sobota, 16 marca 2019

Norwegia - prezent urodzinowy

Zimowy wyjazd do Norwegii na skitury był moim gwiazdkowym prezentem na urodziny od męża. Jak otworzyłam kopertę i zobaczyłam, że lot jest zarezerwowany do Narwiku, dreszcz podniecenia przeleciał mi po plecach. Kawał za kołem podbiegunowym. Przy odrobinie szczęścia będzie kupa śniegu i zorza polarna, moje wielkie, na razie niepełnione marzenie. wybraliśmy sobie dwa cele: albo po wylądowaniu w Narwiku wsiadamy w autobus i kierujemy się w kierunku Lofotów i prawie u samej ich nasady wbijamy się w park narodowy Moysalen. Ewentualnie w Narwiku wsiadamy w pociąg, wysiadamy na stacyjce Katterat i tam wbijamy się w górską dolinę. Ostateczną decyzję mieliśmy podjąć jak już będą znane dokładne prognozy pogody i po prostu uderzyć tam, gdzie warunki będą lepsze

Wyjazd był planowany na 21 lutego, na tydzień. Dwa tygodnie wcześniej chcieliśmy na weekend wyjechać na skitury, żeby się dotrzeć ze sprzętem.
Wszystko zaplanowane, a potem...zaczęły się schody.
Trzy tygodnie przed wyjazdem z niedowierzaniem wpatrywaliśmy się w urywki lokalnych wiadomości wyświetlanych przez norweski portal meteo o ogromnych opadach śniegu i o tym, że w wielu miejscach nastąpiła ewakuacja ludności.
Potem kwestia pogody przestała mnie interesować, albowiem przeziębienie, z którego ledwo się wygrzebałam powróciło z mocą zapalenia zatok. I to takiego, że zamiast docierać narty w górach, umierałam z 39 stopniami gorączki. Tydzień przed wyjazdem, też się nie udało wyjechać, nawet na jeden dzień - bo wtedy umierał mój mąż. Ot, koniec zimy, spadek odporności i kaszlące dzieci, które parę bakterii i wirusów podarowany rodzicom.
A w tak zwanym międzyczasie pogoda odwróciła się o 180 stopni i wszystkie serwisy zapowiadały wzrost temperatury i to taki spory, opady deszczu i zagrożenie lawinowe w porywach do 4. Supcio.

Tak właściwie obiektywnie rzecz biorąc powinniśmy przeboleć te bilety lotnicze i pojechać w jakieś polskie góry, bo pogoda była o niebo lepsza. No ale moim prezentem urodzinowym nie był wypad w polskie góry. To miała być Norwegia. Za kołem podbiegunowym. Góry, dzikość, surowa północ. Zwyciężyło serce, wbrew prognozom. Miałam cichą nadzieję, że gdzieś tam w Japonii jakiś motylek machnie skrzydełkami i pogoda nie będzie tak tragiczna.

Do Narwiku (właściwie to do Evenes) przylecieliśmy późnym wieczorem, co oznaczało nockę na lotnisku.
Rano mieliśmy autobus do miasta, do Narwiku, albo drugi, trochę później, w kierunku Moysalen. Do ostatniej chwili dyskutowaliśmy, którą opcję w końcu wybrać: kierunek Lofoty czy pociąg do Katterat?
Ostatecznie wybraliśmy drugą opcję, ze względu na obecność stacji kolejowej. Jakby coś szło nie tak - po odwrocie mieliśmy gdzie się schronić. Gdybyśmy wbili się w park narodowy, po zrobieniu w tył zwrot, lądowaliśmy na szosie, pośrodku niczego, z autobusem jeżdżącym dwa razy dziennie.


Jedziemy w kierunku miasta. A może nie będzie tak źle z pogodą, myślałam, oglądając przez okno autobusu wschód słońca


Pociąg w kierunku Katterat odchodził po godzinie 10. Drugi był pięć godzin później. To były zresztą jedyne pociągi, które z Narwiku kursowały. Pogoda na razie nie była zła. Mieliśmy szansę zdążyć przed pogorszeniem się warunków i dotrzeć do chatki turystycznej, Hunddalshytta.

I wtedy odwołano nam pociąg.

