środa, 10 sierpnia 2016

Sezon ogórkowy w pełni

Sezon ogórkowy w pełni
Jak w tytule. Dla mnie tym bardziej w pełni, że czuję się jak wielki inkubator, którym w sumie jestem:)
Dziś fejsbuczek przypomniał mi, że równo trzy lata temu ruszałam na wielką norweską przygodę: podróż motocyklem, ponad 4,5 tysiąca kilometrów w jedną stronę, na sam koniec Norwegii, przylądek Nordkapp.
To były wakacje przed moim pierwszym maratonem - ale ja nie o tym.

Ja wiem, że są wyprawy bardziej ekstremalne. Ludzie objeżdżają na przykład świat na rowerach, albo szukają źródeł Amazonki. Dla mnie to była na razie wyprawa życia. Nie tylko ze względu na to, że zgodziłam się ruszyć jako "plecak" na strasznej maszynie, do której nie miałam nic a nic zaufania ;), ale też ze względu na to, że przez dwa tygodnie przedzierania się przez fiordy, zostałam zbombardowana niewyobrażalną wcześniej dawką przyrody w każdej możliwej odsłonie, przy każdej możliwej pogodzie, często w ciągu jednego dnia.
Robiłam z tej wyprawy odręczne notatki z zamiarem zredagowania ich w elektronicznej wersji i podzielenia się przeżyciami. Cóż... Od trzech lat czekają na moje zmiłowanie, a teraz, po przeprowadzce, nie za bardzo kojarzę gdzie ten zeszycik jest.
W ramach sezonu ogórkowego zapraszam na krótki przegląd zdjęć. Zapraszam do Norwegii, w nadziei, że jeszcze kiedyś obejrzę ją w takiej dawce jak wtedy.
























































niedziela, 7 sierpnia 2016

Marudzenie ciężarówki

Marudzenie ciężarówki
Oj, wiatr hula mi po blogu :) Tylko nie za bardzo mam o czym pisać. Mam wklejać zdjęcia wózka, łóżeczka i wyprawki? Wystarczy, że te fotki lądują na Instagramie (tak, jakiś czas temu przełamałam się i założyłam konto:)
Coś by jednak wypadało skrobnąć, żebyście nie zapomnieli, że taka matka istnieje i że ma nadzieję coś jeszcze o swoim bieganiu pisać :)

Za mną 30 tygodni ciąży. 66 dni do terminu - choć dziecię nr 4 na pewno powitam ciut wcześniej, bo poród będzie przez cesarskie cięcie.
Oczywiście nie oznacza to,że 67 dnia ruszę biegać. Czeka mnie jeszcze przerwa związana z cesarką, ogarnięcie się z najnowszym dziecięciem, wypracowanie na nowo logistyki, która na pewno wejdzie na jakiś hard level.
Nie wiem jak to będzie. Boję się frustracji, niedogadania się z mężem, walki z własną głową, gonitwą za wynikami i formą sprzed ciąży. Jak będzie wyglądać moje bieganie? Jak będzie wyglądało dogadywanie się kto teraz będzie startował w jakiejś imprezie? Co zrobimy, gdy oboje będziemy chętni na udział w czymś atrakcyjnym?
Do tej pory 99% naszych startów odbywała się razem. Teraz może to być bardzo trudne. Co zrobimy, gdy wynajdziemy jakiś atrakcyjny bieg za granicą? Jak to dogramy? Nie wiem, nie wiem - i nie ukrywam, że boję się, że czekają nas trudne rozmowy :)

