Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rower. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rower. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 11 czerwca 2017

Węgry cz.1 dookoła Balatonu

Węgry cz.1 dookoła Balatonu
Skąd na przełomie maja i czerwca znaleźliśmy się na Węgrzech? Ano mój mąż wymyślił sobie triatlon nad Balatonem :) I nie dosyć, że wymyślił, to jeszcze wypatrzył, że tydzień później niedaleko Budapesztu odbywa się bieg, Salomon Ultra Trail Hungary. Najkrótszy dystans w ramach tej imprezy to niecałe 29 km i na ten dystans ochoczo kazałam się Tiborowi zapisać. Z tego co kojarzę zrobiłam to zanim zaczęłam biegać po porodzie... Człowiek to jednak szalony jest :).
Tydzień pomiędzy obiema imprezami postanowiliśmy spędzić objeżdżając powoli na rowerach Balaton (tak naprawdę objechanie jeziora przy małym spięciu pośladów to kwestia dwóch dni).

Do mojego biegu wrócę jeszcze, a na razie przedstawię Wam pokrótce okoliczności dotarcia do Balatonkenese - czyli miejscowości, w której był organizowany Balatonman.

Znacie te wszystkie teorie: człowiek przed zawodami powinien być wypoczęty, zrelaksowany i tak dalej? A my wyruszyliśmy z trzygodzinnym opóźnieniem. W trakcie dwa razy nadzialiśmy się na spore korki, Matylda częściej niż zakładaliśmy wymagała przerw w podróży, a mąż tylko ponuro stwierdzał: "na odprawę przedstartową już nie zdążę" i "roweru do strefy też już dziś nie włożę".
Na miejsce dotarliśmy coś koło pierwszej w nocy. Wspominałam już, ze nie mieliśmy zarezerwowanego noclegu? Nie? To nie mieliśmy zarezerwowanego noclegu :) Postawiliśmy na namiot i camping. A ponieważ Balaton to jedna z ważniejszych atrakcji turystycznych Węgier, ze znalezieniem pola namiotowego nie powinno być żadnego problemu, nie? No więc...nie. Mieliśmy na gps zaznaczony camping - ale pomimo jeżdżenia w te i nazad nie zdołaliśmy zlokalizować go na żywo. Tibor rozpoczął objazd uliczek w poszukiwaniu jakiegoś pensjonatu. Nic nie mogliśmy znaleźć. Mijane ciemne domy, możliwe, że były przeznaczone na wynajem - ale przecież o pierwszej w nocy nie będziemy łomotać do furtek i budzić ludzi z pytaniem czy może wynajmują pokoje.
Wreszcie umęczeni, śpiący jak diabli,  znaleźliśmy pensjonat w którym świeciło się światło a na tablicy przed domem widniał numer telefonu. Krótka rozmowa i już po drugiej w nocy mogliśmy iść spać.
I to był ten dzień, w którym Matylda postanowiła obudzić się o czwartej rano...

Zapamiętajcie opis naszego dojazdu. Bo był on zapowiedzią moich przygód przedstartowych, o których wspomnę w swoim czasie.

Małżonek rower do strefy wprowadził rano i pomimo obaw z powodu niewyspania z wstępów nad Balatonem był zadowolony.


Zawodnicy byli wywożeni promem w jezioro i stamtąd był start




Camping, którego szukaliśmy po nocy znaleźliśmy dwa dni później jadąc już na rowerach. Był zamknięty na cztery spusty, zarośnięty i od dawna nieużywany.