Serio. Najpierw zaczęły pojawiać się komunikaty, że pociąg jeszcze nie jest gotowy i wyświetlały się kolejne opóźnienia: 5 minut, 10 minut, 15 minut... A potem oznajmiono, że lokomotywa się popsuła...
No, powiem szczerze, że z Tiborem zdębieliśmy. Nie dosyć, że uciekały nam ostatnie godziny sensownych warunków, to mijały nam cenne godziny dnia. Kolejny pociąg był po 15. Do chatki jest 10 kilometrów.
Szybko zostały sprawdzone autobusy w kierunku Lofotów - ale time is over. Poranny już odjechał, następny odchodził wieczorem. No co zrobisz? No nic nie zrobisz. Siedzieliśmy w poczekalni i czekaliśmy.




Gdy wyszliśmy na peron w oczekiwaniu na drugi (i ostatni) pociąg i na tablicy wyświetliło się opóźnienie a z głośników poleciał znajomy komunikat- nie wiedziałam czy śmiać się czy płakać. Jakie jest prawdopodobieństwo, że Norwegom wysiądą obie lokomotywy?
Na szczęście w końcu, z dwudziestominutowym poślizgiem,  pociąg podstawiono. Pół godziny później wysiedliśmy na naszej stacyjce, zaczęliśmy nerwowy przepak i szykowanie do startu.




Musieliśmy przyszykować narty, buty, a zawartość trzech plecaków przepakować do dwóch. Zajęło nam to więcej czasu niż myślałam i gdy ruszyliśmy spod budynku, powoli zaczynało się ściemniać.
Przed nami ktoś szedł w kierunku chatki i szliśmy po założonym śladzie. Dawało nam to trochę otuchy, że jednak nie jest źle, skoro ktoś przed nami wybrał ten sam cel. Minusem były nasze plecaki, szczególnie Tibora. Szło się z nimi ciężej i trzeba było częściej robić przystanki.
Po trzech kilometrach odpaliliśmy czołówki, bo zrobiło się ciemno. Zaczął padać śnieg - ale nie taki puszysty, tylko mokro - marznący. Cały czas szliśmy po śladach poprzedników.

Nie czułam się do końca komfortowo. Wiedziałam, że dla tego rejonu w związku z pogorszeniem pogody została ogłoszona "czwórka". Co prawda teren, którym szliśmy, to była szeroka dolina i do tej pory dookoła nas nie było żadnych zboczy, z których mogłoby coś wyjechać - ale teraz zrobiło się ciemno i nie widziałam co jest dookoła nas.
Po przejściu 6 kilometrów, sądząc po wydeptanym śniegu,  nasi poprzednicy zatrzymali się na odpoczynek. Nie mogliśmy jednak znaleźć żadnych śladów dalej. Ruszyliśmy jeszcze kawałek do przodu trochę w lewo (za bardzo, dotarliśmy do strumienia), potem kawałek w prawo do góry (dalej żadnych śladów, a torowanie w śniegu po ciemku już nie było takie fajne). Stanęliśmy. Ewidentnie nasi poprzednicy w tym miejscu zawrócili. Czemu? Czy zobaczyli coś, co zniechęciło ich do kontynuowania wędrówki? W tym miejscu dolina zwężała się i zbocza robiły się stromsze i były bliżej nas. Po ciemku mogliśmy władować się w miejsce, w którym przy takim zagrożeniu lawinowym nie powinno nas być. Decyzja mogła być tylko jedna: odwrót.




