środa, 27 kwietnia 2016

zMIUTowana ciężarówka cz. 1

Powiem szczerze, że mam duży kłopot z tą relacją. Co prawda na FB poszły zdjęcia z trasy biegu, co prawda pochwaliłam się dystansem, jaki udało mi się pokonać, ale nie da się ukryć, że to co zrobiłam jest dość kontrowersyjne. Owszem, doczekałam się pozytywnych komentarzy, ale nie mam złudzeń: na pewno wiele osób po cichu uważa, że zachowałam się nieodpowiedzialnie. Nie mam zamiaru się bronić; przeczytajcie i oceńcie jak chcecie.

Imprezę na Maderze wynalazła Ava. Gdy zaczęła wrzucać znalezione w sieci zdjęcia z trasy, podjarałam się jak nie wiem co. Wiedziałam, że chcę tam być! Chcę to pobiec!
Trochę trwało przekonywanie męża, który myślał o innym biegu. Ostatecznie w listopadzie zeszłego roku nasze nazwiska pojawiły się wśród zawodników trasy Ultra w ramach Madeira Island Ultra Trail. 85 kilometrów z ponad 4600 metrową sumą przewyższeń.
Jak wiecie w lutym okazało się, że jestem w ciąży i tym samym moje największe marzenie, wyzwanie biegowe na ten rok poszło się...
I tak jak zrezygnowanie z innych biegów, na które byłam zapisana poszło mi jakoś łatwo (a jest tego trochę: Półmaraton Warszawski, maratony w Krakowie i Frankfurcie, Bieg Szlakiem Wygasłych Wulkanów, Harpagan, Garmin Ultra Race, Tromso Skyrace, Bieg Szakala), tak świadomość, że MIUT-a muszę odpuścić, bolała mnie bardzo mocno.

Żeby jednak coś mieć z tej imprezy, postanowiliśmy z Tiborem spróbować przepisać się na na krótszy dystans, Mini, 16 km. Mąż miał biec jako mój support: nie wiedziałam jak się będę czuć na przełomie 15 i 16 tygodnia ciąży i chciałam mieć przy sobie wsparcie i kogoś do pomocy, gdyby coś się stało.
Przepisanie się nie udało się. Co prawda organizatorzy wyrazili zgodę, ale zażądali dodatkowej opłaty. Zgodziliśmy się na nią, potwierdziliśmy to mailowo, niestety nie uiściliśmy jej od razu przez  Paypal z powodu kłopotów z kontem. Gdy po 3 dniach poprosiliśmy o możliwość wpłaty bezpośrednio, odpowiedziano nam, że jest już za późno. Numery startowe poszły do druku i do widzenia.
Nie muszę mówić jacy byliśmy wściekli i rozczarowani.Tym bardziej, że organizatorzy nie pisnęli nawet słowem, że mamy tak krótki okres na dopełnienie formalności.
Postanowiliśmy nie tracić nadziei i jeszcze na miejscu, osobiście, próbować ich przekonać, żeby wpuszczono nas na trasę. Nawet jeśli to miało oznaczało brak jakiś gadżetów z wiązanych z pakietem startowym.
I pod to Mini zaczęłam pakować się na wyjazd. Nie wzięłam biegowego plecaka ani bukłaka z wodą, tylko pas biodrowy i bidon (bo to tylko 16 km). Nie zapakowałam moich salomonów speedcrossów, tylko stare, trochę rozwalające się nike wildhorse. Owszem, to też jest model w teren, ale teren mniej wymagający. Generalnie szykowałam się na krótki bieg górski, z  rozsądną sumą przewyższeń (300 metrów z groszami). Tibor postanowił zabrać plecak i bukłak - tak na wszelki wypadek - i jak się potem okazało, całe szczęście :)

Na wyspie wylądowaliśmy razem z Avą i jej mężem 19 kwietnia. Start był 23 kwietnia. Te parę dni spędziliśmy na zwiedzaniu wyspy, obejrzeniu miejsca mety, startu i odbiorze pakietów.

