piątek, 12 maja 2017

Majówka

Wyjazd na majówkę był zabawny i dziwne, że moja mama mnie nie udusiła :)
- Mamo, weźmiesz dwójkę chłopaków? Albo wiesz, jednak nie, może pojedziemy całą rodziną. Wiesz - może jednak weźmiemy oprócz Matyldy Szymona - to jednak ta dwójka... Nie jedziemy nigdzie. Pogoda jest paskudna w całej Europie.
To ostatnie było aktualne aż do piątku przedmajówkowego, gdy w ciągu godziny spakowałam całą rodzinę i jadąc przez Łódź, gdzie jednak odstawiliśmy starszaków moim rodzicom i zgarnąwszy znajomych, obraliśmy kierunek na okolice Triestu. Wg map pogodowych było to jedno z nielicznych miejsc w Europie, gdzie była szansa na pogodę i odrobinę ciepła.
Czemu tam? Na wspinanie. Niedaleko, po słowieńskiej stronie znajdował się najbardziej znany, ale i najtrudniejszy Osp (większość naszej ekipy nie miała tam czego szukać). Plan był, żeby uderzyć do znajdującego się w okolicy Crnego Kalu, który wg przewodnika oferował też łatwe drogi.
Ha!

powrót ze wspinu 

okolice widziane z wysokości ringa zjazdowego

Crny Kal i skalny mur nad wioską


Ja wiem - to może być marudzenie tej baletnicy co to jej rąbek. Bo ja w żaden sposób nie przygotowywałam się do tego wyjazdu. Żadnych ścianek, żadnych wspinaczkowych treningów. Ale od ładnych paru lat tak jeżdżę i z łatwymi drogami nigdy nie miałam problemu. A nawet po paru dniach rozwspinania, zaczynałam zerkać i na drogi ciut trudniejsze.
Tu było inaczej - bo kłopoty miałam tam, gdzie nie powinnam ich mieć. Zresztą nie tylko ja.
To spowodowało, że po zjechaniu z jednej z takich nieudanych prób, poszłam do samochodu się przebrać i posżłam biegać. I to był strzał w dziesiątkę. Górą, nad skałami szedł szlak turystyczny i nim ruszyłam przed siebie. Biegnąc przez las, przeskakując kamienie na płaskowyżu mając z boku piękny widok aż do Adriatyku, zbiegając w dół przez łąki, poczułam, że jestem na właściwym miejscu.
Następnego dnia powtórzyłam zresztą manewr. Ciutkę wspinania, a potem zwiedzania okolicy w biegu.



Jedna ze ścieżek, którą wybrałam kończyła się na torach

Chwilami było zabawnie ;)



Fajne tereny na treningi były też w okolicach naszego campingu, po włoskiej stronie. Z jednej strony las był ograniczony drogą, urwiskiem i okolicznym miasteczkiem, z drugiej brak ludzi powodował, że człowiek czuł się chwilami jak na totalnym odludziu. A jeszcze pogoda była dla mnie na tyle łaskawa, że odsłoniła pobliskie Alpy.

Alpy

Bieganie o poranku niedaleko campingu


Ostatniego dnia ruszyliśmy w inny rejon. Ale jak zobaczyłam mojego męża, który dziwnie stęka na czymć co znów teoretycznie miało być łatwe, zdjęłam uprząż nie dotknąwszy skały i poszłam znów biegać :) To ostatnie bieganie nie było już po bezdrożach - ale dało w kość. Dwa razy przeleciałam się Strada Napoleonica- czyli wyłączoną dla ruchu samochodowego drogą spacerową idącą nad Triestem z pięknym widokiem na Adriatyk i miasto.

Strada Napoeonica


Wyjazd, który miał być wspinaczkowy - dla mnie okazał się głównie biegowym. Mentalnie byłam głową przy bieganiu. Wyjeżdżając żałowałam, że przez pogodę w kratkę nie zdążyłam jeszcze pobiec w dwa miejsca.
Czy to oznacza definitywny koniec mojego wspinania, nawet w tak ograniczonym zakresie jak do tej pory? Myślę, że nie. Ale na dzień dzisiejszy mogę powiedzieć, że jestem głównie biegaczem. Biegaczem, który czasem się wspina:)

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Copyright © 2016 Matkabiega , Blogger