Moja mega energia z drugiego trymestru odeszła w niebyt. Ledwo się toczę, a wiem, że będzie jeszcze trudniej.
Jak bardzo się męczę, miałam okazję przekonać się parę dni temu, gdy rozkraczyłam się samochodem wracając od lekarza. Czekanie na lawetę, przejazd do warsztatu - tam odkrycie,że z dowodem rejestracyjnym coś się stało pomiędzy miejscem, skąd mnie ściągała laweta a stacją obsługi. Milion telefonów, powrót częściowo na piechotę na miejsce zgarnięcia samochodu, przejazd częściowo komunikacją, częściowo na nogach na oglądanie wózka dla dziecka nr 4, na które to oglądanie umówiłam się z miłą właścicielką przed rozkraczeniem się autka, powrót do domu z wózkiem, częściowo na nogach, częściowo komunikacją.
Wieczorem czułam się jak po dobrze przebiegniętym półmaratonie co najmniej. Bolały mnie wszystkie mięśnie w nogach, ledwo chodziłam po mieszkaniu.
To naprawdę byłam ja? Ta sama, która pobiegła maraton ocierając się o 3:30? Ta sama biegająca ultra? Teraz stękająca, bo musiała w ciągu dnia szybszym krokiem przejść kilka kilometrów?
Moje bieganie wydaje mi się totalną abstrakcją, czymś co było w jakimś innym świecie, pięknym, nierealnym snem.

Ciężej mi jest za każdym razem gdy mój mąż bierze udział w kolejnym biegu, na który zapisani byliśmy oboje. Wczoraj miał miejsce kolejny, nie byle jaki - bo Hamperokken Skyrace w ramach Tromso Skyrace.
Ledwo się zdążyłam ucieszyć, że udało nam się zapisać na ten bieg, ledwo zaczęło do mnie dochodzić jak trudna będzie to impreza - zrobiłam test ciążowy... A wczoraj zmagał się z dystansem mój mąż. Sam.
Chciałabym się pojawić w Tromso, chciałabym na własnej skórze przekonać się o trudnościach - krzyczeć z radości i mleć przekleństwa w ustach. Tak samo jak chciałabym wrócić na Maderę.
Ale czy to wyjdzie? Czy mój mąż nie będzie chciał poprawiać czasów z obu imprez i okaże się, że nie będziemy w stanie się dogadać? Czy wreszcie damy radę to wszystko ogarnąć finansowo?
Oj, powiem wam, że ciężko jest  nietrenującym połówkom znosić cierpliwie pasję partnerów, ale gdy obie strony uprawiają jakiś sport - wcale nie jest łatwiej. Szczególnie, gdy są dzieci.
O - takie mam na dzień dzisiejszy dylematy:) Ale co nas nie zabije - to nas wzmocni, nie? I w sumie hasło z naszych ślubnych obrączek do czegoś zobowiązuje. No risk - no fun. I tego będę się trzymać, bo czegoś muszę :)

A na zakończenie pozdrowienia od Matyldy, która daje mi już mocno popalić swoimi kończynami :)




PS. Dowód rejestracyjny znalazł się pod siedzeniem pasażera :)

poniedziałek, 18 lipca 2016

Bieg Wulkanów

Bieg Wulkanów
Oj, ciężko zebrać się do relacji z imprezy, którą mogłam obserwować tylko i wyłącznie jako widz. Tym bardziej, że oczywiście na tytułowy Bieg Wulkanów byłam zapisana ;) Dlatego zamiast kwiecistych opisów, wyszła mi z tego raczej fotorelacja.
Rodzinę Kochaniaków reprezentował mój mąż oraz dzieci nr 1 i 2. Dziecko nr 3 oświadczyło, że nie chce się ubrudzić. Ponieważ jakby główną atrakcją wszystkich biegów odbywanych w ramach Wulkanów jest ubrudzenie się, więc, cóż...;)

Pierwszy startował Jasiek, dziecko nr 2







Zdjęcia pochodzą tylko z fragmentu trasy, generalnie obstawiłam okolice startu i mety. W drugiej części trasy urzędował mój mąż.

Po Jaśku , w swojej grupie wiekowej, startował Wiktor, dziecko nr 1. W przeciwieństwie do młodszego brata, zaliczył mała tremę przedstartową :)


Mały stresik :)




Bracia dopingują



Czekając w okolicach mety, wypatrywałam blondasa w zielonych spodenkach w kratkę. No blondas leci. Tylko kolor spodenek mi się nie zgadzał....