Objazd na rowerach odbywał się w trybie rowerowo- samochodowym opracowanym przez nasz w przeszłości chyba podczas wakacji w Szwecji (relacja tu klik). Znaczy do przyczepki wrzucamy namiot, ja do sakw biorę zapasowe ubrania, pieluszki, jedzenie i picie. Jedziemy kilkanaście kilometrów (nam dziennie wychodziło między 38 a 50). Następnie zostaję z dziecięciem na campingu, zajmuję się rozbijaniem namiotu, a małżonek na rowerze wraca się po samochód. Chłop dzięki temu miał niezły trening rowerowy - ale nie narzekał, bo wielkimi krokami zbliżał się jego impeza sezonu czyli triatlon karkonoski.
Postanowiliśmy najpierw objechać brzegi południowe a potem północne. Czemu tak? Podpytany właściciel pensjonatu powiedział, że północna strona jest ciekawsza, więc postanowiliśmy zostawić ją sobie na deser.
Nie będę opisywać dnia po dniu - bo zanudzę :) Przygód jakiś strasznych nie mieliśmy. Aż Tibor pod koniec marudził, że żadnych wyzwań, żadnych przygód, nudy, panie. Okazało się, że należy ostrożnie wypowiadać swoje życzenia - bo jeszcze mogą się spełnić :) Ale na razie jesteśmy nad błękitnym Balatonem i dzielnie pracujemy nad rowerową opalenizną :)
Trasa: wzdłuż całego jeziora jest wyznaczony szlak dla rowerów, Balatoni körút. Czasem w formie ścieżki rowerowej, czasem prowadził drogami i ulicami mijanych po drodze miasteczek. Powiem szczerze, że chyba nasze wcześniejsze różne wakacje na rowerach, szczególnie w Skandynawii czy Szwajcarii wysoko nam podniosły poprzeczkę. Jak na szlak prowadzący przez jedną z głównych atrakcji turystycznych - to Węgrzy duuużo się jeszcze muszą nauczyć. Po stronie południowej ścieżka rowerowa zdarzała się rzadko, najczęściej człowiek pomykał bocznymi ulicami jadąc wzdłuż domów letniskowych, albo wzdłuż torów kolejowych. Tablice były wspomagane zielonymi strzałkami rysowanymi na asfalcie sprayem - ale zdarzało się, że prowadziły inaczej niż oficjalne tablice, albo mieliśmy problem, żeby je znaleźć. Szczególnie na różnych rozjazdach oznakowanie kulało. Kilkukrotnie zdarzyło nam się, że się gubiliśmy. 
Po stronie północnej jeziora było lepiej - widać, że infrastruktura jest bardziej dopracowana, pewnie ze względu na obecność turystów z Niemiec i Austrii. Ścieżek rowerowych było więcej, ale chwilami ich jakość wołała o pomstę do nieba, niestety. Były fragmenty wyremontowane, głównie w obrębie miast, ale zdarzały się spore fragmenty o nawierzchni poniszczonej przez korzenie drzew, czy nieprzyzwoicie połatanej. 


Oficjalne oznaczenia szlaku dookoła Balatonu

To też są oficjalne strzałki :))

Z boku idzie ścieżka rowerowa. Niestety była tak poprzerastana korzeniami, że nie dało się po niej jechać

A tu ścieżkę zawłaszcza trawa
Żeby nie było, że tylko marudzę. Bywało i tak :)

Węgrzy chyba bardziej są nastawieni na wynajem pokoi czy całych domów niż na pola campingowe. Naprawdę wydaje mi się, że pól namiotowych wokół Balatonu nie jest wcale tak dużo. My korzystaliśmy z sieci Balatontourist. Standard? Trafialiśmy różnie, tragedii nigdzie nie było. Najfajniejszy był Balatontourist Napfény Kemping. Ale mocno na nim zaniżyliśmy średnią wieku :)) Pierwszy raz byłam w miejscu, gdzie najpopularniejszym sprzętem używanym na terenie campingu były balkoniki :) Cały zawalony był niemieckimi i austriackimi emerytami. 
Strona południowa jeziora jest bardziej uboga w infrastrukturę i mijaliśmy sporo opuszczonych pensjonatów, całych ośrodków wczasowych, których lata świetności skończyły się dwadzieścia , trzydzieści lat temu. Trochę to przygnębiająco chwilami wyglądało. 
Strona północna jest ładniejsza i bardziej zadbana, a ukształtowanie terenu bardziej zróżnicowane.

Całe kółko zrobiliśmy w pięć dni i 237 kilometrów. Raczej staraliśmy się trzymać szlaku, choć dwa razy zrobiliśmy skok w bok. Raz podczas próby wjechania na górę Badascony i drugi raz żeby obejrzeć resztki starego wygasłego wulkanu w Monoszló.

Góra Badascony jest charakterystyczna, bo nie ma ostrego szczytu, jest płaska. Tibor wymyślił sobie (w sumie słusznie), że stamtąd będzie fajny widok. No i jakieś mini wyzwanie jest, któremu ewidentnie mu brakowało. Dwóch spytanych lokalsów o to czy da się na nią podjechać rowerem oświadczyło, że nie, ale mój mąż uznał, że tutejsi się nie znają, na pewno nigdy na tej górze nie byli i w ogóle my wiemy lepiej. 
Na początku wszystko zapowiadało się obiecująco. No, może oprócz tego, że pierwszy stromy podjazd przypomniał mi, że nie dałam swojego roweru do serwisu i dalej jeżdżę ze skrzywionym wózkiem i hakiem. A to oznaczało, że jestem pozbawiona części przełożeń w tylnej przerzutce. Tych kluczowych przełożeń dla podjazdów... Było więc trochę podjeżdżania na twardych przełożeniach, trochę pchania i dużo potu. 
I gdy już, już nam się wydawało, że rzeczywiście lokalsi się nie znają, szeroka piaszczysta droga nieoczekiwanie skręciła w las i zamieniła się w stromy kamienisty szlak. I to byłoby na tyle z naszych planów :)

