poniedziałek, 8 czerwca 2015

Ku górze, ku niebu, w dolinę, ku mecie- XII Bieg Rzeźnika część 2

Biegnij, biegnij żwawo
górami, lasami
Nad strumykiem przeskocz
schyl się pod drzewami



Początek jest mało górski. Asfaltowa droga, potem jakaś szutrówka. Agnieszka z Gosią, zeszłoroczny trzeci team damski, mówiły mi, że źle wspominają ten etap. Że nudno, nic się nie dzieje.
My z Ewą w ogóle tego tak nie odczułyśmy. Mam wrażenie, że pomogły nam starty uliczne. Asfalt i kupa ludzi dookoła - nic nowego. Jedyna trudność, że trzeba w tej kupie i ciemności pilnować, żeby się partner nie zawieruszył. Zdziwiła nas ilość facetów ruszających w krzaki za potrzebą. To sam początek biegu przecież.
Potem skręciliśmy w las. Nie mam jakiś mega wspomnień z tego etapu. Trochę w dół, trochę w górę. Wąska ścieżka, masa ludzi, których trudno wyprzedzić. Nawet jak robiło się szerzej, to od razu wychodził urok formuły biegu - czyli w parach. Pary zaczynały biec koło siebie - i też się nie dało wyprzedzić :) Co w sumie myślę, na dobre nam wyszło.
Główną atrakcją były strumienie - tych przepraw były chyba cztery. Minusem były korki, które się robiły. Czasem dlatego, że nie było miejsca, żeby pokonać przeszkodę wodną bokiem, czasem dlatego, że ludzie zamiast próbować znaleźć inny wariant stali i czekali. Z tymi wariantami też trzeba było uważać, o czym przekonałam się na własnej skórze. Próba przejścia po mokrej kłodzie, skończyła się dla mnie orłem. Na szczęście nic się nie stało, a od razu ze trzy pary rąk zaczęły mnie dźwigać z błota.
Czas mijał, niebo zaczęło szarzeć, dało się w końcu wyłączyć czołówki. A potem słońce pojawiło się między drzewami. Godzina piąta rano, sznur biegnących ludzi, wiatr wiejący między gałęziami i czerwone, poranne, świeżutkie słońce oświetlające to wszystko ciepłym, pomarańczowym światłem. Magicznie.
Drugi taki moment, gdy człowiek żałuje, że nie ma aparatu w oczach, był parę kilometrów dalej. Słońce już było wyżej, ale dalej oświetlało biegaczy raczej w poziomie niż w pionie. Wąska ścieżka przez ogromne liście łopianu, ludzie rzucający cienie i w powietrzu leniwie płynące kłaczki jakiejś kwitnącej rośliny.
Ale żeby nie było tak romantycznie, zejdę na bardziej przyziemne tematy. Przed startem zastanawiałam się co zrobi mój organizm z kwestią toalety. Tak mam, że za grubszą sprawą chadzam z reguły rano. Ale tu bieg zaczynał się o trzeciej w nocy. Zbiegi ku przełęczy Żebrak spowodowały, że moje kiszki zostały bardzo gruntownie wytrząśnięte. Aż za gruntownie. Skręcić w las nie chciałam - bo nie było miejsca, w którym mogłabym się w miarę skutecznie schować przed innymi biegaczami, a w tamtym momencie czułam, że to może się skończyć naprawdę dłuższym posiedzeniem. Zaciskałam zwieracze i postanowiłam dotrwać do przepaku w Cisnej. Tam kojarzyłam toy-toye.

Na Żebraku zameldowałyśmy się jako 310 zespół w ogóle i siódmy kobiecy.  Do Cisnej zarejestrowałam dwie ekipy kobiece, które wyprzedziłyśmy - i zarejestrowałam dobrze, bo do Cisnej dotarłyśmy już jako piąte i na 244 pozycji w generalce.

