niedziela, 14 maja 2017

Bieg Łosia

Bieg Łosia mignął mi gdzieś przypadkiem na Facebooku. Zainteresowałam się, bo odbywał się po sąsiedzku, w Puszczy Kampinoskiej. 17 km z groszem? Hm... Zważywszy na fakt, że trzy tygodnie później mam bieg w terenie na Węgrzech, uznałam, że takie bieganie po lesie bardzo mi się przyda.

Sam wyjazd był arcyciekawy :) Przede wszystkim po raz kolejny szukałam paska na numer startowy. Mamy ich w domu chyba ze trzy sztuki. I zawsze któryś z nich znajduję przy okazji szukania czegoś innego. Znajduję - i odkładam w takie miejsce, że jak przyjdzie do jakiegoś startu, żeby łatwo było znaleźć. A potem w dwójkę latamy po mieszkaniu, przerzucamy rzeczy, każde z nas oczywiście "gdzieś go widziało" i kończy się i tak na agrafkach :)
Mogę jeszcze wspomnieć o walce z moim najstarszym synem, którego nie chciałam puścić na urodziny kolegi w przeraźliwie brudnych, ukochanych spodniach dresowych. Spodnie te zdaniem mojego syna były nówka sztuka nieśmigana, a plamy to wina pralki, która pierze źle i powinnam ją natentychmiast zmienić. Niby jeszcze półtora miesiąca do czasu, gdy będę mogła to zrobić oficjalnie - ale widzę to już teraz. Mam w domu nastolatka :)
Potem były poszukiwania paska, zegarka, przewijanie Matyldy, próby namówienia młodszych, żeby może jednak wyszli z domu bez dwóch piłek nożnych (bezskuteczne), przypomnienie sobie, że ciepło się w końcu zrobiło i woda to by się jednak przydała. Pewnie było jeszcze parę rzeczy pod tytułem "wszyscy miotamy się po mieszkaniu", ale już nie pamiętam. To wszystko spowodowało, że nawet nie miałam czasu postresować się samym biegiem. Stresowałam się czy my w ogóle zdążymy na start :) I właśnie wtedy, gdy stojąc w korku w Łomiankach zapięta w pasy samochodowe, robiłam ekwilibrystykę usiłując w miarę prosto zapiąć sobie numer startowy, mój mąż zadał mi pytanie. A było to pytanie doprawdy bardzo nie na czasie i bardzo nie na miejscu. I ja nie wiem czemu właściwie nie odwaliłam klasycznego focha ;) A brzmiało ono:
- Słuchaj, a w jakim tempie chcesz biec?
Tempie, tempie! Czy on zwariował? Skąd ja mam wiedzieć? Ja nigdy nie wiem w jakim tempie będę biec. Kurdebalans, "kelner setka, bo się zacznie!". Skoro już się zaczęło, to zaczęłam nieśmiało:
- Nie wiem...5'10 na kilometr? Ale zaraz sobie przypomniałam, że próba utrzymania podobnego tempa na Półmaratonie Warszawskim w marcu nie skończyła się dla mnie dobrze. Tu niby dystans krótszy, no ale teren.- Może 5'15...- poprawiłam założenia.
Więcej nie miałam czasu dumać. Dojechaliśmy w okolice startu. Zostałam wysadzona w locie i mąż pojechał szukać wolnego miejsca do parkowania, a ja poszłam się rozgrzewać. Zostało niecałe 20 minut.
Na starcie ustawiłam się bliżej przodu niż ogona, ale po ruszeniu miałam wrażenie, że wszyscy mnie wyprzedzają, w tym kilka pań. Powściągnęłam chęć przyspieszenia. Jeśli były szybsze ode mnie, to skończy się to dla mnie źle na koniec. Jeśli nie były...to się jeszcze spotkamy.
Wiosenny Kampinos był cudny i biegło się bardzo fajnie, choć słonko i temperatura dawały się już we znaki. Bardzo się ucieszyłam, że nie dałam się heheszkom Tibora i jednak wzięłam ze sobą bidon z wodą. Prawie do połowy biegłam sobie z takim jednym panem. Raz on był z przodu i ja biegłam za nim, raz to ja nadawałam tempo. Na ósmym kilometrze niespodziewanie dojrzałam swoją rodzinę. Zdziwiłam się, bo Tibor marudził, że trasa taka, że nie ma jak sensownie kibicować - ale jednak udało im się dotrzeć. Bałam się trochę, że Matylda widząc mnie w przelocie zacznie płakać, ale tylko patrzyła się z zaciekawieniem co ta matka wyprawia :)





Zaczęłam doganiać panie, które wcześniej mnie wyprzedziły. Temperatura, piach i lekkie podbiegi tu i ówdzie zaczęły zbierać swoje żniwo, a ja w duchu dziękowałam sobie za to, że podczas majówki w Słowenii i we Włoszech biegałam głownie pod górę. Następne dwie panie zostawiłam przy punkcie z wodą. One skręciły do niego, a ja widząc to oraz kolejkę do kubeczków, nie zatrzymując się pobiegłam dalej. Za plecami miałam drugiego towarzysza - który na mecie sam się przyznał, że przebiegł za mną większość trasy. Nie zwracałam na to uwagi - biegło mi się dobrze. Na horyzoncie zobaczyłam plecy następnej dziewczyny i postanowiłam spróbować ją dogonić. Wolno to szło, ale z każdym kilometrem była coraz bliżej, aż w końcu mogłam przeczytać napis na koszulce. Niestety nic więcej nie ugrałam - przybiegła kilkanaście metrów przede mną.
Przez cały czas nie myślałam o miejscu, choć każda wyprzedzona dziewczyna cieszyła, ale na ostatnim zakręcie krzyknięto mi z boku, że jestem w pierwszej dziesiątce. Wow! Ostatnia prosta i.... wiatr w twarz. Rzuciłam głośno panienką i wtedy mój cień zachował się bardzo fair. Wyprzedził mnie i ten ostatni długi odcinek pobiegłam schowana za jego plecami.  Meta z dziećmi u boku (które jak się później okazało potwornie się wstydziły i zostały przekupione obietnicą lodów, jeśli ze mną wbiegną na metę :)). Czas 1:27:55. Tempo 5'09/km. Siódme miejsce wśród kobiet.

www.naszemiasto.pl fot. Damian Kujawa





Jestem potwornie z siebie zadowolona. Głównie z tego, że nigdzie nie umarłam, cały czas do końca trzymałam w miarę równe tempo. Że nie dałam się słońcu i kampinoskim piachom. I że pobiegałam sobie w lesie :)
Sam bieg raczej z tych kameralnych (321 uczestników), ale bardzo sympatyczny.
Zwinęliśmy się szybko na obiecane lody i ze względu na fakt, że chłopcy postanowili pokłócić o te nieszczęsne piłki. Nie wiem o co - chyba o to, która z nich jest bardziej okrągła, wrrr.
I tyle :)
A teraz odliczamy do Ultra Trail Hungary. Chyba muszę się bardziej wziąć za jakieś podbiegi.

3 komentarze:

  1. Świetny wpis. Czekam na kolejne z niecierpliwością.

    OdpowiedzUsuń
  2. Czekam i ja ;) I na nowy wpis i na kolejne piękne zdjęcia. Gratuluję wyników i konsekwencji!

    OdpowiedzUsuń
  3. Piękna inicjatywa, z przyjemnością czyta się ten wpis i ogląda zdjęcia. Ja osobiście lubię się angażować w podobne akcje zwiazane z rowerem, gdyż to jest mój ulubiony sport.

    OdpowiedzUsuń