Nasz cel, Badascony


Zdjęcie oczywiście spłaszczyło podjazd, ale było tu sporo, oj sporo pchania

Tu jeszcze się cieszymy, że tak ładnie jest. A za moment musieliśmy zarządzić odwrót


Wycieczka do wulkanu odbyła się bez przygód (no może znów oprócz podjazdów, na których pokatowałam nogi, zastanawiając się w duchu czy na trzy dni przed biegiem górskim takie podjazdy zrobią mi dobrze czy wręcz przeciwnie). Wracając na nasz balatoński ring zafundowałam malutkie urozmaicenie, bo zamiast wracać tą samą drogą - przewidywalną i nudną szosą, zaproponowałam odbicie na szlak rowerowo - widokowy. Nie powiem - było ładnie, nawet bardzo. Ale na dłuższą metę to nie była trasa odpowiednia na jazdę z przyczepką rowerową. Na szczęście to było tylko kilka kilometrów.


Przygoda, przygoda!





W ogólnym rozrachunku wyszła nam z tego Balatonu fajna wycieczka i generalnie polecam. Choć na wodotryski nie należy się nastawiać, szczególnie jeśli się liznęło skandynawskiego podejścia do tematu :)

I na koniec tej części jeszcze kilka obrazków z podróży:



Podobno takie oto stwory żyją w Balatonie







sobota, 27 grudnia 2014

Święta, święta

Święta, święta
No cóż. Chyba większość z nas w święta sobie pofolgowała żywieniowo.
I chyba sporo osób postanowiło te wszystkie makowce i pierniczki spalić ruszając się.
Nie inaczej było i u mnie, gdy ubrałam się w biegowe  ciuszki i w pierwszy dzień świąt ruszyłam potruchtać. Ach, cóż to ja miałam za plany! Dwadzieścia kilosków co najmniej. A może i ciut więcej. W końcu trzeba zrobić miejsce na dalsze specjały.  I odbić sobie poprzedni weekend, gdy siedziałam w robocie.
Wyszłam. I zobaczyłam mokrą drogę. Niedobrze. Miało przecież nie padać. A tu pada. No ale skoro już się ubrałam, to bez sensu wracać do domu. W myślach skróciłam dystans. Obiegnę lotnisko dookoła z małym wywijaskiem w okolicach Łosiowych Błót. Będzie coś koło 15 km.
Ruszyłam. Po niebie przewalały się ciężkie chmurzyska. Było ciemno, ponuro, mokro i wilgotno. Było obrzydliwie - powiedzmy to wprost. Wbiegłam do lasu. Mokre gałęzie, błocko, kałuże. To ma być zima?? Po raz kolejny zmodyfikowałam plan. Żadnych dodatkowych wywijasków. Dookoła lotniska i rura do domu. Wyjdzie ze 12 kilometrów.
W okolicach osiedla okazało się, że na liczniku mam 12 i mały ogonek. Postanowiłam dokręcić do pełnej trzynastki.  No i biegnę Ci ja ostatnie kilkaset metrów. Już majaczą moje bloki. Biegnę nie po stronie, gdzie jest chodnik, ale po trawiastym poboczu. Myślami jestem już w domu.
Nagle, tak nagle, że nawet nie zdążyłam się zdziwić, nie zdążyłam wykonać żadnego gestu, który osłabiłby upadek, zaryłam w glebę z głuchym stęknięciem. Zabolały ręce, zabolała noga. Miałam ochotę jeszcze chwilkę poleżeć i pomleć różne brzydkie słowa pod nosem, gdy zauważyłam zwalniający koło mnie samochód. No tak, zaraz ktoś bez potrzeby się zatrzyma. W dodatku kilkadziesiąt metrów za mną stał samochód policyjny. Jeszcze tego brakowało, żeby policjanci ruszyli na pomoc. (choć istniała duża szansa, że jeszcze się ze mnie leją - bo glebę zaliczyłam w sposób spektakularny). Usiadłam i wstałam. Z ciekawości cofnęłam się szukając przyczyny mojego upadku. Znalazłam: zardzewiała, metalowa pętla drutu. Ech...
Z urażoną dumą, bolącymi kolanami i nogą potruchtałam do domu.
Wieczorem deszcz zamienił się w śnieg. Rano świat wyglądał jak z bajki. Szczególnie, gdy porówna się z dniem poprzednim.




Tak wyglądał wjazd do Lasu Bemowskiego 25 grudnia... 

