wtorek, 14 kwietnia 2015

Non, je ne regrette rien

Wszystko zaczęło się od tego, że na dwa tygodnie przed wyjazdem odkryłam, że zapomniałam poprosić o urlop... I jest problem, żeby mi go udzielić...
Nie pytajcie się JAK mogłam zapomnieć. Sama nie wiem. Mogę tylko domniemywać. Lista startowa na maraton paryski jest zamykana na wiele miesięcy przed startem. Pewnie wtedy myślałam, że mam jeszcze czas, żeby zgłosić w pracy mój wyjazd. A potem zapomniałam...
Zrobiło się nerwowo. Udało mi się znaleźć zastępstwo i jakoś sprawę wyprostować (dzięki jeszcze raz Przemku i Michale!) - i tą relację piszę siedząc w hoteliku na Montmartrze, w pokoju niewiele większym od mojej łazienki w domu:)
Nie było też łatwo wydumać jakim tempem spróbować pobiec. Wynik z Półmaratonu Warszawskiego trochę podbudował mi ego, które od razu z powrotem wgniotło w glebę wlokące się przeziębienie. Nie wiedziałam czy uda mi się wykurować na wyjazd, czy wręcz przeciwnie rozłożę się zupełnie. Starałam się zwalczyć kaszel i katar. Oczywiście nie biegałam. Na szczęście na dwa dni przed wyjazdem poczułam, że mój organizm wygrywa. W ramach przypomnienia nogom jak się biega, potruchtałam raz po dzieciaki do szkoły i przedszkola i drugi raz zrobiłam z mężem pięciokilometrowe kółko na dzień przed wylotem.
Nie będę owijać w bawełnę - szykowałam się na życiówkę. Moja poprzednia z 2013 roku z Amsterdamu wynosiła 3:50:21 i pomimo przeziębień czułam, że jestem w stanie pobiec szybciej. Nie wiedziałam tylko o ile szybciej, bo szyki popsuł mi wirus.
Ostatecznie stając na starcie wydumałam sobie w głowie tempo 5:15.
Miejsce startu... Wyobraźcie sobie poranny Paryż, jeszcze bez tłumu turystów. Błękitne niebo, ale przy tym wszystkim miły chłodek. Kamienice z ażurowymi balkonami. Łuk Triumfalny zza którego wyzierało słońce. I tłumy, tłumy zmierzające w kierunku strefy startowej (zapisanych było 54 tysiące osób!!!).



