Znaleźć się na listach startowych ZUK nie jest łatwo. Pierwsza selekcja, to udokumentowanie ukończenia w przeciągu dwóch ostatnich lat co najmniej dwóch biegów górskich na dystansie przynajmniej maratonu, w limicie czasu. Dopiero spełnienie tego warunku uprawnia do przystąpienia do losowania - bo zawsze chętnych jest więcej niż dostępnych miejsc.
Wydaje mi się, że do losowania przystępowałam dwa razy. Piszę "wydaje mi się" - bo znalazłam ślady tylko po losowaniu z 2024 roku. Być może starsze maile po prostu usunęłam. W 2024 roku szczęście mi nie dopisało. Nie znalazłam się nawet na liście rezerwowej. Tym razem los się odwrócił - albo dostaliśmy wilczy bilet, jeśli faktycznie moja pamięć nie płata mi figli i to było nasze trzecie podejście. Tak czy inaczej, oboje z mężem znaleźliśmy się na listach startowych.
Trasa Ultramaratonu zaczyna się w Szklarskiej Porębie przy Wodospadzie Kamieńczyk. Następnie prowadzi pod górę na Halę Szrenicką i grzbietem Karkonoszy: Śnieżne Kotły - Przełęcz Karkonoska - Schronisko Odrodzenie - Schronisko Dom Śląski. Tu następuje główny punkt programu - czyli podejście na Śnieżkę- i zbieg czerwonym szlakiem na trasie Czarny Grzbiet - Jelenka - Sowia Przełęcz - Kowarski Grzbiet do Przełęczy Okraj. Potem szlakiem zielonym i żółtym przez Jedlickie Kaskady, Jedlinki, Budniki, Szeroki Most, Wilczą Porębę, stok narciarski “Kolorowa”. Meta jest na Deptaku w Karpaczu.
Suma przewyższeń może nie jest jakaś dramatyczna (około 2000 m), ale to nie ona stanowi największe wyzwanie. Prawdziwym przeciwnikiem na ZUK-u jest pogoda. Na szlaku graniowym najczęściej mocno wieje, często jest kiepsko z widocznością, a temperatura potrafi pokazać, czym są prawdziwe, zimowe Karkonosze. O ich kapryśności świadczy chociażby to, że w zalecanym wyposażeniu znajdują się gogle narciarskie, a w obowiązkowym: raczki lub buty z kolcami oraz ogrzewacze do rąk.
W 2019 roku panowały tak ekstremalne warunki, że trasę skrócono do 21 kilometrów i rywalizację zakończono już przy schronisko Odrodzenie.
Jednym słowem: ZUK jest nieprzewidywalny.
Szykując się więc do startu - oprócz, oczywiście treningów- sporo czasu poświęciłam na rozważaniach jak się ubrać. Moje jedyne doświadczenie ze startu w naprawdę niskich temperaturach pochodziło z Zimowego Janosika, na którym było -16 stopni. Pamiętam, że miałam wtedy na sobie dwie pary getrów i dwie pary rękawiczek. Ustnik z flaska zmarzł mi już po pierwszym łyku, więc przez resztę biegu nawadniałam się tylko płynami z punktów odżywczych.
Korzystając z zimowych temperatur, które w okolicach Warszawy potrafiły tej zimy spadać nawet do dwucyfrowych wartości na minusie, podczas treningów testowałam różne zestawy ubrań. Sprawdzałam w czym czuję się komfortowo i co najlepiej chroni przed mrozem.
Któż mógł przypuszczać, że tuż przed biegiem zima zacznie odpuszczać, a w przeddzień startu, w Karpaczu termometr pokaże plus piętnaście stopni? W górach było chłodniej - ale to również były temperatury powyżej zera.
Oczywiście nic nie mogło być proste. Komunikaty organizatorów mówiły o trudnych warunkach śniegowych - głównie przez naprzemienne odmarzanie i zamarzanie podłoża oraz wiatr na grani, który miał obniżać odczuwalną temperaturę - na Śnieżce nawet do –8 stopni. I jak tu wybrać optymalne ciuchy? Ostatecznie zdecydowałam się na krótki rękaw, na to bluzę z długim i kamizelkę. Na dół - wymagane przez organizatora długie getry.
