Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sztafeta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sztafeta. Pokaż wszystkie posty

środa, 3 października 2018

Pedzo konie Pą betonie

Pedzo konie Pą betonie
Jeśli ktoś zgłupiał widząc tytuł wpisu i zaczął się zastanawiać co to ma wspólnego z Maratonem Warszawskim - to uprzejmie informuję, że nic :) Zanim zacznę opisywać maraton, cofnę się w czasie do lipca. Wiem, wiem - to bardzo odgrzewane kotlety - ale te kotlety były tak dobre, że po prostu muszę do nich wrócić.
O czym mowa? A o triatlonie w Bydgoszczy. A konkretnie mówiąc o sztafecie na dystansie 1/2, w którym nieoczekiwanie z mężem wystartowałam.
Pewnego pięknego lipcowego dnia na fejsbuczku rzucił mi się w oczy wpis Krasusa, który pilnie potrzebował dwóch ludków do uzupełnienia sztafety triatlonowej, gdyż ekipa z różnych powodów mu się wysypała.
Weekend mieliśmy wolny. I, że co? Że my z marszu nie przejedziemy 90 kilometrów na rowerze i nie siekniemy półmaratonu? Potrzymajcie nam dzieci :)

Dzieci potrzymali nam moi rodzice, a my ruszyliśmy w kierunku Bydgoszczy, po drodze odkrywając, że nie zdążymy do biura zawodów po odbiór pakietu (dryń, dryń - Krasus, pomóż) i że na styk zdążamy ze wstawieniem roweru o strefy zmian (15 minut zapasu). Potem miłe piwko i pizza z Pąpkinsami, jeszcze milsze oglądanie meczu piłkarskiego, gdzie Chorwaci eliminowali z Mistrzostw Rosję. Na nocleg ruszyliśmy do naszego apartamentu czyli auta zaparkowanego pod Mostem Uniwersyteckim ;) Jak na wariackich papierach - to na wariackich papierach :)

Założenie było takie, że mamy się po prostu dobrze bawić. Rankiem następnego dnia mega więc wyluzowana obserwowałam pływaków i wypatrywałam Marcina. Szybka wymiana czipa w strefie zmian i mój mąż ruszył na rower. Trochę mu pokibicowałam na trasie, a potem sama udałam się w kierunku strefy, żeby tam na niego czekać.




I żeby uprzyjemnić sobie oczekiwanie, odpaliłam net i podejrzałam nasze wyniki.
I wtedy zrobiło mi się gorąco z wrażenia. Będziemy się dobrze bawić?? No, to się właśnie BARDZO dobrze bawimy... Marcin z wody wyszedł jako trzeci mix, a mój mąż na trasie oscylował pomiędzy drugim a czwartym miejscem.
Jednym słowem wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, że ode mnie będzie zależało bardzo, bardzo dużo...

Na trasę wybiegłam jako czwarta drużyna mieszana, mając w głowie, że muszę gonić każdą dziewczynę, która będzie przede mną. Z wrażenia zapomniałam o paru rzeczach. O tym, że w Bydgoszczy był rolling start, więc niekoniecznie osoba przede mną ma lepszy czas. I że nie jest powiedziane, że w każdym mixie na ostatniej zmianie zawsze będzie dziewczyna ;)
W każdym razie biegłam sobie żwawo, starając się trzymać tempo poniżej 5 minut na kilometr i coraz bardziej przekonując się, że to będzie trudny bieg. Trasa wiodła nabrzeżem rzeki Brdy. Miałam do pokonania cztery okrążenia. Teren był dość  zróżnicowany. Był asfalt, czasem mocno dziurawy i nierówny, były fragmenty przez miasto - po chodnikach, krawężnikach i schodach, była szutrowa droga, były podbiegi, zakręty. To wszystko za każdym razem lekko wybijało z rytmu. Ale przede wszystkim było gorąco. Błękitne niebo bez chmurek, patelnia. A ja już po majowym maratonie w Kopenhadze wiedziałam jak takie słonko wybiera siły.
Na drugim okrążeniu zaczął koło mnie truchtać Krasus i zaczął zdawać relację. Z jego gadania zrozumiałam, że mam robić swoje i dogonić dziewczynę, która aktualnie biegnie pierwsza, do której mam 15 minut straty. Tak, tak - przytaknęłam. Ale w duchu pomyślałam, że Marcin zwariował. Mam odrobić piętnaście minut?? Ha ha!
Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że już nadrobiłam, bo na trasę wyruszyłam 20 minut po niej.
Biegłam więc swoje, nie omijając żadnej kurtyny wodnej, polewając się obficie wodą na punktach i pijąc. Biegłam i czułam, że jest coraz ciężej. Biegłam i wypatrywałam tej dziewczyny, usiłowałam sobie przypomnieć jak wyglądały osoby ze strefy zmian, które wyruszyły na trasę przede mną.
W końcu od tego słońca, upału i  - co tu dużo mówić - nieprzygotowania - bo przecież wtedy nie trenowałam do półmaratonu, wtedy szykowaliśmy się do Adventure Trophy, gdzie szybkość nie była tak ważna - zaczęłam zwalniać. Z niepokojem zarejestrowałam również, że moje łydki są mocno na granicy skurczu. To było ostatnie okrążenie. Jeszcze kawałek szutrem, króciutki podbieg, kurtyna wodna i picie, zakręt na most, za mostem skręt do parku i tym parkiem już kawałek do mety. Zostało  może 1,5 kilometra. Dziewczyny, którą podobno miałam dogonić ani widu ani słychu.
I wtedy, gdy zaczęłam się ciut nad sobą użalać, zastanawiać czy się nie zatrzymać i nie spróbować tych łydek rozciągnąć, zerknęłam w kierunku mostu, na który za chwilę miałam wbiegać.
I zobaczyłam JĄ.
Z miejsca zapomniałam, że złowrogo szumią wierzby i że duch mój na rozżażone węgle usiadł ;)
Zaczęłam na serio gonić.
Wpatrzona w charakterystyczną chustkę na głowie, grzałam tak szybko, jak tylko moje wymęczone upałem ciało pozwalało. Dystans pomiędzy nami zmniejszał się bardzo szybko, ale fizycznie nie udało mi się mojej rywalki dogonić. Gdyby meta była dwadzieścia metrów dalej...



