wtorek, 14 marca 2017

Weekend pod znakiem Młocin

Miniony weekend sponsorowała literka M. Jak Młociny. I liczba pięć. Jak pięć kilometrów.
Sobota. Impreza dla kobiet - czyli Kobieta na Piątkę. Panowie mogli pobiec tylko w parach ze swoimi połówkami. W porównaniu z innym znanym mi kobiecym biegiem - czyli Samsung Irena Women's Run - tu mniej było tej całej kobiecej otoczki, co akurat bardzo mnie ucieszyło. Trasa nie była atestowana. Ba - wyniosła więcej niż 5 kilometrów, do czego przyznali się sami organizatorzy, ale za to w przeciwieństwie do Samsungowej mierzono czasy netto.

Właściwie więcej niż z samego biegu do opowiadania jest z szykowania. Bo w chałupie czwórka dzieci. Z czego pierwsze trzeba było przypilnować, żeby w porę wyszło na swoje zajęcia komputerowe i nie zapomniało wziąć kluczy do mieszkania. Drugiemu trzeba było załatwić transport na zawody judo, które w tym samym czasie odbywały się w drugim końcu aglomeracji warszawskiej. Trzeciego trzeba było tylko z lekka popędzać przy ubieraniu, bo aktualnie jest w wieku, w którym dzieci ubierają się baaaaardzoooooo wooooolnoooo. Przy czwartym było krótkie miotanie się czy zakładać jeszcze zimowy kombinezon czy bardziej na lekko. I wreszcie ja. Krótki czy długi rękaw? Trzy stopnie... długi. Getry długie czy krótkie? Trzy stopnie... trzy czwarte. Trzy czwarte.... kur*a! Nogi! Nie ogoliłam nóg! Za pięć minut wychodzimy!
Golę na szybko tylko to co wystaje spod getrów (mam nadzieję, że nikogo nie obrzydziłam tym opisem - ale wybaczcie - życie ;).

Sam start jak podsumuję? Po pierwsze wyrwałam za szybko. Więc po pierwszym kilometrze zaliczyłam lekki zgon. Zwolniłam. A wtedy zaczęły wyprzedzać mnie inne kobiałki. Przyspieszyłam trochę i lekko rzężąc i sapiąc już  w miarę równym tempem dotrwałam do mety. Ba, udało mi się wyprzedzić te panie, które wcześniej mnie przegoniły ;) Ogólnie nie wyszło źle. Dystans prawie trzysta metrów dłuższy niż tytułowe pięć kilomerów, czas 26:25. Dwudziesta trzecia baba na ponad dwieście czterdzieści :)

Mistrzyni pierwszego planu ;)


Wnioski? Nie wyrywać do przodu. I jeszcze dużo wody w Wiśle upłynie, zanim zacznę biegać w miarę swobodnie poniżej 5 minut na kilometr (ten zgon po pierwszym kilometrze zaliczyłam przy tempie 4:50, przy następnych nawet się nie zbliżyłam do tych cyferek). A na mecie medal w kształcie serducha i goździk :)
Do przygód okołobiegowych mogę zaliczyć jeszcze pierwsze postartowe karmienie Matyldy. Gdzie przekonałam się, że stanik biegowy do biegania może i się nadaje, ale, żeby z niego jakoś sensownie i dyskretnie wysunąć zawartość, coby nakarmić głodomorkę - to już nie bardzo. Skończyło się na tym, że pod warstwami ciuchów mąż odpinał mi na plecach zapięcie. Ot - takie problemy biegającej matki karmiącej ;)



Niedziela. Pojawiliśmy się w tym samym miejscu, tym razem na ostatni bieg z cyklu City Trail. Starowali tym razem moi faceci :)

Dziecko nr 3 z numerem 24

Dziecko nr 2 z numerem 19

A tu leci najstarszy syn


Czekamy z niecierpliwością aż orgowie opracują wyniki z biegów dziecięcych, bo dziecko nr 1 gdzieś tam pałęta się w czubie z pewną szansą na podium.
A mąż poleciał jak torpeda robiąc życiówkę 19:05. Aż strach pomyśleć ile wykręci na asfalcie :)

Po biegu - spacer nad Wisłę

Klony :P


A teraz...czas powoli zacząć się stresować Półmaratonem Warszawskim. Start za 12 dni!!!

I nieustająco zachęcam do wpłacania na Fundację Wcześniak: https://rejestracja.maratonwarszawski.com/pl/charity/2042


Matylda też zachęca :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2016 Matkabiega , Blogger