Stacja Katterat dawała nam luksus ciepłego miejsca do spania i namiastkę cywilizacji - ale jednocześnie byliśmy odcięci od świata. Ta stacyjka u ujścia doliny, pomiędzy dwoma tunelami, powstała chyba tylko i wyłącznie na potrzeby turystyki. Domki widoczne na zdjęciach - to norweskie hytty - czyli takie domki letniskowe, nie zamieszkałe na stałe. W to miejsce nie można dostać się inną drogą, bo po prostu jej nie ma.
Z taką prawdziwą cywilizacją, Narwikiem, łączył nas tylko pociąg kursujący dwa razy dziennie. O ile oczywiście lokomotywa się nie popsuje ;)
Od czasu do czasu ciszę przerywały pociągi towarowe z rudą żelaza, wydobywaną w szwedzkiej Kirunie. W Narwiku, porcie niezamarzającym przez cały rok, były przeładowywane (i tu właściwie w jednym zdaniu streściłam przyczyny bitwy o Narwik w trakcie II Wojny Światowej). Więc ta cywilizacja była - ale tak nie do końca. Ruszyć się bez nart, czy rakiet śnieżnych poza obręb dworca też się nie dało. Moja próba następnego dnia rano zakończyła się  zapadnięciem w śnieg po pachwinę. A chciałam tylko dojść do znaków z oznaczeniem szlaków turystycznych 20 metrów dalej :) Przestałam się dziwić Norwegowi, który przyjechał porannym pociągiem sprawdzić czy wszystko w porządku z jego hyttą stojącą 50 metrów od dworca i na ten krótki fragment wyciągnął rakiety śnieżne.

Udało się przedrzeć do znaków :)  Hunddalshytta 10 kilometrów...W zastanych przez nas warunkach nie do przejścia. Widoczne w tle domki są puste.


Noc spędziliśmy w poczekalni. Dach nad głową był, ciepełko było, więc ciuchy elegancko schły (po ten nocnej eskapadzie okazało się, że mokrego śniego - deszczu byliśmy przemoczeni do samych majtek, za przeproszeniem), toaleta była. No, twardo było na ławkach, plus upierdliwe było światło, sprzężone z czujnikiem ruchu. Jak siedzieliśmy i czytaliśmy, światło oczywiście po pewnym czasie gasło. Nie pomagało machanie rękoma - trzeba było się zwlec i przedreptać parę kroków. Gdy poszliśmy spać, wystarczyło, że człowiek zbyt energicznie przewrócił się z boku na bok - a czujnik tym razem działał bezbłędnie ;)

nasz Hilton :))


Ranek przywitał nas deszczem. Ale potem przejaśniło się i to tak mocno. Zaczęło mnie nosić i zaczęłam namawiać Tibora na wycieczkę. Chodźmy w kierunku tej chatki. Zostawmy plecaki, zróbmy po prostu wycieczkę. Padł jednak argument: a jak dojdziemy? To co zrobimy bez ubrań, jedzenia? Ostatecznie więc przyszykowaliśmy się ze wszystkimi bambetlami. I wyszliśmy.

Gdy pojawiliśmy się na stacji Katterat, peron, pomimo, że odśnieżony, był przysypany warstwą śniegu. Deszcz spowodował, że to wszystko zamieniło się w lód. Trzeba było mocno uważać wychodząc na zewnątrz i wyszukiwać miejsca, gdzie jeszcze uchowały się resztki śniegu. I na ten lód, z nartami w reku i plecakiem na plecach dziarskim krokiem wszedł mój mąż... Wywinął takiego orła w ułamku sekundy, że myślałam, że się połamał.
Razem z Norwegiem od hytty, porannym pociągiem przyjechała osoba odpowiedzialna za sprzątanie, więc z przerażeniem i przejęciem w oczach, sprzątający chłopak obsypał leżącego Tibora dookoła żwirkiem (Norwegowie nie używają soli ani piasku, chodniki i ulice posypują takim żwirkiem - kamyczkami). Gdy mąż, stękając i jęcząc w końcu wstał, teren wokół niego wyglądał jak scena zbrodni: białe miejsca, z obrysem plecaka i Tibora, dookoła czarne kamyczki :))

Ruszyliśmy znaną nam droga. Przynajmniej dokładnie mogłam obejrzeć, którędy szliśmy po nocy dzień wcześniej. Zanurzaliśmy się w totalne pustkowie. Za nami zostawała nitka torów, by po kolejnych zakrętach zniknąć nam z oczu. Mijaliśmy następne hytty, których w nocy nie miałam szans zobaczyć, były puste.  Dookoła nas spod śniegu wystawały charakterystyczne dla północy chuderlawe, rachityczne pnie brzózek. Nad nami przewalały się chmury, ale było widać też fragmenty błękitnego nieba. Niestety warunki śniegowe były o wiele gorsze. Po opadach deszczu śnieg był pełen wody,ciężki i zapadał nam się pod nartami. Szliśmy jednak dalej.