...a tak to samo miejsce dzień później :)
Plany na drugi dzień świat były równie ambitne jak dzień wcześniej. Wsiadamy na rowery i jedziemy z mężem do Kampinosu. A co! Planowany czas wycieczki: trzy godziny.
Mąż się ze mnie trochę powyśmiewał, że pod getry założyłam bieliznę termiczną, a na ręce dwie pary rękawiczek. No ale skoro w listopadzie, podczas naszej wyrypy miałam na sobie dwie pary rękawiczek, to teraz, gdy złapał mróz  chyba tym bardziej powinnam je mieć?
Ruszyliśmy spod bloku i...od razu mocno się zdziwiliśmy. Śnieg, śniegiem - żaden kłopot. Ale oprócz śniegu było sporo lodu, niestety. A my nie mamy na wyposażeniu naszych rowerów takiego wynalazku jak opony z kolcami.
Jechaliśmy dalej, mocno zwalniając. Część trasy, którą dzień wcześniej biegłam dookoła lotniska nie dało się przejechać. Po moich truchtaniu jeszcze przez parę godzin padał deszcz. Kałuż było o wiele więcej niż dzień wcześniej. Wyboje, woda, lód, śnieg. Jakoś nie mieliśmy ochoty sprawdzać naszych umiejętności i przyczepności opon. Ruszyliśmy bardziej naokoło, ścieżką rowerową.
Nagle wjechałam na oblodzony kawałek. Rower zatańczył. Zdążyłam jeszcze wypiąć nogę z spd i się podeprzeć. Jednoślad się przewrócił - ja zdołałam utrzymać się na nogach.
Za mną, o wiele wolniej, wjechał mój mąż, ale zredukowanie prędkości nie na wiele mu się zdało. Miał mniej szczęścia i wpięty w pedały zaliczył piękną glebę, niestety zahaczając trochę o kałużę.
No, nieźle. Jeszcze nie wjechaliśmy do pobliskiego lasu, o Kampinosie nie mówiąc - a zrobiło się mocno gorąco.
W lesie było bajecznie. Ośnieżone gałęzie, słońce. Co i rusz zatrzymywaliśmy się, żeby porobić zdjęcia. Zresztą jechaliśmy niewiele szybciej, cały czas mając serce w piętach.
"Wiesz, co?" rzekł mój mąż- "myślę, że wystarczy jak objedziemy lotnisko i zrobimy małą pętelkę przez Łosiowe Błota".
Zabrzmiało znajomo :))
Dalej podziwialiśmy zimę. Jednocześnie odkryłam, że coraz bardziej marzną mi ręce. Trochę nie rozumiałam czemu tak - bo temperatura przecież nie była jakaś ekstremalnie niska. Miałam dwie pary rękawiczek, do robienia zdjęć zdejmowałam tylko jedną parę.
"Wiesz co?", zagaił mąż parę kilometrów dalej. "Myślę, że objedziemy tylko lotnisko i od razu skręcamy w kierunku domu"
To też zabrzmiało znajomo :) Ale nie protestowałam. Zesztywniałe palce zaczęły mnie boleć. Ciężko mi było trzymać kierownicę, o wciskaniu hamulców nie mówiąc.
Byliśmy w sumie blisko domu, ot parę kilometrów. W normalnych warunkach za 10-15 minut bylibyśmy na miejscu. Ale teraz nie były normalne warunki. Dalej musieliśmy się wlec. Spuściliśmy trochę powietrza z opon, żeby zwiększyć przyczepność, ale wszechobecny lód nie pozwalał na żadną szarżę.
Palce bolały coraz bardziej.
Wreszcie! 14 kilometrów, które normalnie przejechalibyśmy w 40 minut, wliczając w to czas na robienie zdjęć, zajął nam półtorej godziny.
W łazience zdejmuję rękawiczki i zaczynam wyć z bólu. Nie wiem czy palce mnie bolały, bo je odmroziłam, czy boli tak powracające krążenie. Może i jedno i drugie. Mija z kilkanaście minut zanim dłonie dochodzą jako tako do siebie i mogę zdjąć z siebie rowerowe ciuchy.
Zawijam się w koc i siorbię gorącą herbatę.

Właśnie przekonałam się na własnej skórze, że rowerową wyrypę można zaliczyć tuż pod domem :)





