wtorek, 22 stycznia 2013

XXX Bieg Chomiczówki i VIII Bieg Bielan

Warszawski Bieg Chomiczówki co roku rozgrywany w trzecią niedzielę stycznia - to dystans 15 km. Od paru lat towarzyszy mu młodszy brat: Bieg o Puchar Bielan o długości 5 km.
W listopadzie mój mąż zapisał się na dłuższy dystans, a mnie namówił na krótszy. To był czas, gdy po parku robiłam coś koło 3,5 km i był to wtedy szczyt moich możliwości. 5 km wydawało mi się mega długim dystansem i w ogóle - ojej, jak to będzie.
Mijały dni - okazało się, że 5 km da się przebiec. Ba, da się przebiec więcej - więc uznałam, że nie będzie źle. Godzina zero zbliżała się wielkimi krokami, a mąż zaczął się mnie dopytywać czy mam jakiś plan, w jakim tempie chcę pobiec i takie tam. O rany, muszę pomyśleć.
Mój dotychczasowy najlepszy czas na takim dystansie uzyskałam pewnego grudniowego bezśnieżnego wieczoru i wynosił 27:01. Uznałam, że będzie nieźle jak pobiegnę w okolicach tego wyniku. Nie wiedziałam jak będzie wyglądała trasa: zima w pełni, śniegu po kokardę.

Na zawody pojechaliśmy całą rodziną: ja, mąż, dzieciaki i teściowa do pomocy plus sąsiadka (która nota bene też usiłuje wrócić do formy po zapaleniu płuc). Mój bieg zaczynał się o 10, męża godzinę później.
Numery odebraliśmy dzień wcześniej  Rozgrzewka, truchcik, wymachy, skłony: temperatura słuszna jest, -9 stopni. 
Ludzie powoli ustawiają się na starcie - idę i ja. Na ręku mężowski Garmin - swojego się jeszcze nie dorobiłam.
Ruszamy. Rany - ile ludzi. Trzeba uważać jak się biegnie. Co chwila ktoś zabiega drogę, albo wali łokciem. Szczęśliwie droga jest odśnieżoną  Przepycham się do przodu, szukam więcej miejsca. Na ręku bzyczy mi zegarek - znak, że pierwszy kilometr za mną. Zerkam na tempo. Cooo? 5:05?? W życiu nie miałam takiego tempa. Miałam zacząć wolniej - oj, chyba muszę zwolnić trochę, bo padnę w połowie. Robi się luźniej. Mijają mnie ludzie, ja też mijam. Doganiam jakąś młodą dziewczynę,ciężko dyszy. Pocieszam ją, że już 2 km za nami. Przez pewien czas biegniemy razem - ale chyba udaje mi się przyspieszyć, bo zostaje w tyle. Kolejne bloki przelatują z boku, znów mi bzyczy zegarek. Jakoś za wcześnie jak na następny kilometr. Aha, czujnik tętna się włączył - cóż, lepiej późno niż wcale ;) Przebiegamy przez ulicę Conrada - widzę mojego męża, który robi mi zdjęcia i kibicuje. Rany, boskie - jakie te 5 km jest długie!. 2 km do mety - co tam pouczał mnie małżonek? Że powinnam przyspieszyć, tak, żeby ostatni kilometr przebiec tyle ile maszyna dała. Ha! Ja się cieszę, że jeszcze przebieram nogami. Pokonuję następne zakręty. Mija mnie gościu ubrany w krótki rękawek i krótkie spodenki. Pewnie dlatego tak pędzi - żeby jak najszybciej się ubrać :)) 
O, widzę kogoś z obsługi z tabliczką 1 km. Wydaje mi się, że biegnę wolno, za wolno - dopiero potem po analizie tego co zebrał Garmin widać, że jednak udało mi się przyspieszyć. O - znów widzę męża - tym razem stoi z dzieciakami "Mama! mama!". Ostatni zakręt - widzę metę. Zbieram się, żeby ostatnią prostą rzeczywiście pobiec tyle ile się da. Meta. Odbieram pamiątkowy medal. Zerkam na zegarek - oo - 25 minut z groszami! Wow! Nie spodziewałam się!. 
Ostatecznie mój wynik to 25:37. Całkiem nieźle jak na 2 miesiące biegania. 
Zwyciężczyni wbiegła na metę ponad cztery i pół minuty przede mną. Czas pierwszego mężczyzny to dla mnie totalny kosmos - jak można 5 km przebiec w 15 minut??

Teraz trzeba oddać drugiej połówce zegarek i czujnik tętna, zabrać dzieciaki do domu, wziąć prysznic, przebrać się - i ruszyć z powrotem kibicować mężowi :)











i jeszcze znalezione w necie:


www.maratonczyk.pl


www.fotomaraton.pl





Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Copyright © 2016 Matkabiega , Blogger