środa, 13 września 2017

Wrzesień

W piątek na Fejsbuku przeżywałam Plan Treningowy i powrót z piątego treningu biegowego w tygodniu. Pewnie są takie osoby, które wzruszą ramionami i nie będą widzieć w tym nic niezwykłego, bo same biegają podobnie, albo i więcej. Dla mnie to wielkie WOW. Ludzie, ja do tej pory biegałam trzy razy w tygodniu. Jak dobrze szło. A tu pięć. I żyję :)

  W dodatku poprzedni tydzień, szczególnie końcówka, obfitował w wydarzenia z serii "codzienne życie rodziny z czwórką dzieci". A w tym codziennym życiu może wydarzyć się WSZYSTKO. I pierwotnie o tym "wszystkim"miał być ten wpis. Ale stwierdziłam, że nie będę Was zanudzać opisami jak to postanowiłam zgodnie z życzeniem najstarszego syna pomalować mu dwie ściany w pokoju na szaro. Łatwa robótka na dwie godziny przerodziła się w wielki bałagan, gdy okazało się, że razem z taśmą maskującą odeszła farba z sufitu. 
  I że nie będę pisać jak to w ramach prezentu urodzinowego kupiłam młodszym hulajnogi, z którymi od razu popędzili do osiedlowego skateparku, a pięć minut później leciałam do nich, w myślach przypominając sobie gdzie jest w okolicy najbliższy szpital i czym do niego dojadę (mąż z naszym samochodem był w Austrii na Spartan Race). Bo średniak przyleciał z informacją, że dziecko nr 3 miało poważny wypadek. Na szczęście "poważny wypadek" okazał się być tylko guzem, a Szymona zastałam w wianuszku kolegów z przyłożonym do głowy kubkiem z shake'em z pobliskiego McDonald's.
  I nie będę również opisywać jak to wieczór i ranek, zamiast szpachlując dziury po odleźniętej farbie na suficie, spędziłam w łazience z odpowiednim szamponem, maszynką do golenia i gęstym grzebieniem, po radosnym tekście średniaka, że chyba wie dlaczego swędzi go głowa...
O zatkanym na amen zlewie też Wam nie będę pisać. O poszukiwaniach prezentu urodzinowego dla kolegi dziecka nr 1 również (to, mamo, to jest idealne - powiedział jedenastoletni syn wciskając mi w ręce grę od lat 16, która polegała na czyszczeniu miejsc zbrodni. Po. Moim. Trupie. Wybieranie prezentu akceptowalnego dla mnie trwało następne dwie godziny) Parę innych rzeczy również przemilczę.
 A do tego wszystkiego po mieszkaniu szalało tornado Matylda, które jeńców nie brało.
Nie, nie będę Wam o tym wszystkim opowiadać :)



Opowiem o Półmaratonie Praskim, który przetoczył się przez prawobrzeżną Warszawę na początku września i w którym to pobiegłam razem z mężem. Tak naprawdę razem. W sensie, że nie "każdy sobie rzepkę skrobie" - tylko noga przy nodze.

Pierwotnie planowałam przebiec to sama. Ba, był nawet taki moment parę miesięcy temu, że przez chwilkę przemknęło mi przez głowę walka o nową życiówkę. Organizm przypomniał mi jednak, że na takie harce to jeszcze za wcześnie. To nie jest rok życiówek. To jest rok wracania do biegania i budowania jako takiej formy. Przeciążenie nogi, a potem jakiś wirus, który powalił mnie 40 stopniową gorączką, skutecznie przekreślił moje głupiutkie pomysły :).
No to jak nie życiówka to co? I wyszedł z tego bieg bez założeń. Bieg bez stresu, bez pilnowania tempa. Szybko, jak na moje aktualne możliwości, ale bez ściany, która dopadła mnie w marcu, z fajnym długim finiszem.

