poniedziałek, 26 października 2020

Covidowe (nie)bieganie z półmaratonem w tle

Tytuł mówi chyba sam za siebie ;) No, dziwny ten 2020 rok jeśli chodzi o moją aktywność biegową. 

Już od początku roku, zanim przez Polskę przewaliła się pierwsza fala wirusa, to bieganie szło jakoś pod górkę. Dwa przeziębienia, które mnie złapały spowodowały, że bieganie ni hu, hu mi nie wychodziło. Szybko się męczyłam, nie mogłam wejść na jakieś sensowne prędkości. Z treningu na trening byłam coraz bardziej rozczarowana i zniechęcona. Nie byłam w stanie nawet zbliżyć się w okolice mojej wcześniejszej formy. Potem lockdown - wiadomix. Skakanka na balkonie, kettel na wyjeżdżającej spod tyłka karimacie: kurczowe trzymanie się jakiejś namiastki ruchu. Kolejne odwoływane, jeden za drugim, biegi. Totalne zniechęcenie. 

Z rozpisywanych treningów zrezygnowałam - bo to nie miało sensu. Dodatkowo doszła jeszcze praca, potem szczęśliwie ruszył sezon spadochronowy. Okazało się, że rozciąganie doby ma jednak swoje granice - i nie mam ani czasu, ani chęci, żeby biegać tak intensywnie jak do tej pory. Oczywiście nie zrezygnowałam z biegania zupełnie. Starałam się wychodzić, za każdym razem wkurzając się na mój zegarek, który twierdził, że moja wydolność biegowa szoruje po dnie. 

Przez chwilę zapowiadało się, że moooże odbędzie się półmaraton w Gdyni, przełożony z marca na październik. Ale w którymś momencie, długo przed oficjalnym komunikatem, zyskałam wewnętrzne przekonanie, że nie ma szans na przeprowadzenie tak masowego biegu. No i miałam rację.

Dziwnie się trochę poczułam, gdy kurier przyniósł koszulkę, plecak - gadżet, numer startowy i medal. Medal, który powinnam dostać, gdy zmęczona przekraczam linię mety. Wiedziałam, że organizator wymyślił opcję biegu wirtualnego, ale początkowo nie miałam zamiaru w nim uczestniczyć. Miałam plan, że może, któregoś dnia, zrobię te 21 km, bo tak głupio mieć medal z półmaratonu, gdy od kilku miesięcy biega się dystanse maksymalnie 11-12 km. Ale, żeby rejestrować się i biec konkretnego dnia? Eeee....

Aż tu pewnego dnia  mój mąż wpadł na pomysł, żeby trochę skopiować ideę biegu przeprowadzanego na Florydzie: najpierw wyskakuje się ze spadochronem, a potem człowiek przebiera się i biegnie. Na półmaraton w Gdyni była zapisana dwójka naszych znajomych - spadochroniarzy. Może ich namówić, żeby zrobić to razem: wyskoczymy, a potem towarzysko, w okolicach lotniska przetruchtamy ten półmaraton. Niestety pomysł nie wyszedł. Nie wszyscy chcieli, nie wszyscy mogli, a potem i tak wszystkich pogodziła pogoda i covid - strefa spadochronowa zakończyła sezon.
Jak już jednak zaczęłam dopuszczać do siebie myśl, żeby skorzystać z opcji biegu wirtualnego - postanowiłam sprawę przeprowadzić do końca.

Najpierw rozkminiałam gdzie ja w ogóle mam te 21 kilometrów nabić. Twarda nawierzchnia? No, mamy takie kółko niedaleko domu, około pięciokilometrowe, bez świateł. Problem tylko był taki, że to był pierwszy dzień obowiązku noszenia maseczek. Biec półmaraton w buffie na twarzy? No, bez jaj... Biec, rozglądając się dookoła czy nie stoi gdzieś policja? No bez jaj... (to ostatnie miało swoje uzasadnienie, bo małżonek, który wybrał tę opcję biegową, nadział się na policję sprawdzającą maseczki). Stwierdziłam, że lecę do lasu. Trudno - będzie wolniej, będzie trudniej, bo tego dnia padał deszcz. Ale i tak świata cyfrą nie zadziwię. Mogło się okazać, że przy mojej częstotliwości biegania, wyzwaniem będzie samo pokonanie takiego dystansu. 

