Dzisiejszy post nie będzie o bieganiu, a o drugiej mojej pasji, skydivingu.
W 2018 roku skoczyłam ze spadochronem w tandemie. Rok później zapisałam się z mężem na szkolenie spadochronowe i …wsiąkłam. Razem wsiąkliśmy.
W ramach mojej drugiej pasji nie tylko wyskakuję ze sprawnego samolotu ;), ale również trenuję w tunelu aerodynamicznym.
Tunel, zwany czasem prześmiewczo "słoikiem", jest tym dla skydiverów, czym dla wspinaczy sztuczna ścianka wspinaczkowa. Czasem to narzędzie treningowe służące do doskonalenia swoich umiejętności w kontrolowanych warunkach. A czasem jest celem samy w sobie. Wśród osób latających w tunelu są takie, które nigdy nie skakały ze spadochronem.
W ramach skoków spadochronowych i latania w tunelu (indoor skydiving), można robić najróżniejsze rzeczy. Ale mnie i mojego męża najbardziej wciągnęła dyscyplina zwana FS-4 lub 4-way.
Co to takiego? FS to skrót od Formation Skydiving. Cyfra 4 - jak się pewnie domyśliliście - oznacza liczbę osób. Czyli FS-4 to akrobacja zespołowa wykonywana w cztery osoby.
Jakie są zasady rywalizacji w ramach tej dyscypliny?
Sędziowie losują dziesięć rund (zazwyczaj dziesięć - ale organizator może określić inną ich liczbę). Każda runda to określony, wylosowany zestaw figur i sekwencji. W każdej rundzie trzeba wykonać jak najwięcej powtórzeń tych figur w czasie 35 sekund. Figury muszą być wykonane w tej kolejności, w jakiej zostały wylosowane.
Figury to 16 randomów (randoms) oznaczonych literami od A do Q oraz 22 bloki (blocks) oznaczone cyframi od 1 do 22. Blok - to sekwencja, na którą składa się figura - przejście (inter) - i znów figura. Przejście to obroty. Po przejściu następuje zbudowanie figury kończącej blok. Czasem jest taka sama jak na początku, a czasem zupełnie inna. Przejście w bloku nie jest dowolne, tylko ściśle określone, często włącznie z kierunkiem obrotów.
![]() |
| Randomy. Ludziki dla ułatwienia są pokolorowane w zależności od roli w zespole. Point jest czerwony, OC - zielony. IC - niebieski, a Tail - żółty. |
![]() |
| Przykłady bloków. |
Za każdy dobrze wykonany random otrzymuje się jeden punkt, a za blok - 2 punkty. Pomiędzy poszczególnymi figurami musi nastąpić separacja - wszyscy członkowie zespołu mają się puścić. Za błędy separacji, chwyty niepewne, chwyty powyżej ramienia czy powyżej biodra, błędy w przejściach w blokach (na przykład obrót nie w tą stronę) nie otrzymuje się punktów. Błędy nazywamy "bustami". Za pominięcie jakiejś figury - punkty się odejmuje.
Jak się buduje te wszystkie figury? Łapiemy się za ręce, albo nogi. W swoich kombinezonach przy rękach i nogach mamy takie "parówki" do chwytania - czyli gripy. Czasem trzymamy się za nadgarstki, czy pod kolano.
Kombinezony do 4-waya mają dużą powierzchnię nóg, tzw. bootsy. Czemu? Większość obrotów, zmian pozycji wykonujemy ruszając nogami, bo zazwyczaj ręce mamy zajęte chwytaniem, a bootsy pozwalają na większą dynamikę przy obrotach.
Większość "forłejowców" ma kombinezony w ciemnych kolorach i kontrastowe, najczęściej białe rękawiczki. Chodzi o to, żeby bardzo dobrze było widać, czy figury są prawidłowo zbudowane/złapane. To ułatwia sędziowanie.
