Przejdź do głównej zawartości

Weekend pod znakiem Młocin

Miniony weekend sponsorowała literka M. Jak Młociny. I liczba pięć. Jak pięć kilometrów.
Sobota. Impreza dla kobiet - czyli Kobieta na Piątkę. Panowie mogli pobiec tylko w parach ze swoimi połówkami. W porównaniu z innym znanym mi kobiecym biegiem - czyli Samsung Irena Women's Run - tu mniej było tej całej kobiecej otoczki, co akurat bardzo mnie ucieszyło. Trasa nie była atestowana. Ba - wyniosła więcej niż 5 kilometrów, do czego przyznali się sami organizatorzy, ale za to w przeciwieństwie do Samsungowej mierzono czasy netto.

Właściwie więcej niż z samego biegu do opowiadania jest z szykowania. Bo w chałupie czwórka dzieci. Z czego pierwsze trzeba było przypilnować, żeby w porę wyszło na swoje zajęcia komputerowe i nie zapomniało wziąć kluczy do mieszkania. Drugiemu trzeba było załatwić transport na zawody judo, które w tym samym czasie odbywały się w drugim końcu aglomeracji warszawskiej. Trzeciego trzeba było tylko z lekka popędzać przy ubieraniu, bo aktualnie jest w wieku, w którym dzieci ubierają się baaaaardzoooooo wooooolnoooo. Przy czwartym było krótkie miotanie się czy zakładać jeszcze zimowy kombinezon czy bardziej na lekko. I wreszcie ja. Krótki czy długi rękaw? Trzy stopnie... długi. Getry długie czy krótkie? Trzy stopnie... trzy czwarte. Trzy czwarte.... kur*a! Nogi! Nie ogoliłam nóg! Za pięć minut wychodzimy!
Golę na szybko tylko to co wystaje spod getrów (mam nadzieję, że nikogo nie obrzydziłam tym opisem - ale wybaczcie - życie ;).

Sam start jak podsumuję? Po pierwsze wyrwałam za szybko. Więc po pierwszym kilometrze zaliczyłam lekki zgon. Zwolniłam. A wtedy zaczęły wyprzedzać mnie inne kobiałki. Przyspieszyłam trochę i lekko rzężąc i sapiąc już  w miarę równym tempem dotrwałam do mety. Ba, udało mi się wyprzedzić te panie, które wcześniej mnie przegoniły ;) Ogólnie nie wyszło źle. Dystans prawie trzysta metrów dłuższy niż tytułowe pięć kilomerów, czas 26:25. Dwudziesta trzecia baba na ponad dwieście czterdzieści :)

Mistrzyni pierwszego planu ;)


Wnioski? Nie wyrywać do przodu. I jeszcze dużo wody w Wiśle upłynie, zanim zacznę biegać w miarę swobodnie poniżej 5 minut na kilometr (ten zgon po pierwszym kilometrze zaliczyłam przy tempie 4:50, przy następnych nawet się nie zbliżyłam do tych cyferek). A na mecie medal w kształcie serducha i goździk :)
Do przygód okołobiegowych mogę zaliczyć jeszcze pierwsze postartowe karmienie Matyldy. Gdzie przekonałam się, że stanik biegowy do biegania może i się nadaje, ale, żeby z niego jakoś sensownie i dyskretnie wysunąć zawartość, coby nakarmić głodomorkę - to już nie bardzo. Skończyło się na tym, że pod warstwami ciuchów mąż odpinał mi na plecach zapięcie. Ot - takie problemy biegającej matki karmiącej ;)



Niedziela. Pojawiliśmy się w tym samym miejscu, tym razem na ostatni bieg z cyklu City Trail. Starowali tym razem moi faceci :)

Dziecko nr 3 z numerem 24

Dziecko nr 2 z numerem 19

A tu leci najstarszy syn


Czekamy z niecierpliwością aż orgowie opracują wyniki z biegów dziecięcych, bo dziecko nr 1 gdzieś tam pałęta się w czubie z pewną szansą na podium.
A mąż poleciał jak torpeda robiąc życiówkę 19:05. Aż strach pomyśleć ile wykręci na asfalcie :)

Po biegu - spacer nad Wisłę

Klony :P


A teraz...czas powoli zacząć się stresować Półmaratonem Warszawskim. Start za 12 dni!!!

