sobota, 27 grudnia 2014

Święta, święta

No cóż. Chyba większość z nas w święta sobie pofolgowała żywieniowo.
I chyba sporo osób postanowiło te wszystkie makowce i pierniczki spalić ruszając się.
Nie inaczej było i u mnie, gdy ubrałam się w biegowe  ciuszki i w pierwszy dzień świąt ruszyłam potruchtać. Ach, cóż to ja miałam za plany! Dwadzieścia kilosków co najmniej. A może i ciut więcej. W końcu trzeba zrobić miejsce na dalsze specjały.  I odbić sobie poprzedni weekend, gdy siedziałam w robocie.
Wyszłam. I zobaczyłam mokrą drogę. Niedobrze. Miało przecież nie padać. A tu pada. No ale skoro już się ubrałam, to bez sensu wracać do domu. W myślach skróciłam dystans. Obiegnę lotnisko dookoła z małym wywijaskiem w okolicach Łosiowych Błót. Będzie coś koło 15 km.
Ruszyłam. Po niebie przewalały się ciężkie chmurzyska. Było ciemno, ponuro, mokro i wilgotno. Było obrzydliwie - powiedzmy to wprost. Wbiegłam do lasu. Mokre gałęzie, błocko, kałuże. To ma być zima?? Po raz kolejny zmodyfikowałam plan. Żadnych dodatkowych wywijasków. Dookoła lotniska i rura do domu. Wyjdzie ze 12 kilometrów.
W okolicach osiedla okazało się, że na liczniku mam 12 i mały ogonek. Postanowiłam dokręcić do pełnej trzynastki.  No i biegnę Ci ja ostatnie kilkaset metrów. Już majaczą moje bloki. Biegnę nie po stronie, gdzie jest chodnik, ale po trawiastym poboczu. Myślami jestem już w domu.
Nagle, tak nagle, że nawet nie zdążyłam się zdziwić, nie zdążyłam wykonać żadnego gestu, który osłabiłby upadek, zaryłam w glebę z głuchym stęknięciem. Zabolały ręce, zabolała noga. Miałam ochotę jeszcze chwilkę poleżeć i pomleć różne brzydkie słowa pod nosem, gdy zauważyłam zwalniający koło mnie samochód. No tak, zaraz ktoś bez potrzeby się zatrzyma. W dodatku kilkadziesiąt metrów za mną stał samochód policyjny. Jeszcze tego brakowało, żeby policjanci ruszyli na pomoc. (choć istniała duża szansa, że jeszcze się ze mnie leją - bo glebę zaliczyłam w sposób spektakularny). Usiadłam i wstałam. Z ciekawości cofnęłam się szukając przyczyny mojego upadku. Znalazłam: zardzewiała, metalowa pętla drutu. Ech...
Z urażoną dumą, bolącymi kolanami i nogą potruchtałam do domu.
Wieczorem deszcz zamienił się w śnieg. Rano świat wyglądał jak z bajki. Szczególnie, gdy porówna się z dniem poprzednim.




Tak wyglądał wjazd do Lasu Bemowskiego 25 grudnia... 

...a tak to samo miejsce dzień później :)
Plany na drugi dzień świat były równie ambitne jak dzień wcześniej. Wsiadamy na rowery i jedziemy z mężem do Kampinosu. A co! Planowany czas wycieczki: trzy godziny.
Mąż się ze mnie trochę powyśmiewał, że pod getry założyłam bieliznę termiczną, a na ręce dwie pary rękawiczek. No ale skoro w listopadzie, podczas naszej wyrypy miałam na sobie dwie pary rękawiczek, to teraz, gdy złapał mróz  chyba tym bardziej powinnam je mieć?
Ruszyliśmy spod bloku i...od razu mocno się zdziwiliśmy. Śnieg, śniegiem - żaden kłopot. Ale oprócz śniegu było sporo lodu, niestety. A my nie mamy na wyposażeniu naszych rowerów takiego wynalazku jak opony z kolcami.
Jechaliśmy dalej, mocno zwalniając. Część trasy, którą dzień wcześniej biegłam dookoła lotniska nie dało się przejechać. Po moich truchtaniu jeszcze przez parę godzin padał deszcz. Kałuż było o wiele więcej niż dzień wcześniej. Wyboje, woda, lód, śnieg. Jakoś nie mieliśmy ochoty sprawdzać naszych umiejętności i przyczepności opon. Ruszyliśmy bardziej naokoło, ścieżką rowerową.
Nagle wjechałam na oblodzony kawałek. Rower zatańczył. Zdążyłam jeszcze wypiąć nogę z spd i się podeprzeć. Jednoślad się przewrócił - ja zdołałam utrzymać się na nogach.
Za mną, o wiele wolniej, wjechał mój mąż, ale zredukowanie prędkości nie na wiele mu się zdało. Miał mniej szczęścia i wpięty w pedały zaliczył piękną glebę, niestety zahaczając trochę o kałużę.
No, nieźle. Jeszcze nie wjechaliśmy do pobliskiego lasu, o Kampinosie nie mówiąc - a zrobiło się mocno gorąco.
W lesie było bajecznie. Ośnieżone gałęzie, słońce. Co i rusz zatrzymywaliśmy się, żeby porobić zdjęcia. Zresztą jechaliśmy niewiele szybciej, cały czas mając serce w piętach.
"Wiesz, co?" rzekł mój mąż- "myślę, że wystarczy jak objedziemy lotnisko i zrobimy małą pętelkę przez Łosiowe Błota".
Zabrzmiało znajomo :))
Dalej podziwialiśmy zimę. Jednocześnie odkryłam, że coraz bardziej marzną mi ręce. Trochę nie rozumiałam czemu tak - bo temperatura przecież nie była jakaś ekstremalnie niska. Miałam dwie pary rękawiczek, do robienia zdjęć zdejmowałam tylko jedną parę.
"Wiesz co?", zagaił mąż parę kilometrów dalej. "Myślę, że objedziemy tylko lotnisko i od razu skręcamy w kierunku domu"
To też zabrzmiało znajomo :) Ale nie protestowałam. Zesztywniałe palce zaczęły mnie boleć. Ciężko mi było trzymać kierownicę, o wciskaniu hamulców nie mówiąc.
Byliśmy w sumie blisko domu, ot parę kilometrów. W normalnych warunkach za 10-15 minut bylibyśmy na miejscu. Ale teraz nie były normalne warunki. Dalej musieliśmy się wlec. Spuściliśmy trochę powietrza z opon, żeby zwiększyć przyczepność, ale wszechobecny lód nie pozwalał na żadną szarżę.
Palce bolały coraz bardziej.
Wreszcie! 14 kilometrów, które normalnie przejechalibyśmy w 40 minut, wliczając w to czas na robienie zdjęć, zajął nam półtorej godziny.
W łazience zdejmuję rękawiczki i zaczynam wyć z bólu. Nie wiem czy palce mnie bolały, bo je odmroziłam, czy boli tak powracające krążenie. Może i jedno i drugie. Mija z kilkanaście minut zanim dłonie dochodzą jako tako do siebie i mogę zdjąć z siebie rowerowe ciuchy.
Zawijam się w koc i siorbię gorącą herbatę.

Właśnie przekonałam się na własnej skórze, że rowerową wyrypę można zaliczyć tuż pod domem :)





Spuszczamy powietrze z opon






Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Copyright © 2016 Matkabiega , Blogger