Konkurencja FS-4 obejmuje różne klasy, podzielone według trudności: Rookie, A, AA i AAA. W zależności od klasy, rundy losuje się z uwzględnieniem stopnia trudności.
Klasa Rookie - losowanie rund następuje spośród 16 randomów. Runda może mieć maksymalnie 3 punkty.
Klasa A- to co w klasie Rookie plus niektóre bloki (2,4,6,7,8,9,19,21). Runda może mieć 3-4 punkty. Losowanie nie może przekroczyć maksymalnej (przypisanej dla tej klasy) liczby punktów. Jeśli jako pierwszy wylosuje się random, a jako drugi blok - to przerywa się losowanie. Ponieważ random liczy się za 1 punkt, a blok - za 2 punkty, to gdyby jako kolejny zostałby wylosowany blok, liczba punktów przekroczyłaby maksymalną liczbę punktów dozwoloną dla tej klasy. Analogiczne zasady stosuje się w wyższych klasach.
Klasa AA - to co w klasie Rookie i klasie A plus kolejne bloki (1,11,13,14,15,18,20,22). Runda może mieć 4-5 punktów.
Klasa AAA - jak się domyślacie, tu lata się wszystko. To najwyższa klasa, mistrzowska. W tej klasie rozgrywane są Mistrzostwa Świata czy Europy. Trudność AAA polega nie tylko tylko na tym, że trzeba znać wszystkie bloki (i oczywiście randomy). Nie polega również na tym, że tu rundy mogą mieć aż 5-6 punktów. Główną trudnością jest to, że bloki, które dochodzą w tej klasie, czyli 3, 5, 10, 12, 16 i 17 "switchują", odwracają pozycje.
Żeby to wyjaśnić, muszę wytłumaczyć role każdego członka zespołu. Każdy z nich ma swoje miejsce w formacji i swoje rolę do odegrania:
Inside center (IC) nadaje rytm, tempo i decyduje o zrywaniu figur. Ma z reguły krótsze ruchy i jest dzięki temu pierwszy na pozycji do budowania kolejnej figury.
Outside center (OC) współpracuje z IC. Zazwyczaj to centrzy rozpoczynają budowanie figur. OC musi być szybki i zwinny. Jego pozycja wiąże się zazwyczaj z szybkimi ruchami.
Point - najczęściej jest z przodu formacji, bardzo często tyłem - co wiąże się z podawaniem nóg. Oznacza to również, że point najczęściej nie widzi co się dzieje w formacji i musi opierać się na "czuciu" czy jego gripy zostały złapane. Point również powinien być zwinny i szybki (tym bardziej, że jego b-slotem jest pozycja OC).
Tail - jak sama nazwa wskazuje to taki "ogon". Jest z tyłu formacji i zazwyczaj domyka ją jako ostatni.
Ja w swojej drużynie jestem pointem, mój mąż - IC. Nasz zespół, DARK Team, aktualnie rywalizuje w klasie AA. Naszym trenerem jest skoczek spadochronowy, wieloletni zawodnik, członek kadry narodowej, aktualny Mistrz Polski - zarówno tunelowy jak i z samolotu, Zbigniew, zwany przez wszystkich Zbigiem.
![]() |
| Zbig czujnie obserwuje co tam wyprawiamy w środku. |
Skoro każdy ma swoje miejsce w formacji, oznacza to, że budując figurę nie trzeba się zastanawiać kto gdzie ma polecieć. Każdy zna swoje miejsce i co do zasady jest ono zawsze takie samo. Czasem zdarzają się od tego wyjątki i celowo stosuje się różne warianty, aby przyspieszyć budowanie jakiejś figury, tzw. inżynieria.
Zabawa się zaczyna w momencie przejścia do klasy AAA. Wtedy wszystko się komplikuje.
Jak już wspomniałam, bloki, które dochodzą w najwyższej klasie, zamieniają pozycje. Ttrzeba nauczyć się nie tylko swoich ruchów i miejsca w formacji, ale również tego co robi partner.