Byłam ciekawa jak wygląda za dnia to miejsce, z którego zawróciliśmy. Czy to przewężenie da radę jakoś bezpiecznie obejść? (na ten dzień zmniejszono stopień zagrożenia lawinowego do 3, ale jednocześnie ostrzegano, że mokry śnieg może zjechać ze zbocza niezależnie od kąta nachylenia, niezależnie od wystawy i niezależnie od wysokości nad poziomem morza).





Nie dane nam jednak było tam dotrzeć. Na jakiś kilometr przed miejscem naszego nocnego odwrotu, po 5 kilometrach marszu, okno pogodowe się zamknęło. Spowiły nas niskie chmury, zerwał się wiatr i zaczął padać deszcz. Zrobiło się mocno niekomfortowo. Jeszcze przez chwilę postaliśmy zastanawiając się co robić, ale dotarło do nas, że to nie ma sensu. Zafiksowaliśmy się na tej chatce, ale przecież dotarcie do niej to połowa sukcesu. Dwa dni później będziemy musieli tą samą drogą wrócić - i wtedy nie będzie możliwości zrezygnowania. Pociąg, a potem samolot ustalał nam dead line. Nie wiedzieliśmy również co czeka nas dalej. Podobno chatka była położona w bezpiecznym miejscu. Ale z drugiej strony Norweg (ten od rakiet śnieżnych) mówił, że w dalszej części doliny na pewno zobaczymy ślady po lawinach i żebyśmy uważali.
Decyzja znów mogła być tylko jedna: w tył zwrot i powrót do poczekalni. I znów suszenie wszystkich ciuchów, które mieliśmy na sobie.



W takich warunkach zdecydowaliśmy o zawróceniu. Zła widoczność spowodowana jest deszczem.


Niżej widoczność była lepsza, ale dalej siąpił deszcz


Jak się przyjrzycie, zobaczycie nitkę linii kolejowej - naszym jedynym łącznikiem z cywilizacją


Zastanawialiśmy się czy popołudniowym pociągiem nie ruszyć od razu do Narwiku, ale jak jak usłyszałam ceny noclegu, to uznałam, że ta stacja jest bardzo milusia, ławki wcale nie są takie twarde, światło na fotokomórkę wcale tak bardzo w nocy nie wkurza i ja jeszcze chętnie zostanę tu jeszcze jedną noc ;)

Odjazd z Katterat umilało (a może wkurzało?) nam słońce.  Wiedzieliśmy jednak, że to okno pogodowe zamknie się za 2-3 godziny, a warunki w górach są jakie są.


Słonko na pożegnanie. 


Ostatnie dwa dni spędziliśmy w Narwiku, włócząc się po mieście i usiłując się nie zabić bez raczków na oblodzonych chodnikach i ulicach (chwilami nawet tony żwirku nie pomagały na odwilż i wahania temperatury). Lokalsi oczywiście w ogóle się tym nie przejmowali. Zimowe opony z kolcami w samochodach i szesnaście rodzajów raczków na buty w sklepach załatwiały kwestię sprawnego poruszania się :)
Norwegia pożegnała nas wichurą i ulewnym deszczem.




Miasto najkorzystniej wyglądało od strony fiordu i przystani jachtowej

Polski akcent - czyli pomnik i tablica pamiątkowa ku czci załogi ORP Grom zatopionego podczas bitwy o Narwik



Cztery dni różnicy


Dwa dni po naszym powrocie do Polski pogoda się poprawiła.

No cóż... Obiektywnie rzecz biorąc można powiedzieć jaka piękna katastrofa. Ale mnie się naprawdę podobało. Ta dzikość, to wrażenie przebywania na końcu świata, te wszystkie góry, szczyty dookoła... Nawet Narwik, który szczerze mówiąc, nie jest najbardziej urokliwym norweskim miastem, to wszystko, nawet przy odwilży, były po prostu piękne.


Ps. Norweg od rakiet śnieżnych oznajmił nam, że najlepsze warunki na skitury są w maju :)

1 komentarz:

Copyright © 2016 Matkabiega , Blogger