zwiedzanie wyspy


No właśnie: odbiór pakietów.
Niestety, ale osobista próba przekonania organizatorów do przepisania nas na krótszy dystans nie udała się. "It's impossible", słyszeliśmy. Ze łzami w oczach i gulą w gardle kiwnęłam przecząco głową na pytanie czy będę startować.
I wtedy szurchnął mnie w bok Tibor i szeptem kazał odebrać pakiet. Spojrzałam się na niego ze zdziwieniem. Odpowiedział, że jak nie możemy startować w krótkim dystansie, to wejdziemy na trasę Ultra. Zejdę po prostu gdzieś po drodze, a on, jeśli limity pozwolą, ruszy dalej.
Genialne! Czemu na to nie wpadłam! Przecież nie muszę dochodzić do mety! Dopełniłam wszystkich formalności: specjalna bransoletka na rękę, podpisanie jakiegoś formularza, odbiór numeru startowego, zaczipowanie plecaka. No właśnie: nie miałam plecaka. Podałam mój pas biodrowy.
A potem rzuciliśmy się na mapkę profilu trasy, żeby zobaczyć rozmieszczenie punktów kontrolnych.
Pierwszy był na 5 kilometrze, drugi na 13-tym, trzeci na 29. Rozważałam 13 albo 29. Korcił trzeci punkt kontrolny, ale kurczę, dwadzieścia dziewięć kilometrów w górach w ciąży? Sporo. Stwierdziłam, że pewnie nie dam rady, że po trzynastu będę już zmachana, zmęczona. Na wszelki wypadek wzięłam jednak do Wojtka, męża Avy, który miał się pojawiać na kolejnych checkpointach, telefon. Gdybym jednak zdecydowała się iść dalej, dałabym mu znać żeby niepotrzebnie nie pchał się na punkt.
Ewa na wiadomość, że razem staniemy na starcie bardzo się ucieszyła i zaczęła zadawać pytania na temat obowiązkowego wyposażenia. Rzuciliśmy się do regulaminu, bo oczywiście ta kwestia do tej pory była jakby poza naszym zainteresowaniem :) Okazało się, że nie mamy kubeczków, bandaży, drugiej czołówki, zapasowych baterii, czerwonej lampki. Pod znakiem zapytania stanął mój pas biodrowy, bo organizator żądał przynajmniej litrowego pojemnika na wodę. I przy tym wszystkim straszył wyrywkowymi kontrolami.
Lampki zakupiliśmy w namiocie expo, czołówkę w zestawie z latarką w jakimś wiejskim sklepiku z serii "mydło i powidło", za kubeczki miały nam służyć plastikowe jednorazówki. Czipa z pasa biodrowego postanowiłam przenieść na mój podręczny plecak. Bałam się, że limit pecha nie został wyczerpany, trafimy na tą wyrywkową kontrolę i orgowie nie wpuszczą mnie na trasę. O tym plecaku da się wszystko powiedzieć, ale na pewno nie to, że nadaje się do biegania :) Wyglądało na to, że będę miała najbardziej lamerski plecak wśród uczestników. Miał jedną zaletę: mieściła się do niego 1,5 litrowa butelka po mineralce.

lamerski plecaczek :) 


I tak nieoczekiwanie dla nas samych, a w szczególności dla mnie, 23 kwietnia o siódmej rano, pojawiliśmy się na linii startu.




Część 2 =>=>=>=>

4 komentarze:

  1. No i jest suspens w puencie :) Dawaj dalej! PS> 85 km i 4630 m w górę a nie 3800. Tyle to pyknęłyśmy na pierwszej połowie trasy :)

    OdpowiedzUsuń
  2. To wszystko o sprzęcie brzmi genialnie... :)
    A orgi nierozumne swoją drogą....

    Aga, a co w ultra nie jest kontrowersyjne? ha, ha.
    Tak generalnie to tylko sportowiec rozumie sportowca, maratończyk maratończyka, ultras ultrasa a biegająca matka biegającą matkę :)
    Mnie ginekolog powiedziała, że jestem rozumną kobietą, a dzieci się nie wytrzepują z macicy ;), to tak nie działa :):)
    i wobec braku przeciwwskazań specjalnych - jak czuję, że mogę kontynuować wysiłek to go sobie kontynuuję... z pożytkiem. Nie ma innej miary.
    Odważnie o tym bieganiu napisałaś i chwała Ci za to.

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2016 Matkabiega , Blogger