niedziela, 26 maja 2013

Rawa Mazowiecka "Polska biega"

W Rawie wylądowałam z powodów absolutnie nie biegowych.
Rawa Mazowiecka jest miastem partnerskim z węgierskim miasteczkiem Nyírbátor. Od paru lat regularnie jeżdżą do siebie motocykliści z obu miast. W zeszłym roku na taki wyjazd zgarnął mojego męża jego ojciec. Od piątku Węgrzy gościli w Polsce - i mój małżonek robił jako oficjalny tłumacz. A ja robiłam przy okazji za rasowy plecaczek :)
Okazało się, że w ten weekend w Rawie odbywają się  biegi w ramach "Polska biega". Postanowiliśmy skorzystać z okazji i wziąć w nich udział.
Impreza była bardzo lokalna i kameralna. Nie było numerów startowych, nie było elektronicznego pomiaru czasu, nagrody były symboliczne. Był balon oznaczający metę i pełen zapału prowadzący.
A zapisy wyglądały tak, że rozdawano karteluszki, na których zapisywało się swoje imię i nazwisko. Te karteluszki trzeba było oddać po przybiegnięciu na metę
Zapowiada się nieźle? :))
Dystansów było kilka (trzy dokładnie) - na krótszych startowały dzieci ze szkół podstawowych i gimnazjum. My ustawiliśmy się do biegu dookoła zalewu Tatar na dystansie 3,5 km.
Start mnie zaskoczył - właściwie zorientowałam się, że to już po tym, że ludzie przede mną ruszyli - prowadzący musiał "start" powiedzieć na jednym wydechu gdzieś pomiędzy jednym zdaniem a drugim, traktując je jako przecinek :)). Ruszyłam. Za szybko. Nie miałam wyczucia - tak więc każdy kolejny kilometr był wolniejszy. Po drugiej stronie zalewu trwały własnie zawody wędkarskie. Ludzie siedzieli z ogromnymi wędziskami, których grube końce były oparte o jakieś konstrukcje na kółkach. Od czasu do czasu ktoś takie wędzisko wyciągał - tak, że zaczynało zagradzać ścieżkę po której biegliśmy. I właśnie tak sytuacja miała miejsce tuż przede mną - na szczęście zdążyłam ominąć przeszkodę.
Biegłam i sapałam jak parowóz. Wiedziałam że przebieram nogami szybciej niż kiedykolwiek - ale bałam się zerkać na zegarek :) Mieszkańcy korzystając z poprawy pogody ruszyli na spacery wzdłuż zalewu - zatrzymywali się i dopingowali biegającym.
Wreszcie ostatnia prosta, bramka oznaczająca metę coraz bliżej - jest!
I okazało się, że przybiegłam druga! Przegrałam z dziewczęciem - szczypiorkiem - śmiałam się (oczywiście sympatycznie) - że przy takiej masie to ona nie stawiała żadnego oporu powietrza.
Pamiętacie karteluszki z danymi osobowymi  które trzeba było zdać na mecie? Ja swój schowałam do kieszonki z tyłu getrów i jak zmachana i zziajana wpadłam na metę, nie byłam w stanie go znaleźć i wygrzebać z kieszonki. Odbyłam zabawny dialog z prowadzącym.
Prowadzący: niech pani da mi szybko kartkę, bo ja muszę szybko na metę wracać i dalej odliczać miejsca przybiegających!
Ja: Nie mogę znaleźć! Może zgubiłam! Może pan spróbuje znaleźć...?
Prowadzący: Ale ja nie mogę pani po pupie macać!
Ja: Ale ja panu pozwalam!

Kieszonka tak naprawdę była powyżej moich czterech liter;), karteczka została szczęśliwie w porę znaleziona  - pan mógł dalej odliczać kolejnych finiszujących zawodników i zawodniczki.

A tu dekoracje (ja to ta w turkusowej bluzce)


Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Copyright © 2016 Matkabiega , Blogger