wtorek, 19 listopada 2013

Motywacja

Na swoim blogu Emilia poruszyła temat motywacji.
Zaczęłam się zastanawiać czy można biegać dla samego biegania, czy zawsze potrzebna jest jakaś marchewka. Na przykład pod postacią pamiątkowego medalu na mecie?
Pierwsza moja myśl była - no pewnie! Przecież ja na początku biegałam dla samego biegania. Ale chwilę potem przyszło - zaraz, zaraz. Nie tak szybko. Może i zawodów na początku nie było, ale zawsze, od pierwszego wyjścia był jakiś cel. Przebiec kółko. Przebiec dwa kółka. Biec tak długo aż lista piosenek na smartfonie się skończy (o - to było fajne - bo w miarę upływu czasu ostatni utwór przebrzmiewał po coraz większej ilości kilometrów :). Biegać po to, żeby nie chorować.
A potem na horyzoncie pojawiły się zawody. Niezbyt często (rekordziści potrafią co tydzień brać udział w jakiejś imprezie) - ale na tyle często, żeby mobilizowały do biegania.
To, że opłacony i zaznaczony w kalendarzu start jest tym motorem napędzającym , przekonałam się po powrocie z Amsterdamu. Przez wiele miesięcy gdzieś tam daleko w tle majaczyły się te dwa maratony. Ale wydawało mi się, że i tak i tak bym biegała niewiele mniej, jak nie tyle samo.
Gdy starty stały się już czasem przeszłym dokonanym, minęła euforia,endorfiny wyparowały, poczułam trochę jak zeszło ze mnie powietrze. Ojej - i co teraz? Brak celu jakoś tak podziałał...demobilizująco. Trudniej mi się zebrać, trudniej pobiec gdzieś dalej. Dobrze, że po drodze był jeszcze Bieg Niepodległości.
Życia nie ułatwia późnojesienna aura - która już zdążyła parę dni temu zaskoczyć mnie deszczem, a wczoraj łeb chciała urwać, przewiała na wszystkie strony i wymroziła ręce.
Dlatego zapisałam się na następne zawody. Bieg Mikołajkowy na Kępie Potockiej.
Dzięki temu, choć wiatr za oknem gwiżdże - jednak wdziewam odpowiednie ubranie i idę truchtać.
Poza tym muszę spalić ciasto na piernik. Nie - nie chodzi mi o przypalanie ciasta w piekarniku :) Co roku na Święta piekę piernik. Ciasto zarabia się 5-6 tygodni wcześniej i sobie leżakuje w lodówce.W tym roku masa pachnąca przyprawami, pełna miodu, wyjątkowo wodzi mnie na pokuszenie. I obawiam się, że jak tak dalej pójdzie, gdy nadejdzie czas pieczenia - wyjmę miskę z lodówki i włożę ją po prostu od razu do zmywarki :/

Przeczytałam co napisałam. I chyba gdzieś mi puenta się rozmyła. W sumie jest podobna jak u Emilii: że cel mobilizuje i jest ważny. I może być nim wszystko - zaczynając od dobrej formy przez start w zawodach a kończąc na piernikowych wyrzutach sumienia :P



5 komentarzy:

  1. W ramach motywowania się celem też już sobie opłaciłam jeden start. Na tyle odległy, że jest jakaś szansa przygotowania się.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Będę się chwalić/żalić jak już będzie po wszystkim :)

      Usuń
  2. Bardzo ważny i dla mnie na czasie problem.... Motywacja... Jak wiesz w tygodniu mam sznase biegac jedynie późnym wieczorem. I jak tu sie zmotywować, żeby po całym dniu zapierniczania, wskoczyć w trykoty i z ciepła wypuścić sie do zimnego, ociekającego mgłą i deszczem lasu? Ciemnego jak samo piekło? Ok, biegam z kolegami dwoma, więc troszke motywujemy się wzajemnie, ale jak zrobić, żebym ja sama i bez tego była na te nocne biegi jesienne zmotywowana? Czekam śniegu z utęsknieniem... będzie jaśniej, będzie pięknie... :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Eeee - wiesz - ja Cię raczej nie będę motywować do samodzielnych wycieczek po lesie po nocy. Może lepiej trzymaj się wersji biegania z kolegami.
      Co do samego wyjścia z domu - doskonale Cię rozumiem

      Usuń

Copyright © 2016 Matkabiega , Blogger