Przejdź do głównej zawartości

Bieg Łosia

Bieg Łosia mignął mi gdzieś przypadkiem na Facebooku. Zainteresowałam się, bo odbywał się po sąsiedzku, w Puszczy Kampinoskiej. 17 km z groszem? Hm... Zważywszy na fakt, że trzy tygodnie później mam bieg w terenie na Węgrzech, uznałam, że takie bieganie po lesie bardzo mi się przyda.

Sam wyjazd był arcyciekawy :) Przede wszystkim po raz kolejny szukałam paska na numer startowy. Mamy ich w domu chyba ze trzy sztuki. I zawsze któryś z nich znajduję przy okazji szukania czegoś innego. Znajduję - i odkładam w takie miejsce, że jak przyjdzie do jakiegoś startu, żeby łatwo było znaleźć. A potem w dwójkę latamy po mieszkaniu, przerzucamy rzeczy, każde z nas oczywiście "gdzieś go widziało" i kończy się i tak na agrafkach :)
Mogę jeszcze wspomnieć o walce z moim najstarszym synem, którego nie chciałam puścić na urodziny kolegi w przeraźliwie brudnych, ukochanych spodniach dresowych. Spodnie te zdaniem mojego syna były nówka sztuka nieśmigana, a plamy to wina pralki, która pierze źle i powinnam ją natentychmiast zmienić. Niby jeszcze półtora miesiąca do czasu, gdy będę mogła to zrobić oficjalnie - ale widzę to już teraz. Mam w domu nastolatka :)
Potem były poszukiwania paska, zegarka, przewijanie Matyldy, próby namówienia młodszych, żeby może jednak wyszli z domu bez dwóch piłek nożnych (bezskuteczne), przypomnienie sobie, że ciepło się w końcu zrobiło i woda to by się jednak przydała. Pewnie było jeszcze parę rzeczy pod tytułem "wszyscy miotamy się po mieszkaniu", ale już nie pamiętam. To wszystko spowodowało, że nawet nie miałam czasu postresować się samym biegiem. Stresowałam się czy my w ogóle zdążymy na start :) I właśnie wtedy, gdy stojąc w korku w Łomiankach zapięta w pasy samochodowe, robiłam ekwilibrystykę usiłując w miarę prosto zapiąć sobie numer startowy, mój mąż zadał mi pytanie. A było to pytanie doprawdy bardzo nie na czasie i bardzo nie na miejscu. I ja nie wiem czemu właściwie nie odwaliłam klasycznego focha ;) A brzmiało ono:
- Słuchaj, a w jakim tempie chcesz biec?
Tempie, tempie! Czy on zwariował? Skąd ja mam wiedzieć? Ja nigdy nie wiem w jakim tempie będę biec. Kurdebalans, "kelner setka, bo się zacznie!". Skoro już się zaczęło, to zaczęłam nieśmiało:
- Nie wiem...5'10 na kilometr? Ale zaraz sobie przypomniałam, że próba utrzymania podobnego tempa na Półmaratonie Warszawskim w marcu nie skończyła się dla mnie dobrze. Tu niby dystans krótszy, no ale teren.- Może 5'15...- poprawiłam założenia.
Więcej nie miałam czasu dumać. Dojechaliśmy w okolice startu. Zostałam wysadzona w locie i mąż pojechał szukać wolnego miejsca do parkowania, a ja poszłam się rozgrzewać. Zostało niecałe 20 minut.
Na starcie ustawiłam się bliżej przodu niż ogona, ale po ruszeniu miałam wrażenie, że wszyscy mnie wyprzedzają, w tym kilka pań. Powściągnęłam chęć przyspieszenia. Jeśli były szybsze ode mnie, to skończy się to dla mnie źle na koniec. Jeśli nie były...to się jeszcze spotkamy.
Wiosenny Kampinos był cudny i biegło się bardzo fajnie, choć słonko i temperatura dawały się już we znaki. Bardzo się ucieszyłam, że nie dałam się heheszkom Tibora i jednak wzięłam ze sobą bidon z wodą. Prawie do połowy biegłam sobie z takim jednym panem. Raz on był z przodu i ja biegłam za nim, raz to ja nadawałam tempo. Na ósmym kilometrze niespodziewanie dojrzałam swoją rodzinę. Zdziwiłam się, bo Tibor marudził, że trasa taka, że nie ma jak sensownie kibicować - ale jednak udało im się dotrzeć. Bałam się trochę, że Matylda widząc mnie w przelocie zacznie płakać, ale tylko patrzyła się z zaciekawieniem co ta matka wyprawia :)





