czwartek, 5 kwietnia 2018

Krajna AR

Krajna AR
Skąd pomysł na udział w rajdzie przygodowym trzy tygodnie po Transgrancanarii?
Wszystko zaczęło się od naszego znajomego Pawła, któremu zamarzył się udział w imprezie AR Adventure Trophy. Rajd ten będzie się odbywał w lipcu w okolicach Krakowa, a udział wymaga skompletowania czterosobowego teamu, w tym jednej kobiety. I tak Paweł wraz ze swoim rajdowym towarzyszem Bartkiem, znani jako Słomiane Bambusy oraz ja z mężem - No Risk - No Fun, postanowiliśmy połączyć swoje siły w lipcu  i spróbować złomotać jak nigdy przedtem (300-400 km, limit 72 godziny).
Ponieważ wypadałoby jednak przed tym lipcem obwąchać się trochę w terenie, zobaczyć jak nam się ze sobą współpracuje (albo i nie), co trzeba dograć, dopracować, postanowiliśmy zapisać się na odbywający się pod koniec marca w Wielkopolsce rajd Krajna AR.Wybraliśmy trasę długą, 150 km z 24 godzinnym limitem czasu. Zapisaliśmy się jako osobne, dwuosobowe zespoły (innej opcji zresztą nie było), ale trasę chcieliśmy pokonać wspólnie, oczywiście bez łamania różnych zapisów regulaminu.

Przyznam się szczerze, że bardzo długo Krajna nie zaprzątała jakoś moich myśli. W głowie miałam głównie Transgrancanarię. Jedyne co wzbudzało mój niepokój to fakt, że nigdy nie miałam na nogach rolek - a jeden z etapów był rolkowy właśnie...
Rolki po powrocie z Kanarów zostały zakupione i odbyłam na nich jedną, dosłownie jedną jazdę. Jazdę, podczas, której przekonałam się, że lepiej, żeby trasa była prosta, bez zakrętów i nie za bardzo z górki, gdyż absolutnie nie potrafiłam na tym ustrojstwie zahamować (dla chętnych instagramowy filmik jak próbuję zatrzymać się przy naszym aucie :) KLIK ). Myślałam, że jeszcze uda mi się te rolki oswoić, wyjdę sobie z wózkiem biegowym i jakoś poćwiczę - no ale w Polsce zaczęła się typowa wiosna - czyli spadł śnieg i zrobiło się minus dziesięć stopni :). A oprócz tego pochłonęło nas tak zwane życie: praca, dzieciaki. Powiem szczerze, że chyba żadne z nas nie żyło za bardzo tym startem.
Pakowanie odbyło się w pośpiechu w dzień wyjazdu, rowerów mój mąż nie zdołał oporządzić i pojechały zasyfione po jakiś poprzednich niezbyt czystych i suchych jazdach.

Jadąc w kierunki Złotowa, gdzie była baza zawodów, bez dzieciaków, Matyldy na głowie, zaczęłam bliżej interesować się trasą, logistyką. I im bardziej się we wszystko wgryzałam, tym większa ogarniała mnie panika. W co ja się wpakowałam?? Na zewnątrz temperatura niewiele powyżej zera, jeszcze z tydzień temu organizator donosił, że rzeczkę, którą ma się odbyć etap kajakowy, to raczej na łyżwach można przebyć. Na rolkach ledwo co umiem równowagę utrzymać.Na rowerze ostatni raz jeździłam, yyyy.... na jesieni? 150 kilometrów, jak dobrze pójdzie, oczywiście. Noc w plecy. Czy ja jestem normalna??
No i tak panikując, a jednocześnie próbując ogarnąć w co mam się ubrać na kolejne etapy, co wpakować na zmianę na strefy zmian, dojechaliśmy na miejsce.
Była dwudziesta pierwsza i było po prostu zimno. Temperatura zdecydowanie bardziej kojarząca się z zimą, niż rozpoczętą dopiero co wiosną.

Tibor, czy ja dam radę? Nie bój żaby, żona!
Fot. Krzysztof Zaniewski www.chrisactive.pl


