środa, 3 kwietnia 2019

14. Półmaraton Warszawski

To, że wystartuję w tym roku w Półmaratonie Warszawskim wcale nie było takie oczywiste. Pierwotnie planowany był rajd przygodowy, Krajna AR, impreza odbywająca się w ten sam weekend w Wielkopolsce. Może i rok temu miałam na niej potężny kryzys, ale jak to z nimi bywa, w miarę upływu czasu "ja się chyba do tego nie nadaję", zmieniło się we"wróćmy tam i pokażmy na co nas stać". Nie da się ukryć, że duży wpływ na moje postrzeganie czym jest kryzys i trudne warunki, wpłynął późniejszy start w Adventure Trophy ;) (Jak ktoś chce - może sobie poczytać o naszych zeszłorocznych AR: KLIK i KLIK).
Plany planami, a życie życiem. Ostatecznie ze względów logistycznych, czasowych i finansowych z Krajny zrezygnowaliśmy. Nie chcieliśmy znów rozwozić dzieciaków po babciach, tym bardziej, że za 4 tygodnie czeka nas wyjazd bez nich.

To może zamiast tego pobiegnę półmaraton w Warszawie? Ładnie by się wpisał w schemat, że starty w tej imprezie wychodzą mi co drugi rok. Bieg na własnych śmieciach, nawet rodziny nie trzeba będzie ciągnąć na start. Przy okazji powalczę o nową życiówkę, bo moja dotychczasowa pokryła się już prawie czteroletnim kurzem.
Ogólna wizja została przedstawiona trenerowi, znaczy, że chcę złamać 1:40 i pod to zostały ułożone treningi. Jak bardzo chcę tą godzinę czterdzieści łamać postanowiłam zdecydować po pierwszym treningu, po sprawdzeniu jak mi się biega i na jakie tempa jestem w stanie wejść. Wcześniej przygotowywałam się przecież do biegu górskiego, Janosika - więc to co robiłam miało trochę inny charakter.

Pierwsze bieganie tempem półmaratońskim wprowadziło mnie w euforię. Dwa czterokilometrowe odcinki pobiegłam tempem 4:32 - 4:33 min/kilometr. Wooow! To jak tak się zaczyna na początku lutego, to ja pod koniec marca zrobię TAKI wynik! Jeśli tylko  nie będzie żadnych zawirowań, chorób i niespodzianek, będzie super bieg, rozwalę system, skopię tyłek tej czwórce, z takim przytupem, że sama zakryję się nogami, o!

Następny trening tempem półmaratońskim zrobiłam 27 dni później...


Weszły jeszcze dwa biegi regeneracyjne, jedno wybieganie, dwa razy poszłam na kettle i ścięło mnie zapalenie zatok. Przez dziewięć dni nie robiłam nic, grzecznie się kurowałam, łykałam antybiotyk i nawet niespecjalnie ciągnęło mnie do biegania, bo po prostu czułam się źle.
Oczywiście, że po takim chorowaniu nie wyszłam i nie sieknęłam sobie na dzień dobry jakichś hardcorowych treningów. Znów weszło jedno wybieganie, dwa krótkie biegi regeneracyjne, dwa razy zajęcia z kettlami i... wyjechaliśmy do Norwegii.
Gdyby pogoda dopisała, najeździlibyśmy się na skiturach po kokardę i oprócz dobrej zabawy, byłby z tego niezły trening wydolnościowy. No ale aura była jaka była.

Tak więc, gdy ostatniego dnia lutego udało mi się znów wbić w trening stricte półmaratoński, mogłam tylko pomarzyć o szybkości i lekkości, z początku miesiąca.
Z planów łamania 1:40 nie zrezygnowałam, ale oswoiłam się z myślą, że może być po prostu różnie. Na treningach robiłam tyle ile byłam w stanie. Co z tego wyjdzie - to wyjdzie, stwierdziłam.

wspólna focia przed startem z Pąpkinsami
fot. Smashing Pąpkins



Na na linii startu ustawiłam się gdzieś pośrodku pomiędzy zającami na 1:35 a 1:40. Zegarek przestawiłam tak, żeby nie było widać czasu i tętna. Jednym słowem pobiegłam podobnie jak pół roku wcześniej maraton: trochę zezując na średnie tempo, a trochę na czuja. Tempo znów dawało mi tylko ogólny pogląd, bo tradycyjnie wskazania zegarka rozjechały się z oznaczeniami kilometrów (na koniec różnica wynosiła 200 metrów). Tętna dobrze, że nie widziałam - bo na metę wparowałam z pikawą pracującą powyżej mojego HR max :)

Co mogę napisać o samym biegu? To był mój czwarty półmaraton warszawski (2013, 2015, 2017). Każdy z nich miał inną trasę, ale ta jest chyba najfajniejsza. W miarę płaska, bez zbędnych zakrętów, bez agrafek. Jedyne co było trochę niefortunne, to umiejscowienie pierwszego punktu nawadniania: tuż przed zakrętem i podbiegiem na Most Gdański. Człowiek łapał kubek w locie, próbował pić - więc już tętno skakało- po czym od razu wpadał na ślimak wyprowadzający na most, wypluwając płuca do tego kubeczka :)
Dawał też popalić ostatni podbieg, po wybiegnięciu z tunelu na Wisłostradzie. To był dwudziesty kilometr, więc bieganie było już na oparach.




Biegłam cały czas w miarę równo (choć nie przypuszczałam, że aż TAK równo jak pokazały oficjalne międzyczasy). Nie miałam żadnego typowego kryzysu, choć były momenty, gdy biegło mi się gorzej. Ciężko wspominam fragment Mostem Świętokrzyskim, który był idealnie pod wiatr. Ostatnia prosta, gdy z zakrętu wybiegliśmy na Czerniakowską, to był prawdziwy test głowy. Nogi już ciężkie, zaczęły się pierwsze skurcze w łydkach, przeszkadzały podmuchy bocznego wiatru. To była  walka, żeby utrzymać tempo. Do mety zostały cztery kilometry.
O, doceniłam wtedy wszystkie treningi półmaratońskie (oczywiście te, które udało mi się zrealizować :), wszystkie moje zmagania z wiatrem, wszystkie pętle wokół Fortów, gdy w głowie po kilka razy stwierdzałam, że odpuszczam, nie dam rady, ale nogom kazałam biec dalej.
Teraz też kazałam, choć ostatni kilometr dłużył mi się jak dziewiąty miesiąc ciąży ;)


W co się wpatruję? Oczywiście w zegar nad linią mety :)


1:36:51. 82 kobieta na 3406 startujących. Podoba mi się. Tak, po prostu. Bez żadnego jęczenia, że, gdyby wszystko poszło zgodnie z planem, to nie wiadomo co by było. Ale nie poszło. Rzadko kiedy u nas idzie wszystko zgodnie z planem ;)







Co teraz? Teraz przeproszę się z Moczydłem, pagórkami na Forcie Bema i generalnie terenem. Czas wrócić w góry, za miesiąc bieg w Innsbrucku.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2016 Matkabiega , Blogger