Zaczęłam doganiać panie, które wcześniej mnie wyprzedziły. Temperatura, piach i lekkie podbiegi tu i ówdzie zaczęły zbierać swoje żniwo, a ja w duchu dziękowałam sobie za to, że podczas majówki w Słowenii i we Włoszech biegałam głownie pod górę. Następne dwie panie zostawiłam przy punkcie z wodą. One skręciły do niego, a ja widząc to oraz kolejkę do kubeczków, nie zatrzymując się pobiegłam dalej. Za plecami miałam drugiego towarzysza - który na mecie sam się przyznał, że przebiegł za mną większość trasy. Nie zwracałam na to uwagi - biegło mi się dobrze. Na horyzoncie zobaczyłam plecy następnej dziewczyny i postanowiłam spróbować ją dogonić. Wolno to szło, ale z każdym kilometrem była coraz bliżej, aż w końcu mogłam przeczytać napis na koszulce. Niestety nic więcej nie ugrałam - przybiegła kilkanaście metrów przede mną.
Przez cały czas nie myślałam o miejscu, choć każda wyprzedzona dziewczyna cieszyła, ale na ostatnim zakręcie krzyknięto mi z boku, że jestem w pierwszej dziesiątce. Wow! Ostatnia prosta i.... wiatr w twarz. Rzuciłam głośno panienką i wtedy mój cień zachował się bardzo fair. Wyprzedził mnie i ten ostatni długi odcinek pobiegłam schowana za jego plecami.  Meta z dziećmi u boku (które jak się później okazało potwornie się wstydziły i zostały przekupione obietnicą lodów, jeśli ze mną wbiegną na metę :)). Czas 1:27:55. Tempo 5'09/km. Siódme miejsce wśród kobiet.

www.naszemiasto.pl fot. Damian Kujawa





Jestem potwornie z siebie zadowolona. Głównie z tego, że nigdzie nie umarłam, cały czas do końca trzymałam w miarę równe tempo. Że nie dałam się słońcu i kampinoskim piachom. I że pobiegałam sobie w lesie :)
Sam bieg raczej z tych kameralnych (321 uczestników), ale bardzo sympatyczny.
Zwinęliśmy się szybko na obiecane lody i ze względu na fakt, że chłopcy postanowili pokłócić o te nieszczęsne piłki. Nie wiem o co - chyba o to, która z nich jest bardziej okrągła, wrrr.
I tyle :)
A teraz odliczamy do Ultra Trail Hungary. Chyba muszę się bardziej wziąć za jakieś podbiegi.

Komentarze

  1. Świetny wpis. Czekam na kolejne z niecierpliwością.

    OdpowiedzUsuń
  2. Czekam i ja ;) I na nowy wpis i na kolejne piękne zdjęcia. Gratuluję wyników i konsekwencji!

    OdpowiedzUsuń
  3. Piękna inicjatywa, z przyjemnością czyta się ten wpis i ogląda zdjęcia. Ja osobiście lubię się angażować w podobne akcje zwiazane z rowerem, gdyż to jest mój ulubiony sport.

    OdpowiedzUsuń
  4. Oprócz tego, że jesteś fajną i inspirującą kobietą to jeszcze świetnie piszesz!

    OdpowiedzUsuń
  5. Dziękuję wszystkim za mile słowa :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Super sprawa, podziwiam i życzę powodzenia. :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Świetny wpis, gratuluje lekkiego pióra, a zdjęcie na samym dole z uśmiechniętymi buźkami mówi samo za siebie.
    Powodzenia i sukcesów życzę.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Dzień dobry!

