilometry szły już ulicami wiosek otaczających Szentendre. 
Na początku szło mi całkiem żwawo. Do momentu, gdy za zakrętem zobaczyłam przed sobą dziewczynę, która zmęczona upałem maszerowała. I wtedy moja głowa zrobiła mi głupi numer i odmówiła współpracy. Powiedziała "widzisz, można iść!". I moje nogi zatrzymały się. 

Ten ostatni fragment to była moja walka z głową. Walka o te fragmenty pokonane truchtem. Na początku ją przegrywałam. Odcinków przemaszerowanych było więcej. Do momentu, gdy przegoniłam dziewczynę przede mną. Nie byłam już w stanie przejść do ciągłego biegu, ale chociaż starałam się, żeby odcinki biegane były jak najdłuższe. Nie dam się wyprzedzić. Nie teraz na sam koniec. Gdzie to cholerne Szentendre?
Wreszcie rozpoznaję, że jestem na tyłach turystycznej części miasta. Miga mi zresztą zza rogu twarz Tibora. Biegnę.




Powiem szczerze, te kilka czy kilkanaście godzin wysiłku jest warte takich chwil jak ta. Gdy pędzę urokliwymi uliczkami niesiona krzykami widzów i turystów siedzących w ogródkach restauracji. Zrobiłam to! Udało się! Trzy godziny i kwadrans. Czternasta kobieta - więc jak na matkę czwórki dzieci, w tym jedno niemowlę,  całkiem nieźle :)


Ręcznik na moich ramionach to następny po lodzie fajny pomysł organizatorów. Na mecie każdemu wręczano zimny, mokry ręcznik. Jestem pewna, że jak obwinęłam nim głowę słyszałam syk chłodzonej głowy ;)



Matylda nieobecność matki olała cienkim sikiem, przybycie zresztą też;). Była zbyt zajęta swoją zabawką, żeby poświęcić mi więcej czasu ;)




Pakietu na Supermaraton Gór Stołowych jednak nie oddam ;)


poniedziałek, 12 czerwca 2017

Węgry cz. 2 o tym jak nie powinien wyglądać dzień startu

Węgry cz. 2 o tym jak nie powinien wyglądać dzień startu
Tak jak pisałam w poprzedniej części, z tego co pamiętam, na liście startowej Salomon Visegrad Trail znalazłam się nie przebiegnąwszy ani jednego kilometra po porodzie. Czerwiec był tak odległym terminem, a po drodze był przecież jeszcze Półmaraton Warszawski, że całe te Węgry zepchnęłam gdzieś na samo dno mojej głowy. W kwietniu temat wypłynął, jakiś głosik zaczął szeptać mi w uchu "to już blisko!". Mój start w Biegu Łosia po Kampinosie miał być takim trochę treningiem przed trailem na Węgrzech.
A potem sobie wymyśliłam, że muszę choć troszkę popracować nad siłą moich nóg. I polazłam sobie poskakać na milion sposobów po schodach. Poskakałam tak skutecznie, że coś mnie zaczęło ciągnąć w okolicach mięśnia dwugłowego. Myślę, że nie same skoki tu zawiniły. Zerknąwszy w moje statystyki biegowe okazało się, że w maju na rekord poszłam jeśli chodzi o ilość przebiegniętych kilometrów. Ponieważ wśród znajomych akurat szalała jakaś plaga kontuzji, nie chcąc być następna, grzecznie odłożyłam buty do biegania na kołek, wyciągnęłam rolkę i zaordynowałam sobie przerwę. Nie tak to miało wyglądać - ale cóż zrobić.
Na wyjeździe z bieganiem też nie szalałam. Po pierwsze dlatego - bo przerwa. Po drugie - rower też robił swoje. Nawet jeśli to nie były jakieś hardcorowe przejazdy w niewiadomo jakim tempie - to jednak dzień w dzień przez kilka godzin pedałowałam na obciążonym sakwami rowerze.
Nie mogłam jednak zrobić dwóch tygodni bez biegania - nie przed ponad 29 km trailem.
 Po tygodniu odpoczynku, zachęcona tym, że mięsień na rowerze nie odzywał się, oświadczyłam, że idę potruchtać.
Chciałam tak delikatnie, pięć kilometrów, wzdłuż ścieżki rowerowej, ale mąż - kusiciel ;) wymyślił: "Popatrz, tu skręcisz w lewo i pobiegniesz uliczkami w górę do tego masztu, widzisz? Będzie dziś fajny zachód słońca, z góry będziesz miała świetny widok".
Widokami mnie skusił - i pobiegłam we wskazanym kierunku. Podbieg pod maszt był jakoś za blisko, więc chwilowo go zignorowałam i pobiegłam dalej przed siebie. I to była bardzo dobra decyzja, bo odkryłam piękną widokową ścieżkę idącą wysoko nad jeziorem.