Dla Pointa partnerem jest OC, a dla Taila - IC. Po zamianie miejsc jest się na miejscu swojego partnera. Jeśli w losowaniu trafi się runda z trzema blokami, z których jeden odwraca, to ruchów do zapamiętania jest nie sześć (bo jak pamiętacie blok to: figura - przejście - figura), tylko dwanaście. Raz wykonuje się ruchy na swojej pozycji, drugi raz - na tzw. b- slocie.
Na obrazku z blokami, który wkleiłam wyżej, jest blok 12. Tam bardzo dobrze jest widoczne odwrócenie pozycji Pointa (czerwony) i OC (zielony).
Latanie w sportowej czwórce to sport zespołowy. Wszyscy muszą poruszać się jak trybiki w zegarku. Błąd jednej osoby, ma przełożenie na cała formację. Wszyscy muszą mieć dobre czucie własnego ciała, dobrze poruszać się w powietrzu, precyzyjnie wykonywać swoje ruchy. Liczy się skupienie, dobra pamięć, precyzja i współpraca. Wszystkie figury trzeba wykonywać razem, razem je puszczać, razem chwytać. Jak dobrze działający jeden organizm. To nie jest łatwe. I dlatego stanowi fantastyczne wyzwanie.
To co stanowi o fajności i sile FS -czwórek, jest również ich słabością. Zespół jest tak dobry, jak jego najsłabszy element. A zebrać czworo ludzi, z takimi samymi priorytetami, poziomem zaangażowania, podobną ilością czasu i zasobami portfela (to dość istotny element, niestety), jest trudno. A jeśli zespół chciałby nie tylko latać w tunelu, ale również sprawdzać się w powietrzu - potrzebuje jeszcze piątego członka zespołu - czyli kamerzystę. Robi się jeszcze trudniej.
W Polsce świat "forłejowy" jest dość mały. Zawody tunelowe, w których można się u nas sprawdzić, to cykliczna Liga Mistrzów, oraz coroczne Flyspot Polish Open- najważniejsze zawody skydivingowe w Polsce - bo mające rangę Mistrzostw Polski (warunek: w danej konkurencji muszą wystąpić przynajmniej trzy polskie zespoły, których członkowie mają ważne licencje zawodnicze) .
Jeśli chodzi o zawody na strefie spadochronowej, z samolotu, ostatnie Mistrzostwa Polski, odbyły się w roku 2021.
My kilkukrotnie startowaliśmy w Lidze Mistrzów i Polish Open. Nigdy nie udało nam się wyruszyć poza granice kraju, żeby się sprawdzić - a w samej Europie jest sporo takich imprez.
I właśnie w połowie stycznia, po raz pierwszy wychyliliśmy głowy poza znane podwórko i wyruszyliśmy do naszych południowych sąsiadów, na zawody tunelowe Czech Open.
![]() |
| To było nasze drugie podejście do udziału w tej imprezie. Za pierwszym razem, w 2021, musieliśmy odwołać nasz udział, gdyż dwie osoby, w tym ja, zachorowały na Covid. |
Pojechaliśmy tam z lekka podekscytowani. Nie tylko dlatego, że był to dla większości z nas pierwszy zagraniczny start. W zawodach tych brał udział zespół, z którym w październiku, podczas Flyspot Polish Open, bezpośrednio rywalizowaliśmy. Wtedy bardzo długo utrzymywaliśmy przewagę i do siódmej rundy prowadziliśmy w naszej klasie. Niestety, w wyniku popełnionych błędów, całą przewagę straciliśmy. Po 10 rundzie punktowo był remis i doszło do rundy dogrywkowej, którą przegraliśmy. Ostatecznie Polish Open skończyliśmy na drugim miejscu. I nie ukrywam - mieliśmy pewien niedosyt i poczucie zmarnowanej szansy.
Dzień przed zawodami "obwąchaliśmy się" z tunelem - bo w każdym lata się trochę inaczej, inaczej wieje, strugi powietrza są ciut inne.