Trochę teraz podam trochę szczegółów co do trasy.
Start był o 24. Najpierw mieliśmy szybkie BnO. Czyli bieg na orientację. Pięciokilometrowa trasa w okolicznym lasku i piętnaście punktów do odnalezienia. Powrót na miejsce startu i hop na rowery. Siedemdziesiąt kilometrów i 14 punktów do odnalezienia. Plus dla chętnych jeden bonus - oczywiście oddalony od pozostałych. Potem zmiana na rolki lub nogi (regulamin dawał możliwość pokonania etapów rolkowych pieszo). I tu zgodnie zdecydowaliśmy, że rolki nie mają w naszym przypadku sensu - bo na 23 kilometrowej trasie było bardzo mało odcinków, które dało radę na rolkach pokonać. A dygać z nimi trzeba. Więc wybraliśmy nogi. Pięć punktów do odnalezienia plus jeden bonusowy. Potem zmiana na kajaki i spływ przeraźliwie krętą rzeczką Łobżonką. Ten etap miał mieć 25 kilometrów, ale ze względu na to, że część trasy nie odmarzła, został skrócony. Ostatnie trzy z ośmiu punktów miały być odnajdywane więc pieszo. I ostatni etap, rolkowy. 29 kilometrów. Dwa punkty i pięć bonusowych. I doba na to wszystko.

Pierwszy etap to było takie obwąchiwanie się. Plus dyskusje nad mapą trzech ludków. Ja się z aktywnej nawigacji wyłączyłam - uznałam, że trzech nawigatorów wystarczy. Tylko zerkałam na mapę, żeby ogarnąć gdzie mniej więcej biegniemy. Jak nam wyszło? Wolno :) Jednak co cztery osoby, w dodatku pierwszy raz poruszające się razem, to nie dwie. Pewien szok przeżyłam, gdy po dotarciu do rowerów okazało się, że stoją już tylko nasze ;) Ale spoko - mieliśmy nadrobić na rowerach.
Nie nadrobiliśmy. Tym razem głównie przeze mnie. Czemu? Im bardziej nad tym myślę, tym bardziej stwierdzam, że nie było jednej przyczyny. Nałożyło się kilka rzeczy, które razem wzięte do kupy spowodowały, że spowalniałam chłopaków.

Forma.
Nie miałam stricte rowerowej formy, samo bieganie to nie wszystko.
Stan roweru. 
Rower miałam brudny, nieczyszczony, niesmarowany od... nie wiem kiedy. W trakcie jazdy okazało się, że tylna przerzutka działa mi źle. Wrzucanie na wyższe przełożenia jakoś szło. Zrzucić, w dodatku w ujemnej temperaturze, to była rosyjska ruletka. Manetka dostawała przeraźliwych luzów. Czasem po kilkunastokrotnych próbach coś załapywało. A wtedy często okazywało się, że jest już za późno i spadałam z roweru zakopana w jakimś piachu :)
Słaba czołówka.
Mam model Black Diamonda Spot sprzed ładnych paru lat. W momencie kupna była jednym z mocniej świecących modeli. Teraz... Cóż... Miałam świadomość jej niedociągnięć przy naładowanych bateriach. Jak te zaczęły słabnąć - było gorzej. Dodatkowo w ujemnej temperaturze w świetle czołówki widziałam głównie parę wylatującą z moich ust. A teren był wybitnie niesprzyjający.
Przedzieraliśmy się przez leśne drogi, część z nich to były jakieś trasy przeorane przez ciężki sprzęt do zrywek leśnych. To wszystko zostawiało kosmiczne koleiny. Zamarznięte koleiny. Jak człowiek w porę nie zorientował się, że właśnie w nie wpadł - robiło się zabawnie. Wystarczyło, że tylne koło musnęło ścianki takiego błotozmrożonego korytarza - i człowieka wywalało z roweru. Właściwie każdy z nas zaliczył przynajmniej jedną taką glebę - ale ja chyba najwięcej razy traciłam równowagę. Raz nawet lecąc udało mi się urwać lampkę rowerową Tibora, który nieopatrznie znalazł się za blisko trajektorii mojego lotu.
Zdecydowaliśmy się zgarnąć bonusowy punkt - i tu wariant wybrany przez chłopaków prowadził dla odmiany przez drogę, która nie była zamarznięta, za to oferowała jakieś kosmiczne ilości błota. Po tym fragmencie praktycznie do końca etapu rowerowego nie zdołałam wpiąć się lewą nogą w spd: pedał i bloki były tak zawalone błotem, piachem, że żadne na szybko przeprowadzane próby pozbycia się choć części balastu nie dawały rezultatu.
Zmęczenie. 
Pewnie każdy z nas był zmęczony całonocną jazdą. Ale ja mam chyba najmniejsze doświadczenie w takim zarywaniu nocy. Właściwie to był drugi raz po TGC, gdy musiałam zmobilizować się do wysiłku, bez snu. Nad ranem zasypiałam na rowerze. Bez żadnej przenośni. Budziłam się, gdy ostatnia komórka mojej świadomości, rejestrowała, że przestawałam kręcić pedałami. Oczywiście morale wewnętrzne też spadało. Zaczynałam myśleć, że mogłoby mi się coś w tym rowerze popsuć na amen. Tak, żebym już nie musiała kręcić, żeby przerwać to. Na szczęście jakieś resztki rozsądku podpowiedziały, żebym ostrożnie wypowiadała swoje życzenia, bo właśnie jesteśmy w środku lasu i w przypadku awarii będę musiała ten rower dalej pchać. Ok, przestałam marzyć o awarii :)
Jedno co mnie pocieszało, to fakt, że skoro mam taki kryzys -to znaczy, że niedługo świt. W dzień będzie więcej bodźców, które odgonią zmęczenie. Rzeczywistość nie będzie ograniczona do tych kilu metrów widocznych w świetle czołówki.
I rzeczywiście za jakiś czas czerń przeszła w szarość i spokojnie, bez fajerwerków, bo niebo było zachmurzone, nastał nowy dzień. Rzeczywiście zrobiło mi się lepiej - ale w dalszym ciągu zachodziły pozostałe okoliczności - brak formy, nie do końca sprawny rower- więc nasze tempo w dalej było wolniejsze od wymarzonego.