Nie miało to jednak żadnego znaczenia dzięki rolling startowi :) Okazało się, że nie tylko odrobiłam te dwadzieścia minut straty, ale jeszcze dołożyłam dwie!
Uwierzylibyście? Odrobić w półmaratonie 22 minuty??
Tym sposobem zajęliśmy trzecie miejsce w mixach :)

Nie chciałabym jako podsumowania pisać, że nigdy nie ma rzeczy niemożliwych, albo, że zawsze należy walczyć do końca. W kontekście biegania i wcale nie tak rzadkich przypadków, gdy ludzie pomimo kontuzji, robią różne głupie rzeczy - to byłoby niebezpieczne.
Ale w granicach zdrowego rozsądku, tak - należy wierzyć w siebie i nie poddawać się. Bo mogą z tego wyjść całkiem fajne rzeczy :)






PS. A tytułowe konie to nazwa naszego teamu :)

poniedziałek, 16 czerwca 2014

Ekiden Poznań

Ekiden Poznań
Najpierw słówko wyjaśnienia co to za cudo ten Ekiden. 
Ekiden to długodystansowy bieg sztafetowy. Najczęściej w ten sposób pokonuje się dystans maratoński. Tak też było i w Poznaniu. Sześć osób biegnąc z pałeczką pokonywało odpowiednio: 4395 m, 10800 m, 10800 m, 5400 m, 5400 m, 5400 m. Razem czterdzieści dwa kilometry sto dziewięćdziesiąt pięć metrów.

Pierwotnie nie planowałam udziału w tej imprezie. Ale w maju w trakcie podróży z Bartkiem na maraton w Pradze zostałam przekonana :).
Skład sztafety został ustalony ostatecznie:

ja

Cała drużyna została dzięki Kasi wyposażona przez firmę Brubeck w koszulki. Każda została spersonalizowana: z przodu napis "blogacze", z tyłu imię i adres bloga.

Do Poznania przyjechaliśmy dzień wcześniej i całą naszą rodzinną brygadą zwaliliśmy się do bartkowego domu. Ilość dzieci na metr kwadratowy znacząco się zwiększyła i konieczna stała się ściąga ;)

fot. Bartek


Rano, w dzień biegu okazało się, że Ala z powodu kłopotów zdrowotnych dziecka  nie dojedzie. Na szybko został zwerbowany mój małżonek jako zaoczny blogacz :). Stricte stroju do biegania mąż nie miał. Miał buty, w których dało się biec (właściwie to były pierwsze buty do biegania, od dłuższego już czasu służące jako obuwie do chodzenia), krótkie spodenki miał, koszulkę - doszliśmy do wniosku, że pobiegnie w mojej (ja biegłam na drugiej zmianie, małżonek na czwartej - był czas na przebieranki). Garmina nie musiałam pożyczać - okazało się, że T. wymyślił sobie po wszystkim popływanie w jeziorze, więc zabrał swój zegarek.
Jeszcze tylko dotarcie w okolice startu. I tu sobie i Bartkowi jako głównodowodzącemu uzmysłowiłam, że tak właściwie to nie mam pojęcia jak wygląda Krzysiek, który miał mi przekazać pałeczkę, ani nie wiem jak wygląda Marysia, która biegła po mnie. Właściwie większości ekipy na żywo na oczy nie widziałam:)
Krzyśka jeszcze zdybaliśmy na starcie, Marii już nie zdołałam znaleźć - trzeba było liczyć, że w porę zauważymy nasze koszulki i numer startowy. 