Spuszczamy powietrze z opon






poniedziałek, 29 września 2014

Logistyka weekendowa i co z tego wyszło

Logistyka weekendowa i co z tego wyszło
Weekend, weekend. Może i z górami nic nie wyszło, ale to nie znaczy, że mieliśmy zamiar siedzieć w domu. Pomysłów było milion. Trzeba tylko uwzględnić nas, babcię, trójkę dzieci - tak, żeby każdy był zadowolony. Taa...
Ranek minął mnie i mężowi na poszukiwaniach po sklepach butów na jesień. Prawie się udało - do domu wróciliśmy z miseczkami do musli i getrami do biegania dla mnie :)
To teraz trzeba wymyślić plan dnia, tak, żebyśmy spędzili czas z dzieciakami, żeby moja teściowa mogła wyjść na trening nordic walking i żebym ja mogła iść pobiegać (ostatnia szansa na dłuższe wybieganie przed szybko zbliżającym się maratonem w Budapeszcie).
To może tak: pakujemy się wszyscy w samochód z rowerami, jedziemy do Kampinosu a ja wracam potem do domu biegiem. Świetnie - tylko aż tak dużego samochodu nie mamy - nie zmieścimy się wszyscy z rowerami. 
No to teściowa idzie niezależnie od nas, my nie jedziemy do Kampinosu, tylko robimy kółko po okolicznym lesie. A potem idę biegać.
Jak ustalili - tak zrobili. Dzieciaki przejechały 17 km (najmłodszy siedział w foteliku rowerowym). Tylko reszta planu zaczęła nam się sypać, bo doszedł nowy element: basen. 
Super - basen z dziećmi może być - tylko kiedy ja mam biegać??
To może tak: dziś rowery z dziećmi, potem basen, a w niedzielę idę biegać, a potem dołączam do znajomej i kibicuję maratończykom.
Tu mąż z lekka się skrzywił - bo wstępnie był planowany rower we dwójkę po Kampinosie.
No ale jak rower w niedzielę - to kiedy ja mam biegać?? Przecież nie dygnę 20 km z buta, a potem kilkudziesięciu kilometrów na rowerze. Nie planowałam IronMana;)
Plan numer kolejny: sobotni basen przekładamy na niedzielę na wieczór. Idę biegać po rowerze z dzieciakami, a w niedzielę zostaje nasze rowerowanie, maratończykom nie pokibicuję.
Uff. Chyba się udało zaplanować te dwa dni.
Zmodyfikowałam z lekka mój zamysł biegowy - postanowiłam dystans skrócić, żeby następnego dnia mieć więcej siły. A rower potraktować jako coś w rodzaju wybiegania.
Przebiegłam 12 km, przy okazji wypróbowując nowe buty. Fajne są! I tak się w nich rozpędziłam tak, że aż się zdziwiłam, że umiem tak szybko  i nie umieram.

A dziś wjechaliśmy w las. Plany były pierwotnie ambitne, bo mojemu mężowi marzyła się setka. Znaczy 100 kilometrów. Szczęśliwie plan nie został zrealizowany, bo chyba trzeba by mnie było zeskrobywać z roweru.





Dojechaliśmy sobie do Roztoki, która jest w samym środku KPN, a potem ruszyliśmy dalej. Dla mnie to była trochę terra incognita, bo jednak zazwyczaj kręcimy się po Parku bliżej domu.
Ten fragment trasy był bardzo wymagający. Górka, dołek, górka, dołek. I piach. Dużo piachu. Starałam się jak mogłam nie dać się tym podjazdom - ale niestety zaczęły mnie pokonywać.
A to spowodowało nieoczekiwanie narastanie we mnie, w środku dzikiego wkurwu. Cooo? Jak to nie podjechałam? A właśnie, że wsiądę na rower - tak, teraz pod tą górkę. Nieważne, że to nie ma sensu. Wsiądę i  podjadę ten kawałek. 
No i biedny mój mąż musiał znieść mój chwilowy amok. Kazałam mu odjechać, nie patrzeć się - więc bidny usiadł sobie za drzewkiem i czekał aż żonie rozum wróci.
Nie wpięłąm się dobrze w spd.
Koło mi zabuksowało na piachu.
I znów się zakopałam w piach.
Znów nie trafiłam w pedał.
Nie zdążyłam w porę skręcić.
Walnęłam się boleśnie w kolano pedałem.
Nie wykręciłam w porę i wjechałam w drzewo.
Znów piach.
Znów spd.
Litościwie nie powiem co mamrotałam pod nosem i ciut głośniej
Wreszcie udało się, podjechałam. Mąż westchnąwszy ciężko wsiadł na rower i pojechaliśmy dalej.
A mnie każda następna górka doprowadzała do coraz większej furii. Czemu tu tyle piaaachu?? I czemu tak stromo?? W końcu przed kolejnym piaszczystym podjazdem, zsiadłam z roweru i wrzasnęłam, że mam tych podjazdów i piachu dosyć. Mąż od razu stwierdził: "ok, to zjeżdżamy na asfalt".
A ja? A ja oparłam się o rower i zaczęłam myśleć co u licha się ze mną dzieje i czy rzeczywiście chcę jechać drogą. Nie - to nie może się tak skończyć. Tak po prostu odpuszczę, bo mnie wkurza, że chwilami muszę pchać rower? Bez sensu. 
I w tej chwili ciśnienie ze mnie zeszło (uff. bo to było cholernie męczące). Wepchnęłam rower na wzniesienie i zaczęłam się rozglądać za mężem. Nie było go. Małżonek od razu zrobił to co powiedział - czyli zjechał na pobliski asfalt. 
Przez następne pięć minut pokrzykiwaliśmy do siebie: ja go namawiałam, żeby wrócił na szlak, mąż namawiał mnie, żebym zjechała do niego, bo nie chce mu się wracać.
Normalnie cyrk na kółkach :)
Krzyczenie do siebie było bez sensu, bo połowy tego co mówiliśmy nie słyszeliśmy - komórki poszły w ruch i doszliśmy do konsensusu. Pojechaliśmy dalej górą, przez las.
Szczęśliwie, później nie było aż takiego nagromadzenia podjazdów.




