niedziela, 23 lutego 2014

Jeszcze o Barcelonie

Stwierdziłam, że zamiast dodać parę zdjęć pod poprzednim wpisem, popełnię nowy i trochę opowiem o tym co robiliśmy po biegu i ogólnie o moich wrażeniach z tego miasta.

Ale przekornie opowieść zacznę od...lotniska we Frankfurcie. Tam mieliśmy przesiadkę. I czekając na nasz samolot, nadzialiśmy się parokrotnie na - jak sądzę - Japonki. Dziewczyny, jak rozumiem, straszliwie bały się zarazków i bakterii, gdyż paradowały w maseczkach na twarzach. Ale w takiej maseczce na dłuższą metę niewygodnie - więc co i rusz te maseczki zdejmowały, niwecząc cały antybakteryjny efekt;) Jeszcze wtedy pokasływałam z lekka po chorobie i miałam naprawdę dużą ochotę zakraść do którejś z nich od tyłu i zrobić ekhm! Ekhm!. Co ciekawe w Barcelonie, nie widziałam ani jednej skośnookiej panny w maseczce - a w niektórych miejscach ludzi było zdecydowanie więcej niż na lotnisku.

Przejdźmy do Barcelony. Byłam kilkukrotnie w Hiszpanii. Ale akurat tak się złożyło, że w żadnej większej metropolii nie zawitałam. Wyjazdy wspinaczkowe wyglądają tak, że z lotniska człowiek szybko ewakuuje się w rejon wspinaczkowy.Ten zazwyczaj znajduje się w jakiejś zapadłej dziurze, która znana w świecie jest tylko dzięki okolicznym skałom. Podczas naszych wakacji  samochodowo - rowerowych przez Pireneje również omijaliśmy większe miasta.
A prowincja hiszpańska jest taka...bałaganiarska trochę. Domy nigdy nie są proste - często sprawiają wrażenie jakby były rozbudowywane na poczekaniu, w miarę potrzeb - więc tu okienko takie, tam owakie, tu daszek, tu schodki węższe, tam szersze, obejścia też takie południowe, niekoniecznie pod linijkę. Pamiętałam też jak wyglądały Ateny. To co prawda inny kraj - ale też południowy i zdecydowanie chaotyczny. Ateny są moim zdaniem bardzo nieprzyjazne pieszym - chodniki są wąskie, a te szerokie potrafią się nagle i niespodziewanie skończyć. Opisywałam to w relacji z podróży (link pod wpisem dotyczącym co się da robić z dziećmi). I powiem szczerze, że lądując w Barcelonie byłam trochę nastawiona na takie skrzyżowanie Aten z hiszpańskimi wioskami.
Ha! Nic bardziej mylnego!
Barcelona zaskoczyła mnie czystością, szerokimi alejami, równymi chodnikami, skrzyżowaniami jak pod linijkę (linijka trochę zaczyna się gubić, gdy miasto zaczyna wspinać się na okoliczne wzgórza - ale tam gdzie jest płasko - wszystko równiutkie)



Wyświetl większą mapę

Tu widać jak równe jest centrum Barcelony.