Na start dowiozły nas autokary. Tam zaczęliśmy z mężem kolejną rozkminkę: czy raczki zakładać od razu, czy dopiero gdzieś na trasie? Na starcie było właściwie zielono. Krótki rekonesans początku trasy ujawnił co prawda lód - ale był pokryty igliwiem, więc w sumie nie tak śliski. Dało się też ominąć go bokiem. Nasze głośne zastanawiania usłyszała jedna ze startujących i poradziła, żeby zakładać raczki od razu. Mówiła, że pobiegła ciut wyżej i tam zaczyna się czysty żywy lód.
![]() |
| Pierwsza fotka ze startu. Tuż przed siódmą rano. |
![]() |
| I kolejna ponad 20 minut później. Za 7 minut start. |
To była bardzo dobra decyzja. O ile na początku biegło się po kamieniach, to zaraz po skręcie na szlak zaczął się rzeczywiście lód. Taki, że momentami nawet raczki nie zapewniały pełnej przyczepności.
Mój mąż poleciał do przodu. Przez jakiś czas widziałam go jeszcze przed sobą, ale potem zajęłam się sobą i swoim tempem.
Na Halę Szrenicką podchodziłam w cieniu. W ciuchach, które miałam na sobie było mi w sam raz. Podłoże nie było łatwe. Zmrożony śnieg przeplatany lodem wymagał skupienia się.
![]() |
| Wdrapywanko na Halę Szrenicką. |
Po wdrapaniu się na Halę Szrenicką zaczęła się bajka, której nie spodziewałam się na ZUK: piękne, błękitne niebo, słońce i coraz bardziej ciepło. Czasem jednak zawiał chłodny wiaterek, więc nie rozbierałam się jeszcze, ale wszystko co mogłam porozpinałam. . Pozbyłam się również rękawiczek.
Biegło się raczej dobrze - choć trzeba było być cały czas czujnym. Zdarzało się, że zmrożona skorupa pękała pod ciężarem człowieka powodując zapadanie się.
Odrodzenie i Dom Śląski, gdzie były usytuowane punkty minęłam bez zatrzymywania się.
![]() |
| Na horyzoncie majaczą Śnieżne Kotły |
![]() |
| Jej wysokość Śnieżka. Jeszcze trochę tutpania mnie czeka |
![]() |
| Za moment minę dom Śląski i rozpocznę najtrudniejszy fragment ZUK-a |
Podejście na Śnieżkę, zgodnie z przewidywaniami było ciężkie. Słońce coraz mocniej dawało się we znaki, ale trudno też było ze względu na ludzi. Piękna pogoda przyciągnęła licznych turystów,
I tu muszę poruszyć wątek braku wyobraźni niektórych z nich. Wiosenne temperatury w Karpaczu i Szklarskiej Porębie dały wielu osobom mylne wrażenie co do warunków panujących w górach. A przecież żyjemy w czasach, gdy wyszukanie informacji o warunkach panujących wyżej, to nie jest jakiś rocket science. Z dołu zresztą bardzo dokładnie widać, że cały grzbiet Karkonoszy jest ośnieżony.
Na podejściu na Śnieżkę mijałam ludzi mających… jedną parę raczków na dwie osoby (schodzili, mając założony po jednym raczku), osoby kurczowo trzymające się łańcuchów, zjeżdżające na butach o charakterze absolutnie miejskim, włącznie z koturnami. Pamiętam chłopaka siedzącego na środku podejścia, wczepionego w kamień, usiłującego złapać jakąkolwiek przyczepność, w butach typu adidas, z podeszwą bez jakiegokolwiek bieżnika. Przepraszam za dosadność - ale podeszwa jego butów była równie płaska jak jego zwoje mózgowe.
Wróćmy może jednak do samych zawodów.
Podejście na Śnieżkę było dla mnie zdecydowanie najtrudniejszym fragmentem ZUK-a. Z ulgą powitałam zabudowania obserwatorium na szczycie. Tam, tuż przy trasie, zobaczyłam postać w odblaskowej kamizelce, przybijającą piątki i przytulającą się z biegaczami. Tata Tomka Kowalskiego. To był bardzo wzruszający moment.
![]() |
| Mistrzyni drugiego planu ;) Śnieżka. Na pierwszym planie pan Marek Kowalski. |
Zbieg ze Śnieżki również wymagał skupienia ze względu na mocno niestabilne podłoże. Słońce operowało już tak intenswynie, że to co jeszcze niedawno było zmrożone, teraz zmieniło swój charakter. Pod nogami miałam miękką, zapadającą się krupę. Miałam wrażenie jakbym zbiegała po piargu, tylko takim śnieżnym.