Potem sobie pomyślałam, że spod tego masztu może być widać zachód jeszcze lepiej - i ruszyłam z powrotem. Moje pełne poświęcenia podchodzenie (nie odważyłam się podbiec) uliczką z 25% nachyleniem na nic się nie przydało- sam maszt był wśród wysokich drzew. Poleciałam szybko na dół, z powrotem na camping i pognałam nad sam brzeg jeziora, żeby załapać się na końcówkę niesamowitego spektaklu słońca.


Nie wyszło mi ani pięć kilometrów, ani po płaskim;) Noga jednak wytrzymała, co najważniejsze :)

Drugie bieganie odbyło się dwa dni później - i znów za radą męża zamiast biec wzdłuż drogi, przecięłam ją i potruchtałam do sąsiedniej miejscowości. Znów nie było płasko - bo droga szła pod górkę. Natomiast powrót był bardzo przyjemny. Na tyle przyjemny, że postanowiłam wykorzystać nachylenie terenu i trochę pocisnęłam.
I to był koniec mojego biegania przed startem. Chciałam jeszcze raz potruchtać - ale wobec następnego dnia rowerowego, który obfitował w sporo podjazdów, dałam sobie spokój.

Tak więc do moich pierwszych górskich zawodów po porodzie byłam przygotowana...nie wiadomo jak :)

W piątek po południu opuściliśmy brzegi Balatonu i skierowaliśmy ku Szentendre - miejscowości, gdzie było biuro zawodów i gdzie miałam kończyć swój bieg. Mój dystans startował z sąsiedniej miejscowości, Visegrad. Tiborowi na stronie organizatora wpadła w oko informacja o busach podstawianych dla zawodników przewożących ich na miejsce startu - ale nie zawracaliśmy sobie tym bliżej głowy. Był samochód - mieliśmy własny transport. Dzięki temu mogłam jak najdłużej być z Matyldą i jeszcze w ostatniej chwili ją nakarmić. Sobotę spędziliśmy głownie na leżeniu w cieniu (plus wycieczka do miasteczka po odbiór pakietu) - bo pogoda była bardzo stabilna cały czas. Stabilne 33 stopnie ;)


Tymi uliczkami, wśród turystów, ogródków kawiarnianych,  następnego dnia miałam finiszować.



W niedzielę rano zdziwiłam się, że mąż nie zamknął na noc auta. Chwilę później dowiedziałam się dlaczego. Dwa dni nie ruszania samochodu - za to słuchania muzyczki, ładowania telefonów - musiało się zakończyć katastrofą. Wyładowaliśmy akumulator. Wyładowaliśmy tak skutecznie, że nie dało się nawet zamknąć auta, nie mówiąc o odpaleniu silnika.
Zaczęło się robić gorąco - i nie mam tu na myśli temperatury. Czas nagle przyspieszył. Jedliśmy śniadanie, zajmowaliśmy się Matyldą, jednocześnie zwijając nasze obozowisko (bo po moim przybiegnięciu na metę od razu ruszaliśmy w kierunku Polski), ja dodatkowo szykowałam się na bieg. Ubranie, picie i tak dalej.  Maż w tak zwanym międzyczasie latał po campingu i szukał kogoś z klemami. Start - startem - ale musieliśmy przecież do domu jakoś wrócić. Podobno ktoś kable miał, ale musiał po nie podjechać. Miały być za 15 minut. Bałam się czekać. Jakby coś nie wyszło - to straciłabym możliwość dotarcia na start. Zdecydowałam się na ten bus organizatorów - choć nie miałam żadnych szczegółowych informacji (net na campingu był straszny, strona biegu nie chciała się załadować, czasu nie było), tylko to co mi parę dni wcześniej przekazał mąż.
Że bus odchodził o 9.30 z miasteczka.