Kilometry mijały, na liczniku było już ponad 50. A ja poczułam, że zaczynam być naprawdę zmęczona. Oj,ciężki będzie powrót. Spytałam się jeszcze ostrożnie męża czy koniecznie musimy przejechać te sto kilometrów. Małżonek mnie pocieszył: " och, nie, nie wyjdzie nam z tego setka. Najwyżej 90 kilometrów"
Och, dziękuję. Normalnie wzruszyłam się. Co za ulga: nie sto, tylko dziewięćdziesiąt :)
Tyłek bolał coraz mocniej, uda paliły coraz bardziej - ale trzeba było kręcić i się streszczać. Nie wzięliśmy ze sobą czołówek, a dzień miał się wyraźnie ku końcowi. Trzeba było przynajmniej w porę wyjechać z lasu.
Udało się. Po osiemnastej zameldowaliśmy się w domu. Ostatecznie przejechaliśmy 84 km z groszami. 

Oprócz mojego krótkiego nie-wiadomo-czego (ale te baby są głupie)- to była bardzo fajna wycieczka.




PS. Basen przełożyliśmy na inny dzień. Ja od siodełka prawie tyłka nie czuję, a T. coś sobie naciągnął w nodze i lekko kuleje.

niedziela, 17 sierpnia 2014

A mnie to zawsze coś ;)

A mnie to zawsze coś ;)
Dobra - koniec tego chorowania! Jeszcze końcówka antybiotyku w użyciu - ale generalnie można mnie uznać za zdrową.
Korzystając z przyjazdu Mariki, mojej teściowej, postanowiliśmy z mężem ruszyć na rowery do Kampinosu.
Ach, jak ja dawno nie jeździłam na rowerze po lesie! Ach, jaki Kampinos jest ładny! Jeszcze wszędzie kipi zielenią - choć tu i ówdzie widać pierwsze oznaki zbliżającej się jesieni: a tu zawiało liśćmi opadającymi z brzózek, a tu zafioletowiły się pierwsze wrzosy.




Dojechaliśmy w samo serce lasu - czyli do Roztoki. Pogoda od samego początku była w kratkę i co i rusz straszyły nas chmurzyska. Nad Roztoką przeszedł taki solidny "showerek", skutecznie nas zniechęcając do zapuszczania się w dalej las. No dobra - głównie mnie zniechęciły - bo małżonek był zwarty i gotowy. Bałam się poza tym, że gdzieś po drodze umrę. Wracając od razu w stronę domu czekało nas drugie 30 km, a ja jednak w tym roku kontakt z rowerem mam okazjonalny.
Ruszyliśmy. Las zmienił swoje oblicze - wjechaliśmy w część liściastą i bardzo podmokła. Wąski szlak kluczył pomiędzy śliskimi korzeniami. Raz po raz wjeżdżaliśmy w mlaskające błocko. Tylne koło dwa razy na jakimś korzeniu odjechało w mi w bok. Oj, ostrożnie!
Miejscami szlak był w ogóle nieprzejezdny - trzeba było rowery przenosić



W pewnym momencie, nagle, przednim kołem wjechałam na jakiś śliski korzeń. Koło ustawiło się w poprzek. To mogło się skończyć tylko w jeden sposób... Najpierw poleciał rower, ja na niego.
Małżonek, który jechał z przodu momentu upadku nie widział. Odwrócił się i zobaczył mnie gramolącą się z krzaków.
- Co się stało?
Co się stało?? Kurka, jagód szukam! Co za pytanie jak widać, że rower leży i ja leżę. Zaczęłam być nerwowa, bo poczułam, że potwornie boli mnie lewy piszczel.
- Przewróciłam się, nie widać?- odburknęłam
- Ale jak to zrobiłaś?
Kurna - coraz lepsze te pytania. Dookoła błocko, kałuże, wystające korzenie, a ten się pyta jak to zrobiłam?
- No Aleje Jerozolimskie to to nie są!
Chyba nie byłam zbyt miła, ale ból nogi dalej nie odpuszczał. Podniosłam rower, oparłam się o niego i zaczęłam pojękiwać z bólu. Zupełnie nie rozumiałam czemu tak boli, bo na nogę już zerknęłam - i oprócz dwóch zadrapań, z których nawet nie leciała krew nic nie było widać.
Małżonek widząc, że nie wsiądę od razu na rower, wrócił do mnie. Zaczęłam się znów przypatrywać nodze. Na moich oczach nagle goleń zaczęła zmieniać kolor na sino- krwisty. Jednocześnie zaczęła rosnąć mi gula na nodze. Dwa zadrapania wypełniły się krwią.
Aha. No to przyczynę bólu mamy jakby wyjaśnioną...
Postałam chwilkę - ból szczęśliwie zelżał - i dalej ruszyliśmy. Wolniej już - bo jednak nogę czułam.
Wydaje mi się, że upadając musiałam przydzwonić w pedał. Noga jest na pewno mocno stłuczona i chwilowo raczej sobie nie pobiegam...
Wycieczka była super. Las piękny. Zmordowana jestem strasznie - 60 km po lesie pyknęliśmy.
Ale niech mi ktoś powie, czemu wszelkie wypadki zdarzają się tylko mnie??