I nieustająco zachęcam do wpłacania na Fundację Wcześniak: https://rejestracja.maratonwarszawski.com/pl/charity/2042


Matylda też zachęca :)

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Dzień dobry!

Dzień doberek! Matylda jestem. Urodziłam się 21 września. Zrobiłam mamie psikusa i postanowiłam ewakuować się z brzucha trochę wcześniej. Tak naprawdę to trochę wszystkich nastraszyłam, bo postanowiłam ograniczyć kopniaczki i przeciąganie w brzuchu prawie do zera. No ale sami spróbujcie ruszać się z pępowiną wokół szyi. Nie było mi już za dobrze w brzuchu. Postanowiłam dodatkowo w ramach buntu przestać rosnąć. No ale jak tu rosnąć jak się ma coś wokół szyi? Człowiek skupić się nie może. Mama miała taaaakie oczy, gdy okazało się, że ważę o wiele, wiele mniej niż moi bracia po narodzinach. Ale staram się nadrabiać pijąc mleczko mamy ile zdołam.
Mam starszych braci. Aż trzech! Każdy z nich mówi, że jestem słodka i chce mnie głaskać i trzymać na rękach.
Mama podobno biegała zanim pojawiłam się w jej brzuchu. No nie wiem... Na razie ma problemy, żeby dojść do szkoły po moich braci. W połowie drogi zaczyna ziewać i czasem boję się, że zaśnie ze zmęczenia zanim dojdziemy ;)
Będę od czasu do …

Harpaganowo

Rok temu małżonek usiłował zdobyć tytuł Harpagana na trasie mieszanej 150 (50 km pieszo, 100 km roweru). Żeby uzyskać ten tytuł trzeba zebrać wszystkie punkty w limicie czasu, co wcale nie jest takie łatwe..
Teraz podjął kolejną próbę, a ja z dzieciakami po raz kolejny pojawiłam się na starcie najkrótszego dystansu, Harpusia. Nie sama. Po pierwsze zachęciłam znajomą, u której nocowaliśmy (jej mąż zresztą startował na trasie rowerowej 100 km). Znajoma z trójką dzieci, najmłodszy półtora miesiąca młodszy do mojej Matyldy. "Chodź!" mówiłam. "Jasne, że dasz radę z wózkiem! Rok temu przez wszystkie punkty przenawigował mój Jasiek, wtedy siedmioletni. Widziałam osoby z wózkami. Fajnie będzie!"
Chyba w podobny deseń zachęcałam Pawła - połówkę teamu Słomiane Bambusy, który zastanawiał się czy jego młodsza pociecha, czterolatek da radę przejść trasę.
Chłop mój zaczął zmagania dzień wcześniej, o dwudziestej pierwszej, zaliczając frontową ulewę przewalającą się w nocy nad oko…

Węgry cz. 2 o tym jak nie powinien wyglądać dzień startu

Tak jak pisałam w poprzedniej części, z tego co pamiętam, na liście startowej Salomon Visegrad Trail znalazłam się nie przebiegnąwszy ani jednego kilometra po porodzie. Czerwiec był tak odległym terminem, a po drodze był przecież jeszcze Półmaraton Warszawski, że całe te Węgry zepchnęłam gdzieś na samo dno mojej głowy. W kwietniu temat wypłynął, jakiś głosik zaczął szeptać mi w uchu "to już blisko!". Mój start w Biegu Łosia po Kampinosie miał być takim trochę treningiem przed trailem na Węgrzech.
A potem sobie wymyśliłam, że muszę choć troszkę popracować nad siłą moich nóg. I polazłam sobie poskakać na milion sposobów po schodach. Poskakałam tak skutecznie, że coś mnie zaczęło ciągnąć w okolicach mięśnia dwugłowego. Myślę, że nie same skoki tu zawiniły. Zerknąwszy w moje statystyki biegowe okazało się, że w maju na rekord poszłam jeśli chodzi o ilość przebiegniętych kilometrów. Ponieważ wśród znajomych akurat szalała jakaś plaga kontuzji, nie chcąc być następna, grzecznie od…