Dodatkowo wszystkie budynki mają ścięte narożniki - dzięki temu same skrzyżowania są takie bardziej przestrzenne i wygodniej się chodzi.
Większość ulic jest jednokierunkowych - "dzięki temu wiesz, z której strony walnie Cię samochód" - zażartował mój mąż. Ale wbrew żartowi i ponurym statystykom przeczytanym w przewodniku, ruch odbywa się całkiem płynnie i nie widzieliśmy żadnego wypadku. Do jednego trzeba się przyzwyczaić: do przechodzenia na czerwonym świetle. Przez pierwsze dwa dni staliśmy jak kołek na każdych światłach. Jako jedyni. Hiszpanie, gdy tylko przejedzie wszystko co ma przejechać, nie czekają, tylko bez ceregieli przechodzą na drugą stronę. I nie mówię tu o jakiś jednostkowych przypadkach. Tak robią wszyscy. Jeśli ktoś stoi na czerwonym świetle - na 100% jest to turysta. Po dwóch dniach - co prawda jeszcze trwożnie rozglądając się na boki, na mniejszych skrzyżowaniach odważyliśmy się robić to samo co lokalsi.
Z drugiej strony zielone światła dla pieszych palą się naprawdę długo. O wiele dłużej niż w Polsce.  Musiałam się też przyzwyczaić do braku zebr. Znaczy zebry są tam, gdzie nie ma sygnalizacji. Tam gdzie są światła miejsce do przejścia wyznaczają dwie linie.
Samo miasto... Ach! Zachwyt po prostu. Wspaniałe kamienice - niektóre takie arabskie w stylu, wiele pięknie ozdobionych, z witrażami, pięknymi kutymi balkonami. Nawet te nowsze nie są nudne, zawsze coś się dzieje na fasadzie. Domy są bardzo, bardzo różnorodne, w bardzo różnym stylu - niższe graniczą z wyższymi, stare z nowymi, jeden styl z zupełnie innym. Ale o dziwo to pomieszanie, ta różnorodność pasuje i jakoś współgra.






Komunikacja. Gdy pierwszy raz wsiedliśmy do metra, w oczy rzuciła mi się mapka ze schematem komunikacji miejskiej z liniami ze wszystkich możliwych kolorach. Co prawda część tego stanowiły tramwaje i kolej - ale po odjęciu tego zostawało od licha i ciut ciut linii metra. Próbowałam w necie znaleźć ile tak właściwie Barcelona posiada linii - ale nie mogę się doliczyć - jest dwóch operatorów plus jeszcze kolej podmiejska, Wychodzi mi, że między 9 a 11 linii. A być może więcej. W tym część całkowicie zautomatyzowanych.


przy takiej mapce można zgłupieć...


 Właściwie na większości stacji metra coś się ze sobą krzyżuje. Stacja koło naszego hotelu, była raczej na uboczu. Prowadziło do niej bardzo niepozorne wejście - ot, wąskie schody plus jedne ruchome. Krzyżowały się tu dwie linie metra i dwie linie kolejowe. 
Więc, wiecie - Warszawa ze swoją jedną linią i jedną w budowie....;)


My akurat po Barcelonie głównie chodziliśmy na piechotę. Mapka w łapę - mąż nawigował mniej więcej w miejsce, gdzie chcieliśmy dojść - a potem łaziliśmy tam, gdzie nam się spodobało, zagłębiając się w i w małe, malownicze uliczki i krążąc tymi większymi. Wszędzie było ładnie.




I tak przy pomocy ostatniego zdjęcia przeszliśmy do Gaudiego. 
Jedni się krzywią na widok jego architektury, uważając ją za przejaw kiczu i brzydoty. Inni są zachwyceni wyobraźnią i pomysłowością tego katalońskiego architekta. Jedno jest pewne: obok Gaudiego nie można pozostać obojętnym.
Ja akurat należę do wielbicieli jego stylu. Fascynuje mnie właśnie jego wyobraźnia nie znająca granic - jego bajkowe, kolorowe o miękkich liniach budynki, jego inspirowanie się naturą. A jednocześnie to wszystko musiało trzymać się kupy i nie zawalić - więc pod wybujałymi formami kryje się twarda matematyka i fizyka. Niesamowite połączenie.
Najbardziej znana jest chyba - wciąż w budowie Sagrada Familia. Zachęcam do zwiedzania - bo dopiero z bliska widać ogrom tej budowli, jej skomplikowanie A jak do tego dołoży się brak planów, które pochłonęła wojna domowa oraz to, że kościół jest budowany tylko i wyłącznie z darowizn prywatnych oraz z wpływów z biletów i pamiątek, człowiek zaczyna rozumieć czemu to trwa tyle lat.