Ruszyłam razem z moim mężem, ale umówiliśmy się, że będziemy biec osobno. Ulica była szeroka, więc od razu zwiałam w bok, żebyśmy się nie widzieli i nie stresowali się wzajemnie.
Od samego początku biegło mi się szybciej niż zakładałam. Pierwszy, drugi, trzeci kilometr wszystko poniżej zakładanego tempa. Najpierw się trochę postresowałam i usiłowałam zwolnić. Potem wpadłam na to, że cały czas jest lekko z górki, więc postanowiłam to wykorzystać. Oczywiście istniało ryzyko, że jednak szarżuję i pod koniec odetnie mi prąd. Ostatecznie uznałam, że spróbuję ciągnąć to szybsze tempo tak  długo jak się da. A jak odetnie...cóż - w końcu to tylko bieg :)
No i biegłam sobie ulicami cudnego, wiosennego Paryża. Starałam się rozglądać na boki i podziwiać miasto, które mijałam - a było co podziwiać. Luwr, pomnik Joanny d'Arc, Plac Bastylii, majacząca w oddali Katedra Notre Dame...
Zaczepił mnie jakiś facet, po angielsku. Jakie piękne mam imię (mam je na koszulce na plecach). On kocha to imię, zakochał się w moim imieniu. I pobiegł dalej. Dziwni ci biegacze :))
Zerkałam sobie na zegarek na każdym punkcie pomiary, które były co 5 kilometrów. Piąty kilometr: 26 minut z groszami. Dziesiąty kilometr: 52 minuty. Piętnasty kilometr: godzina siedemnaście. Półmaraton 1:48. Tu zdołałam się zadumać, że nie jest źle, skoro na półmetku maratonu mam czas, który do niedawna był moją życiówką :)
No i tak żarło, żarło, aż za dwudziestym trzecim kilometrem zbliżyliśmy się do Sekwany. I zaczęły się tunele. I bieg zaczynał wyglądać tak: zbieg - tunel- podbieg- trochę płaskiego - zbieg- tunel- podbieg - i tak aż do 30 kilometra. Najdłuższy tunel miał ponad kilometr długości. Było w nim mega duszno, biegło się na totalnego czuja, bo oczywiście żadne gpsy nie działały.
Jednym słowem Francuzi zrobili wszystko, żeby za tym mitycznym, trzydziestym kilometrem dostać ściany :)) Dobrze chociaż, że to wszystko działo się z pięknym widokiem na Wieżę Eiffla dla osłodzenia męki.
Na trzydziestym kilometrze byłam tak otumaniona, że zapomniałam przed punktem z wodą posilić się żelem. Styki zajarzyły dopiero, gdy przeleciałam przez wodopój i miałam już w ręku z butelką z wodą (na punktach wodę wydawano w małych, półlitrowych butelkach. Były jeszcze mniejsze punkty, z miskami z wodą i kubeczkami - ale z tych nie korzystałam w ogóle)). Cóż - była mała ekwilibrystyka jak jednocześnie wyjmować żel, otwierać go, zjadać, trzymać wodę i jednocześnie biec, w miarę możliwości nie zwalniając;)
Ten fragment z tunelami plus dystans zrobiły swoje i na 35 i 36 kilometrze zaliczyłam mały kryzys. Nie, klasycznej ściany nie miałam, ale poczułam się tak zmęczona, że to były moje najwolniejsze kilometry. W dodatku zaczęłam marzyć o jakimś smakowym piciu, jakimś izotoniku.
Na wszystkich punktach była tylko woda. No, na jednym był izotonik - ale ja byłam tuż po wciągnięciu żelu i bałam się, że zrobię swojemu żołądkowi kuku. Woda na punktach zaczęła mnie irytować, miałam wrażenie, że nic mi nie daje.
Po tych dwóch kilometrach jakoś zebrałam się do kupy i wróciłam do poprzedniego tempa. Było już bardzo ciężko - nogi bolały. W dodatku większość osób biegło albo o wiele wolniej, albo maszerowało już. Ludzie ze zmęczenia robili jakieś dziwne ruchy. Ja pewnie też :)
Często w ostatniej chwili musiałam zmieniać tor biegu, a czasem nie było na to czasu i z "sorry" na ustach przepychałam się pomiędzy biegaczami. Starałam się wyprać głowę z wszelkich myśli. Nie zastanawiać się ile jeszcze do mety, przestałam patrzeć się na zegarek (zresztą już od dłuższego czasy wskazania Garmina z oznaczeniem kilometrowym rozjechały się w kosmos), żeby nie prowokować zmęczonego umysłu do szatańskich podszeptów o zwolnieniu.
Czterdziesty kilometr. Czterdziesty pierwszy. Dookoła kibice drą się - pewnie, że już niedaleko. Czterdziesty drugi kilometr. Ostatni zakręt i widzę metę. Tym razem nie wydaje mi się bardzo daleko, wydaje mi się tak blisko, na wyciągnięcie ręki.
Przyspieszam jak tylko mogę i tym finiszem na ostatnich metrach wywalczam sobie siódemkę w wyniku. 3:37:53
Nie, nie płaczę na mecie, nie skaczę z radości, nie śmieję się. Pompek też nie robię, choć koszulka zobowiązuje:) Zmęczona jak nie wiem co dopadam barierki i opieram się o nią głową. Od razu podskakuje do mnie wolontariuszka pytając się czy wszystko ok. Tak wszystko ok. Ruszam przed siebie. Medal. Koszulki finiszerów. Woda (wrrr, znów woda. Ja chcę coś innego!!!). Pomarańcze. Dopadam do nich. O, mamusiu jakie pyszne! Soczyste, mają smak! Jem, jem i jem. Idę do przodu. Nadziewam się na Polaków - chwilę rozmawiam. Znów dorywam się do pomarańczy, Znów idę. O - wyszłam już ze strefy żarcia. Nie chcę, chcę jeszcze pomarańcze! Cofam się i pomimo, że obsługa nie chce za bardzo puścić mnie pod prąd, tłumaczę, że szukam męża i znów dopadam pudła z pomarańczami.
Nie mam pojęcia ile ich zjadłam. Dużo :) Biorę jeszcze kilka ćwiartek na zapas do ręki i już ostatecznie ruszam ku depozytom, gdzie się umówiłam z małżonkiem. Nie widać go. Podejrzewam, że jeszcze nie przybiegł. Mam nadzieję, że nie złapała go ściana.  Odbieram ciuchy, ze zdziwieniem odkrywając, że koszulkę i numer startowy mam dziwnie ubrudzone na czerwono- brązowo. Kojarzę to ze szczypaniem w okolicach, gdzie miałam założony czujnik tętna. Tym razem skubany zmasakrował mnie jak nigdy przedtem.
Siadam i chwilę później dostrzegam Tibora. Cóż...nie zdołał ukryć króciutkiego momentu rozczarowania, że znów to ja go witam na mecie;). Ale tym razem różnica jest o wiele mniejsza, sześć minut z groszami. Poprawił swoją życiówkę o 10 minut, jest bardzo zadowolony.