Zrobiłam przedstartową fotkę (nieostrą), odpaliłam zegarek i ruszyłam. Nie miałam konkretnego planu którędy będę biec. Decyzję podejmowałam w trakcie. Tam gdzie były dłuższe, proste odcinki, biegałam je w te i nazad po 2-3 razy i ruszałam dalej. Nie patrzyłam się na tempo. I tak nic by mi to nie dało. W trupa nie biegłam - ale było to tempo, które było lekkim przekroczeniem mojej granicy komfortu. Bałam się trochę przegiąć. Przy moim braku wytrenowania, większe przyspieszenie mogło skończyć się ścianą - a jakoś średnio miałam ochotę umierać w deszczu, w lesie, ze zgrabiałymi z zimna rękami. Bo o ile ciuchy dobrałam idealnie, tak nie wpadłam na to, żeby przy temperaturze 5 stopni i deszczu założyć rękawiczki. Oj, ciężko wyciągało się żel z kieszeni, paluszki nie chciały słuchać. 

W okolicach 11 kilometra padły mi słuchawki (bo biegłam słuchając muzyki). Najpierw chciałam to zignorować, ale szybko stwierdziłam, że brakuje mi jej. Nadawała mi rytm i odciągała od myślenia o zmęczeniu. Przeszłam do marszu, żeby zmarzniętymi palcami wygrzebać telefon i pogmerać przy kabelku. Niby pomogło, ale tak nie do końca. Nie wiem, czy coś mi zamokło, czy słuchawki akurat w tym momencie postanowiły się zepsuć, ale do samego końca towarzyszyła mi muzyka jakby ze świata naprutego narkomana. Tempo zwalniało. Melodię słyszałam z dziwnym pogłosem. Wszystko słyszałam bardzo cicho, ale za to chórki nagle rozbrzmiewały w normalnej głośności. No, mówię Wam, cuda na kiju ;) Do tego wszystkiego nieopatrznie dwa razy wybrałam ten sam fragment leśnej ścieżki z powalonym drzewem, przez które trzeba było przeleźć. 

Jeszcze ostatnie trzy, dwa, jeden kilometr. W uszach dziwna, kocia muzyka. Zgrabiałe ręce, zmęczone mięśnie i wreszcie wciskam stop. Na wszelki wypadek przebiegłam ciut więcej: 21,12 km, żeby na pewno aplikacja zaliczyła mi bieg. Czas: 01:50:12. 
Z jednej strony poczułam ulgę i radość, że bez regularnych treningów, właściwie z marszu, przebiegłam półmaraton, w nienajłatwiejszych w sumie warunkach. Z drugiej strony poczułam ukłucie żalu, że jednak minuty nie zaczynają się od cyfry 4. Może gdybym miała rękawiczki i nie zwolniła do wyciągnięcia tego żelu z kieszeni? A może gdybym olała brak muzyki? A może, gdyby nie to drzewo? A może jednak trzeba było wybrać asfalt? Sranie w banie, moi drodzy. Po prostu nie pobiegłam szybciej. A nie pobiegłam, bo na dzień dzisiejszy nie jestem w stanie i tyle. Z pustego to i Salomon nie naleje :)

Co dalej? Czasy mamy takie, że ciężko coś planować. A nawet jak się zaplanuje - nie wiadomo co z tych planów wyjdzie. Będę dumać i działać w zależności od sytuacji. I starać się nie zapomnieć jak się przebiera nogami :)




Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Copyright © 2016 Matkabiega , Blogger