poniedziałek, 9 maja 2016

Matkowy Tim

Sześć bab. Każda z większą lub mniejszą ilością dzieci. Zadanie: przebiec w sumie maraton. Tak w wielkim skrócie można opisać to co robiłam z dziewczynami w weekend. A biegłam w sztafecie Ekiden w warszawskim Parku Szczęśliwickim.
Pomysłodawcą, koordynatorką i kapitanem naszej drużyny była Joasia, która dzielnie ogarniała wszelkie organizatorskie kwestie, pomimo, że w tak zwanym międzyczasie zniknęła na 2 tygodnie, żeby przejść z 50 kilogramowymi pulkami przez Spitsbergen (czapki z głów!)

Miałyśmy trochę kłopotów, żeby zebrać ekipę. Okazało się, że w cale nie tak łatwo znaleźć matkę, która biega i dodatkowo jest wolna w terminie biegu. Po drodze zmienił nam się ostateczny skład: zamiast Asi, której termin sobotni jednak nie pasował, pobiegła Ania. Anetę zaś, która z wielkim żalem musiała odpuścić z przyczyn zdrowotnych, zastąpiła druga Ania.
Ostatecznie w składzie Agnieszka (czyli ja), Ania, Ania, Asia, Emila i Ewa pojawiłyśmy się w Parku Szczęśliwickim.
Głównym celem była dobra zabawa i nie danie się słońcu, które od samego rana bezlitośnie przypiekało. No i najważniejsze nie biegłyśmy tylko dla siebie. Wybrałyśmy charytatywną ścieżkę zdobycia pakietu startowego. Oznaczało to, że musiałyśmy uzbierać przynajmniej 1000 zł, które zostaną przekazane wybranej przez nas fundacji. My wybrałyśmy Komitet Ochrony Praw Dziecka. Pieniądze udało się zebrać - za co wszystkim darczyńcom serdecznie dziękuję!!

Pierwotnie byłam przypisana do dystansu na 10 km. Po zrobieniu testu ciążowego sytuacja trochę się zmieniła. Wyszło mi, że w terminie Ekidenu będę powoli dobijać do półmetku dwupaku i zamieniłam się na 5 km. Za radą Emilii, która ma doświadczenie w bieganiu sztafety w stanie błogosławionym, wybrałam ostatnią zmianę ze względu na mniejszą ilość ludzi na trasie.

Nie wiedziałam czego mam się po sobie spodziewać. Tak, wiem. Dwa tygodnie wcześniej pokonałam 45 kilometrów w górach. Ale to było dwa tygodnie wcześniej, a u mnie każdy tydzień robi już dużą różnicę. Brzuch się powiększa, cycki również (serio, patrząc się na niektóre zdjęcia mam wrażenie, że chwilowo składam się z samego biustu :). Coraz szybciej wchodzę na moje maksymalne ciążowe tętno. Dzień wcześniej truchtałam po moim okolicznym parku i co i rusz przechodziłam do marszu.

Udało mi się nie przegapić nadbiegającej Ani, od której miałam przejąć pałeczkę (nie macie pojęcia jakie widziałam sceny w strefie zmian i ile czasu trwały w niektórych zespołach poszukiwania zmiennika, który zaspał :))
Zaczęłam spokojnie. Nie było sensu wyrywać do przodu, bo szybko skończyłoby się zgonem. Mimo wszystko, tempo miałam szybsze niż na moich truchtaniach (jednak co zawody - to zawody). Biegłam sobie i nawet bez specjalnych zabiegów z mojej strony udało mi się parę osób powyprzedzać.
Czułam się dobrze, choć dość szybko zorientowałam się, że ciężko będzie w ryzach utrzymać tętno.
Bardzo chciałam cały dystans przebiec, bez przechodzenia do marszu. Tętno oczywiście bezlitośnie szybowało w górę, co i rusz wykraczając poza wyznaczoną barierę 150 uderzeń. Zwalniałam wtedy, żeby zeszło niżej lub niewiele przekraczało limit. I dalej sobie truchtałam.

Piąteczka z moimi dziećmi


Na niecały kilometr przed metą wyprzedziła mnie dziewczyna z uroczą ksywą "Dziunia" na koszulce. Najpierw sprawę olałam, ale im bliżej było mety, tym bardziej zaczynałam zdawać sobie sprawę,że jakbym jednak przyspieszyła, to może bym ją dogoniła.... Nieświadomym impulsem były dziewczyny z Matkowego Timu, które tuż przed metą zaczęły mnie dopingować i biec ze mną.
Aaaa, raz kozie śmierć. To ostatnia pewnie w tym roku szansa, żeby choć przez te kilkadziesiąt metrów naprawdę się pościgać. Więc ruszyłam z tymi cyckami i brzuchem do przodu ;)
I kurczę - udało się! Na mecie zerknęłam na tętno jednym okiem i szybko je zamknęłam :) Na szczęście teraz czekał mnie tylko odpoczynek, więc tętno szybko wróciło do normy.


Matkowy Tim w komplecie:)
Pragnę zwrócić uwagę na nasze opaski. Przed biegiem zastanawiałyśmy się w jaki sposób podkreślić, że jesteśmy jedną drużyną matek. Padła propozycja kwiatów we włosach. Aneta, która musiała start odpuścić, zrobiła dla wszystkich tęczowe i kwiatowe opaski na głowę:)


To była druga sztafeta, w której brałam udział (pierwsza dwa lata temu w Poznaniu). Moje zdanie o takiej formule dalej podtrzymuję: fantastyczna sprawa! Świadomość, że jest się częścią większego zespołu, że każdy pracuje na wspólny wynik, jest bardzo fajna. Tu jeszcze dochodził aspekt charytatywny - i bardzo się cieszę, że wybrałyśmy taką drogę zdobycia pakietu startowego.

Od Komitetu Ochrony Praw Dziecka dostałyśmy dyplom z podziękowaniem

fot. Ewa Siwoń

To był mój ostatni start przed jesienią. Co prawda dziecko nr 1 bardzo się zdziwiło, że nie wystartuję za tydzień w maratonie w Krakowie, który zresztą mam opłacony (dziecko, czy ty uważasz, że ja z tym brzuchem byłabym w stanie przebiec 42 kilometry?? No tak... - padła odpowiedź), ale nie mogę wiecznie udawać, że ciąża mnie nie dotyczy. Brzuch się robi coraz większy, męczę się coraz szybciej i trzeba powoli różne szaleństwa odpuszczać. Coraz bliżej jest dzień, w którym będę musiała buty do biegania chwilowo odłożyć na półkę. Ale to jeszcze chwilka :)




Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Copyright © 2016 Matkabiega , Blogger