Po południu mój mąż zmierzył się z ekstremalnym triatlonem. Pogoda wsparła organizatorów i część rowerowa odbywała się w burzy, deszczu i gradzie.


Już zaczyna padać






A na drugi dzień powtórka z rozrywki, tym razem w biegu głównym na 13 kilometrów.






Mycie w Zalewie. Dziecko nr 2 myje tacie buty :))


Impreza bardzo fajna, aczkolwiek nie dla osób, które lubią mieć wszystko zapięte na ostatni guzik. Bieg Wulkanów jest organizowany z pasją, ale sporo rzeczy nie jest do końca dograne na 100 procent. Jeśli cały bieg weźmiemy z dobrodziejstwem inwentarza i z pewnym dystansem - będziemy świetnie się bawić. Jeśli będziemy liczyć na mega - organizację - będziemy się niepotrzebnie frustrować ;) Choć w przypadku triatlonu, który był debiutantem wulkanicznym, myślę, że Mirek- org, wyciągnie odpowiednie wnioski i za rok poprawi różne niedociągnięcia.
Dzieci nr 1 i 2 chyba się wkręciły w tego typu imprezy. W każdym razie zażądały startu w runmageddonie :)


A co u mnie? Cóż... toczę się :) Zmagania męża i dzieci obserwowałam ze spokojem. Weszłam już w taki etap ciąży, że moja mobilność zaczyna być coraz mocniej ograniczona, a postronni ludzie nie wiedząc, że ja z tych wielkobrzusznych, pytają się mnie kiedy rodzę. No, za 3 miesiące rodzę.
Z drugiej strony brakuje mi normalnej aktywności. Chciałabym wsiąść na szosówkę, pobiec do lasu. Ba, wejść na moje trzecie piętro bez zadyszki i przystanku po drodze.
Jeszcze muszę na to poczekać:)

niedziela, 5 czerwca 2016

Podsumowanie półmetkowe

Podsumowanie półmetkowe
Uznałam, że dziś jest dobry dzień na podsumowanie. A dlaczego?
A dlatego. Te zdjęcia dzieli równo rok:

fot. W. Siwoń



Pierwsze - to ostatnie metry Biegu Rzeźnika. Na zdjęciu jestem bardzo poważna, bo właśnie zza ostatniego zakrętu stała się widoczna meta, tuż, tuż, na wyciągnięcie ręki. A mnie wzruszenie zaczęło dławić w gardle.
Drugie - cóż... Mówi samo przez się ;) To też ja. Dziś. Już za półmetkiem ciąży.

Ciąża spowodowała niezłe zamieszanie w naszym życiu i jeszcze większy mętlik w mojej głowie. Były okresy buntu, były okresy spokoju. Były momenty wielkiej senności i "dajcie mi wszyscy święty spokój" i etap "działać! Biegać! Robić coś!".

Dużo do tej pory było ruchu jak na ciężarówkę. I był górski półmaraton i półmaraton uliczny i pięć kilometrów w ramach Ekidenu. No i szaleństwo pod postacią, ekhm, jakby nie patrzeć małego ultra - czyli Madera. Było przede wszystkim truchtanie ot tak, dla siebie. Był rower (głównie w ramach odwożenia dzieci do szkoły i przedszkola) i epizod wspinania.
Co do biegania,  wiedziałam, że zbliża się już ku końcowi. Wystarczy się spojrzeć na mój brzuch :) Już nawet raz obwieściłam koniec. Latanie pod koniec maja po parku w trakcie nagrywania programu dla tvp, trochę mnie jednak ośmieliło - bo czułam się bardzo dobrze. Wyrwałam jeszcze dwa ponad siedmiokilometrowe truchtania w Arco. 

wypinam brzuchola :)


No właśnie: Arco. Miasteczko w północnych Włoszech położone w okolicach przepięknego jeziora Garda. Rejon, gdzie można robić...wszystko. Wspinanie, bieganie, szosówka, mtb - co się komu podoba.


