piątek, 31 lipca 2026

Pieniny Ultra Trail

Pieniny Ultra Trail

Zdaję sobie sprawę, że pisanie ostatniego dnia lipca relacji z biegu, który odbył się w KWIETNIU, to bardzo odgrzewany kotlet. Najpierw wydawało mi się, że mam jeszcze czas, bo przecież bieg był całkiem niedawno, potem nie mogłam się zebrać. Być może nikt tej relacji nie przeczyta - ale mnie po kilku latach miło będzie powspominać ten bieg. 

Do PUT  pierwszy raz robiłam przymiarki, gdy nazywał się jeszcze Biegi w Szczawnicy. Zapisałam się na Dziki Groń na rok 2020. Wiadomo co się stało: przyszła pandemia i bieg się nie odbył. Z tego co pamiętam mogłam wystartować w 2021 - ale ani ja, ani mój mąż nie dotarliśmy ostatecznie na start.

Kolejna próba miała miejsce w 2023 roku - tym razem wybrałam krótszy dystans, Wielką Prehybę - ale też nie udało się wystartować. 

Powiedzenie "do trzech razy sztuka" w tym wypadku się sprawdziło: kolejna próba miała miejsce na wiosnę - i tym razem oboje dotarliśmy na start. 

Choć nie było to tak oczywiste.

Małżonkowi długo komplikowały się sprawy pracowe i prawie do samego końca nie wiedział czy wystartuje. Ja prawie do samego końca nie miałam opłaconego startu. Nie chciałam kolejny raz wydawać pieniędzy i nie przyjechać. Poza tym nie mogłam się zdecydować, czy wybrać Dziki Groń, 64 km, czy Wielką Prehybę, 44 km. 

W ostatniej chwili okazało się, że mąż może wziąć urlop, a ja ze względów logistycznych wybrałam krótszy dystans. Wielka Prehyba startowała kolejnego dnia, a ponieważ jechaliśmy z córką, bez problemu ogarnęliśmy opiekę nad nią.

Organizatorzy wymyślili strefy startowe wg indexu ITRA i przewidywanego czasu dotarcia na metę. Musiałam zrobić jakieś założenia. Punktem odniesienia stał się dla mnie zeszłoroczny Koral Maraton w ramach Biegu 7 Dolin. Dystans zbliżony, przewyższenia pi razy drzwi też. Z małymi wyjątkami.

Tam było jednak 2 kilometry mniej. Mniej również było przewyższeń (1600 v 2000), inna pogoda (chłodno, mgliście i deszczowo) i wreszcie: to był wrzesień, ostatni mój start w sezonie, dwa tygodnie po alpejskim KAT. Byłam w "ciągu biegowym". Wydumałam, że ustawię się w strefie na około 6 godzin.




Mój dystans ruszał o 10 rano - a więc dość późno. Pogoda zapowiadała się słoneczna, więc trochę obawiałam się zbyt wysokiej temperatury. Start był wspaniały: tłum biegaczy, muzyka, kibice, brama nad głową. I...kilkanaście metrów później skręciliśmy pod górę i skończyło się rumakowanie.
Kijki wyciągnęłam dopiero w okolicach 6 czy 7 kilometra. Wcześniej było tak tłoczno, że nie miało to sensu. Część biegaczy miała niestety już je rozłożone- i musiałam ze dwa razy wykazać się refleksem, żeby koniec czyjegoś kijka nie wylądował w moim oku.

I tu zaczyna mścić się na mnie tak późne zebranie się za pisanie. Bo z samego biegu mam teraz tylko mgliste wrażenia. Że podbiegi, czy też w moim przypadku, raczej podejścia, nie były tak łatwe jak powinny. Być może tu było ciut trudniej niż na Koral Maratonie. A może po prostu nie było teraz efektu Alp. Zbiegi były dość techniczne, z dużą ilością kamieni, pojawiało się też błoto. Ale akurat na zbiegach czułam się bardzo dobrze i wyprzedziłam sporo osób. Na całym biegu przesunęłam się o 273 pozycje - i większość wyprzedzania odbyła się właśnie na zbiegach.

Zostały też w mojej głowie przemyślenia na temat startu w parach damsko - męskich. A na tym dystansie było sporo takich nieformalnych teamów. Nie wiedzieć czemu większość panów traktowała swoje partnerki jak niedorozwinięte kretynki, którym trzeba mówić jak mają biec i którędy.
Byłam świadkiem jak jedna pani nie wytrzymała i w mocno niecenzuralnych słowach poprosiła swojego lubego o nieodzywanie się. Posłuchał :)


Nie ma mnie na tym zdjęciu - ale widać jak wyglądała większość zbiegów.


Najwięcej wspomnień mam z samej końcówki. Wiedziałam, że ostatni fragment prowadzi deptakiem wzdłuż rzeki. Wiedziałam, że na koniec są schody. Przed startem przekonywałam samą siebie, że tym razem nie dam się i cały ten fragment przytruchtam. Na pewno będę zmęczona - ale przecież to sam koniec, więc wystarczy tylko przekonać własną głowę.

Ha.

Ha, ha.

No, nie udało się. Byłam tak wypluta, że jedyne co zdołałam, to uprawiać Gallowey'a od latarni do latarni ;) Dałam wyprzedzić się dziewczynie, z którą tasowałam się przez część trasy. Ja ją wyprzedałam na zbiegach, ona mnie pod górkę i na płaskim. Niestety tutaj szybciutko mnie doszła. 

Dałam wyprzedzić się też kolejnej dziewczynie, która postanowiła wyprzedzić mnie na krótkim odcinku pod górkę. Ale tu akurat odkułam się chwilę potem. 

Schody - o których niby wiedziałam - zaskoczyły mnie totalnie. Trzeba było nimi z poziomu deptaka przy rzece przenieść się poziom wyżej. Okazało się, że dzień wcześniej spacerując w okolicach startu i mety, zarejestrowałam tylko ich górną część. Na szczęście to już było naprawdę tuż przed metą i chwilę później z córką u boku, stałam się finiszerką Wielkiej Prehyby. 

Po moich butach widać, że łatwo nie było :)

Po 6godzinach i 23 minutach wbiegam na metę. Czyli zmieściłam się w założeniach.


Bardzo się cieszę, że w końcu udało się dotrzeć na tą imprezę. Organizacja jest na naprawdę wysokim poziomie. Trasy - przynajmniej moja - urozmaicona, dająca chwilami popalić. Ale warto poumierać dla takich widoków jak poniżej. 







Copyright © 2016 Matkabiega , Blogger