![]() |
| Ostatnie chwile ubrana na zimowo. Tu już się ciutkę gotowałam w ciuchach, ale żal mi było zatrzymywać się na zbiegu. |
Po tej stronie gór wiatr przestał być odczuwalny, więc przy pierwszym wypłaszczeniu terenu zeszłam na bok i rozebrałam się ze wszystkiego co mogłam. Dalej biegłam już w krótkim rękawku, a chwilami żałowałam, że nie mogłam długich getrów zamienić na coś krótszego.
To było z lekka absurdalne odczucie: dookoła śnieg, a ja z gołymi rękami :) Szczególnie surrealistycznie zrobiło się, gdy biegłam wzdłuż czynnego wyciągu narciarskiego na Okraju. Obok mnie ludzie w pełnym rynsztunku narciarskim, a ja w krótkim rękawku.
![]() |
| Zbieg wzdłuż działającego wyciągu narciarskiego |
Pomimo pięknej pogody i zbiegania coraz niżej, cały czas trzeba było uważać na podłoże. W miejscach zacienionych zalegał lód, a tam gdzie słońce - wszystko uciekało spod nóg. Gdy biegło się wśród drzew, kontrast pomiędzy cieniami, a śniegiem był tak duży, że chwilami moje oczy nie nadążały z adaptacją i średnio widziałam po czym biegnę. A można było trafić na przykład na bryły lodu z lekka rozbite przez ratrak.
Pierwszym punktem odżywczym, na którym zrobiłam przystanek, był ten na przełęczy Okraj. Czyli ostatni :) Napiłam się coli i uzupełniłam flaska. Teoretycznie można już było pokusić się o zdjęcie raczków, ale jak ma mój gust śniegu i lodu było w dalszym ciągu na tyle dużo, że nie zdecydowałam się na ten ruch.
Zbieg z Przełęczy Okraj był chyba najbardziej technicznym fragmentem całej trasy. Biegło się dnem strumienia - więc było tam wszystko: lód, błoto, kamienie, śnieg i oczywiście woda.
W pewnym momencie poczułam, że coś dziwnego dzieje się z moim prawym butem. Zerknęłam w dół i zobaczyłam majtającą tylną część raczka. Zatrzymałam się. Okazało się, że coś w nim puściło. Na szybko nie byłam w stanie ocenić czy pękło jedno z ogniwek, czy puściła cała linka. W każdym razie miałam aktualnie do dyspozycji półtora raczka - bo pod pietą w jednym bucie nie miałam już nic. Wpłynęło to na pewno na moją pewność przy zbiegu.
![]() |
| Zbieg z przełęczy Okraj. fot. Daniel Koszela |
![]() |
| Punkt na Przełęczy Okraj. Do mety zostało 16 km |
Z wielką ulgą powitałam więc koniec tego fragmentu i koniec śniegu. Co prawda mijane po drodze osoby wspominały, że jeszcze mogą trafić się fragmenty, gdzie raczki będą się przydawać, ale ja swój sprzęt już zdjęłam i schowałam. Zepsute i tak by mi nie pomogły. Jakby co, postanowiłam liczyć na bieżnik w swoich butach.
Śnieg i lód na szczęście skończył się już na dobre. Kontrast był niesamowity: na górze pełna zima, a tu czuć było wiosnę. Pomimo tego mijałam turystów idących do góry, z przygotowanymi raczkami. Jak widać można było nie dać się zwieść wiosennej aurze i dobrze przygotować się do górskiej wycieczki.
![]() |
| Tak, to też jest ZUK :) |
Z tego etapu ZUK-a zapamiętałam trzy rzeczy. Po pierwsze mój pęcherz :)
Tak naprawdę chciało mi się siusiać już na starcie, ale kolejka do tojtojów skutecznie mnie zniechęciła. Liczyłam, że może uda się skorzystać z toalet na którymś z punktów odżywczych. Ale żeby wejść do budynku schroniska, trzeba było zdjąć raczki. Nie chciało mi się tracić czasu - więc biegłam dalej. Poza tym przy wbieganiu na punkt miałam wrażenie, że już mi się odechciało. Ucisk na pęcherz oczywiście wracał chwilę później. Pomiędzy punktami nie miałam za bardzo jak zrobić "skoku w bok" ze względu na dużą ilość śniegu poza wydeptanym szlakiem. Niżej - długo nie było warunków, żeby schować się za jakiś krzaczek. Na szczęście w końcu udało mi się znaleźć odpowiedni moment i miejsce, żeby sobie ulżyć. Naprawdę, panowie pod tym względem mają troszkę prościej. Odwrócą się tyłem, nie muszą świecić gołym tyłkiem.
