sobota, 30 maja 2026

Malaga

Malaga

 Skąd pomysł na Malagę?

A, z ferii zimowych, które spędziliśmy w domu. Marzył nam się wyjazd w jakieś cieplejsze miejsce - niestety ceny lotów w kierunkach, które nas interesowały przekraczały nas budżet. Padł pomysł, żeby poszukać lotów w mniej gorącym terminie, w marcu - i tak pojawiła się Malaga.

Wyjazd miał być całkowicie nie ekstremalny - bez żadnych skoków spadochronowych, bez żadnych ultra - ale małżonek tak na wszelki wypadek sprawdził czy nie ma żadnych biegów ulicznych w tym terminie 

I okazało się, że jest półmaraton. Miesiąc wcześniej jadąc do Sewilii nie wpadliśmy na takie sprawdzanie, dlatego odbywający się w tym czasie maraton tak bardzo nas zaskoczył. Powiedzmy sobie jednak szczerze - i tak byśmy nie wystartowali, bo maraton nie jest dystansem, na który człowiek zapisuje się w ostatniej chwili (przynajmniej nie powinien). Ale półmaraton to jednak ciutkę inna bajka, na którą trzeba szykować się tak skrupulatnie jak na królewski dystans.

W Maladze byliśmy z małżonkiem niby już dwukrotnie - ale bardzo przelotem i wiele lat temu, w czasach, gdy aktywnie się wspinałam. W tym mieście następowała przesiadka z samolotu na pociąg, który zawoził nas do małej mieścinki El Chorro oferującej wspaniałe wapienne ściany do wspinania.

Z samej Malagi miałam tylko bardzo krótkie migawki: arena do corridy, rosnące w donicach poinsecje i zapętlona muzyczka z informacjami o rozbudowie lotniska, którą byłam zmuszona słuchać przez całą noc, podczas koczowania na lotnisku w oczekiwaniu na poranny lot do Polski.

Pojechaliśmy teraz z dziećmi nr 3 i 4 oraz moją teściową. W planach było zwiedzanie bliższej i dalszej okolicy - oraz właśnie start w półmaratonie.

Jeśli chodzi o zwiedzanie, czuję lekki niedosyt. Andaluzja jest piękna i tak naprawdę tylko leciutko ją liznęliśmy, bardzo po wierzchu. Byliśmy tylko kilka dni, a to zdecydowanie za mało. Nie zwiedzaliśmy właściwie żadnych zabytków od środka - trochę ze względu na wysokie ceny wstępu, ale też z powodu braku wcześniejszej rezerwacji biletów.

Połaziliśmy trochę -  oprócz Malagi - po Granadzie i Nerji. Pojechaliśmy też na Gibraltar.









Wróćmy jednak do biegu. 

Pakiety odebraliśmy dzień wcześniej, zrobiliśmy obowiązkowe fotki na ściance, przeszliśmy przez expo, przy okazji kupując dla mnie pasek na numer startowy (mój stary był tak rozciągnięty, że zdarzyło mi się, że w trakcie biegów zjeżdżał mi na kostki. Cud prawdziwy, że nie wywinęłam orła) oraz żeli (o żelach - a raczej jednym, będzie jeszcze mowa).


Z pewnym przerażeniem stwierdziłam, że w przypływie optymizmu, przydzieliłam się do strefy sub 1:45.
Godzina czterdzieści pięć?? No, ambitne miałam plany - ale teraz, tuż przed biegiem, zdecydowanie nie czułam się gotowa na biegnięcie 21 kilometrów w tempie poniżej pięciu minut na kilometr.

Nie do końca byłam również przekonana co do trasy. Takie ładne miasto ta Malaga - myślałam - a trasę poprowadzili głównie wzdłuż wybrzeża. O, jakże ja potem dziękowałam w duchu, że biegnę wzdłuż morza, a bryza daje tak potrzebne orzeźwienie.

Ponieważ nie biegamy z mężem tak samo, więc po życzeniu sobie powodzenia i buziaku na szczęście, każde z nas ruszyło w swoim tempie.

