piątek, 2 marca 2018

Transgrancanaria - przygotowania

Transgrancanaria powoli przechodzi do historii, choć oczywiście w mojej głowie jeszcze dłuuugo będzie się kłębić milion myśli i obrazów.
Moją opowieść zacznę od podsumowania przygotowań - bo stanowiły one sporą rewolucję w moim biegowym życiu.
Nigdy wcześniej nie korzystałam z usług trenera. Ba, uważałam, że w sumie takie usługi niespecjalnie są mi potrzebne. Sądziłam, że najprawdopodobniej przez dzieciaki  i tak pozawalałbym treningi. Bałam się również, że gdyby przyszło mi biegać pod linijkę, straciłabym przyjemność z tego całego przebierania nogami.
Gdy jednak stało się, szaleństwo zostało popełnione, karta kredytowa łyknęła opłatę startową, zrozumiałam, że sama do tego biegu, do najdłuższego i najtrudniejszego biegu w moim dotychczasowym biegowym życiu nie zdołam się sama przygotować. Tym bardziej, że jakby nie było od mojego porodu minął wtedy niecały rok i w dalszym ciągu byłam na etapie powrotu na biegowe ścieżki. Zrozumiałam, że potrzebuję i bicza nad głową i mądrego podejścia, żeby po prostu się nie skontuzjować. I tak jako treser... yyyy trener ;) został wybrany Piotr Tartanus, który przez następne pół roku układał nam, mnie i mężowi, treningi.
Była to dla mnie spora zmiana, bo nagle z 2-3 treningów tygodniowo wskoczyłam na 5-6. Plus jeszcze sztangi, na które chadzałam raz w tygodniu do pobliskiego klubu.
Powiem szczerze, że początkowo z pewnym przerażeniem ale i fascynacją wpatrywałam się w wykresy. Bo okazywało się, że tygodniowo biegałam niewiele mniej niż poprzednio przez cały miesiąc. I żyłam! I miałam się dobrze!
No właśnie. Czy spełniły się moje obawy? Zawalałam treningi? Obrzydziłam sobie bieganie? Nie :) Wręcz przeciwnie - widzę dużo plusów w takim trenowaniu pod okiem trenera.
Mobilizuje. Ktoś poświęcił swój czas i ułożył plan, skrojony specjalnie pode mnie, ktoś wziął pod uwagę moje ograniczenia, różne starty po drodze. Głupio byłoby w takiej sytuacji zawalić. Więc robiłam wszystko, żeby treningi realizować. Jak nie mogłam w dzień, zdarzało się, że wychodziłam po dwudziestej drugiej. Zdarzało się, że wychodziłam w totalną zlewę. albo w taką śnieżycę, że ledwo widziałam gdzie biegnę.  Przed przygotowaniami na bank bym bieganie odpuściła. Teraz wyglądałam przez okno, dobierałam ubranie do warunków i robiłam swoje.
Zwalnia z myślenia. Może to brzmi głupio, więc już rozwijam. Nie wierzę, że nikt nigdy nie wyszedł przed dom i nie zaczął się zastanawiać co by tu dziś zrobić... wyjść na godzinkę? Na pół? Pobiec do lasu? A może przez miasto? Patrzyłam w Plan i wiedziałam. Dziś dwanaście podbiegów na Moczydle. Jutro krótki bieg regeneracyjny. Pojutrze wytrzymałość. Nie musiałam się zastanawiać co robić. Czytałam, ubierałam buty, wychodziłam i robiłam. Nie musiałam myśleć jak dostosować treningi do zbliżającego się startu na 10 km czy maratonu. Piotr był od tego, żeby tak dopasować treningi, żeby zawody się udały.
Prrr, szalona! Trzyma w ryzach. To trener pilnował, żeby i przed Transgrancanarią i przed wcześniejszymi zawodami zmniejszać obciążenie treningowe. To on powiedział stop, gdy z półpaśccem usiłowałam go przekonać, że przecież tak na pół gwizdka to mogłabym biegać, bo przecież czuję się dobrze. To on mnie wykopał do fizjoterapeuty, gdy gruchnęłam kolanami o kamienie.
Modyfikuje. Trochę ma to związek z poprzednim wpisem. Czyli zmienia ustalenia treningowe w zależności od mojego samopoczucia czy choroby, tak, żeby to wszystko miało ręce i nogi.