Po raz pierwszy w swojej historii tegoroczny Półmaraton Praski startował wieczorem. Organizatorzy chcieli uniknąć upałów, które bezlitośnie towarzyszyły poprzednim edycjom. Decyzja bardzo dobra, choć, o ironio, w tym roku upałów nie było. 
Muzyka, światła, lasery i start. Start i....kilkadziesiąt metrów dalej zator taki, że wszyscy stanęli. Współczułam ludziom, którzy szykowali się na życiówki. Nam ten pierwszy kilometr wyszedł wolniejszy od reszty o dobre 40 sekund.
A potem... a potem biegłam. Na zegarek przestałam zerkać po trzecim kilometrze. Starałam się tylko pilnować męża, co z reguły mi się udawało. Tibor też starał się trzymać tempo na miarę moich możliwości. Byłam bardzo ciekawa jaki czas nam z tego wyjdzie, czy utrzymam w miarę równe tempo do końca i czy organizm nie powie, że pier*oli, nie jedzie. Moje obawy były o tyle uzasadnione, że kochane dzieci sprzedały mi jakiegoś wirusa jelitowego. Na szczęście w porównaniu z tym, jak kilka dni wcześniej czuły się dzieciaki, u mnie poszło lajtowo. Ot, raz na kilkanaście minut łapał mnie gwałtowny, zginający ból brzucha. Dolegliwość w sam raz na przebiegnięcie dwudziestu jeden kilometrów ;). Z tej przyczyny na punktach żywieniowych nie brałam nic oprócz wody. Raz, na 13 kilometrze skusiłam się na łyka izotoniku i od razu tego pożałowałam, bo żołądek przywołał mnie do porządku. Tubki żelu spoczywającego w kieszonce spodenek nie odważyłam się otworzyć. Miałam nadzieję, że glikogenu i wytrzymałości wystarczy mi do mety, a bólowe dolegliwości nie nasilą się.
Poczułam, że mam zmęczone nogi po nawrotce na Wale Miedzeszyńskim. Nawrotka niestety oznaczała bieg pod wiatr, ale jakoś dawałam radę. Starałam się chować za plecami współbiegaczy. (za mężowskie plecy nie dało rady, bo jak tylko orientował się, że biegnę tuż za nim, uznawał, że biegnie za wolno i przyspieszał - o powodach jego zwiewania dowiedziałam się po biegu, gdy wymienialiśmy wrażenia).
Koło 19 kilometra zaczęliśmy przyspieszać. Jaka to była fajna końcówka! Z jednej strony czułam, że tempo jest jak dla mnie bardzo mocne i pojęcia nie miałam czy takie utrzymam. Ale biegłam. Chłop gdzieś mi migał z przodu, od czasu od czasu niestety wykrzykując w moją stronę hasła motywujące.
Piszę "niestety", bo ja nie cierpię jak się do mnie gada w trakcie dużego wysiłku. Co prawda do tej pory ta zasada działała podczas podjazdów na rowerze - ale okazało się, że na bieganie też się przekłada.
Utrzymałam tempo. Na ostatnim kilometrze wyprzedziliśmy jeszcze ponad pięćdziesiąt osób. 
Na błoniach Narodowego, w świetle pochodni, po godzinie i czterdziestu siedmiu minutach przekroczyliśmy linię mety.



O, jakże inne było moje samopoczucie od tego z Półmaratonu Warszawskiego. Wtedy byłam wykończona. Ostatnie siedem kilometrów umierałam, nie było żadnego finiszu, bo nie miałam siły. Wszystko mnie bolało: mięśnie, ścięgna, stawy, szczególnie w okolicach miednicy. To było pół roku po cesarce, 4 miesiące od rozpoczęcia biegania po porodzie. Mój organizm dostał wtedy w dupę mocno. Teraz blisko rok od porodu, wszystko wyglądało inaczej. Nie tylko czas był lepszy, ale czułam się o wiele mniej zmęczona. Powiem więcej: chyba pierwszy raz nie miałam żadnych zakwasów po biegu.
Na wszystko potrzeba czasu i cierpliwości jak widać.



A do Transgrancanarii zostały 23 tygodnie...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2016 Matkabiega , Blogger