wtorek, 10 listopada 2015

Wyrypa 3.0 czyli przygotowania czas zacząć!

Czemu w listopadzie na rower? Bo nie ma tłumów turystów. Bo ma być przygoda. Bo świat widziany z wysokości siodełka o tej porze roku jest inny: zamglony, tajemniczy.
W zeszłym roku z chłopakami (znaczy moim mężem i znajomym) jeździliśmy wzdłuż wybrzeża, w tym roku....no właśnie. W tym roku plan rodził się w bólach.
Pierwotnie w planach był przyjazd pociągiem do Tczewa, a następnie trzymając się jak najbliżej granicy spaść do Białegostoku. To był bardzo ambitny plan, nawet jak na przewidziane pierwotnie cztery dni - bo trzeba było dziennie robić zdrowo powyżej 100 kilometrów.
Oczywiście jak na prawdziwych szaleńców przystało, cała trójka orzekła zgodnie, że robimy to!
Niestety w trakcie opracowywania szczegółów, okazało się, że PKP nie wykokosiło się jeszcze z remontem linii i pociągiem z Białegostoku można dojechać do Małkini. Dalej, w kierunku Warszawy podróżnych zabiera zastępczy bus. Raczej trudno było nam uwierzyć, że do takiego busa zapakujemy się z trzema rowerami i sakwami.
Zaczął w bólach rodzić się plan B. W tak zwanym międzyczasie cztery dni skurczyły się do trzech - z powodów różnych, głownie we względu na prognozy pogody.
W końcu ustaliliśmy. Jedziemy autem do Rzeszowa. Tam przesiadamy się na rowery i jedziemy w kierunku Roztocza. Gdzie dokładnie i gdzie będą wypadać noclegi, postanowiliśmy decydować w trakcie.
Wyjazd został zapięty na ostatni guzik.
No, prawie....
Bo na trzy dni przed godziną W, rower mojego męża był rozebrany na czynniki pierwsze.
Małżonek rozkręcił swój pojazd, żeby go wyczyścić. Rok temu. Po poprzedniej wyrypie. I tak jakoś mu zeszło:)
Na dwa dni przed wyjazdem rower został skręcony.
Prawie.
Generalnie ostatniego dnia kręciłam się pomiędzy domem, a serwisem rowerowym i pilnowałam, żeby rower został skręcony do ostatniej śrubki.
Wreszcie wszystko ruszyło z kopyta. W sobotę rankiem zameldowaliśmy się w Rzeszowie, wypakowaliśmy manele przed domem zaprzyjaźnionego PĄpkinsa Bartka, który obiecał rzucać od czasu do czasu okiem na nasze pozostawione autko.
I wtedy Tibor spojrzał na mój rower i rzekł:
- Aga, nie zmieniliśmy ci pedałów!
Spojrzałam i ja. Na nogach miałam buty z blokami do pedałów zatrzaskowych. A przy rowerze normalne, klasyczne pedały.
Aaaaaaaa!
Pedały zostały zamienione we wrześniu, podczas kupowania szosówki - gdy do domu wracaliśmy na dwa rowery. Ja na nowym, Tibor na trekingowym, którym przyjechałam do sklepu. Ponieważ nie miał odpowiednich butów, tymczasowo przykręciliśmy normalne pedały. I tak już zostało....Na TEN rower od tamtej pory nie wsiadałam.
Spoko. Z nie takich opresji wychodziliśmy. Bartek wskazał nam najbliższy sklep rowerowy, zaznaczając jednocześnie, że to dziwny sklep.
Parę minut później wiedziałam już o co chodzi, gdy na pewniaka weszłam i oświadczyłam:

- Dzień dobry! Potrzebuję pedałów spd.
- Nie.
- ???
- Nie prowadzimy.

Podejście nr 2 w drugim sklepie zakończyło się już sukcesem. W tym sklepie można było nie tylko kupić espedziaki, ale nawet miód z własnej pasieki. Powiedzcie - ile razy w życiu mieliście okazję kupować miód w sklepie rowerowym?

Opuściliśmy Rzeszów, kierując się w kierunku Leżajska.



Ciąg dalszy oczywiście nastąpi :)


Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Copyright © 2016 Matkabiega , Blogger