Jak się człowiek mocno przyjrzy, to widać na mojej lewej nodze dorodnego siniora i zadrapania


niedziela, 23 marca 2014

Weekend

Weekend
Nastał weekend. Dla biegaczy czas wybiegań, zawodów. A co u nas?
A my z niepokojem zauważyliśmy, że ostatnio coraz częściej wyłączamy z naszej aktywności dzieciaki. Każde z nas myśli o swoich kilometrach, swoich zajęciach. Na zmianę wychodzimy z domu dzieląc się opieką. Czy nie dałoby jakoś tego wszystkiego połączyć?
Małżonek wydumał taki plan: on pakuje do samochodu dzieciaki, rowery i jedziemy w sam środek Kampinosu do Roztoki. Tam z planktonem rusza jednym ze szlaków turystycznych. Ja na rowerze rozpoczynam z domu - i spotykamy się w umówionym miejscu w lesie. Następnie robimy całą rodziną wycieczkę. A potem zmiana: ja z dzieciakami pakuję się do samochodu, a mąż - ambitnie - wraca biegiem. W ten sposób my mamy trochę aktywności "tylko swojej" - ale przede wszystkim jest wycieczka całą rodziną.
Ja - pomimo, że tradycyjnie zostałam wyposażona w mapkę na której miałam wyrysowaną całą trasę wraz z komentarzami, równie tradycyjnie zdołałam się zawieruszyć. I to zanim dotarłam do lasu. "Telefon do przyjaciela" nie pomógł - pomogła technika, a konkretnie odpalony gps w telefonie, dzięki któremu się spozycjonowałam. A potem - o dziwo! poszło jak z płatka. Jakimś cudem bez problemu znajdywałam kolejne kolory szlaków, skręcałam we właściwe strony we właściwym momencie i dotarłam na miejsce spotkania.  Potem zgodnie z planem zrobiliśmy kółko razem, a następnie małżonek przebrał się w ciuchy do biegania i ruszył w kierunku domu.
Dotarł, jak było już ciemno, mając na liczniku 29 km. Spytał się mnie co mu do łba strzeliło, że znów zapisał się w tym roku  na maratony. Taaa...
A jak ogólnie było? Cudnie było! Temperatura całkiem przyjemna, cieplutko. Na stada komarów i much jeszcze za wcześnie. Zima była w sumie łagodna, śniegu było mało - więc w lesie jest w miarę sucho, a z drugiej strony nie ma takiej ilości piachu jak latem. Chłopaki - zachwycone! Nawet dziecko nr 2, które jeszcze na jesieni jęczało po przejechaniu 2 km - teraz dzielnie zasuwało przez jedenaście i jeszcze sobie zażyczyło jak najszybciej powtórki. Było szukanie łosia (bo ci, którzy nie wiedzą informuję, że Kampinoski Park Narodowy zamieszkują łosie), słuchanie ptaszków, obserwowanie mrówek w mrowisku. Były teksty, po których składaliśmy się ze śmiechu (a Wiktor przejechał większego kilometra! Nie poszedłem tam mamo, bo tam jest stado mrówek)
I choćby takie wypady miały oznaczać mniej kilometrów w nogach i gorszy wynik w jakiś zawodach - walę to. Bo taki dzień jak dziś jest lepszy od najbardziej wyśrubowanej życiówki, o!



O, maaaamaaaa!

O - tu się załapałam na fotkę - jestem daleko w tyle. A na pierwszym planie dziecię nr 3
Aż trudno uwierzyć,że to wiosna, a nie jesień







piątek, 27 grudnia 2013

Święta, Święta...

Święta, Święta...
Zacznę od chwalenia się prezentami. Jakoś tak przez przypadek z bieganiem były związane: i fajny komplet bielizny termicznej do aktywności wszelakiej. I getry kompresyjne (takie kompresyjne kompresyjne wery prawdziwe). I wreszcie gwóźdź programu. List. Z samej Laponii od samego Mikołaja :) O, zobaczcie:


Tak więc niespodziewanie drugą połowę lutego już mam zaplanowaną:)). 

