Przejdź do głównej zawartości

Węgry cz. 3 Salomon Visegrad Trail

Punkt jedenasta ruszyliśmy. Dwieście czterdzieści cztery osoby, z czego połowa to płeć piękna. Ustawiłam się gdzieś bardziej z przodu - ale na pierwszych kilku kilometrach parę dziewczyn wciągnęło mnie nosem. Prawie od razu zrobiło się pod górkę.
Trasa szczęśliwie szła głównie lasami. Fragmenty na otwartej przestrzeni były straszne ze względu na bezlitosne słońce.

Nie jestem w stanie opowiedzieć kilometra po kilometrze. W głowie zostały mi obrazy, fragmenty. Część z nich nie umiem przypisać do konkretnego momentu biegu. Pamiętam ścieżkę idącą wśród wysokich, potężnych drzew, mam wrażenie, że głównie dębów. Ludzie wyglądali tak nędznie na tle tych konarów i pni, że aż wyciągnęłam telefon i usiłowałam w biegu zrobić zdjęcie.
Pamiętam przeloty polanami, gdzie człowiek od razu przyspieszał, żeby jak najszybciej skryć się pomiędzy drzewami. Pamiętam singletracki przez dzikie, pełne kolorowych kwiatów łąki, albo trawersujące zbocza ścieżki wprowadzające w bieszczadzkie klimaty.

Wiem, nieostre. Bo robione w biegu. 

Trochę bieszczadzkie klimaty, nie?


Mocno zaskoczyły mnie zbiegi. Strome, wąskie. W wielu miejscach o jakimś większym rozpędzeniu mogłam zapomnieć, jeśli życie było mi miłe. Jak tu pędzić, jak trasa na przykład szła ostrymi serpentynami w dół. Ścieżka szeroka akurat na dwie stopy idąca rancikiem. Jakakolwiek pomyłka, potknięcie o korzeń - i lądowanie byłoby z dobre dwadzieścia metrów niżej. Jak się rozpędzić jak single track idzie wśród dzikich róż, których pędy rosną w poprzek i człowiek tylko czeka, które wnyki złapią go za kostki w swoje sidła.

Starałam się nie kalkulować. Po pierwsze to moje pierwsze tak długie bieganie po urodzeniu Matyldy. Po drugie słońce. Trzeba było rozsądnie szafować siłami. Jednak, gdy dobiegałam do pierwszego punktu kontrolnego - a był to jedyny fragment z agrafką - nie mogłam się powstrzymać, żeby nie policzyć dziewczyn, które leciały już w drugą stronę. Wyszło mi, że jestem coś w okolicach dwunastego miejsca (byłam tak naprawdę trzynasta). Kurczę, uznałam, że jest nieźle.
Pomimo upału starałam się nie zmarudzić za bardzo przy napojach. Szybkie dwa kubeczki coli, lód na kark (tak - na punktach był dostępny lód w kostkach: ge - nial - ne!) i dalej w drogę - ale to nie wystarczyło i ze trzy dziołchy i tak mnie potem wzięły.

A potem moim oczom pojawiło się podejście na szczyt Vöröskő. Zobaczyłam mega strome zbocze. Piaszczyste, pełne korzeni drzew. Skrzyżowanie Jasła, Chyrlatej z cholera wie czym jeszcze. Chyba nawet jęknęłam. U podnóża czekał lotny punkt kontrolny, a oprócz tego dziewczyny częstowały wodą. Uwierzcie mi, że wtedy ta zimna zwykła woda smakowała mi najlepiej w życiu. 
A potem trzeba było rozpocząć mozolne skrabanie. Było strasznie. Tempo miałam jakieś gorzej niż żółwie. Stromo było potwornie, nogi chwilami zjeżdżały na suchym piachu. Powoli, pokracznie, krok za krokiem drapałam się w górę w duchu gadając ze sobą. Że chyba mnie powaliło. Że po co mi to. Że za miesiąc wymyśliłam sobie bieg o 20 kilometrów dłuższy od tego i może tak komuś oddać pakiet na te cholerne Góry Stołowe? A może tak szybko wrócić do dziewczyn na punkt i porwać im tą zimną, pyszną wodę? Wodo, wodo, mój sssskarbie :P