Czasu zostało mi niewiele - miałam jakieś 15 minut zapasu. Docieram w okolice mety.. Kręci się kupa biegaczy, ale moja początkowa ulga mija, gdy widzę, że  mają zielone numery. Kurczę, wszyscy są z średniej trasy, 54 km, startującej stąd, z  Szentendre. Gdzie są moi? Gdzie żółte numery?? Łapię jakąś dziewczynę z obsługi i mówię, że szukam autobusu na start. Ta robi bardzo zdziwione oczy i kieruje mnie do biura zawodów. Zostało mi dziesięć minut! Pędzę przez miasteczko. Trochę się uspokajam, bo mijam ze dwie osoby z "moimi" numerami. Jest punkt informacyjny! Przepraszam, gdzie znajdę autobus na start? Autobus?? Ojej, to musisz iść na przystanek. Skręć w prawo, w prawo i prosto. Biegnę z powrotem jednocześnie dzwoniąc do męża, że z tym autobusem są jakieś jaja. Tibor odwdzięcza mi się informacją, że ten ktoś nie znalazł kabli.
W prawo, w prawo i prostu kieruje mnie z powrotem na metę. Nie widzę ani jednego żółtego numeru, żadnego autobusu ani przystanku. Jest 9.30. Łapię kolejną osobę. Kolejną zdziwioną osobę moim pytaniem. Dziewczyna z kimś konsultuje się po węgiersku, a potem oświadcza, że autobus już odjechał i muszę dojechać na własną rękę. Ha!
To była chwila, gdy chciało mi się płakać. Pomyślałam, że to bez sensu. Trudno, nie wystartuję. Znów dzwonię do męża. Słyszę, że ma kable ( yesssss!!). Truchtam z powrotem na camping. Bolą mnie od tego wszystkiego nogi, czuję wszystkie zakwasy z ostatnich dni rowerowania. To jakaś katastrofa! Ja się nie żaliłam na brak przygód! Nie chcę żadnych przygód! Mnie było dobrze!
Docieram na camping. Auto już pyrka :) Jedziemy. Uświadamiam sobie, że właściwie nie wiemy gdzie dokładnie jest ten start. Tibor pociesza, że przecież widziałam jak wygląda ta miejscowość. Fakt - wszystko ciągnie się wzdłuż jednej drogi. Chyba będziemy widzieć gdzie to jest?
No więc...nie widzimy. Żadnej bramki, żadnych chorągiewek sponsorów, żadnych strzałek. Nic. Biegaczy też nie widać. Zawracamy. Jest! Jest jakiś biegacz! Zatrzymujemy się i pytamy o start. Facet pokazuje na górującą nad miejscowością wieżę. Trzeba po niej wejść po schodach. Pewnie informacja o tym była na stronie orga - ale nie przypuszczałam, że w samej miejscowości nie będzie ani jednej strzałeczki kierującej w kierunku startu.
Wreszcie jesteśmy! Dziesięć minut do startu, gdy Tiborowi przypomina się, że zostawił w aucie swój wygrany w konkursie na facebooku czerwony dzwonek Salomona do kibicowania. Zostaję z Matyldą na rękach, zastanawiając się czy zdąży wrócić. Tyle się od rana wydarzyło, że wcale bym się nie zdziwiła, gdyby wszyscy ruszyli, a ja zostałabym z niemowlakiem :)
Zdążył :)

fot. Réka Várkonyi-Nickel


O jedenastej ponad dwieście osób ruszyło przed siebie.



===> część trzecia




Copyright © 2016 Matkabiega , Blogger