Następnego dnia w południe zaczęła się rywalizacja. Zawody były dwudniowe. W piątek mieliśmy polecieć pięć rund, a w sobotę kolejne pięć.
![]() |
| DARK team prawie w komplecie. Zamiast kontuzjowanego kolegi wystąpił z nami Daniel z zaprzyjaźnionego zespołu, MAD Team. |
Po pierwszej rundzie nie wiedziałam czy się śmiać czy płakać. Zakończyliśmy ją nie tylko remisem z drużyną czeską, ale również dokładnie taką samą liczbą punktów jak w Katowicach. Czyżby szykowała się powtórka z rozrywki?
Drugie wejście. Opuściliśmy tunel z mieszanymi odczuciami. Z jednej strony wydawało nam się, że rundę polecieliśmy szybko, z drugiej - mieliśmy wrażenie, że po drodze były jakieś babole. Okazało się, że sędziowie byli innego zdania - runda została osędziowana bez żadnych bustów. I zrobilismy w niej pięć punktów więcej niż Czesi :)
Trzecia, czwarta runda - zbieramy kolejne punkciki przewagi.
Do piątej rudny wchodziliśmy z obawami. Był w niej blok 15, który na treningu dzień wcześniej średnio nam wychodził. Nasze obawy się sprawdziły. Początek jakiś kulawy, tracimy rytm,. Z jednej strony wynik i tak dobry - 20 punktów,. Ale nasi konkurenci polecieli szybciej, zdobywając dwa punkty więcej.
Po piątej rundzie, czyli w połowie zawodów mieliśmy 97 punktów, drużyna czeska, Chxanky - 89 punktów.
Drugi dzień rywalizacji i na dzień dobry dostaliśmy zimny prysznic.
W szóstej rundzie oddaliśmy 4 punkty. W tej rundzie był blok 8, który Czechom, jak już wiedzieliśmy z Katowic, idzie zdecydowanie lepiej. Na tyle lepiej, że z 8 punktów przewagi, zrobiły się tylko cztery. Pojawiła się obawa, czy nie skończy się tak jak na Polish Open: tam, drugiego dnia szło nam gorzej i w kolejnych rundach oddawaliśmy punkty.
Dodatkowo przyprawiłam się o zawał serca, bo...za wcześnie przerwałam wykonywanie układu.
Każda drużyna miała 1 minutę swojego czasu. Jak pamiętacie, liczy się 35 sekund liczone od oderwania obu nóg przez pierwszego zawodnika. Stąd najlepiej było wchodzić do tunelu sprawnie, żeby jak najmniej czasu tracić w wejściu. Sygnałem dla osób latających, że kończy się ich slot, były ledowe, mrugające listwy umieszczone w kilku miejscach na obwodzie tunelu. Na 15 sekund przed końcem mrugały na niebiesko, a na 5 sekund przed końcem - na czerwono. Ustaliliśmy wcześniej, że zaczynamy opuszczać tunel, gdy zaczną mrugać na czerwono, żeby być pewnym, że na pewno 35 sekund naszego latania załapie się do sędziowania.
Oprócz tych listew, zawodnicy widzieli jeszcze ekran monitora, który nie tylko pokazywał prędkość powietrza, ale też odliczał czas. I on zaczynał mrugać na czerwono wcześniej niż listwy.
Na rundę szóstą weszliśmy opóźnieni, bo poprzednia drużyna grzebała się przy opuszczaniu tunelu i parę sekund weszła już w nasz czas. I tak się nieszczęśliwie złożyło, że ten ekran zaczął mrugać, gdy akurat miałam go przed oczami. I wstałam. Chwilkę później zorientowałam się, że mamy jeszcze 13 sekund... ale było już po ptokach.