Na przepak dotarliśmy sporo po ósmej rano. Pierwszy zespół był trzy godziny przed nami.
Rozpoczęliśmy etap pieszy - i chociaż tu ciała nie dałam :)
To był to najwdzięczniejszy krajobrazowo etap. Był dzień, wszystko było widać. Lasy, jeszcze bez liści czy nawet zielonej mgiełki a wśród nich jeziorka i rozlewiska skute srebrną taflą lodu. Łąki, żółte od zeschniętej, zeszłorocznej trawy, które wprowadzały jakiś spokój swoim kolorem. Rzeczka malowniczo wijąca się wśród traw. Przed udziałem w imprezie moja świadomość na temat krainy, w którą się właśnie zanurzalismy była praktycznie zerowa. Po raz kolejny przekonałam się jak mało znam Polskę, która kryje tyle uroczych miejsc i zakątków.





To był jeden z bardziej malowniczych punktów na trasie


Etap kajakowy też  mnie trochę niepokoił, głównie ze względu na temperaturę. Czy nie zmarznę, gdy od lodowatej wody będzie oddzielała tylko cienka warstwa burty kajaka? A co jeśli zmokną ciuchy? A jeśli zmarzną ręce? Z niepokojem obserwowałam patenty bardziej doświadczonych Bambusów, którzy na zwykłe rękawiczki zakładali gumowe rękawice kuchenne. Ja rękawiczki na zmianę miałam dopiero na następnym przepaku.
Nie zmarzłam. Łobżonka (swoją drogą niesamowicie malownicza rzeka!) przez swoje liczne zakręty dostarczała tylu emocji i tyle trzeba było namachać się wiosłami, że nie miałam za bardzo czasu myśleć czy jest mi zimno. Zmarzłam dopiero po wyjściu z kajaka.

Rzeka Łobżonka w całej okazałości
fot. Krzysztof Zaniewski www.chrisactive.pl


na etapie kajakowym mieliśmy również zadanie specjalne. Trzeba było z kajaka w drapać się po drabince na górę mostu.
fot. Paweł Słoma


Rękawiczki nawet długo miałam suche. Buty też. Do pierwszej przenoski kajaka - a tych mieliśmy w sumie z kilkanaście. Bobry i przyroda zrobiły swoje i wiele razy powalone drzewa stanowiły przeszkodę nie do pokonania dla kajakarzy. Niestety większość przenosek odbywała się w terenie mocno podmokłym, bagiennym wręcz.
Na tym etapie nie trzymaliśmy się razem z chłopakami. Im sprawniej szło pokonywanie meandrów rzeki i właściwie spotykaliśmy się tylko na punktach, w okolicy których na nas czekali.
No właśnie. Na jednym nie czekali. Zaangażowali się w pościg za innym zespołem i zajęci ściganiem punkt przegapili. My również...
Zorientowaliśmy się, gdy zobaczyliśmy stojący w oddali samochód do transportu kajaków. Okazało się, że właśnie tu dobiega końca skrócony etap kajakowy. A na brzegu Słomiane Bambusy drą się czy udało nam się znaleźć dwudziestkę. Ups.
Przez chwilę była burza mózgów i różne plany. Wrócić kajakami w górę rzeki. Poszukać punktu od strony lądu. Ostatecznie zrezygnowaliśmy. Trudno - za gapowe się płaci.
Dzięki temu, że kajaki zostały skrócone, zyskały zespoły, które na pierwszy rolko-treking zabrały rolki. Bo to oznaczało, że mieli je ze sobą na kajakach i do ostatnich punktów "kajakowych", usytuowanych niedaleko szosy, mogli dotrzeć szybciej.