Druga rzecz - to bardzo długie zbiegi. Naprawdę długie. W ogóle cały ZUK - przynajmniej przy tegorocznych warunkach- był mocno biegalny. Leciało się tymi leśnymi szutrówkami tak długo, że aż żołądek zaczynał mi się ciut buntować od wstrząsów. Na szczęście to był tylko lekki dyskomfort.
No i trzecia rzecz. Gdzieś w trakcie zbiegu, w okolicach w okolicach 40 kilometra, gdy zaczęło się ostatnie większe podejście... zgubiłam się.
Sama jestem sobie winna. Na zmęczeniu przestałam uważać i po prostu włączyłam autopilota, podążając za biegaczem przede mną. On pomylił trasę, a ja poszłam za nim. Owszem, zdziwiło mnie trochę, że podchodzimy jakąś zrywką, w bardzo trudnym terenie, ale dzielnie szłam dalej. Dopiero po około dziesięciu minutach oboje zorientowaliśmy się, że coś tu nie gra — od dawna nie widzieliśmy żadnych taśm do znakowania trasy Rzut oka na zegarek (dlaczego dopiero teraz?!), w którym miałam wgranego tracka - i oczywiście widzę, że jesteśmy poza trasą. O, jaka była zła na siebie! Zegarek przecież pikał, tylko ja to pikanie kompletnie zignorowałam. Przez poprzednie kilometry też mi sygnalizował różne rzeczy, informując, że gdzieś tam mam skręcić - ale skręcałam poprawnie bez jego pomocy, więc uodporniłam się na sygnały dźwiękowe.
![]() |
| Widzicie ten ogonek? Za 40 kilometrem trasy przegapiłam odbicie na mostek przez rzekę i poszłam sobie za innym biegaczem w górę. |
Dzięki mojemu gapiostwu nadrobiłam jakiś kilometr i straciłam około 15-16 minut. Ten czas bolał najbardziej.
Plus tej pomyłki był taki, że żadne podejście już mnie nie ruszało. Wszystko wydawało mi się już łatwe. Naprawdę wkopałam się w trudny teren.
Po tej wpadce starałam się już nie guzdrać, ale straconego czasu oczywiście nie dało się odrobić.
![]() |
| A jeszcze niedawno byłam tam, na górze |
Na koniec biegłam już na granicy skurczy w łydkach. Czułam, że byle potknięcie może skończyć się źle.
I skończyło.
Na finiszu, w samym Karpaczu, gdy wbiega się się już na Deptak, przy którym usytuowana jest meta, na ostatnim zakręcie potknęłam się o krawężnik. Ponieważ zbiegałam z górki i byłam rozpędzona, poleciałam jak długa, fundując sobie nie tylko bolesne otarcia na kolanach i ręku, ale również takie skurcze w łydkach, że myślałam, że nie wstanę. Szczęśliwie pomógł mi wolontariusz, najpierw rozciągając mi mięśnie, a potem, wraz z zebranymi kibicami, pomagając mi wstać.
Spytał się czy pomóc mi dobiec do mety - ale moja duma nie pozwoliła mi na to :)
Z największą godnością na jaką było mnie stać w tamtym momencie, dobiegłam samodzielnie, meldując się na mecie po 7 godzinach i 25 minutach.
Mąż, który od kilkunastu minut czekał na mnie, przegapił mnie, bo miał w głowie inny zestaw kolorystyczny moich ubrań. Nie przewidział, że będę wbiegać w białej koszulce z krótkim rękawem.
Na mecie spotkałam też kolegę Bartka, z którym tasowałam się kilkukrotnie na trasie. Zdziwił się, że dopiero teraz skończyłam. Cóż - za gapowe się płaci...
![]() |
| Nie mam normalnego zdjęcia z mety ;) chyba właśnie opowiadam o moim zgubieniu się i glebie kilkadziesiąt metrów wcześniej |
Jestem przeszczęśliwa, że mogłam stać się częścią tej wspaniałej imprezy. Organizacja jest bardzo dobrze przemyślana, zapięta na ostatni guzik. Wolontariusze pomocni. Nawet Liczyrzepa w tym roku był bardzo łaskawy i załatwił idealne warunki, jeśli chodzi o pogodę, temperaturę i wiatr.
Żal mi trochę straconego czasu, bo była szansa na walkę o złamanie 7 godzin. Ale cóż. Takie są góry.
.

















Brak komentarzy:
Prześlij komentarz