okolice Gardy


Wyjazd, jak większość tegorocznych, został zaplanowany jeszcze przed ciążą. My, znajomi, pierdyliardy skał i dróg wspinaczkowych. W ostatniej chwili podjęliśmy decyzję o zabraniu ze sobą dziecka nr 2.
Ach, czego ja tam nie miałam robić. A potem zonk. Ale, że co? Dziewięć dni na miejscu, w TAKIM miejscu i ja mam pod tymi skałami sterczeć?
Zachęcona artykułem o wspianiu  w ciąży, zaczęłam poszukiwania kogoś, kto pożyczyłby mi pełną uprząż piersiową. Udało się taką znaleźć - ale była to uprząż przemysłowa. Ciężka jak jasny pierun i górna jej część była tak skonstruowana, że przez brzuch przechodził pas. Trochę się obawiałam, czy będzie się nadawała - ale spełniła swoją rolę doskonale. Dolną część zapinałam pod brzuchem, a zjechaniu jej z tyłka przeciwdziałały szelki i ten właśnie pas. Szczęśliwie brzuch miałam na tyle mały, że nic mnie nie uwierało i nie przeszkadzało.




Oczywiście wspinałam się na łatwych drogach, z dużym zapasem siły i głównie z tzw. górną asekuracją. Ostatniego dnia, wiedząc już, że daję sobie radę bez problemu, wypuściłam się ze znajomymi na łatwą drogę trzywyciągową.

Na ostatnim wyciągu Opera Prima


Jachu w akcji :)
Mąż w akcji :)



Ten wyjazd tak mi naładował baterie, że gdy po  usg na kontrolnej wizycie usłyszałam "oszczędzający tryb życia", przyjęłam to ze spokojem.
Nie, nie dzieje się nic złego. Nic mnie nie boli, dziecię rozwija się bardzo dobrze - i tak jak jego rodzeństwo już teraz zapowiada się na przyszłego dorodnego noworodka. Muszę jednak wziąć pod uwagę, że moja macica nie jest nówka sztuka nieśmigana ;). Parę dzieci z niej wyszło, w dodatku wszystkie przez cesarskie cięcie.  Tak więc, pomimo dobrego samopoczucia i żadnych niepokojących dolegliwości - odpuszczam bieganie. Tak na wszelki. 





Wg pani doktor w brzuchu rośnie mi dziewczynka ;)



środa, 11 maja 2016

Bieg Rzeźnika - jak go ugryźć

Bieg Rzeźnika - jak go ugryźć
Bieg Rzeźnika zbliża się dużymi krokami. W sieci zaczynają pojawiać się poradniki co zrobić, żeby ten bieg ukończyć w jednym kawałku, przy jak najmniejszych stratach na ciele i duchu:)
Podzielę się swoimi skromnymi radami i ja.
Najpierw natury ogólnej:

1. Nie lekceważ biegu. Wiem, że w sieci można znaleźć relacje, z których wynika, że ten cały Rzeźnik to przereklamowany, panie. Na pewno są trudniejsze biegi, dłuższe, z większymi przewyższeniami. Co wcale nie oznacza, że 78 kilometry czerwonym szlakiem przez Bieszczady to miły spacerek.

2. Dobrze rozłóż siły. Pierwsza część biegu, do przepaku w Cisnej, jest dość łaskawa dla biegaczy. Korci, żeby lecieć i dać z siebie wszystko. Hola, hola. Prawdziwy Rzeźnik dopiero przed Tobą. A Caryńska tylko czeka by połknąć, przeżuć i wypluć :)

3. Jedz i pij. Pij i jedz. Pamiętaj o tym. Bez paliwa daleko nie zajedziesz. Bez wody - szybko opadniesz z sił, szczególnie, jeśli trafi się taka sama pogoda jak w zeszłym roku - czyli lampa totalna.