Bieg do przepaku przez miejscowość wspominam rewelacyjnie. Nie byłyśmy jeszcze zmęczone, ludzie powychodzili już z domu i kibicowali. A już sam podbieg tuż przed boiskiem, na którym był przepak - normalnie ciary po plecach. Szpaler ludzi, drących się, krzyczących, klaszczących.
W Cisnej zdjęłam długi rękaw - robiło się coraz cieplej, zamieniłyśmy z Ewą pasy biodrowe na plecaki z bukłakiem i wzięłyśmy kijki (dopiero od tego momentu były dozwolone). Było małe zamieszanie, bo obsługa nie mogła znaleźć kijów Ewy, ale na szczęście wszystko się odnalazło. Przy okazji zerknęłam na sprzęt innych zawodników. Logo Black Diamonda przewijało się dość często. Chyba podjęłam dobrą decyzję z kijkami tej firmy.
Moje jelita postanowiły się uspokoić, na szczęście. Jedynym ewentualnym problemem był pęcherz - ale dawał znać na tyle delikatnie, że postanowiłam nie tracić czasu i ruszyłyśmy dalej. Ta część trasy była nam już znana z rekonesansu sprzed trzech tygodni. Jeszcze raz przebiegnięcie przez rozkrzyczany tłum, mostek i skręt na szlak. Od razu zrobiło się pod górkę, a ja sobie przypomniałam, że miałam plan łyknąć żel zaraz po wybiegnięciu z punktu. Niedobrze, niedobrze. Moje gapiostwo przypłaciłam spowolnieniem - Ewa zaczęła nadawać tempo z kijkami. Naprawiłam swój błąd jak tylko zrobiło się mniej stromo.
Podejście pod Małe Jasło i Jasło jest strome i męczące. Bardzo się ucieszyłam, gdy zaczęły się single traczki trawersujące zbocza. To podejście od razu rozciągnęło stawkę zawodników. Już nie było tak tłoczno jak na początku. Ludzie zbijali się w grupki po kilka osób, pomiędzy nimi były długie przerwy. Wreszcie Fereczata i zbieg. Zbieg, który trzy tygodnie temu zapamiętałam jako trudny i techniczny. Dobrze go zapamiętałam:) Wtedy jego pokonanie sprawiło mi dużą radochę - ale wtedy nie miałam tylu kilometrów w nogach i dookoła nie było tylu ludzi. No i nie była sama. Nawet jak mnie udało się gdzieś złapać rytm i zbiec fragment szybciej, Ewa zostawała przyblokowana ludźmi, którym ten zbieg sprawiał większy kłopot. Generalnie skończyłyśmy z mocno zmasakrowanymi "czwórkami".  Na tyle mocno, że choć wiedziałyśmy, że teraz nas czeka około 8 kilometrów tzw. Drogi Mirka, nieużywanej drogi lecącej lekkimi zakosami cały czas w dół, nie byłyśmy w stanie po niej biec w ciągu. Mnie w dodatku dorwała kolka i trzymała prawie do samego punktu. Biegłyśmy więc fragmentami, wyznaczając sobie a to jakieś drzewko, a to jakieś pieniek za punkt graniczny od którego zaczynamy biec/zaczynamy maszerować.
Myślę, że to był dobry pomysł, bo dzięki temu nasze nogi odpoczęły trochę i nie zarżnęłyśmy się do końca.

Ten fragment trasy to też pierwsza niespodzianka, gdy tuż po zbiegu z Fereczatej, jakieś 10 metrów przed nami zobaczyłam plecy wspominanej już tu Agnieszki. Żaden proces myślowy nie zaszedł jednak w naszych głowach - potwierdziłyśmy tylko między sobą ten fakt. Mu byłyśmy zmachane, pakowałyśmy kijki do plecaka, żeby nie przeszkadzały, przeszłyśmy do marszu, a Agnieszka ruszyła truchtem. No ale ona miała przecież łamać z partnerką 12 godzin, my nie miałyśmy takich ambicji. Pozazdrościłam tylko trochę w duchu,że dziewczyny są w stanie od razu truchtać.

Na końcu Drogi Mirka czekali na nas kibice:)




Tibor co prawda miał wizję, żeby dotrzeć z dziećmi już do Cisnej, ale powiedziałam mu, żeby dał sobie spokój. Po co ściągać z łóżek dzieci skoro świt. Na drugi przepak w Smereku już dotarli, tak samo jak rodzina Ewy.
Wpadłyśmy na punkt, który oferował dobra wszelakie. Ja dopięłam się do coli i do żółtego sera. Ewa znalazła zupę pomidorową. Po chwili ruszyłyśmy dalej. Uwaga, uwaga - już jako czwarty zespół kobiecy i 173 w generalce. O tym, że jesteśmy czwarte poinformował nas starszy syn Ewy. Mój mąż krzyknął "macie stratę 7 minut!" Rany - jakie siedem minut? O czym on mówi? Okazało się, że mówił o trzecim zespole, czyli o Agnieszce i Gośce. Ale jakoś w dalszym ciągu nie miałam żadnych specjalnych zapędów na gonienie. Po prostu robiłyśmy swoje, na tyle na ile miałyśmy siłę.
Ruszyłyśmy ku Smerekowi, ku połoninom.

Wsparcie mentalne :)

Mamo, mamo, mam dla ciebie kwiatki!



Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Copyright © 2016 Matkabiega , Blogger