Dzień doberek! Matylda jestem. Urodziłam się 21 września. Zrobiłam mamie psikusa i postanowiłam ewakuować się z brzucha trochę wcześniej. Tak naprawdę to trochę wszystkich nastraszyłam, bo postanowiłam ograniczyć kopniaczki i przeciąganie w brzuchu prawie do zera. No ale sami spróbujcie ruszać się z pępowiną wokół szyi. Nie było mi już za dobrze w brzuchu. Postanowiłam dodatkowo w ramach buntu przestać rosnąć. No ale jak tu rosnąć jak się ma coś wokół szyi? Człowiek skupić się nie może. Mama miała taaaakie oczy, gdy okazało się, że ważę o wiele, wiele mniej niż moi bracia po narodzinach. Ale staram się nadrabiać pijąc mleczko mamy ile zdołam.
Mam starszych braci. Aż trzech! Każdy z nich mówi, że jestem słodka i chce mnie głaskać i trzymać na rękach.
Mama podobno biegała zanim pojawiłam się w jej brzuchu. No nie wiem... Na razie ma problemy, żeby dojść do szkoły po moich braci. W połowie drogi zaczyna ziewać i czasem boję się, że zaśnie ze zmęczenia zanim dojdziemy ;)
Będę od czasu do …

Węgry cz. 2 o tym jak nie powinien wyglądać dzień startu

Tak jak pisałam w poprzedniej części, z tego co pamiętam, na liście startowej Salomon Visegrad Trail znalazłam się nie przebiegnąwszy ani jednego kilometra po porodzie. Czerwiec był tak odległym terminem, a po drodze był przecież jeszcze Półmaraton Warszawski, że całe te Węgry zepchnęłam gdzieś na samo dno mojej głowy. W kwietniu temat wypłynął, jakiś głosik zaczął szeptać mi w uchu "to już blisko!". Mój start w Biegu Łosia po Kampinosie miał być takim trochę treningiem przed trailem na Węgrzech.
A potem sobie wymyśliłam, że muszę choć troszkę popracować nad siłą moich nóg. I polazłam sobie poskakać na milion sposobów po schodach. Poskakałam tak skutecznie, że coś mnie zaczęło ciągnąć w okolicach mięśnia dwugłowego. Myślę, że nie same skoki tu zawiniły. Zerknąwszy w moje statystyki biegowe okazało się, że w maju na rekord poszłam jeśli chodzi o ilość przebiegniętych kilometrów. Ponieważ wśród znajomych akurat szalała jakaś plaga kontuzji, nie chcąc być następna, grzecznie od…

Harpaganowo

Rok temu małżonek usiłował zdobyć tytuł Harpagana na trasie mieszanej 150 (50 km pieszo, 100 km roweru). Żeby uzyskać ten tytuł trzeba zebrać wszystkie punkty w limicie czasu, co wcale nie jest takie łatwe..
Teraz podjął kolejną próbę, a ja z dzieciakami po raz kolejny pojawiłam się na starcie najkrótszego dystansu, Harpusia. Nie sama. Po pierwsze zachęciłam znajomą, u której nocowaliśmy (jej mąż zresztą startował na trasie rowerowej 100 km). Znajoma z trójką dzieci, najmłodszy półtora miesiąca młodszy do mojej Matyldy. "Chodź!" mówiłam. "Jasne, że dasz radę z wózkiem! Rok temu przez wszystkie punkty przenawigował mój Jasiek, wtedy siedmioletni. Widziałam osoby z wózkami. Fajnie będzie!"
Chyba w podobny deseń zachęcałam Pawła - połówkę teamu Słomiane Bambusy, który zastanawiał się czy jego młodsza pociecha, czterolatek da radę przejść trasę.
Chłop mój zaczął zmagania dzień wcześniej, o dwudziestej pierwszej, zaliczając frontową ulewę przewalającą się w nocy nad oko…