4. Jeśli będziesz używać kijków - pamiętaj o innych uczestnikach. Przy podchodzeniu pod górę, Twoje kije chwilowo włożone pod pachę znajdą się na wysokości oczu tego, który idzie za Tobą. Jeśli idziesz bez kijków - uważaj na tych, którzy ich używają. Szczególnie, jeśli postanowią zaliczyć glebę. Wykonuje się wtedy bardzo niekontrolowany taniec z szablami - obyś się nie znalazł w zasięgu końcówek :)

5. Jeśli walczysz o wynik, kontroluj czas,który spędzasz na punktach. Można naprawdę wiele zyskać nie urządzając pikników:) Jako przykład podam niedawny MIUT, w którym startowałam. Pomimo, że nie parłam na jakikolwiek wynik (ciąża!) na każdym punkcie poprawiałam swoją pozycję o 9-10 miejsc. Większość ludzi wyprzedziłam właśnie na punktach kontrolnych.
Naszykuj wcześniej bukłak do uzupełnienia picia. Jeśli będziesz jakąś bluzę zostawiał na przepaku, spróbuj rozebrać się z niej w locie, przed przepakiem. Nie jedz stojąc na punkcie - żarcie w łapę i do przodu.

6. Przepak. Jak już wiecie, kijków można używać dopiero od Cisnej. Ja osobiście złożone kije włożyłam do worka na rzeczy. Moja partnerka złożyła je do depozytu osobno, rozłożone. Efekt: ja miałam swoje kijki po chwili, a Ewa na swoje długo czekała, gdyż obsługa wśród setek innych nie mogła znaleźć właściwych. Nie wiem, które rozwiązanie jest lepsze. Kije odstawione osobno do depozytu mają tą przewagę, że są już od razu gotowe do użycia. Kijki złożone,  schowane do worka - krócej się czeka.

Pierwszy odcinek, za radą bardziej doświadczonego kolegi, pobiegłyśmy na lekko. Z pasem biodrowym i bidonem (z jednej strony to 30 kilometrów, z drugiej tą część pokonuje się w nocy i wczesnym rankiem; spokojnie wystarczy bidon. Plecaki z bukłakiem czekały na nas w Cisnej.

6. Ciesz się biegiem. Rzeźnik, szczególnie po wdrapaniu się na połoniny zapewnia zapierające dech w piersiach widoki.




To teraz te wynikające ze szczególnej formuły Rzeźnika - czyli startu w parach:

1. Pamiętaj, nie jesteś sam!! Stanowisz ze swoim partnerem/partnerką zespół. Mocniejszy czeka i pomaga słabszemu. Nie rozdzielaj się! Po pierwsze jest to zakazane przez regulamin (dopuszczalne jest 100 metrów), po drugie: co z Ciebie jest za partner, jeśli zostawiasz w potrzebie?
Życie pisze różne scenariusze. Ideałem jest jeśli reprezentujecie podobny poziom. Ale nawet wtedy:  to długa trasa - będą kryzysy. Losowanie na bieg jest na wiele miesięcy przed imprezą. Przypadki chodzą po ludziach. Może się okazać, że któreś z Was - z różnych przyczyn - będzie odbiegać od formy drugiej strony. Sorry - to jest bieg w parach. Własne ambicje należy schować do kieszeni. Jesteście zespołem od startu do mety. I uwierzcie - to jeden z najbardziej przykrych widoków: mijani na trasie pojedynczy ludzie. Jedni zostawieni przez partnerów, drudzy -  ci, którzy zostawili.

2. Pilnujcie się na pierwszym etapie trasy. Start jest o trzeciej w nocy i o tej porze jest jeszcze ciemno. Startuje dziki tłum, który dopiero w miarę upływu kilometrów będzie się rozciągał. Bardzo łatwo w ciemności, wśród masy ludzi, migocących czołówek zgubić się z partnerem.

