czwartek, 1 sierpnia 2019

Wieści z frontu :)

Właśnie się zorientowałam, że sierpień powiedział "dzień dobry, państwu", a ja blogaska zostawiłam z czerwcowym wpisem. Wpisem, w którym informuję, że cholernie boję się wyskakiwać ze sprawnego lecącego samolotu (co jakby jest zrozumiałe), ale mam zamiar robić to nadal (co pewnie jest już zrozumiałe mniej).

Od tamtego czasu poziom stresu i strachu zdecydowanie mi się obniżył. 
Już nie dostaję migotania przedsionków po usłyszeniu charakterystycznego sygnału, po którym można otworzyć roletę w samolocie. 
Nie potrzebuję reanimacji jak widzę kolejnych skoczków zabieranych przez powietrze (a to też wiąże się z jedynym swoim rodzaju dźwiękiem, takim szumem). 
Widok chmur pode mną zaczyna wydawać mi się całkiem naturalny, a na huk i hałas na zewnątrz przestałam zwracać uwagę. 
Jestem o wiele bardziej świadoma swojego ciała w przestrzeni i umiem lepiej nad nim panować. 
Ale w dalszym ciągu jestem żółtodziobem, który uczy się i poznaje ten spadochronowy świat.

fot. Olga Wiewiórka Żaglewska


fot. Przemysław Bocianek Lech


Oczywiście biegam jeszcze :) Choć nie jestem już tak pilną wykonawczynią Planu ;) No, nie da się po prostu. 
Z jednej strony wychodzi mi, że tragicznie nie jest, bo pomimo omijania prawie wszystkich treningów weekendowych, lipiec zakończyłam z 180 kilometrami na liczniku, ale z drugiej strony....

No właśnie: już za tydzień z kawałkiem czeka mnie i męża bieganie w Norwegii w ramach Stranda Fjord Trail Race. Niby jak na ultra, dystans raczej krótki, bo 48 km. Należy jednak pamiętać, że skandynawskie biegi są mocno techniczne. A jak jeszcze swoje grosze dołoży pogoda, to może być ciekawie.
Stranda to jednak mały pikuś ;)

Jak pamiętacie (a jak nie pamiętacie, albo gucio to Was obchodziło - to właśnie informuję), że w tym roku zamarzył mi się start w Biegu Ultra Granią Tatr. Punkty kwalifikacyjne, które umożliwiały mi spróbowanie szczęścia w losowaniu miałam. No i cóż. Mój mąż dostał się na upragnioną listę, a ja znalazłam się na 22 miejscu listy rezerwowej. Postanowiłam jednak traktować się jako startującą.
Na miesiąc przed biegiem trochę zwątpiłam, bo pomimo, że przesunęłam się w górę, to dalej okupowałam listę rezerwową. Aż tu parę dni temu dostałam upragniony telefon od organizatorów!
Tak więc Stranda to mały pikuś, bo tydzień później stanę na starcie jednego z trudniejszych biegów w Polsce. Będę miała 17,5 godziny na pokonanie 71 km po tatrzańskich szlakach  z 5 tys. metrów przewyższeń. I powiem szczerze, że rurka mi lekko mięknie i przed oczami mam wszystkie treningi, których nie zrobiłam ;)



Cóż, pozostaje mi liczyć, że baza zrobiona zimą i w ubiegłych sezonach, treningi uzupełniające (czyli kettle) plus to, że schudłam, wystarczą, żeby nie umrzeć, dobrze się bawić i zmieścić w limicie czasu. Bo szczerze mówiąc, nie oddałabym żadnego ze skoków, które zrobiłam zamiast biegania;)

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Copyright © 2016 Matkabiega , Blogger