A skoro przy planach jesteśmy:

Plan był taki: wyciągam na bieganie męża w Wigilię. Po tych wszystkich zupkach, rybkach, prezentach, wygonimy dzieciaki spać, babcia zostanie na straży, a my sobie potruchtamy.
Plan był niezły, romantyczny i świąteczny. Niestety z każdym kolejnym pierożkiem i kawałkiem piernika (udało mi się nie zeżreć całego leżakującego ciasta i ciasto zostało upieczone), duch w narodzie malał, aż znikł zupełnie. Demobilizującą rolę miał też pewien prezent przyniesiony przez Mikołaja dzieciom, a którym rodzice również musieli się pobawić:)
Oficjalna obowiązująca wersja była taka, że oszczędzamy siły na pierwszy dzień świąt. A tego dnia miała mieć miejsce premierowa przejażdżka nową wypasioną, wymarzoną, szosóweczką męża. Plus ja - na przedstawianym już na blogu modelu oldskulowym. Do Milanówka i z powrotem. Z dobre kilkadziesiąt kilometrów. No ale przecież na takiej kolarce, to się raz dwa machnie pedałami i już ma się trzy dychy na liczniku. Na takim rowerze odległości liczy się inaczej. Dam radę. Ja nie dam rady? Phi!


Przez pierwsze kilkanaście kilometrów rzeczywiście było phi! Ale potem skończył się osłaniający nas las. Zmieniliśmy też kierunek jazdy. I zaczęła się walka z wiatrem. Średnia poleciała ostro w dół i już się nie podniosła.
Do Milanówka udało się dojechać. Tam krótki postój u kumpla (życie mi uratował kompotem wigilijnymi batonem energetycznym. Bo po co pomyśleć o zabraniu czegoś ze sobą). W tył zwrot i powrót.
Oczywiście jak zwykle człowiek się łudzi, że teraz będzie z wiatrem.Oczywiście jak zwykle się przeliczył. Chwilami czułam się jak jakiś ludzik z kreskówki - ja tu przebieram nogami na pedałach, a z przodu ktoś mnie cały czas trzyma za czółko, tak, że drobię w miejscu. Kiwające się w podmuchach wiatru słupki kilometrowe też nie poprawiały sytuacji.
Jazda była dla mnie coraz trudniejsza również z innego powodu. Pupa. Siodełko w tym rowerze jest twarde jak kamień. Moje cztery litery przestały wytrzymywać. Starałam się leżeć jak najniżej na kierownicy - bo wtedy mniejszy ucisk był na tylną część ciała. Szybciutko i bez kłopotu nauczyłam się jechać stojąc na pedałach (proszę, co potrafi zdziałać presja:)). Ale po drodze musiałam zrobić dwa postoje - i mając w głębokim poważaniu co pomyślą sobie przejeżdżający kierowcy, wymasować sobie tyłek (mam nadzieję, że nie pomyśleli, że stanowię jakiś nietypowy rodzaj przydrożnej tirówki:P).


Stresująca była jazda trasą poznańską -i to nie ze względu na spory ruch, ale na znaki. Pojawił się zakaz jady na rowerze. Wg pierwszego znaku powinniśmy się zdematerializować po prostu - bo nie było żadnej możliwości, żeby z drogi zniknąć. Parę kilometrów dalej teoretycznie alternatywą była ścieżka rowerowa. Taaaa. Wjechanie na nią na szosówce groziło co najmniej kalectwem. Kostka bauma, nierówna, wyboista, powybijana  przez korzenie drzew, zarośnięta tak, że chwilami widać było tylko jeden rządek kostek. Jak wyobraziłam sobie siebie, z tym bolącym tyłkiem na tych wybojach....Udawałam, że nie widzę ani tej ścieżki (co nie było trudne), ani kolejnych znaków zakazu - udało się dojechać do trasy bez ograniczeń dla rowerów.
Ja walczyłam o życie, a mojego męża naszło na jakieś filozoficzne dysputy. Zgromiłam go wzrokiem. Zrozumiał i już nie próbował mnie zagadywać. Albo te pojedyncze atomy węglowodanów krążące po moim ciele zużyłabym na próby zrozumienia co do mnie mówi i odpowiadania, albo na dokręcenie pod blok.
Licznik zarejestrował 80 km z groszami.
Małżonek błysnął dowcipem na widok zdjęcia, które zrobił: " widać po twarzy, że masz zmęczony tyłek" :)

A dziś w dalszym ciągu mogę siadać tylko na miękkich rzeczach, ewentulanie podkładam sobie poduszkę. Oj boli, boli...


To mój pogromca szos




Copyright © 2016 Matkabiega , Blogger