Jednym słowem - spodobało mi się bieganie z trenerem. Choć pewne minusy też są. Trzeba przede wszystkim przygotować się na pewien wydatek finansowy. Po drugie - spróbuj się umówić na wspólne bieganie z koleżanką, która też realizuje plan treningowy ;) "No wiesz, pojutrze to mam zrobić podbiegi, ale jutro wybieram się na dłuższe wybieganie, może wtedy? No, niestety - jutro to ja mam dwusetki zadane" ;) Albo za oknem pięękne słońce, nogi aż rwą się do biegania - a tu w Planie stoi jak byk: odpoczynek. Biegać będziesz jutro. Gdy będzie padać ;).

Wracając do tematu przygotowań. Trwały pół roku, od września. Przez ten czas pokonałam, na nogach lub rowerze, ale większość na nogach, ponad 1500 km. Spędziłam na treningach ponad 153 godziny. To był dobrze wykorzystany czas. Nie sądziłam, że tak dobrze mi pójdzie realizacja tych treningów. Nieprzewidziane wypadki były dwa. Upadek na kamienie w październiku, który spowodował przesunięcie rzepki w kolanie i potem w listopadzie półpasiec, z którego i tak wywinęłam się obronną ręką.
Czy coś był zmieniła, dodała? Tak. Za mało poświęciłam uwagi sile. Chodziłam na sztangi raz w tygodniu. Te zajęcia sporo mi dały, bo odczułam różnicę w podbiegach na Wilczym Groniu chociażby.  Ale robienie raz w tygodniu przysiadów i wykroków z obciążeniem wystarczyło na bieg w Beskidach. Na podejścia na World Tourowej imprezie, z siedem i pół tysiącem przewyższeń - to było ciut za mało. Tiborowi podejścia szły lepiej. Niby na siłę też poświęcał jeden dzień w tygodniu (oczywiście nie licząc podbiegów ma Moczydle czy latania w górę i dół po Fortach), ale to był trening Power Trainig. Moje sztangi trwały 45 minut, PT - 1,5 godziny.
Czemu nie chodziłam również na zajęcia PT? Cóż - prawie do samego końca moich przygotowań karmiłam Matyldę piersią. Logistycznie prościej było mi wyjść na zajęcia do klubu, który miałam 10 minut od domu spacerkiem, niż jechać autem kawał i w razie czego nie być w stanie szybko dotrzeć do domu (a zdarzały się awarie z cyklu "mama potrzebna od zaraz"). Pewnie powinnam się sama zmobilizować i coś porobić. No ale wiecie. Jestem tylko człowiekiem. Z czwórką dzieci. I z dwudziestoczterogodzinną dobą. Moja mobilizacja też ma jakieś swoje granice :)
To był jedyny aspekcik, nad którym muszę w przyszłości z trenerem zwrócić większą uwagę. Znaczy, siła. Bo to nie koniec :) Nie zniechęciłam się do tak długich biegów. Będzie ciąg dalszy w przyszłości na pewno.

To było wiele godzin treningów w każdych warunkach pogodowych


Pomimo tylu wypracowanych godzin na treningach, im bliżej było startu, tym bardziej trzęsłam portkami. Nie byłam w stanie plecaka zapakować na raz - bo co zaczynałam, to musiałam iść do toalety:) Sprawy nie ułatwiała jeszcze pogoda. O Kanary ogonem swym zahaczyła jakaś potężna burza, mieszając trochę szyki organizatorom. Jeden z dystansów został przełożony na inny dzień, a nam wydano rekomendację zabrania spodni przeciwdeszczowych ze względu na warunki w górach.
Deszcz nam lunął chwilkę po wejściu do autokaru, który miał nas zabrać na start i lało z krótkimi przerwami prawie przez całą drogę do Las Palmas. Tam, o dziwo, widać było gwiazdy na niebie - ale pojęcia nie miałam co się dzieje wyżej.
To wszystko: bieg, jego długość, przewyższenia, pogoda i Matylda (dwa tygodnie wcześniej bez żadnych oporów została na weekend sama u babci, mojego powrotu jakby nie zauważyła - a tu w dniu startu była cały czas do mnie przyklejona, a naszemu wyjściu z hotelu towarzyszył wielki, wielki płacz),  spowodowały, że stres mnie nie opuszczał prawie do samego końca.
W końcu jednak trzeba było ustawić się starcie i zacząć realizować swój urodzinowy prezent :)

A o samym biegu będzie następnym razem :)


Część druga ======>

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Copyright © 2016 Matkabiega , Blogger