Udało się. Bez problemu zauważyłam biegnącego Krzyśka, przejęłam pałeczkę i ruszyłam na swoje dwa okrążenia wokół Jeziora Maltańskiego. Nie miałam zielonego pojęcia w jakim tempie uda mi się pokonać te prawie 11 kilometrów. Pogoda była śliczna, jeśli chodzi o spacery - natomiast biegowo było dość ciężko. Słońce dawało nieźle popalić. Pierwszy kilometr: 4:40. Dla mnie nieźle. Bardzo nieźle. Byłam ciekawa czy uda mi się takie tempo utrzymać do końca. Nie udało ;) Ale nie płaczę z tego powodu. Udało się za to cały dystans pokonać ze średnim tempem poniżej 5 min/km, z czego jestem bardzo zadowolona - bo ostatnio jakoś nie po drodze mi z bieganiem :(
Ostatecznie mój zegarek stwierdził, że pokonałam 10,9 km w 52:39. Organizator stwierdził, że zajęło mi to 52:52. Najprawdopodobniej bliżej prawdy jest organizator, bo zaaferowana pałeczką nie odpaliłam od razu zegarka.
Cieszyłam się z czapki z daszkiem na głowie, bo słońce nieźle przypiekało. Po jednej stronie jeziora rosną drzewa i można było skorzystać z dobrodziejstwa cienia, ale druga strona to otwarta przestrzeń, patelnia. Oj, dała mi ta druga strona popalić...
Jakiś kilometr przed końcem pierwszego krążenia rozwiązała mi się sznurówka. Nawet nie wiedziałam, że można w takim tempie zawiązać buta :)))


Jeszcze jedno kółeczko. Pod górkę. Zakręt. Plac zabaw, przy którym stoi małżonek z dzieciakami, drzewa, cień, znów zakręt, stanowisko z wodą i już biegnę po drugiej stronie jeziora. Ostatnie chwile pod drzewami i długa prosta w pełnym słońcu. Już widzę strefę zmian, przyspieszam. Ostatni zakręt, już widzę bramkę z matami. Zapominam zwrócić uwagę na to czy pałeczka znajduje się na odpowiedniej wysokości i mata zczyta czip w niej ukryty, wypatruję mojej zmienniczki, udaje się! Przekazuję pałeczkę i odkrywam, że ze zmęczenia uginają się pode mną nogi. Dostaję medal i różę. Zgarniam wodę i jabłko. Powoli człapię w kierunku placu zabaw i rodziny. 
Tam następuje seria fotek. I tu zrobię wtręt typowo kobiecy ;)
Gdy pakowałam torby na wyjazd wrzuciłam krótkie spodenki nie zaprzątając sobie głowy, żeby zrobić przymiarkę w nich i nowej koszulce. To był błąd, duży błąd :)). Spodenki są w rozmiarze bardzo akurat. Tak bardzo akurat, że nie mogę sobie pozwolić na wahnięcia wagi. A niestety ostatnio to wahnięcie nastąpiło. Na plus niestety. I spodenki do spółki z koszulką ślicznie wyeksponowały moje mankamenty urody w okolicach pasa;) Cóż - przynajmniej mam motywatora, żeby wrócić do brzuszków - a nawet brzószków w ramach Smashing Pąpkins ;)

Po zdjęciach nastąpiło przekazanie koszulki i mój małżonek z imieniem Aga na plecach powędrował w kierunku strefy zmian.

Kibic. W miarę upływu czasu duch kibicowania zamierał i gdy leciał tata, nie opuszczając placu zabaw darli się "Tata!Tata!Tata!"

Jak na osobę, która nie była zupełnie mentalnie przygotowana na start w zawodach, poszedł jak burza, robiąc nieoficjalną życiówkę na 5 km :) Wrócił do mnie tak kapiąc potem, że bardzo, ale to bardzo się ucieszyłam, że zamiana koszulek nie odbywała się w odwrotną stronę :P

Skarpetki zdradzają, że małżonek średnio był przygotowany do biegania. I nawet nie widać, że biegnie w damskiej koszulce;)

Tu już bardziej widać ;)


Drużyna blogaczy ukończyła Ekiden na 85 miejscu z czasem 3:22:00. Drużyn w sumie wystartowało 205.

Jeszcze pamiątkowe zdjęcie, makaron na mecie i w drogę do domu:)

fot. bartkowa małżonka 

fot. bartkowa małżonka


Nie mam porównania, to była moja pierwsza tego typu impreza - ale bardzo mi się spodobała idea sztafety.  Bieganie jest jednak sportem indywidualnym, a tu ten indywidualizm został przełamany. Nie liczysz się ty i twój wynik - liczy się cała drużyna. Szczególnie fajnie to wyglądało, gdy do zawodnika na ostatniej zmianie tuż przed metą dołączała reszta członków i cała drużyna razem przekraczała metę.


***

A na koniec wypowiem się jeszcze o koszulce, którą dane mi było przetestować. Jestem zachwycona. Fajny kolor (ale ja zboczona jestem jeśli chodzi o niebieski;), super leciuchna, mięciutka, nie przeszkadzająca w biegu. Łażę sobie właśnie po stronie internetowej Bruckbecka i widzę, że mają koszulki i bieliznę termiczną na każdą okazję, nie tylko biegową. A wiecie co mnie jeszcze ujęło? To jest polska firma, szyjąca w Zduńskiej Woli. Myślę, że to nie będzie mój ostatni kontakt z ich produktami.






Copyright © 2016 Matkabiega , Blogger