Piękny bieg w pięknym mieście. Śliczna trasa - choć fragment z tunelami dający w kość i wymagający. Organizacja jak na taki tłum ludzi - całkiem w porządku. Pomimo kaszlu i przeziębienia, miałam swój dzień, który myślę wykorzystałam maksymalnie. Zadziałały nogi, zadziałała głowa i poszło lepiej niż zakładałam. Niczego nie żałuję.

Tylko nie wiem co będę robić w Berlinie - bo taki wynik to ja na jesień planowałam :) A mam wrażenie, że powalczyć o lepszy czas będzie trudno, oj trudno. Nie chcę być zakładnikiem życiówek, a z drugiej strony nie chcę pobiec źle w Berlinie. Dlaczego i skąd się wziął Berlin, skoro nie miałam szczęścia w losowaniu - to już wpis na inny raz.
Na razie rozkoszuję się Paryżem.:)



13 komentarzy:

  1. Gratulacje!! B. fajna relacja. W sumie super to rozegrałaś, dobrze żarło więc poszłaś vabank i się udało (cóż to tylko bieg :D). Ja chyba zawsze za bardzo się boję że mnie odetnie i nie idę na całość, a może powinnam. A z tą trasą to słabo - Na 7 km tunele? Ja nie przepadam, ten warszawski też nie należy do moich ulubionych punktów trasy.  

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. chcialam napisać "na odcinku 7 kilometrów tunele?"

      Usuń
    2. Tak puszczono trasę i tych tuneli krótszych i dłuższych było sporo. Ten najdłuższy, masakra. Warszawski to mały pikuś, naprawdę

      Usuń
    3. Jeszcze raz przejrzałam zapis tracka. Na tym odcinku garmin siedem razy gubił sygnał gps. Czyli na pewno tyle było tuneli. Plus pewne jeszcze jakieś mostki.

      Usuń
  2. Zalajkowałem na FB, przeczytałem jedząc zupę pho i wracając od Chinola pomyślałem: hola, hola Krasusie! Wbijaj tam raz jeszcze i złóż gratulacje! Aga, kłaniam się nisko, świetny czas, świetna taktyka, bravissimo! Oczywiście także dla Małżonka, życiówka robi wrażenie:)

    A jesienią się nie przejmuj, może 3:35?:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękujemy oboje! Z tą taktyką to duża przesada :) Z reguły tempo sobie wymyślam tuż przed biegiem, nie umiem przeliczać kilometrów i czasu, nigdy nie biegnę z opaską z międzyczasami ;)

      Usuń
  3. Powodzenia! :) Ja 19 maraton w Krakoowie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale ja już pobiegłam - wpisałeś się pod relacją z biegu, więc życzenia trochę spóźnione :)

      Usuń
  4. Moje gratulacje! Świetna relacja, nawet gdybym nie oglądał w TV to mogłem poczuć jakbym sam tam biegł. I chyba dlatego muszę się nauczyć biegać maratony ;) żeby jednak osobiście tego doświadczyć. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  5. Nie jestem pewna czy da się nauczyć biegać maratony :) Podejmujesz decyzję, zapisujesz się, trenujesz i biegniesz. I bieg weryfikuje Twoje wizje i wyobrażenia jak to jest biec maraton. Tak myślę.

    OdpowiedzUsuń
  6. Grtuluję - ukończonego maratonu i relacji na blogu :) A pomarańcza na pewno smakowały - zasłużyłaś na nie :) Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki! O, tak pomarańcze były jak ambrozja:)

      Usuń
  7. Napisane i przebiegnięte po mistrzowsku. Brawo!

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2016 Matkabiega , Blogger