Podejście na Vöröskő. Chwilami było stromiej niż widać na tym zdjęciu


I wtedy dziewczyna, która szła przede mną zatrzymała się i mnie przepuściła. To mi jakoś dodało skrzydeł. Mentalnie oczywiście, bo ciężko było frunąć po tym czymś. Zresztą na sam koniec często - gęsto szłam na czworakach po prostu (w domu popatrzyłam na mapkę. Całe podejście miało około kilometra. I na tym kilometrze podchodziło się dwieście metrów w górę. Od miejsca gdzie stał lotny punkt kontrolny było jakieś 500 metrów i ponad 120 metrów w górę. Jakieś pytania?) 
W duchu wiedziałam, że nie mogę się zatrzymać, Powoli, powoli, ale do przodu. Cały czas do przodu. W końcu wyszłam na otwartą przestrzeń. Wychynęłam z lasu, z krzaków i zobaczyłam przed sobą w dole daleko zakręcający Dunaj. To było tak niespodziewane i niesamowite, że przez chwilkę po prostu gapiłam się przed siebie. A potem zniknęłam w następnych krzakach :)
Wiedziałam, że najgorsze podejście w tym biegu mam już za sobą. Było jeszcze jedno, ale już nie tak długie i ciutkę mniej strome. Obydwa jednak dały zdrowo popalić.


Na szczycie Vöröskő, 521 m n.p.m

Na tym etapie bardzo często biegłam już sama. Miało to swoje konsekwencje związane z oznaczeniem trasy. Chwilami musiałam sama podejmować decyzje jak biec. Bo trasa była oznaczona mniej więcej tak jak szlak wokół Balatonu ;) Chwilami było dobrze, a chwilami na odwal się i bez wyobraźni.Trzykrotnie widziałam zawodników biegnących z jakiejś dziwnej strony, ewidentnie po zgubieniu drogi. Sama ze trzy razy o mały włos przegapiłabym jakieś rozgałęzienie. 
O jednym takim ewidentnym źle oznaczonym miejscu opowiem. Biegnę drogą przez las. Od czasu do czasu na gałęziach z prawej strony wiszą taśmy. Dobiegam do skrzyżowania. Droga w poprzek identycznej szerokości jak ta, po której biegnę. Z boku przed skrzyżowaniem wisi taśma, jedna. Gdyby był skręt powinny wisieć dwie - przynajmniej tak do tej pory zauważyłam. A tu jedna. Nie pasowało mi, że byłam tak trochę w głębi powieszona. Stanęłam. Oprócz tej jednej jedynej taśmy nic innego nie widziałam. Ani z przodu, ani z boku. Po chwili wahania skręciłam. I po dobrych dwudziestu metrach zobaczyłam wiszącą następną taśmę. Ile osób pobiegło prosto? Nie wiem. Takich historii miałam kilka po drodze. Na koniec było to strasznie męczące. Kilometry w nogach, mózg się lasuje od słońca - a tu człowiek zmysły musiał mieć maksymalnie wyostrzone, żeby nie przegapić niedokładnie i zbyt rzadko chwilami oznaczonej trasy. Pod koniec zresztą wypatrywać trzeba było nie taśm, a wymalowanych różowym sprayem kropek i strzałek.

Miałam jeszcze jedną przygodę, z bukłakiem z wodą. Biegłam sobie właśnie bardzo fajną ścieżynką w dół, gdy poczułam jak moje plecy robią się dziwnie mokre i zimne...Szybko ściągnęłam plecak. Okazało się, że wysunęło się plastikowe zamknięcie bukłaka i część izotonika wychlapała mi się na plecy. 

Drugi punkt kontrolny był już poza strefą lasu. Obsługa stała z dzbanami z wodą i wylewała całe litry na przybiegających zawodników. Ja też skorzystałam. Potem tradycyjnie: lód, cola, woda, cola i dalej do przodu. Zostało ostatnie pięć kilometrów. Teoretycznie po płaskim, ale cień, który dawały drzewa zostawiliśmy za sobą. Ostatnie kilometry szły już ulicami wiosek otaczających Szentendre. 
Na początku szło mi całkiem żwawo. Do momentu, gdy za zakrętem zobaczyłam przed sobą dziewczynę, która zmęczona upałem maszerowała. I wtedy moja głowa zrobiła mi głupi numer i odmówiła współpracy. Powiedziała "widzisz, można iść!". I moje nogi zatrzymały się. 

Ten ostatni fragment to była moja walka z głową. Walka o te fragmenty pokonane truchtem. Na początku ją przegrywałam. Odcinków przemaszerowanych było więcej. Do momentu, gdy przegoniłam dziewczynę przede mną. Nie byłam już w stanie przejść do ciągłego biegu, ale chociaż starałam się, żeby odcinki biegane były jak najdłuższe. Nie dam się wyprzedzić. Nie teraz na sam koniec. Gdzie to cholerne Szentendre?
Wreszcie rozpoznaję, że jestem na tyłach turystycznej części miasta. Miga mi zresztą zza rogu twarz Tibora. Biegnę.