3. Przypominajcie sobie nawzajem o jedzeniu i piciu

4. Jeśli jedno z Was lepiej się czuje na zbiegach - niech biegnie pierwsze. Druga osoba biegnie wtedy na tzw. pilota, po śladach. Uwierzcie - to się sprawdza. Ważna informacja dla tego pierwszego: pamiętaj, nie jesteś sam. Sprawdzaj czy partner podąża za Tobą.


fot. Grzegorz Grabowski "Wasyl"


5. Starajcie się za potrzebą chodzić jednocześnie. Po co tracić niepotrzebnie czas na dwie wizyty w krzakach?

6. Kryzys. Jeśli nie jesteście/jedno z Was nie jest w stanie truchtać bez przerw i przechodzicie do marszu, postarajcie się wprowadzić dyscyplinę. Na przykład: maszerujemy do tamtego drzewa a potem truchtamy do zakrętu. Inaczej te marszowe odcinki mogą się przeciągać w nieskończoność :)

7. Jak kryzys, to przechodzimy to linki holowniczej. Tak, na Rzeźniku jest dopuszczalne holowanie partnera. Nie mam doświadczenia w tej kwestii, odsyłam do Bo :)

8. Cieszcie się biegiem. Rzeźnik, szczególnie po wdrapaniu się na połoniny zapewnia zapierające dech w piersiach widoki.


Powodzenia! I życzę Wam tak fajnego partnera jak mój :)


fot. Grzegorz Grabowski "Wasyl"


poniedziałek, 9 maja 2016

Matkowy Tim

Matkowy Tim
Sześć bab. Każda z większą lub mniejszą ilością dzieci. Zadanie: przebiec w sumie maraton. Tak w wielkim skrócie można opisać to co robiłam z dziewczynami w weekend. A biegłam w sztafecie Ekiden w warszawskim Parku Szczęśliwickim.
Pomysłodawcą, koordynatorką i kapitanem naszej drużyny była Joasia, która dzielnie ogarniała wszelkie organizatorskie kwestie, pomimo, że w tak zwanym międzyczasie zniknęła na 2 tygodnie, żeby przejść z 50 kilogramowymi pulkami przez Spitsbergen (czapki z głów!)

Miałyśmy trochę kłopotów, żeby zebrać ekipę. Okazało się, że w cale nie tak łatwo znaleźć matkę, która biega i dodatkowo jest wolna w terminie biegu. Po drodze zmienił nam się ostateczny skład: zamiast Asi, której termin sobotni jednak nie pasował, pobiegła Ania. Anetę zaś, która z wielkim żalem musiała odpuścić z przyczyn zdrowotnych, zastąpiła druga Ania.
Ostatecznie w składzie Agnieszka (czyli ja), Ania, Ania, Asia, Emila i Ewa pojawiłyśmy się w Parku Szczęśliwickim.
Głównym celem była dobra zabawa i nie danie się słońcu, które od samego rana bezlitośnie przypiekało. No i najważniejsze nie biegłyśmy tylko dla siebie. Wybrałyśmy charytatywną ścieżkę zdobycia pakietu startowego. Oznaczało to, że musiałyśmy uzbierać przynajmniej 1000 zł, które zostaną przekazane wybranej przez nas fundacji. My wybrałyśmy Komitet Ochrony Praw Dziecka. Pieniądze udało się zebrać - za co wszystkim darczyńcom serdecznie dziękuję!!

Pierwotnie byłam przypisana do dystansu na 10 km. Po zrobieniu testu ciążowego sytuacja trochę się zmieniła. Wyszło mi, że w terminie Ekidenu będę powoli dobijać do półmetku dwupaku i zamieniłam się na 5 km. Za radą Emilii, która ma doświadczenie w bieganiu sztafety w stanie błogosławionym, wybrałam ostatnią zmianę ze względu na mniejszą ilość ludzi na trasie.

Nie wiedziałam czego mam się po sobie spodziewać. Tak, wiem. Dwa tygodnie wcześniej pokonałam 45 kilometrów w górach. Ale to było dwa tygodnie wcześniej, a u mnie każdy tydzień robi już dużą różnicę. Brzuch się powiększa, cycki również (serio, patrząc się na niektóre zdjęcia mam wrażenie, że chwilowo składam się z samego biustu :). Coraz szybciej wchodzę na moje maksymalne ciążowe tętno. Dzień wcześniej truchtałam po moim okolicznym parku i co i rusz przechodziłam do marszu.