Ja nie robiłam żadnych założeń. Na pewno nie chciałam się wyrywać do przodu, a potem umierać. Bałam się pogody - była piękna: błękitne niebo i słońce. Idealna dla turystów, dla biegaczy ciut mniej. Na szczęście na początku było tyle ludzi, że nawet gdybym chciała, nie miałabym jak przyspieszać.
Bardzo szybko zaczęłam nasuwać sobie czapkę z daszkiem coraz mocniej na twarz - bo słońce mocno przeszkadzało. 

W okolicach piątego kilometra ze zdziwieniem zobaczyłam majaczące przed sobą plecy męża. Małżonek zmagał się ostatnio z kontuzją achillesa i nie był pewien czy znów nie zacznie mu dokuczać. To, że zaczęłam go doganiać mogło świadczyć albo o tym, że coś go boli, albo... że ja biegnę za szybko ;) Chyba wtedy ciut zwolniłam na wszelki wypadek. A jednocześnie zaczęłam szukać jakiś "nadawaczy tempa". Niestety - jak kogoś doganiałam, oznaczało, że biegnę szybciej od niego. Tych, którzy biegli podobnie jak ja - miała marną szansę spotkać. Ale w którymś momencie stał się cud i zorientowałam się, że obok mnie pojawił się facet, który trzyma podobne tempo do mojego. Przez następne kilometry nawiązaliśmy milczącą współpracę. Czasem ja trzymałam się jego pleców, potem ja byłam na przedzie. Odwracaliśmy się, szukając się przy punktach odżywczych, żeby się nie zgubić. To skupienie spowodowało, że umknęły mi gdzieś trzy kilometry! Serio! Gdzieś tam w głowie zaczęłam liczyć, że zaraz powinnam minąć dziesiąty kilometr, a tu WTEM  minęłam tabliczkę z "13" - mocno się zdziwiłam. Fajnie tak się rąbnąć w tą stronę. 

Szczęśliwa trzynastka :)


Niestety, gdzieś po trzynastym kilometrze zaczęło mnie doganiać zmęczenie. Przestałam czuć taką świeżość i lekkość. Słońce coraz mocniej przeszkadzało (boże, jakże cudowny był wiaterek od morza!). Gdzieś w okolicach piętnastego kilometra zgubiłam mojego towarzysza i musiałam biec sama.

Pisałam wcześniej, że będzie mowa o żelach? Miałam ze sobą dwa. Jeden zjadłam gdzieś koło 7 kilometra, drugi wyciągnęłam teraz. Szarpnęłam zębami za folijkę, oderwałam i.... oderwała się powyżej zgrzewu! Aaaaaa! Niedobrze, że tak się przytrafiło. Tak bardzo potrzebowałam teraz jakiegoś zastrzyku energii.. Bez patrzenia na zegarek (który zresztą z premedytacją starałam się omijać wzrokiem) czułam, że biegnę co raz wolniej. No, trudno - trzeba było dobiec do mety na tych oparach, które miałam.

Na ostatnim zakręcie wypatrzyłam stojące wśród kibiców córkę i teściową, pomachałam - i na tyle, na ile pozwalały mi jeszcze siły, pognałam do mety.


Zostałam złapana tuż przed metą przez kibicującą mężowi i synowi koleżankę.
Iza - dziękuję :)


Czas? 1:46:29

Sprawdziłam jak mi poszło na Półmaratonie Warszawskim rok wcześniej. Czas był o minutę gorszy (1:47:33). Teraz chyba  lepiej rozłożyłam siły, a na pewno miałam ich w Maladze więcej na koniec.

W Warszawie końcówkę umierałam, a z tętnem dobiłam prawie do swojego hr max. W Maladze owszem, zwolniłam - ale to zwolnienie było mniejsze, bardziej pod kontrolą, bez poczucia zgonu. 

Naprawdę na mecie byłam bardzo z siebie zadowolona - i z czasu i stylu. 




Cóż mogę powiedzieć o samej imprezie? Płaska trasa, z mała ilością zakrętów, zdecydowanie na życiówki. W pięknym mieście, z palmami, wzdłuż morza i plaż. I z jednym z najładniejszych medali, jakie dostałam na mecie. 

Czyli - polecam :)




Copyright © 2016 Matkabiega , Blogger