Ale Gaudi to również kamienice, wspaniały park. Czasem należy spuścić wzrok ku ziemi, a wtedy człowiek spostrzeże wspaniałe, zaprojektowane prze niego płytki chodnikowe:



W planach oprócz głównego punktu programu - czyli półmaratonu oraz oczywiście zwiedzania miasta, mieliśmy również rekreacyjne truchtanko. Cóż, nie przewidziałam jednego: potwornych zakwasów. Bolały mnie uda, łydki - szczególnie ta prawa. Jednak przebiegnięcie pięciu kilometrów i finisz ze skurczem nogi musiały zostawić jakiś ślad. Pierwsze dni - wstawanie z łóżka odbywało się przy akompaniamencie stęków i jęków. Zresztą nie tylko ja - mąż podobnie był obolały.
 Druga sprawa - mieliśmy w planach tyyyle zwiedzania, że na bieganie musielibyśmy się zerwać dość wcześnie (wieczorem po całym dniu chodzenia po mieście, nie mieliśmy na nic siły). A ja chwilowo upajałam się, że nic nie muszę. Nie muszę wstawać skoro świt, nikogo szykować do szkoły, przedszkola. Nie muszę podawać leków, wycierać rozlanego mleka, rozstrzygać kłótni o chrupki. Nie muszę nikomu oddawać poduszki i znosić małych stópek wbijających się w brzuch. Nie muszę znosić skakania po łóżku i żądań włączenia bajeczki o szóstej rano. 
Wstawać biegać też nie musiałam ;)
Ale nadszedł dzionek, gdy zakwasy stały się znośne, a my już poupajaliśmy się wolnością rodziców spuszczonych ze smyczy ;)
Postanowiliśmy pobiec zobaczyć wschód słońca nad morzem. Było to o tyle przyjemne, że w Hiszpanii słońce wschodzi później w porównaniu z Polską - więc nie musieliśmy wstawać i wychodzić w środku nocy. Wystarczyła siódma rano - bo słońce wschodziło 7.40.
Jak było? A tak:







Jeśli kogoś zachęciłam  zdjęciami i opisami - to wiecie: 15 lutego 2015 odbędzie się następna edycja półmaratonu barcelońskiego ;)

A jakby komuś było jeszcze mało - tu więcej zdjęć z naszego wyjazdu:



8 komentarzy:

  1. Jeszcze raz to napiszę zazdroszczę!!! Po zdjęciach w linku widzę,że zwiedziliście prawie wszystko :) Lini metra jest 11,dwunasta linia jest w trakcie budowy:) Zazdroszczę luzu i widoków - trzy ostatnie zdjęcia chyba sobie podkradnę na kompa :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, dzięki:) Bo nie mogłam się doliczyć tych linii. Chcesz zdjęcia w większej rozdzielczości? ;)

      Usuń
  2. Świetna sprawa z takim wyjazdem! Co do komunikacji to kwestia przeinwestowania w Hiszpanii w infrastrukturę jest dość znana :) mieli kasę z Unii to budowali co się dało i to nawet gdy to było mało sensowne więc teraz muszą zamykać lotniska itp. :)
    Gaudiego dzieła mi się też podobają, chętnie bym je znowu zobaczył więc hmm.. 15 lutego 2015 musimy przemyśleć!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z lotniskami słyszałam. Ale metro w Barcelonie wydaje mi się świetną sprawą.

      Usuń
  3. Bardzo mi sie spodobało haslo "rodzice spuszczeni ze smyczy" ;-) A Barcelona piękna na Twoich zdjęciach

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. hi hi :) A jakoś tak mi się skojarzyło :)

      Usuń
  4. Rany... opis ruchu drogowego zupełnie jak z Rzymu :) Właśnie wróciliśmy i opisałabym to zjawisko (gdybym potrafiła) dokładnie tak samo, słowo w słowo!:)
    Dzięki za tę opowieść, bo mi się marzy ten półmaraton w Barcelonie za rok...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Widocznie południe Europy tak ma:)
      Półmaraton polecam, polecam!

      Usuń

Copyright © 2016 Matkabiega , Blogger