Powiem szczerze, te kilka czy kilkanaście godzin wysiłku jest warte takich chwil jak ta. Gdy pędzę urokliwymi uliczkami niesiona krzykami widzów i turystów siedzących w ogródkach restauracji. Zrobiłam to! Udało się! Trzy godziny i kwadrans. Czternasta kobieta - więc jak na matkę czwórki dzieci, w tym jedno niemowlę,  całkiem nieźle :)


Ręcznik na moich ramionach to następny po lodzie fajny pomysł organizatorów. Na mecie każdemu wręczano zimny, mokry ręcznik. Jestem pewna, że jak obwinęłam nim głowę słyszałam syk chłodzonej głowy ;)



Matylda nieobecność matki olała cienkim sikiem, przybycie zresztą też;). Była zbyt zajęta swoją zabawką, żeby poświęcić mi więcej czasu ;)




Pakietu na Supermaraton Gór Stołowych jednak nie oddam ;)


Komentarze

  1. Piękny kraj, nie mogę się doczekać, aby tam kiedyś pojechać. :)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Dzień dobry!

Dzień doberek! Matylda jestem. Urodziłam się 21 września. Zrobiłam mamie psikusa i postanowiłam ewakuować się z brzucha trochę wcześniej. Tak naprawdę to trochę wszystkich nastraszyłam, bo postanowiłam ograniczyć kopniaczki i przeciąganie w brzuchu prawie do zera. No ale sami spróbujcie ruszać się z pępowiną wokół szyi. Nie było mi już za dobrze w brzuchu. Postanowiłam dodatkowo w ramach buntu przestać rosnąć. No ale jak tu rosnąć jak się ma coś wokół szyi? Człowiek skupić się nie może. Mama miała taaaakie oczy, gdy okazało się, że ważę o wiele, wiele mniej niż moi bracia po narodzinach. Ale staram się nadrabiać pijąc mleczko mamy ile zdołam.
Mam starszych braci. Aż trzech! Każdy z nich mówi, że jestem słodka i chce mnie głaskać i trzymać na rękach.
Mama podobno biegała zanim pojawiłam się w jej brzuchu. No nie wiem... Na razie ma problemy, żeby dojść do szkoły po moich braci. W połowie drogi zaczyna ziewać i czasem boję się, że zaśnie ze zmęczenia zanim dojdziemy ;)
Będę od czasu do …

Harpaganowo

Rok temu małżonek usiłował zdobyć tytuł Harpagana na trasie mieszanej 150 (50 km pieszo, 100 km roweru). Żeby uzyskać ten tytuł trzeba zebrać wszystkie punkty w limicie czasu, co wcale nie jest takie łatwe..
Teraz podjął kolejną próbę, a ja z dzieciakami po raz kolejny pojawiłam się na starcie najkrótszego dystansu, Harpusia. Nie sama. Po pierwsze zachęciłam znajomą, u której nocowaliśmy (jej mąż zresztą startował na trasie rowerowej 100 km). Znajoma z trójką dzieci, najmłodszy półtora miesiąca młodszy do mojej Matyldy. "Chodź!" mówiłam. "Jasne, że dasz radę z wózkiem! Rok temu przez wszystkie punkty przenawigował mój Jasiek, wtedy siedmioletni. Widziałam osoby z wózkami. Fajnie będzie!"
Chyba w podobny deseń zachęcałam Pawła - połówkę teamu Słomiane Bambusy, który zastanawiał się czy jego młodsza pociecha, czterolatek da radę przejść trasę.
Chłop mój zaczął zmagania dzień wcześniej, o dwudziestej pierwszej, zaliczając frontową ulewę przewalającą się w nocy nad oko…

Węgry cz. 2 o tym jak nie powinien wyglądać dzień startu

Tak jak pisałam w poprzedniej części, z tego co pamiętam, na liście startowej Salomon Visegrad Trail znalazłam się nie przebiegnąwszy ani jednego kilometra po porodzie. Czerwiec był tak odległym terminem, a po drodze był przecież jeszcze Półmaraton Warszawski, że całe te Węgry zepchnęłam gdzieś na samo dno mojej głowy. W kwietniu temat wypłynął, jakiś głosik zaczął szeptać mi w uchu "to już blisko!". Mój start w Biegu Łosia po Kampinosie miał być takim trochę treningiem przed trailem na Węgrzech.
A potem sobie wymyśliłam, że muszę choć troszkę popracować nad siłą moich nóg. I polazłam sobie poskakać na milion sposobów po schodach. Poskakałam tak skutecznie, że coś mnie zaczęło ciągnąć w okolicach mięśnia dwugłowego. Myślę, że nie same skoki tu zawiniły. Zerknąwszy w moje statystyki biegowe okazało się, że w maju na rekord poszłam jeśli chodzi o ilość przebiegniętych kilometrów. Ponieważ wśród znajomych akurat szalała jakaś plaga kontuzji, nie chcąc być następna, grzecznie od…