Ostatnia strefa zmian usytuowana była w bardzo sympatycznej knajpce. Widać było, że mieszkańcy Łobżenicy bardzo przeżywają całą imprezę i robią wszystko, żeby pozostawić w uczestnikach jak najmilsze wspomnienia z pobytu na Krajnie. Udało im się w 150 procentach. Nie dosyć, że szukając strefy zmian, byliśmy nakierowywani przez zupełnie obcych ludzi, to na miejscu spotkaliśmy się z taką serdecznością, że aż żal było wychodzić.
Zanim się obejrzałam miałam podstawione dwa krzesła, żebym sobie usiadła, a sekundę później miałam w ręku kubek z gorącą herbatą i talerzyk z domowym ciastem. Za plecami wesoło trzaskał kominek, było ciepło, błogo i zupełnie, ale to zupełnie nie chciało mi się wychodzić na zewnątrz.

Trzeba ruszyć tyłek sprzed kominka :)
fot. Towarzystwo Miłośników Łobżenicy


Tym bardziej, że teraz był etap rolkowy. Bałam się go. Bałam się tym bardziej, że na rolki wyruszaliśmy już po zachodzie słońca, po ciemku, a moja czołówka coraz bardziej przygasała. Przed nami było prawie 30 kilometrów do pokonania i możliwe, że jeszcze taplanie się po ciemku w błocie - jeśli zdecydujemy się na szukanie pięciu bonusów.
Oj, zabawnie było chwilami. Naprawdę nie wiem jakim cudem, ale nie przewróciłam się ani razu, choć w wielu momentach było bardzo, bardzo blisko. Zaskakiwały dziury w asfalcie. Albo nagła zmiana nawierzchni na o wiele gorszą (asfalt składający się z samych drobnych kamyczków. I to wrażenie, że zaraz całe nogi wyskoczą mi z tyłka, a z mózgu zrobi się kogel - mogel). Zaskakiwały zakręty, nachylenie (tu mój mąż pewnie długo będzie pamiętał moje rozpaczliwe okrzyki "Tibor, ratuj", gdy rozpędzałam się na jakimś spadku i miałam wrażenie, że na pewno za moment wywinę orła, wpadnę pod samochód, albo odjadę w siną dal).
W końcu trzeba było podjąć również decyzję czy grzejemy na metę, czy szukamy bonusów. I decyzję podjęłam ja. Miała ona niestety wpływ na naszą klasyfikację wśród zespołów. Nie mogliśmy sobie pozwolić na spędzenie jeszcze godziny czy dwóch na trasie. Po zakończeniu rajdu czekała nas jeszcze noc w samochodzie. Naszymi dziećmi na czas Krajny opiekowała się teściowa, która w niedzielę  miała zawody nordic walkingowe, na których bardzo jej zależało. Mieliśmy  twardy godzinowy deadline, kiedy musieliśmy się pojawić w domu.
Po 22 godzinach i 7 minutach zameldowaliśmy się na mecie. Punkty, które zebraliśmy dały nam 15 miejsce wśród 19 zespołów. I piąte, przedostatnie wśród mixów :)

Meta, słodka meta :)
fot. Krzysztof Zaniewski www.chrisactive.pl


Nie wiem do końca jak mój mąż zaprawiony w harpaganowych bojach ocenia trudność Krajny. Dla mnie to była niezła wyrypa. Próbowałam ocenić co było dla mnie trudniejsze: Transgrancanaria czy taka Krajna - bo czas wysiłku był podobny. I doszłam do wniosku, że chyba jednak Krajna. Ze względu na różnorodność dyscyplin na takich rajdach przygodowych człowiek angażuje naprawdę całe ciało i chyba w o wiele większym stopniu głowę. Tu jeszcze dodatkowo dochodził aspekt pory roku. Było po prostu zimno.
Oczywiście po powrocie rozmowom  i analizom- i w czwórkę i w dwójkę - nie było końca. Co poprawić, co zmienić, na co zwrócić uwagę, co bardziej wytrenować (rower, rower!). Pojawiła się nowa lista zakupów. Sto pięćdziesiąt kilometrów trasy w brutalny sposób obnażyło nasze braki sprzętowe.
To była dla mnie niezła przygoda i niezła lekcja, również pokory.
Nie muszę oczywiście mówić, że pod koniec miałam myśli, że ja się do tego nie nadaję i niech chłopaki znajdą sobie jakąś inną babę na to Adventure Trophy? Już mi przeszło :) Bo rajdy przygodowe, z ich intensywnością, przyrodą, po prostu wciągają.
Copyright © 2016 Matkabiega , Blogger