Udało mi się nie przegapić nadbiegającej Ani, od której miałam przejąć pałeczkę (nie macie pojęcia jakie widziałam sceny w strefie zmian i ile czasu trwały w niektórych zespołach poszukiwania zmiennika, który zaspał :))
Zaczęłam spokojnie. Nie było sensu wyrywać do przodu, bo szybko skończyłoby się zgonem. Mimo wszystko, tempo miałam szybsze niż na moich truchtaniach (jednak co zawody - to zawody). Biegłam sobie i nawet bez specjalnych zabiegów z mojej strony udało mi się parę osób powyprzedzać.
Czułam się dobrze, choć dość szybko zorientowałam się, że ciężko będzie w ryzach utrzymać tętno.
Bardzo chciałam cały dystans przebiec, bez przechodzenia do marszu. Tętno oczywiście bezlitośnie szybowało w górę, co i rusz wykraczając poza wyznaczoną barierę 150 uderzeń. Zwalniałam wtedy, żeby zeszło niżej lub niewiele przekraczało limit. I dalej sobie truchtałam.

Piąteczka z moimi dziećmi


Na niecały kilometr przed metą wyprzedziła mnie dziewczyna z uroczą ksywą "Dziunia" na koszulce. Najpierw sprawę olałam, ale im bliżej było mety, tym bardziej zaczynałam zdawać sobie sprawę,że jakbym jednak przyspieszyła, to może bym ją dogoniła.... Nieświadomym impulsem były dziewczyny z Matkowego Timu, które tuż przed metą zaczęły mnie dopingować i biec ze mną.
Aaaa, raz kozie śmierć. To ostatnia pewnie w tym roku szansa, żeby choć przez te kilkadziesiąt metrów naprawdę się pościgać. Więc ruszyłam z tymi cyckami i brzuchem do przodu ;)
I kurczę - udało się! Na mecie zerknęłam na tętno jednym okiem i szybko je zamknęłam :) Na szczęście teraz czekał mnie tylko odpoczynek, więc tętno szybko wróciło do normy.


Matkowy Tim w komplecie:)
Pragnę zwrócić uwagę na nasze opaski. Przed biegiem zastanawiałyśmy się w jaki sposób podkreślić, że jesteśmy jedną drużyną matek. Padła propozycja kwiatów we włosach. Aneta, która musiała start odpuścić, zrobiła dla wszystkich tęczowe i kwiatowe opaski na głowę:)


To była druga sztafeta, w której brałam udział (pierwsza dwa lata temu w Poznaniu). Moje zdanie o takiej formule dalej podtrzymuję: fantastyczna sprawa! Świadomość, że jest się częścią większego zespołu, że każdy pracuje na wspólny wynik, jest bardzo fajna. Tu jeszcze dochodził aspekt charytatywny - i bardzo się cieszę, że wybrałyśmy taką drogę zdobycia pakietu startowego.

Od Komitetu Ochrony Praw Dziecka dostałyśmy dyplom z podziękowaniem

fot. Ewa Siwoń

To był mój ostatni start przed jesienią. Co prawda dziecko nr 1 bardzo się zdziwiło, że nie wystartuję za tydzień w maratonie w Krakowie, który zresztą mam opłacony (dziecko, czy ty uważasz, że ja z tym brzuchem byłabym w stanie przebiec 42 kilometry?? No tak... - padła odpowiedź), ale nie mogę wiecznie udawać, że ciąża mnie nie dotyczy. Brzuch się robi coraz większy, męczę się coraz szybciej i trzeba powoli różne szaleństwa odpuszczać. Coraz bliżej jest dzień, w którym będę musiała buty do biegania chwilowo odłożyć na półkę. Ale to jeszcze chwilka :)




Copyright © 2016 Matkabiega , Blogger