Wyszliśmy z tunelu i rzuciliśmy się do monitora w pokoju treningowym, żeby sprawdzać ile czasu "zjadła" nam poprzednia drużyna i ile dokładnie przed końcem przerwałam rundę. Niestety, było prawdopodobne, że oddałam oddać za darmo jakiś punkt przez moją automatyczną reakcję.
Czekałam jak na szpilkach, czekając aż w oficjalnej aplikacji do sędziowania, In Timie Scooring, wyświetli się film z tej rudny. Byłam strasznie zła na siebie. Szczęśliwie nie załapało się, nie straciliśmy dodatkowych punktów. A ja dostałam nauczkę.
Runda siódma. Weszła inżynieria. Zdecydowaliśmy o wykonaniu figury L w niestandardowy sposób. Musiałam pamiętać, że mam się inaczej ustawić - podać nogi, a nie swój bok. Niestandardowe ruchy to zawsze ryzyko pomyłki. Ale z drugiej strony w ten sposób zaoszczędzimy czas.
Czesi, polecieli standard. A dodatkowo, pewnie podbudowani poprzednią rundą oraz chcąc dalej nadrabiać straty, polecieli ją nerwowo, wolniej i z jednym bustem. Efekt? My zdobywamy 19 punktów, oni 13.
Ósma runda - lecimy ją podobnie, remisując ją z drugą drużyną
Dziewiątą rundę długo omawialiśmy, przymierzając się na sucho, kto jak się ma ustawić. Wykonaliśmy nawet telefon do trenera po konsultacje (Zbiga nie było z znami na miejscu). Wstępnie planowaliśmy blok 19 z tej rundy wykonać w wersji "short" (nie będę tłumaczyć na czym to polega. Uwierzcie na słowo, że w niektórych przypadkach ta wersja pozwala na szybsze przejście do następnej figury). Ale ta wersja sprawiała, że blok 19 stawał się blokiem odwracającym pozycję moją i mojego partnera. Trener podpowiedział, żeby nie kombinować, lecieć standard, tylko zoptymalizować przejście do następnej figury. Czesi wybrali wariant z "shortem".
Podpowiedź Zbiga była słuszna - bo zdobywamy w tej rundzie dwa punkty więcej niż nasi bezpośrerdni konkurenci.
Dopiero po osędziowaniu tej rundy, mój mąż przyznał się, że ustawiając się w wejściu tunelu, nagle mózg mu się zresetował i miał w głowie totalną pustkę. Nie pamiętał do jakiej figury się ustawiamy i w ogóle co mamy lecieć. Nic. biała kartka.
Na szczęście, widząc jak reszta zespołu się ustawia, oświeciło go.
![]() |
| Nasz kącik w części restauracyjno - barowej. Tam czekaliśmy na kolejne rundy I czekaliśmy na wyniki. |
Dziesiąta runda to były spore emocje. Tym bardziej, że sporo naczekaliśmy się na naszą kolej. Przed nami startowali zawodnicy z innej konkurencji, freefly i ich występy przedłużyły się. Albo może: trwały tyle ile miały trwać, tylko organizatorzy zawodów nie wzięli pod uwagę, że ta dyscyplina jest sędziowana po każdym występie zawodnika i dopiero potem do tunelu wchodzi kolejna osoba. Efekt? Czterdzieści minut obsuwy. Takie opóźnienia nie są fajne. Wybijają z rytmu, dekoncentrują.
Z jednej strony została tylko jedna runda i mieliśmy bezpieczne 13 punktów przewagi. Z drugiej strony, to jest sport i mogło zdarzyć się wszystko. Niby obiecaliśmy sobie spokój, ale polecieliśmy to nerwowo. Na szczęście nikt niczego nie zapomniał.
Ostatnią rundę zremisowaliśmy, utrzymując tym samym 13 punktów przewagi i wygraliśmy rywalizację w naszej klasie :)
![]() |
| Zrzut ekranu z InTime Scooring. |
Na wieczór została ta najprzyjemniejsza część - czyli dekoracja :)
![]() |









