piątek, 7 września 2018

Matki na gigancie

W środę 15 sierpnia skoczyłam ze spadochronem, a w sobotę wsiadłam razem z Hanią w auto i pognałyśmy w kierunku gór.
Wyjazd zaplanowałyśmy kilka tygodni wcześniej. Padło na Tatry, bo...to Tatry :)
Podróż dla mnie była dość ciekawym przeżyciem - bo z jednej strony nie mogłam się odczekać ubrania butów, założenia plecaka, a z drugiej w mojej głowie wciąż wszystko buzowało po skoku.
Wiecie, że w McDonald's w Częstochowie jedna ściana to wielkie zdjęcie ze skydiverami? Nigdy na to nie zwróciłam uwagi - teraz rzuciło mi się w oczy od progu :)

Pogoda była diametralnie inna od tej na Adventure Trophy. czyste, błękitne niebo, piękna panorama gór, gdy zbliżałyśmy się do Zakopanego.

widok z naszego balkonu


W miejsce naszego zakwaterowania w Kościelisku dotarłyśmy późnym popołudniem. Hania niestety musiała przysiąść do pracowego komputera, a ja w ramach rozpisanego treningu przez Piotra poleciałam Drogą pod Reglami do Doliny Kościeliskiej i z powrotem. Następne dwa dni miała być uprawiana samowolka niezgodna z Planem zupełnie :)

Droga pod Reglami


Na pierwszy ogień postanowiłyśmy pojechać na słowacką stronę. Hania pokazała na mapie Dolinę Rohacką, podejście na jakieś dwutysięczniki, pętęlkę do Rohackich Ples i powrót na dół.
Gdzieś tam z tyłu głowy mi pykło, że jak szczyty powyżej 2 tysięcy, to może być ciekawie - ale generalnie chyba żadna z nas nie zastanowiła się jak to może wyglądać w realu. A informacji o naszej trasie Hania zaczęła szukać już po powrocie do pokoju. Może to i dobrze :))

Najpierw kilka rozgrzewkowych kilometrów asfaltem, potem skręt na szlak i od razu zaczęło się zdobywanie wysokości. Żadne bieganie nie wchodziło w grę. Było żmudne, przy pomocy kijków drept, drept, pod górę. Z coraz piękniejszymi widokami dookoła.





Gdy wyhynęłysmy ponad linię lasu, widać było z daleka grań, którą prowadziła nasza trasa. Myślałam, że jeszcze chwileczka i będzie można zacząć coś truchtać, ale okazało się, że w dalszym ciągu biegania miałyśmy ilości homeopatyczne. Pod górę - wiadomix. Ale nawet jak szlak prowadził w miarę po płaskim, albo w dół, był tak najeżony głazami, luźnymi kamieniami, że bardziej efektywny i bezpieczny był po prostu szybki marsz.



to my musimy gdzieś tam :)




Znajdź Hanię na zdjęciu :)


A potem zrobiło się ciekawie... Grań zaczęła się coraz bardziej zwężać, po bokach nagle zrobiło się tak...przestrzennie, a zamiast ścieżki trzeba było wyszukiwać szlak pomiędzy blokami skalnymi. Powiem Wam, że po tym skoku miałam ewidentnie przesunięcie jeśli chodzi o wrażliwość na ekspozycję (no jakoś mi te przestrzenie zmalały), ale Hania chwilami miała dość niepewną minę. Tym bardziej, że buty, które miała na nogach nie do końca dawały jej takie oparcie, jakiego by oczekiwała.
Na deser czekał nas fragment z łańcuchami - najpierw do góry, a potem trawers nad bardzo ładniutką przepaścią. To se matki trasę biegową wybrały...


Kijki się chwilowo nie przydadzą. Lepiej mieć wolne ręce

Mnie się podobało :)

doszłyśmy do łańcuchów




To jednak nie był koniec atrakcji. Gdy już wykaraskałysmy się z tych łańcuchów i dalej kontynuowałyśmy naszą wycieczkę granią, dobiegło do naszych uszu grzmienie. Ha, tylko tego nam brakowało, burzy...
Tak jakby przyspieszyłyśmy, żeby jak najszybciej z tej grani zejść. Wybrałyśmy w związku z tym drogę na skróty. Szlak trawersował zboczem w kierunku Przełęczy Banikowskiej a potem schodził w dół. Ale naszym oczom ukazał się skrót wydeptany przez ludzi, który od razu schodził niżej. Wybrałyśmy skrót.
Zejście z grani z jednej strony uspokoiło, z drugiej strony, przestałyśmy widzieć czy chmury, które widziałyśmy dalej nadpływają w naszą stronę. Na szczęście burza przeszła bokiem, mocząc nas tylko kilkoma kroplami deszczu.

Zwiałyśmy z grani. to teraz w dół. O bieganiu można zapomnieć :)


Niestety podczas naszej ucieczki przed burzą, Hania wywróciła się. Postanowiłyśmy zmodyfikować więc nasze plany i Rohackie Plesa sobie odpuścić. Poczekają na inny raz. I bez nich wyszła nam zacna 24 kilometrowa wycieczka.
Hania po powrocie zagłębiła się w net i wyczytała, że wpakowałyśmy na trasę określaną mianem "Orlej Perci Tatr Zachodnich". Taaa :)))



Następny dzień dla odetchnięcia zaplanowałyśmy w niższych partiach. Dolina Małej Łąki, Przysłop Miętusi, Dolina Kościeliska, Przełęcz Iwaniacka, Dolina Chochołowska. W sumie 21 kilometrów. Było zdecydowanie bardziej biegowo. Szczególnie miło wspominam zbieg z Przełęczy Iwaniackiej. Kurczę, jak ja lubię zbiegać! Było też o wiele więcej ludzi. W Dolinach - wiadomo. Ludź na ludziu - i tu śmiałyśmy się z Hanią, że przydaje się doświadczenie ze biegów ulicznych. Na podejściach czy w dół - trochę lepiej, ale ludzi o wiele więcej niż na słowackiej stronie (inna sprawa, że porównuję szlaki o innej trudności).

Magiczne podejście do Doliny Małej Łąki

Przysłop Miętusi

Czekam na Hanię

Tłumy przed schroniskiem na Hali Ornak

Zniszczony szlak przez wodę. Pamiętacie zdjęcia i filmy z Adventure Trophy? to skutki tamtej pogody


Jak wrażenia? Nie jest źle z moją formą. Treningi te biegowe jak i niebiegowe (czyli trx-y, na które regularnie chadzałam) działają. W ogóle nie bolały mnie czworogłowe, pośladki czy łydki. Problem natomiast objawił się poniżej łydek. Miałam w dolnej części nóg takie zakwasy, że przy wstawaniu uginały się pode mną nogi. Wyszedł brak treningów w mocno nierównym i wymagającym terenie. Mięśnie odpowiedzialne za utrzymanie równowagi, stabilizację, dostały mocno w dupę.


Następnego dnia z wielkim żalem ruszyłyśmy w kierunku domu. Z miła chęcią to jeszcze kiedyś powtórzę :)

PS. W zdjęcia polecam się wklikać

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2016 Matkabiega , Blogger